liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Na skrzyżowaniu szlaków

  

Kiedy 20 kwietnia 1781 roku oddawano do użytku pierwszy, wiodący do Bochni odcinek Szosy Cesarskiej, wśród mieszkańców Białej żywa była jeszcze pamięć o starych traktach handlowych i komunikacyjnych przebiegających przez miasto. Było ich kilka. Prócz tzw. Starej Drogi (o której pisaliśmy już wcześniej dokładniej) przez Białą przebiegały również takie trakty jak droga komorowicka, szlak do Lipnika, trakt oświęcimski, czy będąca przedłużeniem tego ostatniego droga żywiecka. Na Szlaku Żywieckim chciałbym się dziś na chwilę zatrzymać.
Dlaczego na nim? Bo w przeciwieństwie do pozostałych, których przebieg jest aż nazbyt czytelny (trakt hałcnowski to dzisiejsza ulica Wyzwolenia, droga komorowicka to ul. Komorowicka na całej swej długości, a szlak lipnicki to oczywiście ul. Lipnicka), droga na Żywiec choć nadal istnieje w tkance miasta, jest jednak zatarta na tyle, że już mało kto potrafi wskazać jej dzisiejszy przebieg.
A jest to możliwe.

Szlak hałcnowski i droga komorowicka biegnące z północy, spotykały się (przeciąwszy uprzednio biegnący dzisiejszą ulicą 11 Listopada szlak Kraków-Lwów) na placu kościelnym w Białej. Późniejszy Plac Deskowy był więc bardzo ważnym miejscem, bo to właśnie tutaj zbiegały się trasy podróżnych i handlarzy. I z niego ruszano w dalszą drogę. Z drugiej strony jest to trochę dziwne, bo zazwyczaj w takich przypadkach szlaki krzyżują się w centrum osady, przy miejskiej wadze, smatruzie i ratuszu. Tutaj było inaczej. Siatka tras handlowych była bardziej skomplikowana, by nie rzec chaotyczna.

Przebieg traktu żywieckiego można uchwycić i dziś. Wystarczy zapuścić się w ulicę Broniewskiego. Tutaj właśnie brał on swój początek. Nie biegł bowiem, tak jak dzisiaj, na wschód od kościoła p.w. Opatrzności Bożej, ale od zachodu. Droga prowadziła u stóp wzgórza zajętego przez dwór starościński (wzgórza dużo wyższego niż dzisiaj) i wiodła dalej na południe.

Przebieg szlaku łatwo uchwycić i dziś. Ulica Broniewskiego pokrywa się z nim w całości. Biegnie ona początkowo przez tzw. Dolny Dwór, czyli osadę dworską założoną w XVII wieku przez późniejszego burgrabiego krakowskiego, Jana Wizemberga młodszego. Tędy jechały pełne towarów wozy, tędy pędzono bydło i nierogaciznę na żywieckie targi. Ewentualnie z żywieckich targów wędrowano z wełną i skórami w drugą stronę.

Ulica Broniewskiego podąża dalej na południe. Po prawej stronie, tuż nad rzeką, rozłożył się bialski blich dworski, czynny jeszcze w latach osiemdziesiątych XVIII wieku (okolice ulicy Sempołowskiej). Gościniec biegł prosto na południe nie napotykając żadnych przeszkód. Dzisiaj nie jest już tak pięknie. Elektrociepłownia Złote Łany rozsiadła się na pradawnym trakcie jak kwoka na grzędzie przecinając drogę w pół.

Kiedyś była to jednak tętniąca życiem okolica. Dziś mało kto tutaj zagląda. Teraz ten fragment ulicy Broniewskiego tuż przy płocie elektrociepłowni to nieco zapomniany zaułek, w którym tkwią jeszcze relikty przedindustrialnych czasów. I tylko one przypominają o niegdysiejszej roli tego miejsca, roli, w którą dziś trudno uwierzyć.

Dalszy ciąg szlaku na Żywiec można uchwycić tuż za płotem elektrociepłowni, od strony południowej. Stara droga dzisiaj w niczym już nie przypomina handlowego traktu. A jednak dochodząca do torów linii kolejowej w kierunku Żywca ulica Gałczyńskiego i jej przedłużenie - ul. Leszczyńska to ciągle ulice biegnące dokładnie tym samym, liczącym kilka wieków ciągiem komunikacyjnym.


Dla rozwoju samej osady nie było to bez znaczenia. Wzdłuż szlaku, nawet na dalekich peryferiach miasta, skupiało się życie, budowano domy, powstawały karczmy, kuźnie, placówki spedycyjne i cała masa innych budynków zaplecza handlowo-transportowego. Wzdłuż dróg wylotowych rozrastały się przedmieścia dziś zupełnie nierozpoznawalne. Nowe bloki zatopionych w zieleni osiedli zatarły ten stary krajobraz, ale czasem, wśród nich można i dziś odnaleźć relikty tamtych lat.

Skoro więc było tak pięknie, można zadać pytanie, dlaczego ten szlak w ogóle popadł w zapomnienie? To sprawa dość złożona i przebiegająca na przestrzeniu wielu dekad.

Podróżni podążający z Krakowa lub Lwowa na Cieszyn i Wiedeń w XVII i w pierwszej połowie XVIII wieku musieli jechać przez Kęty. Do Białej docierali więc od strony północnej, kierując się albo do centrum osady tzw. Polską Drogą, albo omijając miasto i zmierzając drogą wśród pól (dzisiejszą ul. Wyzwolenia) do przeprawy na Niwce (plac Opatrzności Bożej). Ta sytuacja zmieniła się dopiero w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, kiedy wytyczono nową drogę do Krakowa - biegnącą ze wschodu na zachód Drogę Cesarską.

Nie była to jednak, wbrew pozorom, jedyna Droga Cesarska w mieście. W 1820 roku oddano do użytku nową drogę na Żywiec, która swój początek brała przy starej "Cesarce" (11 Listopada, w okolicy dzisiejszego przejścia podziemnego). Nazwano ją "drugą szosą cesarską".
Zaczynała się tutaj:

A biegła prosto, jak w pysk strzelił. Przez całe 150 lat. Dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku, podczas wytyczania nowej czteropasmówki, odcięto ten początkowy odcinek "drugiej cesarki" od reszty, czyli od dzisiejszej ulicy Żywieckiej.

Na tej współczesnej fotografii widać wyraźnie, że krótki brukowany odcinek nowej "cesarki" doskonale współgra osiowo z obecnie użytkowanym fragmentem ul. Żywieckiej. Od 1820 roku stąd właśnie wyruszano w kierunku Żywca. Po pótorawiecznym okresie świetności pełnej załadowanych wozów, gwaru podróżnych i krzątaniny obsługi licznych domów spedycyjnych i zajazdów, uliczka ta stała się podrzędnym zaułkiem. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku istniał tu postój taksówek bagażowych (całkiem chyba niechcący kontynuując spedycyjne tradycje tego miejsca).

W tym właśnie zakątku miasta mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego stary trakt żywiecki podupadł, a potem całkiem obumarł. To właśnie budowa nowej szosy cesarskiej na Żywiec sprawiła, że stary gościniec, ten, który opisano dokładnie powyżej, stracił swoje znaczenie. Na niegdysiejszym Dolnym Dworze zaczęto stawiać kamienice i domy, droga wylotowa z Placu Deskowego została odcięta, a stary trakt uległ całkowitemu zapomnieniu.

Od dawien dawna w tym miejscu miała swój początek Droga Żywiecka. Przez całe stulecia, aż do drugiej dekady XIX wieku był to jedyny trakt handlowy wiodący na południe po tej stronie rzeki Białej. To ciekawe, znalezione w sieci zdjęcie z lat 60-tych ma jeszcze jeden walor poznawczy. Przedstawia sytuację przed wyburzeniem części zabudowy Placu Deskowego. Dwa budynki widoczne po prawej stronie niebawem znikną z mapy miasta. Powstanie w ten sposób połączenie z ulicą Hettwerowej (Broniewskiego), a tym samym wróci stan sprzed wieku XIX kiedy podążały tędy ładowne wozy.

Od 1820 roku stary trakt żywiecki tutaj właśnie mający swój początek, stracił sens istnienia. W tej części miasta znikł zupełnie. Fizycznie. Zachowały się jego dalsze fragmenty, ale początek, punkt startu został zatarty przez burzliwą historię tej osady. Dopiero kolejne dziejowe zawirowania odsłoniły go na nowo, tym razem jednak bez jakiegokolwiek nawiązania do przeszłości.

Niestety.

2014-10-12 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Potoczyście

  

Czyli

O tym jak brud, smród i ciasnota kształtują przestrzeń. Czasem.


Wiele moich wpisów dotyczy istoty miasta jako założenia idealnego. Na przykładzie naszej bielsko-bialskiej rzeczywistości starałem się czasem bezpośrednio, czasem w sposób zakamuflowany, opisać ten - nie przeczę - idealny, a więc tylko teoretyczny zamysł, jaki przyświeca idei miasta.

Pisałem o mieście, jako uporządkowanej przestrzeni z prostymi ulicami, centralnymi placami i zielenią ujętą w surowe karby planowania. Taki idealny obraz miasta jest jednak najczęściej niemożliwy do osiągnięcia, zazwyczaj bowiem bywa tak, że zamierzony porządek natrafia na nieprzewidywalne i zazwyczaj trudne do usunięcia bariery. Przeszkody, które na przestrzeni wieków obrastają w miejską tkankę jak rana blizną i pozostają na zawsze, choć przyczyny tych "blizn" już dawno znikły nam z oczu.


W Bielsku i w Białej przykładów na to mamy całkiem sporo i najczęściej są to zjawiska, które spowszedniały nam bardzo i stały się niezauważalne. A czasem celowo zostały ukryte przed naszymi oczami.

Jednym z nich jest choćby przedziwne, z urbanistycznego punktu widzenia nieco absurdalne rozplanowanie Placu Smolki. Plac ten powstał w czasach nowożytnych jako alternatywa dla rynku staromiejskiego i już w XVIII wieku stał się dla niego konkurencją, a w połowie wiek XIX cały "ciężar właściwy" miasta przeniósł się właśnie tu, na dolne przedmieście. Wydawałoby się, że taki powstały od podstaw, na surowym korzeniu, aspirujący do miana wielkomiejskiego (a wtedy Bielsko do takiego właśnie miana aspirowało) "podzespół" urbanistyczny powinien mieć i wielkomiejskie rozmiary i kształty.

Gdy spojrzymy na ten teren z góry, dostrzeżemy jego nieregularność. Kształt założenia jest jakby mocno wymuszony. W istocie teren, na którym posadowiono Plac Giełdowy, bardziej przypomina szeroką ulicę, niż plac. Został on bezlitośnie wciśnięty pomiędzy dwie naturalne przeszkody terenowe. Od północy był to potok Niper (w połączeniu z Młynówką), który zasilał liczne farbiarnie na dolnym przedmieściu, a od południa niewidoczna już dziś, kiedyś jednak dość znaczna skarpa opadająca ku ogrodom zamkowym. Różnica terenu jest do uchwycenia i dziś, w uliczce, która opada dość stromo od ul. Wzgórze ku Placowi Fabrycznemu. Ta niedogodność terenowa, oraz istniejące tutaj już wcześniej zabudowania skutecznie utrudniły rozbudowę tej części miasta.
Inna rzecz, że z gospodarczego punktu widzenia (a raczej z handlowego), takie umiejscowienie placu miało sens bardziej niż w przypadku innych ewentualnych lokacji, ponieważ w XVIII wieku tutaj właśnie krzyżowały się dwie najważniejsze drogi - międzydzielnicowy trakt bity wschód-zachód i miejscowa droga lipnicka.

Potok Niper, o którym wspomniałem powyżej to dość szczególny ciek, który swym istnieniem nie tylko pobudził tę część miasta do rozwoju, ale też miejscami skutecznie powstrzymał przesadny jego rozrost.
Prawdopodobnie gdyby nie on, nie mielibyśmy dziś placu Chrobrego. To właśnie jemu najpewniej i innej "bliźnie" na ciele miasta zawdzięczamy Pigal.

Niper to potok, który na stałe wrósł w topografię Bielska, najpierw użyźniając dość strome pastwiska pomiędzy wzgórzem miejskim a późniejszym Syjonem, potem jako źródło wody dla licznych manufaktur, farbiarni i młynów. Nawet po 1863 roku, kiedy postanowiono rozprawić się z potokiem, omurowując jego koryto i przykrywając je nawierzchnią, nie zapomniano o nim, a sama ulica, którą od zawsze potok płynął, nazywa się teraz Nad Niprem.
Wpływ potoku na kształt tej części miasta był jednak dużo większy niż tylko onomastyczny.
Kształt Placu Garncarskiego, wcześniej znanego pod nazwą Smolnego wytyczał ów potok jeszcze na długo po tym, jak zniknął pod powierzchnią ziemi.

Jeśli przyjrzymy się powyższej fotografii, podobnie jak w przypadku placu Giełdowego, w oczy znów rzuci nam się przede wszystkim mocno nieregularna zabudowa. Kryte stromymi dachami budynki z lewej strony zdjęcia stoją w stosunku do pozostałych w przedziwnej konfiguracji, zupełnie tak, jakby coś zmusiło budowniczych do takiego, a nie innego posadowienia budowli. Tak właśnie było. Do połowy XIX wieku Niper płynął właśnie tędy, na skos przez zwartą tu zabudowę ( w miejscu, gdzie na zdjęciu parkują dorożki stały do 1870 r, dwa okazałe domy), a widoczne na fotografii domy ze stromymi dachami wznosiły się nad samym jego brzegiem.

Na planie katastralnym z 1836 roku widać wyraźnie, że ten fragment centrum był niezbyt przyjemnym, ciemnym, wilgotnym i chyba smrodliwym zaułkiem. Warto zwrócić uwagę, że na planie tym widać także owe wspomniane powyżej dwa budynki stojące w samym środku późniejszego Placu Garncarskiego (to te dwa z numerami 134 i 136).

W latach siedemdziesiątych XIX wieku, podczas budowy tunelu kolejowego pod Wzgórzem, postanowiono rozebrać je w obawie przed ewentualną katastrofą budowlaną. Decyzja ta była o tyle łatwa, że cały ten obszar, właśnie dzięki przepływającemu przezeń Niprowi, był tak niedbale zabudowany.

Owa niedbałość stała się więc dla władz miasta istotnym bodźcem do tego, by rozpocząć na tym obszarze prace porządkujące. Ostatecznym efektem tych działań jest dzisiejszy plac Chrobrego, który bez potoku Niper (który przecież skutecznie odstraszał od jakichkolwiek inwestycji w tym atrakcyjnym miejscu) nigdy by chyba nie zaistniał.

Akwarela Jerzego Wójcika

Takich miejsc w mieście, jak się rzekło, jest znacznie więcej. Podobnie ma się przecież sprawa z opisywaną już wcześniej na tym blogu ulicą Podcienie, czy z nieistniejącą już dziś bialską Dolną Młynówką.

Ale o niej powiemy sobie następnym razem.

2014-09-15 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Anatomia upadku

  

Albo

O nieuchronności pewnych zjawisk.

Poprzedni wpis traktował o problemach miejskiej zieleni w sposób ogólny. Dziś chciałbym odnieść się do pewnego szczególnego obszaru naszego miasta, obszaru, który mimo zmian, jakim podlegał, przez wieki pozostawał de facto niewzruszony w swej naturze.

Do czasu...
Mam na myśli nieistniejące już, niestety, Ogrody Zamkowe.

2 czerwca 1489 roku książę Kazimierz II dokonał transakcji handlowej, skupując z rąk mieszczan bielskich i komasując grunty położone w zakolu rzeki Białej. Tereny te zostały przeznaczone na ogrody zamkowe, ale istnieje podejrzenie, że do realizacji pomysłu założenia parku książę został zmuszony zapisami umowy. Bielszczanie zastrzegli sobie bowiem w dokumencie, że na sprzedawanych terenach nie zostaną nigdy wzniesione żadne budynki. Przezorni mieszczanie obawiali się po prostu powstania pod nosem konkurencyjnej osady (która koniec końców i tak powstała po drugiej stronie rzeki półtora wieku później), zatem wymusili na księciu taką właśnie klauzulę. Tak więc, nawet jeśli książę skupował pierwotnie grunty w celach budowlanych, ostatecznie musiał z planów tych zrezygnować.

Ogród, jaki powstał za Piastów, był ogrodem użytkowym. Dostarczał na dwór owoce, wawrzywa, zioła i kwiaty. Miał więc charakter stricte gospodarczy. Dopiero później, w miarę nasadzania coraz to nowych gatunków egzotycznych drzew i krzewów, ogród zaczynał zyskiwać charakter bardziej ozdobny.


Po przejęciu zamku przez mającego wieczne problemy finansowe Karola Promnitza, stan ogrodów, jak sądzę, nie uległ zmianie. Urbarz państwa bielskego z 1571 roku, a więc z okresu bezpośrednio przed przejęciem państwa bielskiego przez pana z Promnicy, wskazuje, że ogród był przede wszystkim sadem owocowym. Istniał obok również ogród chmielowy oraz łąki, ale z opisu tego wynika jasno, że ciągle nie miał on jeszcze charakteru parkowego. Można przypuszczać, że przez te siedem lat panowania właściciela Pszczyny nie dokonano żadnej radykalnej zmiany koncepcji ogrodu. Tym bardziej wierzyciele państwa bielskiego, nie byli chyba zainteresowani niczym więcej ponad zachowanie istniejącego stanu zarządzanych dóbr.
Sytuacja nie zmieniła się wiele, kiedy właścicielem stał się Adam Schaffgotsch, mimo, że ten na brak pieniędzy narzekać nie mógł. Niestety, władał dobrami bielskimi zbyt krótko, aby dokonać w kwestii ogrodów jakiejkolwiek radykalnej zmiany.
Ta ostatnia zaistniała dopiero po roku 1592 roku.

To wówczas, za Sunneghów, powstała najpewniej pierwsza koncepcja parku-ogrodu. Na przestrzeni wielu dekad, sukcesywnie powstawało wspaniałe, prawdowpodobnie renesansowe (jak cały zamek), a potem barokowe założenie, które w chwili przejęcia Bielska przez Sułkowskich mogło zachwycać swym pięknem.

Z fragmentarycznych, porozrzucanych po wielu dokumentach notatek można dowiedzieć się, że park w połowie XVIII wieku posiadał murowany pawilon, oranżerię z wieloma egzotycznymi gatunkami roślin, wielopoziomowe, połączone schodami trawniki z klombami, kompartymentami i inną zielenią parterową, alejki, groty i zacienione nisze. Istniał duży basen o średnicy 15 m. Park obsadzony był wielopiętrową roślinnością, a całość otoczona była solidnym murem.

Ogrody zamkowe otoczone były murem, który, wraz z bramą, mógł nawiązywać swoją architekturą do architektury zamku. Do roku 1876, a więc do momentu podjęcia prac nad poprowadzeniem linii kolejowej na wschód od zamku i nad drążeniem tunelu, wejście do ogrodu usytuowane było naprzeciw furty w murze zamkowym, mniej więcej tam, gdzie dziś znajduje się Plac Teatralny z fontanną. W XVIII wieku furta mogła wyglądać tak, jak na powyższej ilustracji.

W drugiej połowie XVIII wieku, Franciszek Sułkowski dalej rozbudowuje ogród przeznaczając na ten cel spore ilości pieniedzy. Zakłada efektowny labirynt i buduje łaźnię. Mniej więcej w tym czasie powstaje nowa koncepcja parku, który z uformowanego, uporządkowanego założenia o charakterze francuskim, przekształca się powoli w romantyczny park w stylu angielskim.


Już na przełomie XVIII i XIX wieku park zamkowy otoczony był ogrodzeniem przęsłowo-sztachetowym. Być może mamy do czynienia z tym samym, lub podobnym murem, który widać na powyższej ilustracji. Drzeworyt tan (z 1870 r.) przedstawia fragment zamku widziany z ogrodów, mniej więcej z miejsca, gdzie dzisiaj znajduje się budynek mieszkalny przy ul. Generała Grota-Roweckiego. Furta jest niewidoczna, znajduje się poza krawędzią ilustracji, po lewej stronie.

Park zamkowy stanowił miejsce dostępne nie tylko dla rezydentów zamku. Początek XIX wieku to czas, kiedy wśród zieleni, na tzw. Arenie organizowano przedstawienia teatralne bielskiego zespołu teatralnego Hornungsche Schauspieler-, Sänger- und Tänzergesellschaft (artyści wrócili do ogrodów jeszcze raz - po tragicznym pożarze w 1836 r., kiedy spłonął budynek teatru przy zamku).

W latach siedemdziesiątych XIX wieku w obrębie założenia ogrodowego zaczęły następować nieodwracalne zmiany urbanistyczne. Było to nieuniknione. Zamek i ogrody zamkowe znajdowały się przecież w samym centrum miasta. Każda, najdrobniejsza nawet ingerencja urbanistyczna miała, bo musiała mieć, radykalne konsekwencje dla tak sporych nieruchomości.


Budowa linii kolejowej i tunelu do błahostek nie należą, nic więc dziwnego, że ta inwestycja dosłownie i w przenośni przeorała okolice książęcych posiadłości. Dosłownie odcięła ogrody zamkowe od samej rezydencji, co już samo w sobie było zjawiskiem fatalnym. Więcej. Można przypuszczać, że to właśnie realizacja przedsięwzięcia kolejowego w tym, a nie innym miejscu stała się początkiem końca samych ogrodów zamkowych. Wprawdzie od 1877 roku, czyli od momentu zakończenia prac nad linią kolejową biegnącą przez środek miasta, a latami trzydziestymi, kiedy ogrody zamkowe ostatecznie zostały wykarczowane, zaorane, splantowane i zabudowane minęło 60 lat, jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa można uznać, że to właśnie oderwanie ogrodów od zamku pozbawiło je sensu istnienia. Wszak Max Fabiani projektował w tym miejscu osiedle już końcem XIX wieku! Zatem na rzeczy było coś już w dwadzieścia niespełna lat po zakończeniu inwestycji.

Po przeciągnięciu linii kolejowej do Żywca na wschód od zamku furta wejściowa do ogrodów została przesunięta bliżej Placu Giełdowego. Teraz do ogrodów wchodziło się nie w osi głównej alei, ale z boku, przejściem nad tunelem. Była to kolejna, deprecjonująca ogrody okoliczność.
Pod koniec XIX wieku ogrody podupadły. Coraz mniej w nich było tego świetnego i pysznego założenia ogrodowego, coraz mniej blasku i dotychczasowego kunsztu, choć ciągle próbowano wskrzesić dawną świetność tego zakątka miasta.

Układ przestrzenny ogrodów zmieniał się - jak już się rzekło - znacznie na przestrzeni wieków. Czasem diametralnie. Na planie katastralnym z 1836 roku widzimy ogród o wyraźnym, regularnym rysunku z główną aleją biegnącą od zamku ku rzece, dzielącą park na dwie części. Widzimy też nieregularne fantazyjne założenie z alejkami biegnącymi po obu stronach alei głównej. Podobny układ widać jeszcze na mapie Bielska z 1855 roku.


Radykalne zmiany urbanistyczne tego fragmentu miasta wymusiły jednak daleko idące zmiany w układzie przestrzennym parku. Deformacja osi symetrii parku jaka miała miejsce przy budowie linii kolejowej do Żywca, wymusiła zasadnicze przemodelowanie charakteru ogrodu. Aleja główna, prowadząca dotąd od bramy przestała mieć jakikolwiek sens, bo nie było już bramy, w ogóle nie było juz starego ogrodzenia. Z istniejącym od dekad rozplanowaniem pożegnano się definitywnie.

Na planie Pfistera z 1904 roku widać ogrody zamkowe już w całkiem nowym, odświeżonym rysunku, z koncentrycznym układem klombów i skwerów, z plątaniną tworzących nieregularny labirynt alejek. Podobnie prezentuje się ogród na planie Pharusa z 1914 roku.

Park w tym okresie - choć ciągle rozległy - był już w stanie krytycznym. Decyzja o jego sprzedaży na rzecz miasta była już w tedy raczej kwestią czasu.

Lata trzydzieste to dla ogrodów kres ostateczny. Podjęto wreszcie decyzję o zabudowaniu przestrzeni pomiędzy wkopem kolejowym, a rzeką. Projektów dostarczyli Alfred Wiedermann oraz projektanci z firmy Jüttner i Bolek. Na całe szczęście. Dzięki temu całe osiedle zachowało w miarę jednolity charakter i styl.
W krótkim czasie powstało kilkanaście budynków wśród dawnej parkowej zieleni, która kurczyła się nieodwołalnie.

Jedna z nielicznych fotografii przedstawiających ogrody zamkowe w trakcie zabudowywania. Niewiele tu jeszcze domów, więcej drzew, zapewne zabytkowych pozostałości po parkowym założeniu. W centralnej części zdjęcia widać dość rozległą, choć niewysoką budowlę z kominem. To tartak książęcy. Za nim hale fabryczne przy dzisiejszej ul. Inwalidów, wreszcie na trzecim planie masywny biurowiec mieszczący Bank Spółek Zarobkowych (róg dzisiejszych 1 Maja i K. Miarki).

Na tym sporym obszarze błyskawicznie powstało niebrzydkie, jednolite stylowo, wkomponowane w zieleń osiedle, które świetnie wtopiło się w otaczający krajobraz, stając się znakiem wielowiekowych przemian, jakie zaszły w zakolu Białej od czasów średniowiecza.

Można się zżymać na Księcia Sułkowskiego za podyktowaną względami finansowymi decyzję, można mu mieć ją za złe - dziś tak potężna enklawa zieleni w samym środku miasta byłaby nie do przecenienia. Pewnie tak.


Ktoś może jednak powiedzieć, że nawet, gdyby w latach międzywojnia nie podjęto dzieła zabudowy ogrodów, z całą pewnością w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych, w okresie budowlanego boomu, w tym miejscu na pewno coś zostałoby wybudowane. Nie przeczę.
Gdyby jednak tak się stało, to z całą pewnością mielibyśmy w tym miejscu do czynienia nie z wysmakowanym modernizmem, ale raczej z koszmarnym soc-real-destrukcjonizmem.

Z drugiej strony, gdyby w XV wieku książę Kazimierz nie wykupił od bielskich mieszczan tej ziemi, gdyby nie zagwarantował im na piśmie powstrzymania się od zabudowy, zapewne wcześniej czy później ten fragment miasta i tak zapełniłby się całą masą mieszczańskich domów, potem wysokich kamienic, albo, nie daj Boże, warsztatów i fabryk, to - kto wie - pewnie wyglądałby dziś podobnie jak dzisiejsze Żywieckie Przedmieście.

Szczerze mówiąc taki rozwój wypadków równie średnio mi odpowiada...

Może więc jednak dobrze się stało, że w zakolu Białej powstało takie osiedle, a budowę podjęto w takim, nie innym czasie? Może właśnie lata trzydzieste XX wieku były dla takiej inwestycji czasem najlepszym?

W całej - zdawałoby się - spornej sprawie ogrodów, czy raczej w sprawie ich zabudowania, jest jeden, przemilczany jak dotąd, ale w moim odczuciu niezwykle istotny element. Decyzja o pracach budowlanych na terenie od wieków niezabudowanym musiała wynikać z bardzo ważnego powodu - to nie ulega wątpliwości. I sądzę, że powodem tym wcale nie była pusta kasa księcia ordynata. A przynajmniej nie był to powód zasadniczy.


Myślę, że powodem głównym, dla którego zdecydowano się na likwidację ogrodu był fakt, że ogród ten... zaczął umierać.
Nie ma wprawdzie na to konkretnych dowodów, są jednak przesłanki, które każą uważać, że zieleń ogrodowa już w ostatnich dekadach XIX wieku mogła marnieć, a jej utrzymanie stawało się bezcelowe.


Powodem takiego obrotu spraw był głęboki, sięgający poniżej dna Białej wykop kolejowy, który przecinał teren ogrodów totalnie zaburzając stosunki wodne na dużym obszarze. Według relacji ówczesnych gazet i alarmujących raportów, już w latach siedemdziesiątych XIX stulecia studnie na Dolnym Przedmieściu zaczęły wysychać, a władze miasta podjęły decyzję o uruchomieniu podziemnego zbiornika na rynku, który w jakimś stopniu miał przeciwdziałać fatalnej sytuacji.


Można więc z dużą dozą prawdopodobienstwa uznać, że decyzja o zabudowaniu ogrodów była już tylko konsekwencją wcześniejszych działan, a wyrok na ogrody zamkowe zapadł - zupełnie zresztą bezwiednie - znacznie wcześniej.

Tymczasem o dawnej, nieodwołalnie utraconej rzeczywistości przypominają nam już tylko samotne relikty świetnej przeszłości tego miejsca, pozostałości idei, która zrodziła się ponad czterysta lat temu. Nieliczne dęby, jesiony, świerki...

(foto: Hanna Przybylska)

2014-06-18 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

Dendrowstręt

  

albo

Miejski Operat Urządzeniowy

Kilka ostatnich tygodni to w naszym mieście czas intensywnej wycinki drzew. Pod piłami padło już kilkadziesiąt dorodnych topól, wierzb i klonów, a w planach są następne. Sprawa ta wzbudza w społeczeństwie wielkie emocje.

Kiedy przyglądam sie planowej wycince drzew w naszym mieście, gdy patrzę na potężne, wcale nie chore drzewa, które z łoskotem walą się w dno Niwki, na trawniki i osiedlowe parkingi, kiedy docierają do mnie wieści, że planem wycinki objętych jest ponad 300 drzew w całym mieście, rośnie we mnie coś na kształt buntu. A jednoczesnie jakaś przewrotna, nie do końca zrozumiała akceptacja dla tego planu. Dlaczego?

Blog ten ma w swoim podtytule sentencję "w poszukiwaniu utraconego sensu". Nie odnosi się to do mojej kondycji umysłowej, ale raczej do tego, czego w istocie dla dnia dzisiejszego poszukuję: starych (sądzę, że lepszych) form istnienia miasta jako zbiorowości, dawnych, pełniejszych, jaśniejszych i klarowniejszych zasad porządkowania życia wokół siebie, które mogą, a czasem powinny znaleźć swoją realizację i dzisiaj.

No bo w istocie jeśli zadamy sobie pytanie, czym de facto jest miasto, to - sięgając do podstaw, do najbardziej zasadniczych i rudymentarnych zasad - musimy na to pytanie odpowiedzieć równie zasadniczo: miasto to intensywnie zagospodarowana przestrzennie jednostka osadnicza o zwartej zabudowie, cechująca się niewielkim odsetkiem obszarów rolniczych.

Przyjmijmy tę encyklopedyczną tezę jako własciwą. Jawi nam się tutaj opis pewnych zależności, które już z zasady wyłączają z substancji miasta użytkowe przestrzenie zielone (w ich rozumieniu rolniczym). Od wieków bowiem tereny zagospodarowane agrarnie stały w opozycji do miasta i było to ogólnie akceptowalnym znakiem charakterystycznym zbiorowisk miejskich. Oczywiscie nie wynikało to z pierwotnego lęku przed dzikim życiem czyhającym na ludzi w lesie, bo tego typu obawy leżały być może u podstaw miasta jako idei, ale już dawno, w miarę postępu technicznego i cywilizacyjnego oświecenia, zostały zażegnane i są zwyczajnym anachronizmem.

Pytanie więc: dlaczego tak długo, bo aż do pierwszej połowy XX wieku idea zwartej zabudowy z minimalną, śladową wręcz obecnościa terenów zielonych w mieście była jedyną realizowaną w urbanistyce (nie licząc drobnych wyjątków-eksperymentów tylko potwierdzających zasadę)?

Dlaczego przestrzeń miejska przez całe stulecia uciekała od zieleni, a jeśli decydowała się na nią, to tylko w uformowanym, wręcz ściśle zamknietym układzie parków, skwerów, plant i starannie utrzymanych alei?
Można spekulować, że największe znaczenie miała tu typowa dla mieszkańców miast, a dekretowana miejskim prawem mentalność zamykająca sie w słowach: "Miasto to miasto, nie wieś, chcesz mieć drzewo, to idź do lasu, albo posadź u siebie na podwórku, pod oknem oficyny." Argumentacja dość logiczna i rzeczowo sprowadzająca problem do prostej dychotomii miasto - wieś.

Poza tym drzewa postrzegane były jako uciążliwe. Brudziły, sypały liśćmi, nasionami. Rzecz jasna rosły, a więc trzeba je było pielęgnować, przycinać, formować, zaniedbane zagrażały bezpieczeństwu, korzenie rozpychały bruki i chodniki, deformujac mury. Itd, itp.

Drzewa w mieście wybitnie nie pasowały do idei "uporządkowanej wygody", gdzie wszędzie miało być blisko, łatwo, bezpiecznie, słowem: wygodnie.

Jednak o ile takie podejście można jeszcze zrozumieć u ludzi XV, XVII, czy XIX wieku, gdzie polegało się przede wszystkim na własnych nogach, a odległość między punktami miasta liczona była w krokach i kwadransach drogi, to wydaje się, że dziś jest ono absolutnie pozbawione podstaw.

W dobie urządzeń pomagających pokonać każdą odległość czy to osobiście, czy wirtualnie, argument o koniecznej bliskości wszystkich ważnych punktów miasta traci na znaczeniu. Zaczął tracić już na początku XX wieku. To wówczas Towarzystwo Upiększania Miasta rozpoczęło zakrojoną na szeroką skalę działalność mającą na celu przemianę przestrzeni miejskiej na bardziej przyjazną - również, a może przede wszystkim - przez zwiększanie obszarów zielonych w mieście.

Zaczęły powstawać parki, skwery i całe aleje drzew. Chociaż nie da się ukryć, że początkowo walka z "miejską mentalnością" była dość uciążliwa.

Oto zdjęcie, które doskonale ilustruje, jak na początku XX wieku w Bielsku podchodzono do kwestii "obszarów zielonych". Mimo, że mamy tu do czynienia z wyjatkowo kiepskim retuszem, ten obrazek jednak stanowczo sugeruje gusta ówczesne, a więc szczególne zamiłowanie do niskich, kompartymentowych i trawnikowych form ozdobnych, gdzie krzewów wysokich, a tym bardziej drzew zwyczajnie nie widać. Wiązało sie to z koncepcją, która wprawdzie kilkanascie lat później została zarzucona, ale która obowiązywała jak dotąd całe wieki. Chodziło mianowicie o regułę niesadzenia wysokich drzew w przestrzeni ulicy. Miano na względzie oczywiście estetykęi bezpieczeństwo, ale priorytetem był tu przede wszystkim swobodny dostęp światła słonecznego do mieszkań, warsztatów i biur.

Naturalnie to, co obowiązywało w zwartym centrum i jego bezpośredniej okolicy, nie zawsze było zasadą na peryferiach. Kiedy w 1889 r. wytyczano nową drogę z dolnego przedmieścia do dworca kolejowego, obsadzono ją podwójnym szpalerem drzew, a właściwie drzewek. No właśnie. Były to niskie, formowalne drzewa, których utrzymanie było niewspółmiernie tanie i wygodne w stosunku do efektu, jakie przyniosło ich nasadzenie. To dość znamienne. Mimo, że drzewa siłą rzeczy rosną , to jednak ich wzrost przez lata był skutecznie spowalniany za pomoca zabiegów pielęgnacyjnych. Istnieje ilustracja z lat trzydziestych, na której widać drzewa o charakterystycznych grubych przyrostach u nasady korony świadczących o nieustannym przycinaniu konarów tuż przy pniu. Kiedy natomiast okazało się, że drzewa wybujały na tyle, że i dalsza ich pielęgnacja jest nieopłacalna, i zaczynają one stanowić element degradująco "podmiejski", pozbyto się większości z nich, nie czekając aż osiągną rozmiary dębu Bartek.

Na zdjęciu powyżej drzewka rosną pięknie. Równiutko, idealnie kuliste, jak od jednej formy. Na zdjęciach z 1920 roku te drzewka ciągle są, choć jest ich już coraz mniej, aby w latach trzydziestych ulec piłom i siekierom ostatecznie.

Oczywiście nie jest tak (i nigdy nie było), że miasto było jakąś jałową pustynią, którą latem prażyło niemiłosiernie słońce, a zimą przewiewały mroźne wiatry. W obszarach ścisłej zabudowy zawsze istniały enklawy zieleni wysokiej. I mam tu na myśli nie tylko założenia ogrodowe na tyłach kamienic, bo to jest zupełnie oczywiste - wszak były to obszary niepubliczne, prywatne i zagospodarowywane zgodnie z własnym widzimisię posiadacza. Chodzi mi bardziej o zarządzane przez miasto parki, skwery i mniejsze założenia, które - realizowane od drugiej połowy XIX wieku stanowiły dla mieszkańców naturalne miejsca azylu przed wielkomiejskim zgiełkiem. Wprawdzie jeśli spojrzymy na wydany w 1914 roku plan Pharusa, to łatwo zauważymy, że samo centrum miasta, ujęte w ramy starych murów miejskich z przylegającymi doń obszarami Blichu, rejonu Kaiserstrasse i Dolnego Przedmieścia aż do Synagogi to rzeczywiście ewidentnie suche pustkowie (nie licząc ogrodów zamkowych - rzecz jasna), ale przecież jeszcze 60 lat wcześniej, plan katastralny obrazuje tych zielonych obszarów nieporównywalnie więcej.

Na planie Pharusa park przy strzelnicy, założony w 1898 r. jest już w całej okazałości. Rok później powstał park na Blichu. Ciekawostką jest fakt, że na planie z 1914 roku można w przebiegu alejek parkowych dopatrzyć się dzisiejszego ich rysunku. Różnice są naprawdę niewielkie. Oznacza to, że przez ponad wiek park funkcjonował w kształcie prawie niezmienionym. Wielka, radykalna wręcz zmiana zaszła dopiero w czasach nam współczesnych i odbiła się negatywnie (nie tylko w kontekście estetycznym) na całym założeniu.


Ale tutaj uwaga dość istotna dla dalszych rozważań: te parki u samego ich zarania nie były wyspami dzikiej, nieujarzmionej przyrody w samym sercu ceglano-kamiennej pustyni. Również i one poddawane były pieczołowitym zabiegom, które miały nadać im konkretny, z góry założony plan. Owa przemożna chęć zapanowania nad zielenią i uczynienia z niej tworzywa to znamienny i charakterystyczny element zagospodarowania przestrzeni tamtych czasów. Architektura krajobrazu nie jest wymysłem XXI wieku, przeciwnie, mam jakieś przemożne wrażenie, że właśnie dziś to, co nazywamy "architekturą terenów zielonych" coraz mniej z tą architekturą ma wspólnego.

Innymi słowy przełom XIX i XX wieku to wielki boom dla parków i skwerów, gdzie zieleń traktowano jak swoiste plastyczne tworzywo nadając mu kształty pożądane i konstruując z jego pomocą regularne założenia architektoniczne.

Gęsta, wysoka, dzika zieleń. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, kiedy patrzymy na tę fotografię. To jednak pozór. Przycięta trawa, równe alejki, zabezpieczone drzewka o uformowanych koronach, stylowe barierki, kamień, rośliny i woda. Doskonałe połączenie prostoty, staranności i gustu, które w efekcie nadaje parkowi charakter do złudzenia przypominający najlepsze założenia pałacowe.


Ta koncepcja, mam wrażenie, zaczęła wyczerpywać się już w latach międzywojnia, kiedy - czy to z braku środków, czy z powodu przyjęcia nowej wizji - zarzucono ścisłą, konstrukcyjną, "opresyjną" wręcz kontrolę nad zielenią i pozwolono jej krzewić się w wielu miejscach z dużą swobodą.
Miało to swoje dobre strony, bo w wielkim stopniu dynamizowało krajobraz miejski. Proszę spojrzeć na dwa poniższe zdjęcia. Są wykonane mniej więcej w tym samym okresie.

Na pierwszym widzimy północną część Parku Blichowego, wydzieloną enklawę wokół pomnika Gabriela Narutowicza, zagospodarowaną zgodnie z najlepszymi wzorami architektury zielonej: symetryczne pola trawników okolone kompartymentami, przygotowane do nasadzeń kwiatów (sądząc z kwitnących kasztanowców przy dawnym torowisku tramwajowym, mamy do czynienia z majem), szerokie alejki, biegnące ku centralnej, dominującej bryle pomnika, wokół której półkoliście zasadzono krzewy i niższe drzewa, niebędące dla tej części założenia zbytnim wizualnym przeciążeniem. Wreszcie wysokie kasztanowce i platany stanowiące naturalną ramę współgrającą z całą resztą, zamykającą skwer w sposób najbardziej naturalny z możliwych. Harmonia, rytm, rym i zamysł...

Jednak już kilkadziesiąt kroków dalej ukazuje nam się obraz zgoła inny. Oto na drugim zdjęciu widzimy fragment nadrzecznej alejki w tym samym parku. Tutaj jednak zieleń objęła okolicę w niepodzielne władanie. Gęsty dach liści zamyka alejkę prowadzącą wśród gęstych traw, na wiodącej ku brzegowi Białej pochyłości krzewi się zbita gęstwa krzaków. Tutaj mamy do czynienia już nie tyle z parkiem, co omalże z lasem.

Te dwie różne od siebie rzeczywistości egzystują na bardzo niewielkiej przestrzeni, nadając jej wspomnianej dynamiczności i urozmaicając ten niewielki skrawek miasta w sposób doskonały.

I takie właśnie podejście bardzo mi się podoba. Różnorodność jest kluczem do piękna, również w wymiarze urbanistycznym.
Jednak tutaj rodzi się problem.
Aby bowiem konstruować "zieloną rzeczywistość" miasta, trzeba umieć z części tej rzeczywistości zrezygnować, trzeba umieć - paradoksalnie - poświęcić jej fragment dla utworzenia nowej przestrzeni, dla jej przebudowania.


Narażę sie pewnie niejednemu czytelnikowi, ale jestem zwolennikiem aktywnego konstruowania tkanki miasta, nawet, jeśli miałoby to za sobą pociągnąć dość radykalne działania. Jak się okazuje, na przestrzeni dziesięcioleci takie zjawiska były na porządku dziennym i przez cały ten czas zdawało to egzamin, nie widzę więc powodu, aby i dziś nie czynić podobnie.

Oczywiście niezbędnym tu jest (uprzedzę głosy protestu), aby miasto prócz samego pomysłu na pozbycie się kilkuset drzew miało w zanadrzu jakiś konkretny plan rewitalizacji tych okaleczonych obszarów.

Jeśli jest inaczej, to fatalnie. Rychło może się bowiem okazać, że dzisiejsza polityka Ratusza wpisuje się w ten przedstawiony pobieżnie powyżej proces zmiany wizji architektury zielonej miasta. Ale jako pierwszy w historii wpisuje się negatywnie oferując jedynie bielską masakrę piłą mechaniczną.


Oby to nie było złe proroctwo.

2014-04-13 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2014-04-14 15:25:54
W marcu ub. roku @liceummundi odwiedził park na oś. Polskich Skrzydeł i zamieścił ciekawą notatkę. Mimo braku postępów ze strony Ratusza w doinwestowaniu parku - nadal brakuje schodów i mostku - walczymy dalej o u utrzymanie stanu parku i jego zrównoważony rozwój. Pozdrawiam, (v-ce przew. RO Pś :) )
Komentarzy (2)

Przestrzeń obłaskawiona...

  

W naszym mieście od dziesięcioleci, a w niektórych przypadkach nawet od stuleci, funkcjonują ustalone i niczym niewzruszone topograficzne aksjomaty. W świadomości mieszkańców miasta - nie tylko tych rdzennych, ale i tych przybyłych (sam się do nich zaliczam) - funkcjonują pewne onomastyczne i terenowe stałe punkty odniesienia, których pojawianie się i istnienie jest regulowane koniecznością oswajania przestrzeni i budowania czegoś na kształt wewnętrznej, ale wspólnej dla wszystkich mieszkańców mapy otaczającego świata.

W najnowszym wydawnictwie BBTH "Bielsko-Bialskie prace historyczne" pan Jacek Warchala w kontekście funkcji nazw w obrębie miasta pisze o mieście jako o miejscu "udomowionej i obłaskawionej przez człowieka przestrzeni, która została wyodrębniona z przestrzeni anonimowej i doświadczana przez człowieka zarówno emocjonalnie jak i racjonalnie, i w jakimś sensie zawłaszczona przez niego >>dla siebie<<. Domy, ulice, parki, ogrodzenia, działki, chodniki, ścieżki są efektem aranżacji przestrzeni własnej, lub lepiej: pozyskanej na własność i swoistym znakiem zadomowienia, osadzenia, zasiedzenia przez kolejne następujące po sobie generacje".

Takich obłaskawionych przestrzeni każde miasto posiada olbrzymią, niezliczoną wręcz ilość, są jednak takie, które swą "udomowioną tożsamość" potrafią utrzymać przez całe stulecia i trwają niezmiennie mimo częstych, czasem nawet diametralnych zmian. Ba! Powstają nowe, na naszych oczach tworzą się niespotykane dotąd konstrukcje mentalno-przestrzenne, które wyznaczają zupełnie nowe horyzonty naszej rzeczywistości. Jeszcze przed dwiema dekadami słowo "Sfera", czy "Gemini Park" nie budziło w mieszkańcach miasta żadnych skojarzeń, a dziesięć lat temu były zaledwie nowymi hasłami w słowniku bielszczan. Dzisiaj funkcjonują jako odrębne jednostki topograficzne i spełniają podobne zadanie, jak niegdyś "Gallus", Folwark, czy Hulanka.

Rozpoczynamy dziś cykl prezentujący tego typu punkty znaczące naszego miasta, które będziemy analizować zarówno w kontekście geograficznym (czy raczej urbanistycznym), społecznym i - rzecz jasna - historycznym.

Kiedy zastanawiałem się nad tym, jaki punkt z długiej listy topograficznych znaków szczególnych Bielska-Białej wybrać na pierwszy z wpisów z cyklu, kiedy próbowałem wyodrębnić ten najbardziej charakterystyczny, stanąłem oto przed bardzo trudnym zadaniem. W grę wchodziło bowiem wiele propozycji, czarnych koni tych wyścigów - był Zamek, był Rynek, była Hulanka, park Słowackiego, park Włókniarzy, Pastornak, Aleje Sułkowskiego, Trzy Lipki, Widok, Obszary, Olszówka, Cygański Las, Leśniczówka w Lipniku, Konfirunek i wiele, wiele innych.


Mój wybór padł na nazwę, która nie tylko opiera się działaniu czasu i różnym wpływom, modom i tendencjom, ale stanowi również pewien ścisły miejski topos, rodzaj odnośnika, który jest odnośnikiem nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, a - jak się okaże - odciska swoje piętno również i na języku.

Tą nazwą jest Blich.

Ma ona w historii naszego miasta szczególne miejsce. Związana jest bowiem zarówno z bielskim rzemiosłem, jak i z samym tego miasta charakterem.

Blichowanie to specyficzny rodzaj pracy, która dziś jest nie tylko zapomniana, ale której charakter dla współczesnego (młodego) bielszczanina jest już po prostu niezrozumiały. Tymczasem bielenie płótna całe wieki wiązało się ze swego rodzaju widowiskowością. Na tym zdjęciu z przełomu XIX i XX wieku widać blich w całej swej okazałości. Jest to blich późny, jednak charakter pracy w wielu tego rodzaju zakładach od wieków nie ulegał zmianie i mimo postępów technologicznych, aż do XX wieku można było w wielu miastach oglądać tego typu obrazki.

Blich to położony nad brzegiem Białej (wcześniej Bystrej) obszar, który od XVI wieku zajmowała miejska ława do płukania płócien. To miejsce, gdzie bielono taniny najprostszą metodą, przez polewanie wodą i ekspozycję na słońcu. Wybielanie było tu prostym procesem fotochemicznym i stało się specjalnością bielszczan, a obszar zajęty pod ich warsztat powiększał się z dekady na dekadę. Z czasem blich, poszerzony o przyległe łąki, stał się miejskim znakiem rozpoznawczym. Przez wieki masowo bielono tu płótno. Charakter pracy związanej z blichowaniem odciskał na okolicy swoje piętno. Obszar przedmieścia przez długi czas był niezabudowany, rozległe tereny łąk nadrzecznych oddane były w wyłączne władanie blecharzy, którzy dla wybielenia płótna polewali je wodą specjalnie skonstruowanymi szuflami.

Blecharz przy pracy. Tak wyglądało polewanie wodą rozpiętych na nadrzecznej łące płócien. Tak pracowano także i na bielskim blichu. Fotografia z 1890 roku (źródło: Muzeum w Wuppertalu).

W XVIII wieku było to już spore przedmieście Bielska i już wtedy intensywnie wykorzystywano je gospodarczo. Podobno już książę Kazimierz II w XVI wieku założył tu stawy rybne, które świetnie prosperowały aż do XIX stulecia, kiedy to z powodu braku miejsca dla rozrastającego się przedmieścia i rosnącego apetytu na grunty, stawy zasypano (ostatni z nich funkcjonował jeszcze w XX wieku jako staw rekreacyjny, na którym można było pływać łódkami - znajdował się mniej więcej w miejscu dzisiejszych hal Befamy przy ul. Rejtana).


Blich bielski był jednym z najprężniej rozwijających się przedmieść. Jednak w osiemnastym wieku jego rola jako miejsca blichowania płótna, zmalała znacznie. W 1784 roku nastąpiła mała rewolucja w dziedzinie bielenia. Claude Louis Berthollet odkrył wybielające właściwości związków chloru. Od tego czasu bielenie płótna przez polewanie wodą powoli stawało się anachronizmem. Również samo rzemiosło ewoluowało coraz bardziej w stronę technologii opartych o chemię. Ale mimo to i wbrew pozorom przedmieście, mimo stopniowego wycofywania się bielenia jako rzemiosła, nie przestawało być Blichem.

Tym bardziej, że funkcjonowało tu wiele innych form rękodzieła, rzemiosła i przemysłu, które wykorzystywały okoliczne uwarunkowania geograficzne. Przede wszystkim cieki wodne, z których najważniejszą była Młynówka, biorąca swój początek ze stawu przy olejarni, przy dzisiejszej ul. Kustronia, płynąca otwartym korytem aż do 1883 roku wzdłuż ulicy Młyńskiej i Blichowej. Jej nurt musiał być dość silny, skoro budowano przy niej młyny. Innymi ważnymi potokami były Kamieniczanka, będąca granicą południową dla całej dzielnicy, czy potok Sikornik, stanowiący jej limes północny.

Dzisiejsza ulica Młyńska jest już tylko echem tamtych czasów, ale także mówi nam o pewnej rewolucji, jaka dokonała się na przełomie XVIII i XIX wieku, a która diametralnie zmieniła wygląd tego specyficznego rejonu.

W XIX wieku to tutaj właśnie rozlokował się bielski przemysł. Na Żywieckim Przedmieściu (taka nazwa zaczęła wówczas funkcjonować zamiennie) powstawały liczne zakłady przemysłowe. Na Blichu powstała przędzalnia lnu Wolfa (wprawdzie wcześniej od niej wystawił swą farbiarnię Mänhardt, jednak jego hale leżą nieco na północ od Blichu). W ślad za nią sypnęły się następne.

Zakład apretury i farbiarnia Wolfa. Wcześniej, od 1856 roku, mieściła się tu przędzalnia lnu. Pół wieku później na miejscu tego budynku stanęła pierwsza w mieście żelbetowa hala fabryczna.

Pojawiły się fabryki Graubnera, Piescha, Büttnerów, Batheltów, Josephy'ego... Dzielnica zatraciła swój pierwotny rękodzielny charakter, a mimo to ciągle przez mieszkańców zwana była Blichem. Tramwaj linii nr 1 jeździł do Cygańskiego Lasu przez Blich, na Blichu był park, przez Blich prowadziła (i nadal prowadzi) droga na Szczyrk, na Blich szło się na mecz rozgrywany na boisku "na górce", albo "na skarpie", przy ul. Widok...

Dzisiaj nazwa nieco już przybladła, jednak nie obumarła zupełnie. Co więcej, w świadomości mieszkańców - nawet tych młodszych - żyje ciągle i funkcjonuje niejako równolegle z pojęciami "ul. Partyzantów", "pl. Żwirki i Wigury", czy "park Włókniarzy". Można dziś zapytać młodego bielszczanina, czy wie, jak dojść na blich, a z dużą dozą prawdopodobieństwa wskaże właściwy kierunek.

Ale sprawa z bielskim blichem nie jest taka prosta. Ponieważ w XVI i XVII wieku bielenie płótna było tutaj rzemiosłem naprawdę dominującym, toteż i miejsc, gdzie ten proceder uskuteczniano, było więcej. Blichem był również obszar na północ od miasta, w rejonie dzisiejszych ulic Cechowej i Barlickiego. Wówczas były to tereny niezabudowane, przez całe dziesięciolecia pokryte płachtami białego płótnam i - tak samo jak na przedmieściu żywieckim - rzemiosło to kwitło tu niepodzielnie.

Tak się jednak złożyło, że ten obszar nigdy nie utkwił w świadomości bielszczan jako blich, nigdy nie wrósł z tym "piętnem" w topografię miasta, nigdy nie stał się jego częścią. Być może dlatego, że powstał później, a może dlatego, że w mieście takim jak Bielsko blich może być tylko jeden? Kto wie...?

Podobnie rzecz ma się z blichem bialskim. Tak, Biała także miała swój blich, ona również u zarania swych dziejów trudniła się tym rzemiosłem i ona bardziej niż Bielsko zawdzięcza swą nazwę tej właśnie czynności.
Bialski blich sytuować możemy w zakolu rzeki Białej, dokładnie tam, gdzie dzisiaj funkcjonuje park ratuszowy. Tam właśnie w XVI i XVII wieku bialscy rzemieślnicy bielili swoje płótna. W miarę rozwoju miasta powiększały się też tereny, na których rozpinano tkaniny i polewano je wodą z potoku. W drugiej połowie XVIII wieku funkcjonował już kolejny, potężny blich nad Białą, dokładnie naprzeciw blichu bielskiego, usytuowany na tzw. Kątach, w rejonie dzisiejszej ulicy Sempołowskiej, pomiędzy mostem w osi dzisiejszej ul. PCK i mostem w osi Leszczyńskiej.

Dziś nawet historycy rzadko kiedy utożsamiają przyratuszowy park z niegdysiejszym blichem.Tak mocno blich w Bielsku, na Żywieckim Przedmieściu wrył się w świadomość bielszczan, tak niepodzielnie zapanował w naszej wyobraźni, że słowo "blich" przestaliśmy utożsamiać ze zwykłym warsztatem pracy na otwartym powietrzu, jakich w całej Europie było wówczas bez liku, a zaczęliśmy traktować to słowo jako oryginalną, niepowtarzalną nazwę własną południowego przedmieścia Bielska.

Mimo postępu technologicznego, bielenie płótna - szczególnie w obszarach biedniejszych - nadal odbywało się według starych zasad, dlatego ciągle dla blichowania rezerwowano obszary usytuowane blisko cieków wodnych. Ale podobnie jak w przypadku bielskiego blichu północnego, tak i blich w Białej nie przetrwał w pamięci. Dlaczego?

Odpowiedź może być prosta. Tylko na bielskim blichu główna ulica przedmieścia otrzymała nazwę "Blichowa" (Bleichstrasse), a to w sposób walny mogło przyczynić się do utrwalenia pojęcia blich w świadomości mieszkańców. Tak mogło być w istocie, ale czy to jest tłumaczenie wystarczajace? Nie wydaje mi się, tym bardziej, że w tym fragmencie miasta nie była to jedyna ulica. Istniały tu takie ulice jak Manhardtgasse, Purzelberg, Graben, Pastornak. Ta ostatnia przez pewien czas była nawet ulicą dużo ważniejszą od Blichowej - tędy wiodła spod Zamku linia tramwajowa, tędy od połowy XIX wieku prowadzony był ruch kołowy w kierunku na Szczyrk.

W takim natłoku nazw i znaków blich mógł więc łatwo utonąć i popaść w zapomnienie.

Odpowiedź może być więc zgoła inna, choć równie oczywista. Zarówno na drugim blichu w Bielsku, jak i na blichach w Białej przez długie stulecia prócz łąki do bielenia nie zaistniało nic innego. Tam zawsze bielono płótno. Tylko.
Kiedy więc w miarę postępu technicznego weszły w życie nowe technologie, te miejsca - opuszczone przez blechaczy, niezabudowane, w żaden sposób niewykorzystane - popadały w zapomnienie, zwyczajnie obumierały, stawały się niepotrzebnymi nieużytkami, których nigdy w żaden sposób na nowo nie zagospodarowano, a skutkiem tego nie potrzebowano do ich funkcjonowania tworzenia żadnych żywych odniesień.

Ulica Blichowa. Na początku XX wieku dzielnica nabrała już tego charakteru, który znamy i my. Potężne hale fabryczne, kominy, gwar, ruch... Ale obok gigantów przemysłowych egzystują także ich poprzedniczki - fabrykanckie kamienice mieszczące już w pierwszej połowie XIX wieku tkackie i farbiarskie manufaktury. Zaś obok nich zupełnie już mikroskopijne warsztaty rzemiosła, ot, choćby ten, zegarmistrza Pawła Kleberta, do którego wejście widać w kamienicy po prawej stronie.

Tylko teren Żywieckiego Przedmieścia, który już w początkach XIX stulecia zaczęto zabudowywać nowymi fabrykami i warsztatami, jest wyjątkiem, bo tylko on nadal funkcjonował w świadomości bielszczan jako obszar żywy i obecny. Jeśli budowano fabrykę na Żywieckim Przedmieściu, to miejscowa ludność mówiła, że budowano ją na Blichu. Jeśli robotnicy chcieli zatrudnić się w zakładzie pracy Manhardta czy Batheltów, to kierowali się na Blich, słowem ciągle odnoszono się do tego fragmentu miasta, nieustannie funkcjonował w zbiorowej świadomości, ciągle potrzebowano odnośnika, indeksu geograficznego dla konkretnego miejsca. Inaczej niż pozostałe, zapomniane blichy, ten konkretny, na Żywieckim Przedmieściu bez przerwy żył. I żyje do dziś.

Pytanie, jakie rodzi się w tym kontekście, to: czy będzie żył i w następnych dekadach, czy przyszłe pokolenia będą o nim pamiętać?
Tutaj odpowiedź nie jest taka oczywista. Fakt, który przywołałem na wstępie wpisu, pewność, że większość z nas wie czym był i czym jest Blich, że potrafimy z większą lub mniejszą dokładnością wskazać obszar, jaki zajmuje, nie oznacza wcale, że nazwy tej używamy z pełną premedytacją, że chcemy tę rzeczywistość pieczołowicie kultywować.
Przeciwnie. Mam wrażenie, że coraz częściej pojęcie blichu wypierają inne pojęcia, zastępniki, rozmieniające tę starą nazwę na drobne: ulica Partyzantów, "przy Apenie", plac przy McDonaldzie (z onomastycznego punktu widzenia to jakieś horrendum)"skrzyżowanie z Michałowicza", czy "na Batorego"...

Być może jest to naturalny proces, którego nic nie powstrzyma, być może taki charakter ma miejska toponimia, że nazwy i pojęcia są z natury rzeczy nietrwałe i lubią być zastępowane nowymi, noszącymi rys tak dla młodych pokoleń atrakcyjnej świeżości... Być może wreszcie (w ślad za powyższą sugestią) powolna śmierć Blichu zaczęła następować w chwili, gdy ulicę Blichową przemianowano na Partyzantów...

Pewnie tak. I pewnie niejeden Czytelnik powie, że tak jest dobrze.

Ja jednak nie jestem wcale tego taki pewny. Dlaczego?

Obłaskawione, charakterystyczne i znane od pokoleń punkty topograficzne na mapie naszego miasta nie są tylko zwykłymi indeksami, zwyczajnymi punktami odniesienia, które pomagają nam poruszać się w przestrzeni (do magla na Folwark, do apteki pod Kasztany). Są nie tylko etykietami dla miejsc, one stają się swoistymi "punktami triangulacyjnymi" naszej zbiorowej wyobraźni, oswajają to miasto nie tylko dla każdego z nas z osobna, ale dla wszystkich. I to dla wszystkich jednakowo. To one - przez swój uniwersalny charakter - stwarzają nas bielszczanami, wspólnotą nie tylko miejsca, ale i tradycji, ale i historii.
Jeśli ich zabraknie - nie będziemy już wspólnotą, będziemy już tylko mieszkać po sąsiedzku.

2014-04-05 | Dodaj komentarz
jacob
2014-04-07 23:52:54
Zasadna zatem byłaby zmiana nazwy ulicy Partyzantów na Blichowa. A nie pamięta Pan dlaczego Partyzanci zastąpili Blich? Czym ten biedny blich podpadł władzom.
Maciej P.
2014-04-08 12:16:56
Nie znam powodu, dla jakiego władze miasta przemianowały ulicę, ale nawet gdybym znał - nie wierzyłbym weń zbytnio. :-) Praktyka denominacji jest stara jak świat, a na obszarach spornych politycznie szczególnie nasilona. Zresztą trwa od dawna. I nie ograniczała się tylko do nazw ulic. W latach dwudziestych, kiedy rozpisano konkurs na budynek Gimnazjum Polskiego (obecnego Liceum im. Kopernika), jeden z punktów regulaminu kończył się słowami: "styl gotycki wykluczony". Równie dobrze można było napisać wprost: "byle nie kojarzył się z Niemcami". W tym kontekście "Partyzantów" brzmi cokolwiek bardziej swojsko dla niektórych uszu niż "Blichowa", a z całą pewnością bardziej zrozumiale. Jeśli zaś chodzi o powrót do starej nazwy "Blichowa", to nie miałbym nic przeciwko, choć z drugiej strony cały ten mój wpis powyżej traktuje przecież o tym, że pamięć o dawnym charakterze ulic trwa jednak w świadomości powszechnej mimo oficjalnych nazw, czy też ich braku.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2014
» październik (1)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[bogdanbo]
W marcu ub. roku @liceummundi odwiedził park na oś. Polskich Skrzydeł i zamieścił ciekawą notatkę....
[Maciej P.]
Nie znam powodu, dla jakiego władze miasta przemianowały ulicę, ale nawet gdybym znał - nie...
[jacob ]
Zasadna zatem byłaby zmiana nazwy ulicy Partyzantów na Blichowa. A nie pamięta Pan dlaczego Partyzanci...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 24950
Newsów: 28
Komentarzy: 38
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała