liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Ostatnio w dwóch krótkich wpisach, skupiliśmy się w dość drobiazgowej analizie na skrzyżowaniu przy placu Blichowym. Dziś wrócimy w tę okolicę i zrobimy kila kroków na południe, ku jednej z ciekawszych ulic tego rejonu.

W dziewiętnastym wieku, mniej więcej od jego połowy, tereny na południe od miasta, zwane Żywieckim Przedmieściem, podobnie jak te w ścisłym centrum, zaczęły nabierać specyficznego, fabrykanckiego charakteru. Ponieważ najstarsza przemysłowa część Bielska - okolice placu Giełdowego i ulic Bahnstrasse i Tempelstrasse stała się już zbyt ciasna, wytyczono nowe obszary pod zabudowę fabryczną.

Doskonałym miejscem na to okazał się szeroki pas gruntów pomiędzy rzeką, a zboczem Wzgórza Młyńskiego z płynącą u jego stóp Młynówką. Główną osią tego rejonu była niezbyt wtedy szeroka droga biegnąca z północy, od młyna na Młynówce, ku przeprawie wiodącej na Bielską część wschodniego brzegu rzeki Białej. Już w dziewiętnastym wieku nazywała się Rotenturmstrasse, czyli ulica Cerwonej Wieży. Ta dziwna nazwa ma swoją tajemnicę, ale o tym powiemy sobie za chwilę. Najpierw spróbujmy rzucić okiem na okolicę, o której mowa.


Jak już pisałem, obszary pomiędzy Młynówką, a Placem Blichowym w drugiej połowie XIX stulecia stały się prawdziwym parkiem technologiczno-gospodarczym. W błyskawicznym tempie zaczęły tam powstawać mniejsze i większe zakłady pracy, manufaktury i fabryki. Przy zakładach budowano również coraz częściej całkiem okazałe domy i kamienice, czasem zajmowane przez właścicieli i ich rodziny, czasem traktowane jako źródło dodatkowego dochodu - wynajmowane jako kamienice czynszowe (budownictwo "mieszkaniowe" zlokalizowane było raczej w północnej części ulicy, połudnową niepodzielnie wziął w swe posiadanie przemysł).
Mimo, że był to południowy, dość oddalony od centrum miasta kwartał i tutaj - zdarzało się - mieszkały ciekawe indywidua.

Przy ulicy Rotenturm 11 mieszkało bardzo egzotyczne małżeństwo - europejskiej sławy skrzypek czeski Ferdinand Bilek i jego pochodząca z Południowej Afryki, z Kimberley, żona - Margaret Hull. Mieszkali w Bielsku co najmniej kilka lat. Listy pisane przez Margie Hull z Bielska do będącego w ciągłych rozjazdach Ferdinanda, datowane były od marca 1895 do maja 1897 r.


Wróćmy jednak do przemysłu.
Jedną z jego pionierek była tu fabryka sukna Karla Theodora Zipsera. Pierwsze zabudowania powstały w 1874 roku, budynki zlokalizowano przy głównej drodze. Domy te, rozbudowane o piętro w 1913 roku, według projektu Andrzeja Walczoka, stoją do dziś i służą różnym celom, warto jednak zauważyć, że gmachy starej fabryki, mimo, że zapuszczone, obdarte i brudne, nadal tworzą dość zwarty kompleks, przydając miejscu specyficznego klimatu.

Główny budynek zakładów Zipsera w tej formie istnieje już 103 lata. Początkowo miał tylko jedno piętro, w 1913 podniesiono jednak wszystkie budynki o jedną kondygnację. Z tyłu po prawej dostrzec można fragment oficyny wykorzystywanej na halę produkcyjną.

Na planie z 1900 roku widać spory już zakład produkujący wysokiej jakości sukno. Jest to pewnego rodzaju przekłamanie. Obrys fabryki musiano nanieść nieco później, ponieważ widoczna na planie, zaznaczona po północnej stronie Tuchfabrik, kryta szedowym dachem kwadratowa hala powstała dopiero w latach trzydziestych.


Hala ta nie była duża. Trójprzęsłowa, niska, ale o dość wysokich połaciach nieprzekrywowych, stanowiła ostatni element dobudowany do fabryki Karla Teodora Zipsera.

Farbryka Zipsera na zapleczu prezentuje się dziś mniej okazale. Jednak budynki, które tu stoją i nadal lepiej lub gorzej funkcjonują, to są te same budynki, w których sto lat temu toczyła się produkcja sukna dobrej jakości. Może trudno w to uwierzyć, ale projekt całego togo industrialnego założenia architektonicznego zszedł z deski kreślarskiej Andrzeja Walczoka.

Ciasnota, szarość i mrok. Dla małych zakładów, położonych na niedużych, ciasnych działkach, dla wciśniętych pomiędzy już istniejącą zabudowę fabryczek, które od pewnego momentu rozwijać mogły się już tylko w górę, tego typu obrazki były codziennością. Prawdziwie depresyjny krajobraz.

Jak zjawa z przeszłości wyłaniają się drzwi starej fabrycznej windy. W sztafażu dawnych murów, oryginalnego kwadratowego bruku i nieużywanych już dzisiaj artefaktów, są jak fuzja dziewiętnastego wieku, dwudziestolecia międzydwojennego i szarych lat pięćdziesiątych.

Ta szarość i beznadzieja bijąca z zapuszczonych zaułków dawnych manufaktur robi wrażenie i dziś. Nic dziwnego, że ówcześni, marnie opłacani robotnicy, zmuszeni pracować w takich warunkach kilkanaście godzin dziennie, mieli tego serdecznie dość.


W 1911 roku w fabryce Zipsera - jak donosił krakowski Ilustrowany Kurier Codzienny z 6 maja tego roku - wybuchł strajk 55 robotników, którzy zażądali podwyżek.
Nie ma się co oszukiwać, warunki pracy w zakładach tego typu były pożałowania godne, a los setek, tysięcy pracowników, przypominał wówczas raczej ukrytą acz dotkliwą formę niewolnictwa.


Warto o tym pamiętać. Historia przepuszczona tylko przez filtr emocji nie jest i nigdy nie będzie prawdziwa. Dzieje społeczne zazwyczaj są bardziej kanciaste, szorstkie i bolesne dla jej uczestników.

Naprzeciw fabryki Zipsera, po drugiej stronie ulicy, jeszcze wcześniej, bo już w 1872 roku (co czyni ją chyba najstarszą przy Batorego) powstała należąca do Karola Ochsnera fabryka wyrobów metalowych - fabryczka, która stała się fundamentem i podwaliną jednego z największych bielskich zakładów mechanicznych.


Pierwsze zabudowania wzniesiono na tyłach kamienicy przy Blichowej. Z czasem firma rozbudowywała się w kierunku zachodnim, zajmując cały obszar pomiędzy ulicą Blichową a Rotenturmstrasse.

Dziś stojący w pierzei ulicy budynek będący pozostałością Kotlarni, fabryki armatur i pomp Ochsnera, wybudowany (przebudowany) w duchu modernistycznym, niczym nie sugeruje jednej z najstarszych firm w okolicy. Ten akurat budynek to najmłodsza budowla fabryki, ostatnia pozostała i funkcjonująca jej część.

W roku 1895 przebranżowił zakład na fabrykę rurociągów i pomp strażackich, żeby w latach trzydziestych rozpocząć produkcję motopomp "Silesia" - doskonałych, niewielkich, "kompaktowych" pomp mogących konkurować z największymi zagranicznymi producentami. Firma Karl Ochsner i Syn w tym okresie była najbardziej renomowanym producentem pomp na polskim rynku. Produkowano tu wszystkie trzy rodzaje pompy (pompa "Silesia 0" dawała ciśnienie maks. 2,2 atm; "Silesia I - P" 16,2 atm."Silesia II" ciśnienie maks. 18 atm.). Karl Ochsner wraz z synem, był formalnym właścicielem fabryki aż do drugiej wojny światowej.

Po 1945 roku firmę znacjonalizowano i urządzono tu zakład produkcji silników, który w niedługim czasie stał się zalążkiem Fabryki Samochodów Małolitrażowych.



Wróćmy teraz na zachodnią stronę ulicy.
W bezpośrednim sąsiedztwie fabryki Zipsera, na południe od niej, ulokowała się mniejsza nieco, ale także dość prężna fabryka sukna Klemensa Funkego i Ernesta Hessa.


To, co w ocalałych do dziś budynkach tej fabryki fascynuje mnie nieodmiennie, to fakt, że choć część z nich podupadła i nie robi najlepszego wrażenia, ciągle jednak stanowi jeszcze zwarty kompleks zabudowań, jakby żywcem przeniesiony z przeszłości.

Przy samej ulicy Batorego stoją przecież do dziś, powstałe ok. 1890 roku zabudowania hali głównej i domu mieszkalnego. Wprawdzie oba budynki przez ponad 40 lat funkcjonowania były parterowe, a rozbudowy dokonano dopiero kilka lat przed wybuchem II wojny światowej, jednak układ przestrzenny zakładu nie zmienił się ani trochę.

Zaprojektowana przez Ottona Lesieckiego rozbudowa, zrealizowana w 1936 roku, przetrwała do dziś.

Prostopadle do ulicy Batorego i do hali fabrycznej wybudowano połączony z tą ostatnią murem bydynek biurowy (z lewej). Na planach Lesieckiego ma on cechy wybitnie modernistyczne. Prosty, spokojny podział elewacji, bez dekoracji, bez szaleństw. Dzisiejsza termomodernizacja, choć przeprowadzona w sposób typowy dla naszych czasów, nie zatarła zbyt wielu cech tamtej przedwojennej architektury. Być może dlatego, że tych cech, w tym konkretnym przypadku, nie było zbyt wiele.

Ale jeden szczegół przykuwa uwagę szczególnie. W facjacie budynku biurowego zachowano dawne oryginalne romboidalne drewniane zdobienia. Wprawdzie z blaszanym dachem i ordynarnymi okuciami blacharskimi współgra to średnio, jednak już sam fakt, że inwestor pozostawił ten drobny odprysk sprzed 80 lat, cieszy jak szlag.


I tutaj znów - podobnie jak u Zipsera - zabudowania od zaplecza, choć na pierwszy rzut oka przedstawiają obraz raczej opłakany, są jednak niczym mały wehikuł czasu, który przenosi nas o pięćdziesiąt, a może i o sto lat wstecz. Stare powybijane okna, zardzewiałe mtalowe drzwi, dziwne konstrukcje, które przestały już być użyteczne... To wszystko pamięta jeszcze lata świetności i czasy, gdy w tych murach dudniły urządzenia do produkcji sukna.


Ulica Batorego jest ulicą dość długą. Była niegdyś ważną osią komunikacyjną Saybuscher (Seypitsher) Vorstadt czyli Żywieckiego Przedmieścia. Na jej południowym końcu, tam, gdzie łączyła się z ulicą Blichową, swoją fabrykę drutu i gwoździ, już w 1875 roku ufundował Oskar Schäffer. Przy ulicy stanęły pierwsze budynki - hala fabryczna i kotłownia. Sześć lat później wybudowano piecownię a potem magazyny i kuźnię.

Karol Korn był autorem projektu elewacji i muru oddzielającego zabudowania fabryki drutu od ulicy Blichowej.
Nie tylko po tych realizacjach nie ma już dziś nawet znaku. Również po pozostałych budynkach, wchodzących w skład fabryki drutu. Dziś nowoczesna architektura objęła cały fyrtel w niepodzielne władanie.

Bezpośrednio od północy, do działki Schafera przylegały zabudowania fabryki śrutu, przyborów do polowania i kuchennych Rudolfa Nerlicha.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym zakładzie. Mimo, że przy ulicy Batorego fabryki śrutu już nie ma, na terenie, który zajmowała pozostały zaledwie resztki starej zabudowy, to jednak zakład Nerlicha był w pewnym sensie.


Fabryki śrutu były budowlami specyficznymi. Technologia pozyskiwania ołowianych kulek wymuszała na budowniczych bardzo szczególne projekty. Śrutownia to przede wszystkim wysoka, kilkudziesięciometrowa, do złudzenia przypominająca komin wieża. Na jej szczycie umieszczone było palenisko z kotłem, w którym roztapiano ołów podgrzewając do temperatury ok. 330 stopni. Następnie ołów ten był wylewany na sita i schładzany przez wykraplanie w dół wieży. Krople płynnego metalu o dużym napięciu powierzchniowym w trakcie opadania przybierały kształt idealnie kulisty i jednocześnie schładzały się. U podstawy wieży znajdowała się wanna z wodą, w której kulki ostatecznie stygły.


Rotenturmstrasse - jak się już rzekło - była ulicą dość długą i mniej więcej od wysokości dzisiejszej Czajkowskiego, do ulicy Blichowej, również dość szeroką. W pewnym sensie stanowiła oś organizacyjną i przestrzenną Żywieckiego Przedmieścia. Być może dlatego właśnie to na jej osi postanowiono wybudować most łączący dwa bielskie brzegi Białej, a więc miasto i nowo wybudowane koszary kawalerii na tak zwanej Olszynie. Na tym zdjęciu z 1904 r. przedstawiającym budowę mostu na Białej, bardzo wyraźnie widać kominy zakładów przy Rotenturmstrasse i Blichowej. Kominy i wieżę śrutową właśnie. Ta wyniosła budowla, która ozdobiona jest pióropuszem dymu, to bielska Schrotturm w trakcie lania śrutu.

Na tej fotografii zrobionej z Kozielca, wieża śrutowa także uchwycona została w trakcie pracy, a to oznacza, że ówcześnie produkcja śrutu bardzo często szła pełną parą.

Dziś po wieży śrutowej przy Batorego nie ma już nawet śladu. Ostały się jedynie zabudowania będące niegdyś zapleczem fabryki. Warto jednak pamiętać, że zakład produkował nie tylko śrut. Na przestrzeni dekad poszerzał swój asortyment - choć ciągle była to branża metalowo-ołowiana. U Nerlicha produkowano więc prócz śrutu naczynia kuchenne, naboje myśliwskie i na potrzeby wojska, narzędzia oraz ... ołowiane żołnierzyki (produkcja obejmowała figurki żołnierzy wszystkich formacji wszystkich największych armii ówczesnego świata).

Schrotturm widoczna na panoramie Żywieckiego przedmieścia... Na monochromatycznej fotografii i z takiej odległości nie da się oddać prawdziwego charakteru tej budowli. Była bardzo masywna, ceglana, ciemnoczerwona...

I tu dochodzimu do istoty dzisiejszej notki.

W wieku dziewiętnastym ta dość istotna dla miasta ulica (istnieje przypuszczenie, że stanowiła skrót dla ulicy Blichowej) nosiła nazwę Rotenturm. Ulica Czerwonej Wieży. Według podawanych w źródłach przesłanek można uznać, że nazwa powstała od wznoszącej się ku niebu wieży śrutowej właśnie, która była w krajobrazie Żywieckiego Przedmieścia elementem wybitnym. Zastanawiam się jednak, czy istotnie ceglana wieża mogła być aż tak wybitna na tle pozostałych kominów przedmieścia (do których była przecież z daleka łudząco podobna), aby nadawać nazwę całej ulicy? Mam co do tego wątpliwości.

Całkiem nowa, ciekawa przesłanka pojawiła się stosunkowo niedawno. Otóż pewien zasłużony, udzielający się na wielu forach bielicjanista, pasjonat o ogromnej wiedzy, pan Konrad Korzeniowski zauważył był jakiś czas temu, że chociaż na wielu planach miejskich ulica ta rzeczywiście nazywa się Rotenturm, to jednak na jednym opisana jest nieco inaczej - "Rothenthurmstrasse". Wydawać by się mogło, że taka różnica to zmiana co najwyżej kosmetyczna lub - najpewniej - zwykły błąd. Chyba jednak niezupełnie, jeżeli bowiem pojawienie się nazwy w brzmieniu "Rothenthurm" nie jest zwykłą pomyłką pisarską, to diametralnie zmiania to postać rzeczy.
Planem, na którym ulica opisana jest w ten przedziwny sposób, jest plan z 1901 roku, prezentowany już tutaj wielokrotnie plan Friedla.


Zadałem sobie nieco trudu i przewertowałem stare, jeszcze dziewiętnastowieczne (ale również i te z pierwszych dekad wieku dwudziestego) numery regionalnej i ponadregionalnej prasy i ze zdziwieniem zauważyłem, że zarówno w gazetach niemiecko-, jak i polskojęzycznych nazwa tej bielskiej ulicy podawana jest nierzadko w brzmieniu Rothenthurmstrasse! Przodował w tym Ilustrowany Kuryer Codzienny. Jednak nie tylko. Spisy szkolne bielskich techników, nekrologi i notatki w zestawieniach fabrykanckich, wreszcie przemysłowe listy adresowe podawały czasem nazwę ulicy w tym starym, archaicznym brzmieniu.
Czy więc rzeczywiście Rotenturmstrasse pierwotnie mogła zwać się Rothenthurmstrasse?

Sądzę, że tak. I myślę, że ma to swoje głębokie polityczne i historyczne uzasadnienie.

W czym rzecz?
Rothenthurm to gmina szwajcarskiego kantonu Schwyz. W 1798 Francja zajęła zbrojnie Szwajcarię, jednak po aneksji kilka kantonów, w tym i kanton Schwyz, podjęło walkę. Rozruchy zostały krwawo stłumione, jednak już w 1799 r. w kantonach tych rozpoczęła działalność szwajcarska partyzantka. Niezłomna postawa mieszkańców Schwyz, a szczególnie Rothenthurmu, stała się w Austrii i pozostałych krajach skupionych w Drugiej Koalicji Antyfrancuskiej symbolem walki ze znienawidzoną rewolucyjną Republiką Francuską.

Czy możliwe jest, że ulica w niedużym, peryferyjnym mieście Monarchii nosiła taką historyczno-polityczną nazwę? Niewykluczone. Odrodzenie pamięci o dzielnych Szwajcarach walczących przeciwko temu samemu wrogowi mogło przecież nastąpić w 1859 roku, kiedy wybuchła wojna francusko-austriacka (a to jest przecież okres, w którym wytyczana była ta główna ulica Żywieckiego Przedmieścia). Atyfrancuskie nastroje faktycznie mogły pchnąć włodarzy miasta do takiej politycznej deklaracji, tym bardziej, że ulica o takiej samej nazwie była już wówczas w... Wiedniu!

Całkiem więc możliwe, że w XIX wieku ulica została nazwana na cześć niezłomnego szwajcarskiego kantonu, a dopiero później przemianowano ją na bardziej neutralną z politycznego punktu widzenia ulicę Czerwonej Wieży. Mogło to być o tyle łatwiejsze, że przy ulicy faktycznie stała czerwona wysoka konstrukcja bielskiej Schrotturm. Wszystko wskazuje na to, że zmiana (czy to na skutek społeczno-politycznych zawirowań początku XX stulecia, czy przez zwykłą niefrasobliwość) przeszła w oczach współczesnych zupełnie niepostrzeżenie.


_______________________________________________

Ulica Batorego jest dziś ulicą nieco zapomnianą. Nie ma tu przecież atrakcji turystycznych, muzeów, parków i fontann. Odwiedzają ją tylko tutejsi mieszkańcy, pracownicy okolicznych firm i co najwyżej pasjonaci architektury, którzy zabłąkają się tu w poszukiwaniu nieumieszczonych w przewodnikach okazów historyzmu czy architektury przemysłowej. Jednak ta ulica ma swoją specyficzną atmosferę. Trochę senną, trochę podmiejską, trochę taką warsztatowo-fabryczną właśnie... Taką samą miała ćwierć wieku temu, kiedy zjawiłem się na jej bruku pierwszy raz i kiedy zadziwiła mnie tym specyficznym klimatem.
I niewiele się od tego czasu zmieniła...

2016-06-12 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Apendyks

  

czyli

krótko o pragmatyzmie przodków


Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące skrzyżowania Partyzantów, Michałowicza i 1 Maja i unaocznić, gdzie mógł stać budynek z fotografii archiwalnej popełniłem mały kolaż (fotomontażem tego nie nazwę - nie mam odwagi).

Gimp w moich rękach ciągle jest jak skalpel w dłoni pijanego felczera, jednak staram się jak mogę.

Oto skrzyżowanie dzisiaj i nieistniejący już budynek. Myślę, że umiejscowiłem go w miarę poprawnie. Fotograf robiący stare zdjęcie stał zapewne na rogu, tuż przy hali dawnej Befamy (niedawnym Tesco).

Co do budynków w tle zdjęcia - jak już pisałem - jeden z nich, ten żółty z brązowym dachem, to kamienica Fussgängerów. Zbudowana w 1911 roku stoi do dziś. Jego fragment widać również na starej fotografii.

Warto poświęcić jej trochę uwagi. Kamienica powstała w miejscu starszego budynku (zaznaczony na zielono), dużo mniejszego - część parceli, bezpośrednio przylegająca do ulicy Alleegasse (1 Maja) była pierwotnie pusta. Na powyższym fragmencie planu Friedla widać dokładnie, dlaczego tak było. Otóż jeszcze końcem XIX wieku potok Sikornik przepływał właśnie w tym miejscu. Stary dom Fussgängera przylegał do jego koryta. Co ciekawe, nowa kamienica także budowana była z uwzględnieniem tego cieku. Wprawdzie Fussgänger ten nowy dom zbudował już na całej parceli, aż do Alleegasse, tak jakby Sikornika już tam nie było, jednak wprawne oko zauważy, że budynek, w miejscu, gdzie łączą się jego obie części (lewo- i prawobrzeżna), do dziś posiada biegnącą przez całą wysokość, maskowaną szczelinę dylatacyjną. Właśnie w miejscu dawnego przebiegu kanału Meisengrundbach.

Przebieg cieków wodnych w obrębie dzisiejszego skrzyżowania przy Blichu to już całkiem osobne zagadnienie. I niezwykle ciekawe. Zarówno na planie katastralnym z 1836, na planie Schwarza, jak i na późniejszym nieco planie Friedla siatka wodna zaznaczona jest bardzo wyraźnie. I oprócz tego, że znany jest przebieg potoków, można z niego dodatkowo wywnioskować jeszcze inne, mniej rzucające się w oczy fakty.

Proszę spojrzeć na dolny kraniec tego fragmentu planu Schwarza. Spływający z obszaru zwanego Meisengrund, od dzisiejszej ulicy Michałowicza potok Sikornik, po połączeniu się z płynącą od południa Młynówką, właśnie tu, w okolicy dzisiejszej stacji benzynowej zatacza spory, niespodziewany łuk. Naturalny charakter tego meandru pozwala wnioskować, że potok musiał omijać jakąś znaczącą przeszkodę, która stanęła na jego drodze. Tą przeszkodą mogła być tylko wybitna wyniosłość terenu. Ten wniosek zdaje się potwierdzać dawny przebieg końcowego odcinka ulicy Michałowicza, który przed połączeniem z Partyzantów niespodziewanie odchyla się ku północy, jakby próbując ominąć tę samą wyniosłość od drugiej strony.

(Dziękujemy Ci, Google! Potrzykroć!)

Dziś po tym elemencie geomorfologicznym nie ma, rzecz jasna, śladu, tak jak i po samych potokach. Ale mimo, że Młynówka i Sikornik zniknęły z krajobrazu tej cześci miasta, ciągle pozostały milczące ślady obecności przeszkody, którą musiały omijać tutejsze drogi.

Skośny odcinek ulicy Partyzantów przeznaczony dziś do skrętu w prawo, w ul. 1 Maja, to pozostałość po starej drodze blichowej. Pierwotnie na Blich jeżdżono właśnie tędy. Szosa ta także - a raczej jej odchylenie od linii prostej - jest dowodem na to, że w miejscu dzisiejszego skrzyżowania, jeszcze sto lat temu wznosiła się prawdopodobnie przeszkoda. Zapewne nie była to żadna niebotyczna góra, być może zwykły naturalny kopiec. Najpewniej jednak na tyle wyniosły, że dawnym mierniczym bardziej opłacało się zmienić bieg drogi, niż wkopywać w jego stok, lub całkiem niwelować.

Biorąc pod uwagę pragmatyzm naszych przodków, nie ma wątpliwości, że doskonale oszacowali wszystkie za i przeciw. Cokolwiek stało im na przeszkodzie, wytyczenie takiej a nie innej linii drogi było najlepszym, a być może jedynym rozwiązaniem w tamtych zaprzeszłych czasach.

2016-06-03 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-06-04 22:01:17
Jak zwykle, podziwiam wiedzę i dociekliwość Szanownego Autora. Ośmielam się uzupełnić, że ten "skośny przebieg Partyzantów do sketu w 1 Maja" to był ongi jej bieg podstawowy (napomykasz o tym mówiąc o drodze na Blich). Tedy jechał tramwaj, po przeniesieniu w 1926 r., tor był po stronie zabudowanej; pod opisywaną dużą kamienicą był przystanek. Przynajmniej tak było w latach 60., które pamiętam najlepiej...
MarianS.
2016-06-05 16:22:48
Tak P.AndrzejuP. - a po przeciwnej stronie wyburzono całą pierzeję aż do szk.nr 5 dla poszerzenia ul. Partyzantów - tak ok. 71-73r.- jak pamietam - chociaż na stałe zamieszkałem w BB dopiero w 74r. Pozdrawiam.
Komentarzy (2)

Bakcyl

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

część trzecia

Secesja, której obecność w naszym mieście zaznaczyliśmy w poprzednim odcinku Stronniczej i subiektywnej historii bielsko-bialskiej architektury, wbrew pozorom i mimo niezwykle krótkiego okresu, w jakim funkcjonowała, wcale nie była nurtem jednorodnym. Również i ona, być może nawet w sposób szczególnie intensywny, podlegała zmianom i mutacji, których odbicia dostrzegamy także i w naszym mieście.

Secesja była pierwotnie zjawiskiem - jak już wiadomo - o cechach wybitnie estetycznych, przy czym ten estetyzm podlegał, podobnie jak w poprzednich epokach, pewnym ścisłym zasadom. I tak mamy tu szczególnie mocne akcenty położone na harmonię linii i proporcje kształtów, równowagę ornamentu i oszczędną tonację barw. Budowle o takiej charakterystyce mogły uchodzić wręcz za kontynuację historyzmu, tylko tym razem w nieco fantastycznym, artystowskim kostiumie.

Tego typu zjawiska nie trwały jednak zbyt długo. Rychło okazało się, że w rewolucji, która wybuchła u schyłku epoki, chodziło nie tylko o zerwanie ze schematycznością historyzujących stylów, nie tylko o wyzwolenie z więzów krępujących swobodną ekspresję pomysłów, ale również i o szczególne, niezwykle mocne zaznaczenie indywidualności projektu, a co za tym idzie, indywidualizmu jego twórcy.

Być może demonizuję nieco, ale sądzę, że to, co pojawiło się na przełomie wieku XIX i XX w pracowniach architektonicznych całego cywilizowanego świata, ta przemożna chęć wywarcia na projekcie, budowli a wreszcie i na samym mieście indywidualnego piętna architekta, stało się zarzewiem wielkiego, wszechogarniającego płomienia estetycznego buntu przeciw schematyzmowi architektury.

Kiedy spojrzymy krytycznym okiem na secesję w naszym mieście, być może dojrzymy w fasadach tych kamienic, w ich rysunku i charakterze pewne zasadnicze różnice. Część budynków - nawet na tle tak oryginalnego przecież stylu - zdaje się odróżniać znacząco od innych. Na tle secesji stonowanej, dość "konserwatywnej" powiedzielibyśmy, przemawiającej jeszcze starymi brzmieniami, mocno wyróżnia się nurt odmienny, bardziej odważny, cyzelowany, pozbawiony kaftana zasad. Nurt swobodny, oryginalny i indywidualny właśnie.

Nurt tak indywidualny, że aż w jakiś bezczelny sposób uroczy. Zerwanie z zasadami harmonii, proporcji i złotego podziału widać wyraźnie choćby w fasadzie kamienicy, przy ulicy Barlickiego 3 (powstałej jako gmach Komunalnej Kasy Oszczędności w Bielsku). Ponieważ stoi ona opodal słynnej, wielokrotnie przedstawianej, omawianej i analizowanej modernistycznej kamienicy Fabianiego (Cafe del Europe), tkwi więc w cieniu tamtej, sławniejszej sąsiadki. A przecież ta secesyjna, a w pewnym sensie już modernistyczna budowla również zasługuje na uwagę. Jej ornament, charakterystyczny dla secesji późniejszego nurtu nie jest już wystudiowanym, obecnym jedynie w architekturze zdobnikiem. Proszę zwrócić uwagę, że te migdałowe formy w kartuszach międzyokiennych i w portalu, nie zawierają już tej matematycznej, geometrycznej regularności, choć płynne i łagodnie obłe, wymykają się proporcji i złotemu cięciu. Oto niepostrzeżenie do architektury wkradła się dowolność! Improwizowana, intuicyjna estetyka, nowy ład. Ale prócz tego jest tu coś jeszcze. Oto na fasadzie pojawiają się elementy, które równie dobrze można byłoby znaleźć w książkowej ilustracji, na olejnym płótnie, czy w niewysublimowanej rzeźbie.

Pojawia się zdobienie, które jest i nowe, bo przecież w takiej formie nigdy dotąd nie występowało, i bardzo stare, posiadające wiekowe tradycje, bo oto w kamieniu, gipsie i cegle oddano to, co od zawsze towarzyszyło człowiekowi, ale w sztukach zupełnie innych niż architektura. Przekopiowano na elewacje motywy graficzne, malarskie i rzeźbiarskie, czyniąc z kamienic coś w rodzaju ilustracji. Czasem zapierających dech, czasem delikatnych i dyskretnych. Tak jak na powyższym zdjęciu. To nadal budynek przy Barlickiego. Niepozorny polny ptaszek sprawia wrażenie, jakby był wycięty z jakiejś książkowej ilustracji i po prostu wklejony nad balkonowe okno kamienicy.

Nieopodal towarzyszy mu martwa natura żywcem wyjęta z olejnego malowidła.

Znamiennym jest fakt, że projekt gmachu Komunalnej Kasy Oszczędności był projektem, który zwyciężył w konkursie, pokonując dziewiętnaście innych propozycji. Już samo to dużo mówi o ówczesnych gustach.

Kamienica przy Komorowickiej, której fasada z kompozycyjnego punktu widzenia zupełnie wymyka się utartym schematom, to również przykład takiej właśnie dyskretnej secesyjnej "ilustracyjności". Fantazyjna roślinna kiść, a także zdobiące wykusz kamienicy festony, do złudzenia przypominają graficzne winietki w książce, czy w gazecie. Oryginalnie? I tak, i nie.

Na pewno brak tutaj bezdusznej, matematycznej kalkulacji, brak schematów i wzorów, brak linijki i kątomierza. Nie brak za to fantazji, chociaż, jak się okazuje ta fantazja też cechuje się pewną wtórnością.

Jednakże to nie owa ilustracyjność ornamentu (zapożyczona przecież) stanowi o doniosłości secesji, nie ów obrazkowy charakter jest najważniejszy - nie tylko dla niej samej, ale i dla przyszłego rozwoju architektury - ale raczej ta głęboka, czasem niedostrzegana indywidualność projektów właśnie. Ten indywidualistyczny sznyt, wyzwolenie spod reżimu schematu i z przymusu, zaniechanie zasad i reguł. To one, raz zapuściwszy korzenie w umysłach architektów i urbanistów, rozkrzewiły się niczym dziki, żywotny busz, obejmując w swe władanie coraz większe połacie architektonicznych obszarów. Bezdyskusyjnie, bezkompromisowo, bez odwrotu.

Nagle bowiem okazało się, że twórca może konstruować rzeczywistość z pominięciem każdej reguły, prócz tych najbardziej oczywistych, jak grawitacja i zasady bezpiecznego stawiania domów. Poza tymi, czysto fizycznymi barierami, architekt nie miał już żadnych innych ograniczeń. Jego fantazja była ostatnim bastionem, a zdrowy rozsądek ostatnią nadzieją. Czasem złudną.

Oczywiście koniec świata nie nadszedł. Domy, kamienice, fabryki, ratusze i kościoły nadal cechowały się specyficznym pięknem i harmonią, bo mimo uwolnienia się od schematu i dyktatu zasad, przestrzeń publiczna ciągle wymagała od twórców pewnej delikatności i przyzwoitości, a sami twórcy mieli jeszcze wystarczającą dozę pokory i samokontroli, a także wiedzy i doświadczenia, aby świat, który kształtowali siłą swych umysłów i rąk nie stał się kamienno-ceglaną karykaturą. Jakimś cudem - mimo secesyjnej wewnętrznej przemiany - udało się w miastach Europy zachować umiar, sens i piękno.

Jednak, niestety, raz zainfekowane bakcylem individuelosis originaliensis umysły utraciły kontrolę nad sobą i podryfowały w kierunku nieznanych, odległych horyzontów estetyki, na zimne, puste wody morza modernizmu.

Jeszcze modernizm bardzo wczesny, ten wykwitły bezpośrednio z secesji i eklektyzmu, nie zapowiadał tego, co miało wydarzyć się już wkrótce. W jego kształcie tkwi jeszcze i pobrzmiewa (odrobinę nieszczerze) dawna wyszukana świetność, ciąży ku "ciemnemu" okresowi, w którym królowały "napuszone ornamenty" i "przesadzona stylistyka pałacu" - jak lubili kwitować te tendencje oświeceni moderniści.

Przykład wczesnej moderny w naszym mieście rzeczywiście może zdumiewać przywiązaniem do tradycji i dawnych rozwiązań. Będący dziełem architekta pozostającego pod wpływem wiedeńskiej szkoły, gmach Banku Austro-Węgierskiego przy Pastornaku w ogóle nie sprawia wrażenia, jakoby miał być zapowiedzią modernizmu. Bogactwo formy wylewające się z nadokiennych portali, gzymsów, kartuszy i pilastrów oszałamia. Ale i budzi jakąś nieufność. Szczególnie jeśli wie się, czego zapowiedzią jest ten piękny - nie przeczę - budynek pozostający na uboczu i w cieniu gmachów teatru oraz poczty.

Dziś budowla dawnego banku, mocno odarta z przeszłej świetności, pozbawiona przepysznego fryzu z majestatycznym centralnym jego zwieńczeniem nadal cieszy oko (choć samo zwieńczenie stało się ofiarą zacierania niepolskich śladów w mieście - jakiś barbarzyńca, miast skuć po prostu C.K. orła, zwyczajnie i po chamsku zlikwidował całe zwieńczenie wraz z kartuszem). Nadal radują finezyjne portale nadokienne, bogata, choć nieprzesadna dekoracja piętra z przeciekawym rozwiązaniem łuków międzyokiennych, nadal imponują olbrzymie (największe w mieście) głowy lwów tkwiące nad kartuszami, flankujące wybrakowane już dziś zwieńczenie piętra.

To wszystko jednak miało już niebawem odejść w niebyt. Postępujący (co ja mówię - galopujący raczej) modernizm zadbał o to skutecznie. Zrodził się z indywidualizmu. Jednak nie chodziło o indywidualny projekt, ale raczej o indywidualistyczne podejście do samej architektury. Projekty bowiem (co okaże się już niebawem) cechowały się daleko idącą redukcją oryginalnego sznytu, cech własnych i nieszablonowych, a w związku z tym coraz bardzie zaczęły być do siebie podobne.

Na samym początku nic tego nie zapowiadało. U zarania XX wieku zaczęły powstawać budowle coraz bardziej w swej formie wyciszone, spokojne, stonowane. Architektonicznie wręcz ascetyczne. Jednym z reprezentantów takiej architektury jest gmach kolejarskiego domu mieszkalnego przy Wyspiańskiego róg Głowackiego. Ale takich przykładów w mieście jest, rzecz jasna, więcej.

Modernizacja architektury mogła pójść - tak sądzę - w jednym tylko kierunku - ku prostym, solidnym formom codzienności. Zmęczenie architekturą dekoracyjną, przesyt ornamentyką, tęsknota za wyciszeniem i uspokojeniem form, to wszystko jednoznacznie zmierzało ku budowlom, których podstawową cechą jest harmonijna funkcjonalność.


Myliłby się jednak ten, kto zbyt łatwo uległby wrażeniu prostackości. Ja sam, choć modernizmu nie darzę szczególną atencją, doceniam ciekawe projekty, cechujące się szlachetnością i urokiem.

Na całe szczęście w naszym mieście nie trzeba ich długo szukać. Modernizm jest nurtem na stałe zasiedziałym w Bielsku i ma swoją mocną reprezentację, począwszy od budownictwa kompleksowego,

takiego, jak słynne już, omal przysłowiowe, osiedle w dawnych ogrodach zamkowych, stanowiących piękny przykład osiedla pełnego

poprzez spółdzielcze i spółkowe budownictwo wielorodzinne

poprzez budynki użyteczności publicznej (zaprojektowany w 1936 roku bank Komunalnej Kasy Oszczędności nie należy do moich ulubionych projektów, prawda jest jednak taka, że dzisiejszy plac Chrobrego bez tego wybudowanego w stylu funkcjonalistycznym gmachu dziś byłby już niepełny)

aż po zabudowę jednorodzinną, równie u nas obfitą i nierzadko naprawdę wysmakowaną - choć przecież oszczędną (ul. Konopnickiej).

Modernizm to jednak taniec na wulkanie. Tak naprawdę po nim nic już nie było takie jak wcześniej. On był jak fałszywy drogowskaz, który w gęstym, ciemnym lesie wskazywał kierunek. Wszyscy wiedzieli, że pokazuje złą drogę, bo na jej końcu było coś, co groziło estetycznym zatraceniem. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ta droga jest drogą donikąd.

Ale innego drogowskazu nie było.

2016-05-26 | Dodaj komentarz
Krzysztof Czyż
2016-05-30 00:46:49
Bardzo ten wpis mi się podobał. Brakuje mi obecnie takiego wyważonego krytycznego podejścia do architektury doby modernizmu, która przecież wywiera tak wielki wpływ i na współczesność. Historia sztuki ma to do siebie, że wywyższa to co nowe i oryginalne. Kiedyś wszystko mieściło się to w jakichś powszechnie rozumianych i akceptowanych normach piękna (porządki architektoniczne, detal - również secesyjny). Wraz z przełomem modernistycznym te ramy pękły a piękno obiektywne zostało wyrugowane z dyskusji o sztuce i architekturze. Masowość, relatywizm, globalizacja (wszak funkcjonalim określa się też mianem stylu międzynarodowego), to wszystko sprawiło, że ten modernistyczny przełom był raczej nieunikniony. Wielu nie może tego odżałować. Ja jednak zwykłem mawiać, że bez tego co wydarzyło się w XX wieku nigdy nie potrafilibyśmy docenić dawnej architektury, włącznie z podobno odtwórczym historyzmem XIX wieku, tak bardzo jak jest to dzisiaj.
Maciej P.
2016-05-30 19:40:53
@Krzysztof Czyż. Dziękuję za dobre słowo. Muszę przyznać, że w trakcie redagowania wpisu pewne sprawy przedstawiają się bardziej wyraźnie niż na przykład podczas spacerów z aparatem w terenie. Nabierają konkretnych kształtów. Żeby było zabawniej jeszcze jaskrawiej sprawa przedstawia się w przypadku architektury współczesnej. Sam jestem zdziwiony :-) Ale o tym nieco później, w następnym wpisie z cyklu. Ostatnim dotyczącym historii architektury. Pozdrawiam.
Komentarzy (7)

Prostowanie dróg

  

czyli

krótko o odczarowywaniu

Zagadka okazała się być raczej prosta. Rzeczywiście jedynym charakterystycznym, istniejącym do dziś fragmentem zabudowy, który znajduje się także na fotografii jest kamienica Fussgängera, widoczna z prawej strony oraz jej ledwie dostrzegalna sąsiadka. Dziś kamienica (zwana też "związkową") niewiele się zmieniła i może być wystarczającym punktem odniesienia dla ewentualnych analiz. Myślę, że stare zdjęcie wykonano mniej więcej (z naciskiem na "mniej") z tego miejsca:

Przywołałem tę archiwalną fotografię nie bez powodu. Jest dość oryginalna i świetnie ilustruje olbrzymie zmiany, jakie zaszły w tej części miasta na przestrzeni naprawdę niewielu lat.

Skrzyżowanie dzisiejszych ulic Partyzantów i Michałowicza to miejsce samo w sobie dość leciwe. Zaistniało w czasach nowożytnych jako rozstaje głównego szlaku północ-południe (Śląsk - Żywiec) i drogi Wapienickiej (później Aleksandrowickiej). Dzisiejsza Michałowicza jest pozostałością traktu wiodącego północnym skrajem Mühlbergu ku Wapienicy (być może jej proweniencja sięga więc szesnastego wieku).

Skrzyżowanie, które znamy dziś, jeszcze kilka dekad temu wyglądało całkiem inaczej. Pierwotnie w ogóle nie było to skrzyżowanie przelotowe. To znaczy ulica Michałowicza (wcześniej Górska, jeszcze wcześniej Berggasse) nie miała pierwotnie przedłużenia ku rzece.


Więcej. Od samego zarania droga ta dochodziła do ulicy Młyńskiej i dopiero za jej pośrednictwem do Blichowej na wysokości dzisiejszego Domu Handlowego "Halny", zaś w miejscu dzisiejszego środka skrzyżowania były ogrody i nieużytki. Ulica 1 Maja, na jej odcinku od skrzyżowania do rzeki (pierwotnie Alleegasse), to pieśń dużo późniejsza - pierwsze lata XX stulecia.


Warto rzucić okiem na uwidocznione na starych planach zmiany, jakie dokonywały sie w obrębie tego niewielkiego fragmentu miasta na przestrzeni wieków.

Na planie wykreślonym na potrzeby barona Schwarza i jego projektu wodociągów w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, ale z wykorzystaniem podkładu mapy katastralnej z 1836 r., pięknie widać przebieg dróg w tym fragmencie miasta. Warto zwrócić uwagę na kompleks budynków stojący tuż przy wylocie ulicy Młyńskiej na Blichową (zaznaczone kółkiem). Ten zespół przetrwa nadspodziewanie długo.

Na planie Friedla - bardzo dokładnym i całkiem przyzwoicie odzwierciedlającym stan zabudowy miasta w roku 1901 - także widać te budynki. Niestety nie znam ich przeznaczenia, ale mam wrażenie, że spełniały dość ważną rolę. Być może Czytelnicy podpowiedzą jaką pełniły funkcję. Ja nie zdołałem doszperać się informacji na ten temat.

Na późniejszych planach sprawa nie przedstawia się już tak jednoznacznie.

Jednak na planie Pharusa z 1914 r., choć odwzorowanie posiada mocno zredukowany szczegół, również widać w tym miejscu ogrodzoną działkę. Ulica Górska biegnie tutaj, rzecz jasna, jeszcze po staremu. Jeszcze nikomu nie przeszkadza jej niewygodny dla podróżujących od strony Żywca przebieg.

Na planie z lat 30-tych XX wieku już niewiele widać, ale Verkehrsplan ze zbioru "Kartenbeilagen zur Militärgeographischen Beschreibung von Polen" to tylko mapa poglądowa.

Na bardzo oryginalnym radzieckim, rosyjskojęzycznym planie z 1978 roku, który pokazuje już nowy przebieg ulicy Michałowicza, o dziwo także widać coś na kształt zabudowań.

Czy jest to ten sam, widoczny na starym zdjęciu zespół budynków, czy to już tylko jego echo? Czy stoi w tym samym miejscu, czy już niezupełnie?


Tkwiące samotnie zabudowania, w latach sześćdziesiątych stały się niewygodne. Na deskach kreślarskich bielskich urbanistów ulica Michałowicza została wyprostowana, przecięła ul. Młyńską, ul. Grażyńskiego i połączyła się z 1 Maja. Aby wprowadzić ten projekt w życie należało usunąć wszelkie przeszkody. W pierwszej kolejności stojące niemalże w samym środku planowanego skrzyżowania zabudowania.
I tak się stało.

W ten sposób budynki, pamiętające jeszcze być może wiek osiemnasty, a z całą pewnością pierwsze dekady dziewiętnastego, znikły z powierzchni ziemi i - równie szybko - z pamięci mieszkańców. Tylko nieliczne stare zdjęcia przypominają o nich czasami, pokazując dawną zabudowę i dawny, odwieczny przebieg ulic, które dziś są już może proste i szerokie, ale też zupełnie pozbawione swego dawnego czaru.

2016-05-18 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-05-18 10:59:34
Gdzieś w połowie lat 60., wprowadzono ruch jednokierunkowy na ul. Partyzantów na odcinku od Batorego do 1 Maja, Ulicą Partyzantów można było jechać do śródmieścia i skręcić w 1 Maja, bo Partyzantów dalej też była jednokierunkowa, ale w stronę przeciwną. Ruch w stronę Szczyrku, Mikuszowic, (także Cygańskiego Lasu!) poprowadzono Młyńską i Batorego. Być może to wówczas i z tej przyczyny przebudowano opisywane skrzyżowanie.
Bielski Rynek
2016-05-18 12:07:41
Witam Panie Macieju ponieważ nie dysponuję Pana mailem proszę o przesłanie na adres: redakcja@bielskirynek.pl informacji - chcielibyśmy w imieniu redakcji naszej gazety skontaktować się z Panem.
Maciej P.
2016-05-19 11:08:47
@AndrzejN. Ruch jednokierunkowy na wąskiej wówczas jezdni mógł być wywołany albo rosnącym natężeniem ruchu Bielsko-Szczyrk, albo częstymi robotami naprawczymi, albo - co wydaje mi się bardziej prawdopodobne - przygotowaniem do przebudowy skrzyżowania. To możliwe. Ciekawe jest, że skrzyżowanie, choć totalnie przebudowane, jeszcze dziś zawiera relikty dawnych rozwiązań. między innymi fragment pierwotnego przebiegu ulicy Blichowej jeszcze przed jej wyprostowaniem (w okolicach wylotu 1 Maja).
dziadek
2016-05-30 11:15:52
Czy te zabudowania nie stały w miejscu, w którym obecnie znajduje się stacja benzynowa? Wiem, że w którejś książce - może w "Dziejach Domu Polskiego"? - był dokładny plan tego miejsca, ale szczegółów nie pamiętam
Maciej P.
2016-05-30 19:43:35
@dziadek. Według moich szacunków zabudowania, o których traktuje wpis stały jednak nieco gdzie indziej niż stacja benzynowa. Analizując przebieg dzisiejszych ulic na tle siatki sprzed lat wychodzi, że zabudowania stały bardziej na północ, dokładnie tam, gdzie dziś na trawiastym klinie pomiędzy jezdniami zieleni się kępa niskich drzewek (widoczna na aktualnej fotografii zamieszczonej powyżej). Stacja benzynowa stanęła natomiast opodal płynącego tutaj łukiem potoku Sikornik pięknie uwidocznionego na planie Schwarza i Friedla. Pozdrawiam.
dziadek
2016-06-01 09:51:52
W którym miejscu stał budynek na pierwszym zdjęciu? W jakim miejscu stał fotograf i co to za budynki w tle. Kompletnie się pogubiłem!
Maciej P.
2016-06-01 20:44:33
@dziadek. Proszę o cierpliwość. W następnym wpisie, jutro, najdalej w piątek, wszystko wyjaśnię. Pokażę też całe skrzyżowanie z uwzględnieniem dawnego przebiegu ulic i niewidocznych już dziś cieków wodnych. Sprawa jest bardzo ciekawa... Pozdrawiam serdecznie.
Komentarzy (6)

Somnium finis

  

Kwietniowa, przeznaczona na ostateczne otrząśnięcie się z przedwiośnianego letargu przerwa, w sposób zupełnie niekontrolowany przemieniła się w małe wakacje.

Przepraszam szanownych Czytelników za długie milczenie, brak wpisów i odpowiedzi na komentarze. Winą obarczam - jak zwykle - trudności natury obiektywnej, pracę kwerendalną, nieopanowane myszkowanie po antykwariatach ale również i egzamin maturalny mojej córy, który skutecznie odbierał mi umiejętność skupienia sie na rzeczach ważnych, mniej istotnych i tych całkiem pobocznych.

Wymuszona przerwa dobiega końca, a ja biorę sie do roboty. Somnium finis - koniec snu!
Od przyszłego tygodnia ruszamy z kopyta i chociaż wpisy będą ukazywały się pewnie z dotychczasową częstotliwością, lub nawet ciut rzadziej, obiecuję że rytm wpisow będzie stały i miarowy jak turkot postrzygarki w Muzeum Techniki i Włókiennictwa.

Dziś, na rozruszanie, tylko kilka fotografii retro (powyżej) i dwie małe - chyba nietrudne - zagadki (poniżej).

Być może Czytelnicy znają doskonale te zdjęcia, byc może dysponują nawet znacznie lepszymi technicznie kopiami... Ja posiadam jedynie takie - fatalne skany. Ich jakość jednak ma swoje zalety. Dzięki temu zagadki nie będą może banalnie łatwe.


FOTOGRAFIA1


FOTOGRAFIA2


Czy ktoś wie, gdzie robione były te fotografie?

2016-05-12 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2016-05-12 22:04:02
Fot 1 - Czy to nie jest ulica Wałowa, w oddali Barlickiego, zdjęcie robione z miejsca gdzie stoi obecnie Sfera 2 ?
Maciej P.
2016-05-13 11:15:08
@Ichabod Crane - brawo! To jest rzeczywiście ul. Wałowa. Jeszcze porośnięta drzewami, jeszcze z ZPW Finex po lewej (w domyśle), jeszcze bez rond. Dobra odpowiedź.
Ichabod Crane
2016-05-16 12:47:40
Przy Fot.2 będę strzelał, Plac Żwirki i Wigury, wylot ulic Przekop i Sukienniczej, na miejscu budynku z pierwszego planu jest obecnie parking?
Maciej P.
2016-05-16 20:07:03
Tym razem strzał niecelny. Dla pewności spróbowałem jeszcze przyporządkować fotkę do podanej przez Ciebie lokalizacji (bo może to ja się mylę), ale nie, nie pasuje. Miejsce dziś jest bardzo zmienione, a o jego właściwej lokalizacji mówi tylko jeden szczegół zdjęcia. Pozdrawiam.
Ichabod Crane
2016-05-17 10:09:14
W takim razie strzelam po raz drugi - skrzyżowanie ulic Partyzantów, Michałowicza, 1 maja. W oddali widok na budynki przy wylocie ulicy 1 maja.
Maciej P.
2016-05-17 23:34:24
Bingo! Teraz trafiony. Ulica Młyńska, Michałowicza, wylot ku Partyzantów. Zagadka średniej trudności, ale samo miejsce dość ciekawe. Jutro kilka słów na ten temat... Pozdrawiam.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» czerwiec (2)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[MarianS.]
Tak P.AndrzejuP. - a po przeciwnej stronie wyburzono całą pierzeję aż do szk.nr 5 dla...
[AndrzejN]
Jak zwykle, podziwiam wiedzę i dociekliwość Szanownego Autora. Ośmielam się uzupełnić, że ten "skośny przebieg...
[Maciej P.]
@dziadek. Proszę o cierpliwość. W następnym wpisie, jutro, najdalej w piątek, wszystko wyjaśnię. Pokażę też...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 96840
Newsów: 73
Komentarzy: 225
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała