liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Dzisiejszy wpis będzie się nieco różnił od pozostałych. Został zainspirowany miłym komentarzem zamieszczonym przez "giepe" pod notką "Jest, ale nie ma...". Odpowiadam z dużym poślizgiem, za co przepraszam, ale w zamian pozwolę sobie na nieco dłuższy wpis, ponieważ szczerze mówiąc rzeczony komentarz zmusił mnie do pewnej refleksji natury ogólnej, która powinna chyba pojawić się tu już wcześniej.

Blog ten powstał jakiś czas temu w jednym konkretnym celu. Miał pokazywać mało znane, czasem niezrozumiałe procesy, jakie zachodziły i nadal zachodzą w naszym mieście na styku historii, architektury i urbanistyki. To one kształtują obraz miasta i nadają mu charakter. Spośród wszystkich czynników, jakie odciskają na jego tkance swoje piętno, najmniej docenianym jest czas. A w istocie ma on bodaj największe znaczenie. Jest nie tylko obecny w każdym procesie, w każdym działaniu ludzkim, ale również towarzyszy procesom przemiany i destrukcji tych działań, co w przypadku Bielska i Białej widoczne jest czasem aż zbyt wyraźnie.


Pewnie dlatego właśnie poświęcam mu tak wiele uwagi i ostatnio stał się głównym, choć nie zawsze widocznym "bohaterem" wpisów.

Można się zastanawiać po co w ogóle sięgać do przeszłości, po co analizować życie ludzi, którzy już dawno odeszli, a których myśli i działania przeminęły jeszcze szybciej, niż oni sami? Po co przywoływać te odległe, nieistniejące już byty? Rzeczywistość dzisiejsza toczy się już przecież swoim własnym torem, umyka od zakurzonych i pokrytych patyną przedmiotów, idei i zdarzeń. Zaciera się w wyobraźni i pamięci bezpowrotnie. Czyż nie?

Nie do końca.

Napisałem kiedyś, że historia jest w pewnym sensie wyzwaniem dla człowieka współczesnego. Stając w obliczu historii - i to nie tylko tej wielkiej, ale przede wszystkim tej małej, codziennej, zapomnianej, mało znanej - tak naprawdę stajemy w obliczu prawdy dla nas dużo istotniejszej od wszystkich wojen, bitew, zamachów, królewskich panowań, papieskich pontyfikatów i prezydenckich kadencji razem wziętych. Bo stając twarzą w twarz z codziennością sprzed lat, stajemy twarzą w twarz z samym sobą, uboższym jedynie w wiedzę o tym co wydarzy się później.


Ale poza tym nie różnimy sie wcale. Chodzimy tymi samymi ulicami, patrzymy na te same (choć nie takie same) ściany, dachy i wieże. Konstruujemy mozolnie swoją rzeczywistość w świetle tego samego dnia, pod tym samym niebem.

Codzienność dzisiejsza - pomijając zupełnie drugorzędne kwestie bytowe - niczym nie różni się od codzienności sprzed stu czy dwustu lat. Batheltowie, Kornowie, Rothowie, Schulzowie, Tobiasowie, Salomonowiczowie i inni mniej znani, a równie rzeczywiści, tak samo jak my dzisiaj brnęli przez ten bielski mozół i tak samo jak my dzisiaj codziennie funkcjonowali w obrebie wyznaczonym przez pewnien konkretny, istniejący do dziś schemat ulic i domów.

Codziennie rano widzieli ten sam pejzaż dachów, kominów i wież Stadtbergu, kluczyli tymi samymi uliczkami, potykali sie o te same niemal kamienie, zimą ślizgali na tych samych stromiznach Wzgórza klnąc przy tym na czym świat stoi. Wchodzili do sklepów (innych niz dzisiaj) przez te same drzwi, patrzyli na te same góry przez te same okna.
A przede wszystkim budowali wokół siebie przestrzeń, którą my odziedziczyliśmy właśnie po nich.

I to fascynuje mnie najbardziej.
I daje do myślenia.
I jest wyzwaniem właśnie. Bo tylko rozumiejąc powody, dla których oni budowali świat w takim, a nie innym kształcie, tylko wiedząc, jakie były tego przyczyny, znając ich inspiracje, jesteśmy w stanie realizować naprawdę sensowną wizję miasta.Tylko wówczas. Bo tylko wówczas istnieć będzie przynajmniej cień gwarancji, że patrząc przed siebie nie stracimy z oczu źródeł.


Nie powinniśmy więc traktować przeszłych czasów jako czasów gorszych, niedoskonałych, niepełnych, a których ostateczną emanacją i zwieńczeniem jesteśmy dopiero my. Nie powinniśmy traktować ich z góry, a przeciwnie - powinny stać się dla nas inspiracją i lekcją. Lekcją pokory, wiedzy i umiejętności patrzenia.


Warto szukać tych wartości od dawna zamkniętych w kamiennych formach naszego miasta, by przypomnieć sobie absolutne rudymenta, podstawy, o których zbyt łatwo zapominamy dzisiaj, próbując kształtować przestrzeń po swojemu.
Czy do tego celu może posłużyć i ten skromny blog, którego podtytuł brzmi przecież "W poszukiwaniu utraconego sensu"? Mam cichą nadzieję.

2014-12-09 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Wieżyczka, kopułka i spółka

  

Albo

Ten parszywy fą de siekl


Ci, którzy wieszczyli rychły upadek cywilizacji już w 476 roku, rzecz jasna, dalecy byli od prawdy. Ich racje, nie bezpodstawne zresztą, okazały się jednak zbyt wątłe w obliczu nadciągających zmian. Wprawdzie Ostrogoci - w myśl ówczesnych kanonów - byli barbarzyńcami, jednak Cesarstwo Rzymskie upadło przecież nie tylko z powodu ich najazdu.
Każda cywilizacja ma swoje kryzysy. Dzisiejszy świat także. Choć wydawać by się mogło, że podążamy ku świetlanej przyszłości, coś już od dawna zgrzyta w machinie, którą jest postęp, coś skrzeczy niemiłosiernie i daje znać o zbliżającym się przesileniu.
Przesada? Nie sądzę. Dowodów na to pełno wokół nas. Zapatrzeni w możliwości, jakie daje nam rozwój techniczny, zupełnie bezboleśnie przechodzimy do porządku dziennego nad stratami w innych, pozornie mniej istotnych dziedzinach...
Ale nie tylko my.


Pisałem już na tym blogu o kryzysie wieku XX i XXI. Dzisiaj nieco inaczej. Dzisiaj będzie o tym, co (nawet mnie) zawsze wydawało się kanonem, klasyką, niewzruszonym standardem. Ale, jak się okazuje, wcale nim być nie musi.

Związane z józefińską epoką odrodzenie przemysłu stało się jednocześnie grobem dla stylu. Bezwyrazowe, przysadziste, masywne formy (które dziś uznalibyśmy pewnie za modernę i pokazywali na blogach) rozpanoszyły się jak niezwyciężone C.K. Austrowęgry długie i szerokie. Jednakowe, mało ambitne, bezwyrazowe kamienice, manufaktury, folusze i farbiarnie budowane na jedno kopyto, z charakterystycznymi stromymi spadami dachów, zaokrąglonymi narożnikami i nudną linią takich samych okien stały się cechą charakterystyczną każdego miasta przemysłowego wielkiego mocarstwa.

Oto przykład takiego właśnie budownictwa. Dla nas, współczesnych, ma ono dużą wartość, ponieważ jest reprezentantem architektury pierwszej połowy XIX (w dodatku pomimo przysadzistości ciągle zawiera w sobie jakiś ukryty czar proporcji). Już w połowie XIX wieku natomiast styl ten był tylko konsekwencją utylitarnej, nastawionej na zysk tendencji budowania w sposób możliwie najprostszy i najoszczędniejszy (co nie znaczy, że bez dbałości o wykonanie). To przykład typowego domu u progu wielkiej rewolucji przemysłowej. Ale takie budynki mieściły nie tylko mieszczańskie gniazda, ale również kapitalistyczne fabryki, manufaktury i banki. Dzisiaj dla nas mają jakiś urok, ale w oczach współczesnych, którzy mieli do czynienia tylko z taką masywną architekturą, po jakimś czasie stały się one już zbyt ciężkie i pozbawione jakiegokolwiek blasku. (fot. jeszcze sprzed remontu)

Kiedy w połowie XIX wieku liniowy postęp architektoniczny, mający jak dotąd całkiem dobre tempo, a czasem i niezłe przyspieszenie, zaczął niepostrzeżenie zwalniać, kiedy w latach pięćdziesiątych tego stulecia uwiąd twórczy był tak dotkliwy, że ktoś wpadł na pomysł aby uczynić z niego skodyfikowaną zasadę, wówczas nadszedł pierwszy, naprawdę poważny kryzys od wieków.
Pojawił się historyzm.

Nie mam nic przeciwko samemu historyzmowi. Był zjawiskiem ożywczym, w kontekście nieco zapyziałych i nudnych form przestrzennych dziewiętnastowiecznego miasta, które zastąpił, a o których pisałem powyżej. Był reakcją na bezwyrazowe i bezideowe kształty, jakie zdominowały miasto w czasach romantyzmu. Miał za sobą pociągnąć ożywienie przez powrót do sprawdzonych, klasycznych form, nieco tylko przekształconych w duchu nowoczesności. W jakiś szczególny sposób widać to również i w architekturze Bielska i Białej.

A zmiana była potrzebna.


Niestety coś poszło nie tak. Pierwszym obiektem, jaki przebudowano w tym duchu był zamek. Już wcześniej pisałem o tej przemianie i o tym, z jakimi spotkała się reakcjami. Zamek przebudowany w manierze historycznej może się podobać i nie musi. Faktem jednak pozostaje, że była to przecież budowla zarówno o mocno osadzonych w historii tradycjach, jak i ze wszech miar reprezentacyjna. Modelowanie tej bryły w duchu historyzmu nie powinno być uważane za wielki błąd. Inna rzecz, że w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego stulecia Bielsko było jeszcze zabudowane małomiasteczkową architekturą, na tle której zamek bezdyskusyjnie dominował.


Jedyne, co można było zrobić, to zatrzeć to przeskalowanie. I tak zrobiono. Niestety ożywienie architektoniczne Bielska w pewnym momencie wymknęło się spod kontroli.

Dwie ostatnie dekady XIX wieku obfitowały w dość śmiałe formy architektoniczne, które w założeniu miały nawiązywać do form dawnych, klasycznycyh. Miasto zaroiło się więc od dużych neorenesansowych, i neobarokowych brył, lepiej lub gorzej wkomponowanych w rzeczywistość. W bryłach tych jednak czaiła się skaza. Poważny zalążek choroby, która zaczęła toczyć europejską architekturę od środka. W swoim dążeniu do klasyki, do form dawnych, w pogoni za pięknem zgubiono sens! Odwieczne (to wcale nie jest zbyt duże słowo) zasady, jakimi rządziła się ta sztuka, w imię końcowego efektu zostały podeptane.

Oto ulica Haasestrasse (dziś Dąbrowskiego) i zbudowana w 1890 roku Kamienica Kestela (ta z lewej). Z pozoru wszystko jest tu w porządku. Mamy lekką, mimo sporych rozmiarów, nieprzeciążoną bryłę, harmonijne i spokojne linie okien i gzymsów, mamy wreszcie świetnie wykorzystaną przestrzeń, która dzięki skrótowi perspektywicznemu ulicy nadaje budynkowi dodatkowej lekkości. Niestety. W tej konstrukcji jest coś, co wprawdzie nam, dzisiejszym, już raczej nie przeszkadza, ale współczesnych mocno niepokoiło. Tym czymś jest wieżyczka. Forma dotąd w budownictwie mieszczańskim zupełnie nieznana. Ba! Absolutnie nie do pomyślenia!

Miejska architektura i urbanistyka w ogólności przez całe wieki oparte były na pewnym prostym kanonie: wieża jest atrybutem kościoła, jako symbol łączności z Bogiem, czy też zmierzania ku Niebu. W budownictwie świeckim wieża zarezerwowana była li i jedynie dla budynków municypalnych, a więc de facto tylko dla ratusza, i była symbolem suwerennej władzy. Ten stan trwał przez całe wieki. Tej niewzruszonej zasady nikt nie starał się podważyć. Aż do końca XIX wieku.

Bóg jeden wie, co podkusiło Appeltów, Rostów, Kornów, i innych Mayrów i Walczoków do porzucenia obranej ścieżki, kanonu. Tak się jednak niewątpliwie stało. Maniera? Na tym ciekawym zdjęciu z roku 1918 widzimy miasto w swoim nowym kształcie. Zarówno kamienica Michla (w centrum kadru), jak i willa Sixta, oraz wystające zza tej ostatniej szczyt pseudowieżyczki kamienicy Hupperta, i hełm wieży kamienicy Zipsera zbudowane zostały w nowym kanonie, albo raczej wbrew staremu. Przybysz z przeszłości, niekoniecznie odległej, byłby bardzo zdziwiony ilością ratuszy w tym fragmencie miasta.
I to wszystko w jednym omalże kwartale.

Projekt kamienicy Teodora Sixta. Staram się patrzeć nań bez uprzedzeń. Nie potrafię. Na papierze jeszcze bardziej niż w rzeczywistości przypomina ratusz.

Historyzm - nie niszcząc piękna i harmonii, złamał jednak dużo bardziej podstawową zasadę, na której z dawien dawna fundowany był miejski porządek. W dodatku nie tylko w kwestii wieży.
Był jeszcze jeden, zarezerwowany dotąd tylko dla specyficznych form architektonicznych element - kopuła.
Od czasów średniowiecza kopuła symbolizowała zawsze uniewersalność i odniesienie do praw boskich i kosmicznych. Stanowiła zwieńczenie świątyń i budynków bogom poświęconych.
Oczywiście do czasu...
Epoka decadence bowiem wysadziła to wszystko w kosmos.
Podmuch eksplozji przeszedł także przez Bielsko i przez Białą.

Kamienica Feinera w Białej to świetny przykład. Wysmakowana, pełna majestatu i harmonii, łącząca z kosmicznym porządkiem kopuła wieńcząca... dom towarowy. Cóż, można i tak. W końcu nikt się nie domyśli.

Willa Rosta to także ciekawy przykład. Zbudowana w 1903 roku przepyszna budowla całą gębą śmieje się wprost w oczy kosmicznemu porządkowi i jak na złość przykrywa się aż dwiema kopułami.

W tym przypadku kopuła (odznaczająca się w dodatku klasycznym porządkiem złotego podziału) wydaje się bardziej na miejscu, niż w przypadku mieszczańskiej kamienicy... To jednak złudzenie. Budynek użyteczności publicznej - jakkolwiek nań patrzeć - nie pośredniczy pomiędzy obywatelem, a niebem. Chyba...

Trudno nie zadać sobie w tym miejscu pytania, które aż ciśnie się na usta. Jaka mądrość, albo jaka pycha kazała ówczesnym architektom i budowniczym porzucić stare, przetarte ścieżki, odwrócić się od dobrych wzorców i przedefiniować swój świat na nowo? Jaki trend, jaka idea napędzała ich do działania, które zreformowało, albo przynajmniej miało zreformować nasze postrzeganie rzeczywistości i przenicować krajobraz?


Czy wierzyli, że przyszłe pokolenia się nie zorientują? Czy może byli przekonani, że nie będzie to miało dla nas znaczenia? Chyba mieli rację i w jednym, i w drugim. Tak naprawdę bowiem ani nas to grzeje, ani ziębi. Patrzymy na formę, a o znaczeniu ideowym z chęcią zapominamy.
Może zresztą słusznie...


Forma bowiem - na całe szczęście - ciągle pozostawała na wysokim poziomie. Więcej: wspięła się naprawdę na wyżyny i przez najbliższych kilka dekad, aż do fatalnego modernistycznego upadku święciła tryumfy pozostawiając nam w spadku całą masę zwyczajnie pięknych projektów.

Projektów, których piękno zaczęło się od kontestacji zasad.

2014-11-01 | Dodaj komentarz
Angus
2014-11-03 14:53:03
Patrzę na te zdjęcia i czytam tekst i zazdroszczę przodkom tych "jednakowych, mało ambitnych, bezwyrazowych kamienic, manufaktur, foluszy i farbiarni budowanych na jedno kopyto". Zazdroszczę ulic niezastawionych samochodami, placów zabudowanych Biedronkami i Lindlami, a nawet parkanów niezalepionych szmatami reklamowymi. Zaprawdę żyjemy w czasach bardzo nieestetycznych.
Maciej P.
2014-11-04 07:12:09
Rozumiem doskonale. Ale jeśli mam być szczery, mną targają raczej sprzeczne odczucia. I już nawet nie chodzi o to, że w czasach, gdy w mieście królowała ta "postjózefińska" architektura nieskanalizowane ulice pełne były cuchnących rynsztoków, końskich, krowich i kozich placków, ściany oblepione były sadzą, a wozy z węglem, drewnem i szmatami parkowały równie bezsensownie, co dzisiaj auta klasy S. Nie, to nie w tym rzecz. W końcu każda epoka miała swój smród. Chodzi bardziej o to, że zaznawszy już wysmakowanej architektury przełomu wieków, chyba byłoby mi przykro mieszkać w mieście, które na projekty Kornów, Walczoków i Rostów musi jeszcze poczekać. Powyższy wpis to tylko taka przekorna próba zwrócenia uwagi na to, że wszystko ma swoje dwie strony. Nawet piękna architektura. Pozdrawiam ciepło.
Komentarzy (2)

Jest, ale nie ma...

  

czyli

Okruchy II

Czas jakiś temu zastanawialiśmy się nad uwarunkowaniami, które w tkance miasta powodują takie a nie inne zmiany i odciskają swoje piętno na późniejszych dekadach lub nawet wiekach. Mówiliśmy wtedy o Placu Smolki i potoku Niper. Dziś także odwiedzimy takie miejsce, które - choć trwa od wieków - w zasadzie nie istnieje.

Zaczynamy od małej zagadki

Co to jest?

Nie pytam rzecz jasna o miejsce, bo lokalizacja nikomu raczej nie sprawi problemu. Pytam o ten zapuszczony, zarośnięty zaułek, jaki wyłania się zza blaszanego parkanu. O ten wąski pas nieużytku tkwiącego między starą farbiarnią Schlezingerów, a parcelami przy ul. Nadbrzeżnej...

Zazwyczaj nie przywiązujemy wagi do szczegółów tego rodzaju, przechodząc najczęściej obok takich zapomnianych fragmentów miasta bez refleksji. A niesłusznie. Ten zakątek bowiem kryje w sobie pewną tajemnicę.

To, co dziś widzimy na zdjęciu i w rzeczywistości - pas dzikich zarośli wciśnięty pomiędzy mury i płoty - to pozostałości istniejącego tu od co najmniej XVI wieku, a więc w zasadzie od zarania osady Biała, prowadzącego wzdłuż rzeki Białej przekopu młyńskiego. Tutaj właśnie, w okolicach dzisiejszego mostu na rzece (w XVI wieku nie było tu żadnego mostu, rzecz jasna) brała swój początek odnoga Białej zasilająca znajdujący się na północ od wsi lipnicki młyn.

Młynówka jest dla nas dziś zjawiskiem co najmniej marginalnym, nawet jeśli wiemy, jak wielkie znaczenie miała niegdyś dla funkcjonowania młynów, foluszy i farbiarni, a co za tym idzie dla całego miasta. Nie doceniamy jednak jej roli w dziejach Białej i Lipnika. A niesłusznie. Bez niej i jej podobnych (w Bielsku i w Białej było ich kilka) niemożliwy byłby rozwój osady. W ogóle.

Obecnie po Młynówce nie ma już właściwie żadnego śladu, jeśli nie liczyć mało widocznego zagłębienia terenu. Ale tak się złożyło że właśnie ten początkowy, liczący ok 300 m. odcinek przekopy jest jeszcze do uchwycenia i dziś. Dzięki budowanym na przestrzeni wieków obiektom miejskim, które siłą rzeczy musiały uwzględniać przebieg kanału i dostosowywać się do niego, do dziś ciągle widoczny jest przebieg koryta cieku.

Wyruszmy więc na krótki, zaledwie dwukilometrowy spacer wzdłuż tego co pozostało po Młynówce sprzed stuleci.

W połowie XVI wieku tereny, przez które biegł kanał, były uprawnymi polami i łąkami należącymi do Lipnika. Prócz młyna nie było tu żadnych innych zabudowań. Biała dopiero powstawała, więc na zabudowanie brzegów Młynówki trzeba było poczekać do wieku XVIII. Tu, gdzie zaczynał się kanał, w latach 70-tych XVIII wieku Ernest Nitsch wybudował pierwszą farbiarnię.

Rzecz jasna sama Młynówka służyła jako napęd maszyn i źródło wody.Nad samym kanałem stały niewielkie zabudowania, zapewne ujęcie wody i odpływ ściekowy. Główne budynku farbiarni znajdowały się nieco bardziej na południe. Pan Ernest już w latach dziewięćdziesiątych sprzedał zakład Johannowi Fritsche, który rozbudował firmę na tyle, że stała się dumą rodziny. W 1864 roku farbiarnię przejęli Schlesingerowie (Schlesinger był u Fritschego kierownikiem produkcji). Potężne hale, które stoją do dziś są ich dziełem. W tym okresie miasto Biała rozrosło się już bardzo, zabudowania dotarły aż tutaj. opodal farbiarni biegła wygodna szeroka droga od centrum Białej do brodu na rzece i dalej do dworca i w kierunku Bielska.

Zabudowania farbiarni Schlesingera. W dwudziestoleciu międzywojennym była tu już fabryka sukna Rabinowitz & Syn.

Młynówka toczyła swe wody dalej na północny wschód. Tuż za farbiarnią wody cieku obmywały mur cmentarza ewangelickiego, który powstał tu w roku 1783, kiedy to przeniesiono go z terenu przykościelnego w centrum osady. Pierwotnie zmarłych chowano po zachodniej stronie, tuż przy farbiarni, z czasem nekropolię rozbudowano. Nigdy jednak nie osiągnęła wielkich rozmiarów. Dziś schowana między zabudowaniami, niedostrzegalna z ulicy, zapomniana, niszczeje.

A szkoda. Bo to naprawdę stary cmentarz. Znajdują się na nim najstarsze w mieście zachowane nagrobki i figury.
Tutaj pochowano burmistrza Białej Rudolfa Seeligera, przemysłowca i działacza społecznego Oskara Gulchera, czy Wilhelma Zipsera.


Północny mur cmentarza to jeden z nielicznych już w mieście fragmentów, które nieprzerwanie istnieją w tym samym miejscu od osiemnastego wieku. Zarośnięty dzikim winem, przycupnięty w sąsiedztwie farbiarni przetrwał niewzruszenie ponad 230 lat. I nadal stoi.


Za cmentarzem Młynówka gwałtownie skręcała na wschód i zbliżała się do traktu na Komorowice, gdzie ponownie skręcała na północ. Jej dalsza trasa wiodła przez dzisiejsze boisko Zespołu Szkół Ekonomicznych, aby po przekroczeniu linii dzisiejszej ulicy Towarzystwa Szkoły Ludowej dotrzeć do młyna lipnickiego.

Funkcjonujący od XVI wieku młyn posadowiony był między rzeką Białą a drogą na Komorowice. Dziś nie ma po nim śladu, w miejscu, gdzie stał, jest teraz salon meblowy.
Był to pierwszy młyn na Młynówce, ale nie jedyny. W XVIII wieku na tym kanale funkcjonowały cztery młyny i folusz.

To właśnie mniej więcej na terenie boiska szkolnego ZSE (gdzie widać nawet pozostałości nadbrzeżnych nierówności terenu) zanika ostatecznie jakikolwiek dotrwały do dziś ślad po Młynówce. Dalej mamy już tylko zwartą zabudowę, która nie daje nam szans na odgadnięcie przebiegu koryta młyńskiego cieku. Może jeszcze tylko w okolicy ulicy Zmożka i Rzeźniczej, w specyficznym ułożeniu budynków można dopatrywać się dalekiego echa dawnego ukształtowania terenu. Może jeszcze w podwójnym szpalerze starszych drzew rosnących tuż przy ulicy Komorowskiej (na wysokości ul. Tulipanów) można domyślać się niegdysiejszych nadbrzeżnych zarośli. I tyle.

Młynówka kończyła swój bieg ponownie łącząc się z Białą na terenie dzisiejszego zakładu Teksid, wpadając do rzeki łagodnym łukiem od wschodu.


Ciek istniał jeszcze na przełomie XIX i XX wieku. Intensywne prace budowlane w tej części miasta w pierwszej połowie dwudziestego stulecia błyskawicznie i właściwie prawie bez śladu zatarły o nim jakąkolwiek pamięć.

2014-10-24 | Dodaj komentarz
giepe
2014-12-04 22:06:53
wciągające to i inspirujące. dziękuję że Panu się chce. ogromnie to ciekawe
Maciej P.
2014-12-09 18:18:25
Dziękuję za miłe słowo. Staram się jak mogę również (a może przede wszystkim) dla takich Czytelników jak Pan/Pani. Być może rzeczywiście kwestia "chcenia", o której Pan(i) pisze ma przy realizacji projektu, jakim jest ten blog, zasadnicze znaczenie. Być może jest głównym powodem, dla którego te wpisy powstają. Bo w istocie włóczenie się po moim ukochanym mieście z aparatem fotograficznym i szkicownikiem w realu, a po pożółkłych stronach dokumentów, kronik i opracowań w czytelni, to jest rzeczywiście coś, co "bardzo mi się chce". I co sprawia, że szara rzeczywistość, naznaczona codziennymi (i niecodziennymi) problemami nabiera blasku. Pozdrawiam ciepło.
Komentarzy (0)

Na skrzyżowaniu szlaków

  

Kiedy 20 kwietnia 1781 roku oddawano do użytku pierwszy, wiodący do Bochni odcinek Szosy Cesarskiej, wśród mieszkańców Białej żywa była jeszcze pamięć o starych traktach handlowych i komunikacyjnych przebiegających przez miasto. Było ich kilka. Prócz tzw. Starej Drogi (o której pisaliśmy już wcześniej dokładniej) przez Białą przebiegały również takie trakty jak droga komorowicka, szlak do Lipnika, trakt oświęcimski, czy będąca przedłużeniem tego ostatniego droga żywiecka. Na Szlaku Żywieckim chciałbym się dziś na chwilę zatrzymać.
Dlaczego na nim? Bo w przeciwieństwie do pozostałych, których przebieg jest aż nazbyt czytelny (trakt hałcnowski to dzisiejsza ulica Wyzwolenia, droga komorowicka to ul. Komorowicka na całej swej długości, a szlak lipnicki to oczywiście ul. Lipnicka), droga na Żywiec choć nadal istnieje w tkance miasta, jest jednak zatarta na tyle, że już mało kto potrafi wskazać jej dzisiejszy przebieg.
A jest to możliwe.

Szlak hałcnowski i droga komorowicka biegnące z północy, spotykały się (przeciąwszy uprzednio biegnący dzisiejszą ulicą 11 Listopada szlak Kraków-Lwów) na placu kościelnym w Białej. Późniejszy Plac Deskowy był więc bardzo ważnym miejscem, bo to właśnie tutaj zbiegały się trasy podróżnych i handlarzy. I z niego ruszano w dalszą drogę. Z drugiej strony jest to trochę dziwne, bo zazwyczaj w takich przypadkach szlaki krzyżują się w centrum osady, przy miejskiej wadze, smatruzie i ratuszu. Tutaj było inaczej. Siatka tras handlowych była bardziej skomplikowana, by nie rzec chaotyczna.

Przebieg traktu żywieckiego można uchwycić i dziś. Wystarczy zapuścić się w ulicę Broniewskiego. Tutaj właśnie brał on swój początek. Nie biegł bowiem, tak jak dzisiaj, na wschód od kościoła p.w. Opatrzności Bożej, ale od zachodu. Droga prowadziła u stóp wzgórza zajętego przez dwór starościński (wzgórza dużo wyższego niż dzisiaj) i wiodła dalej na południe.

Przebieg szlaku łatwo uchwycić i dziś. Ulica Broniewskiego pokrywa się z nim w całości. Biegnie ona początkowo przez tzw. Dolny Dwór, czyli osadę dworską założoną w XVII wieku przez późniejszego burgrabiego krakowskiego, Jana Wizemberga młodszego. Tędy jechały pełne towarów wozy, tędy pędzono bydło i nierogaciznę na żywieckie targi. Ewentualnie z żywieckich targów wędrowano z wełną i skórami w drugą stronę.

Ulica Broniewskiego podąża dalej na południe. Po prawej stronie, tuż nad rzeką, rozłożył się bialski blich dworski, czynny jeszcze w latach osiemdziesiątych XVIII wieku (okolice ulicy Sempołowskiej). Gościniec biegł prosto na południe nie napotykając żadnych przeszkód. Dzisiaj nie jest już tak pięknie. Elektrociepłownia Złote Łany rozsiadła się na pradawnym trakcie jak kwoka na grzędzie przecinając drogę w pół.

Kiedyś była to jednak tętniąca życiem okolica. Dziś mało kto tutaj zagląda. Teraz ten fragment ulicy Broniewskiego tuż przy płocie elektrociepłowni to nieco zapomniany zaułek, w którym tkwią jeszcze relikty przedindustrialnych czasów. I tylko one przypominają o niegdysiejszej roli tego miejsca, roli, w którą dziś trudno uwierzyć.

Dalszy ciąg szlaku na Żywiec można uchwycić tuż za płotem elektrociepłowni, od strony południowej. Stara droga dzisiaj w niczym już nie przypomina handlowego traktu. A jednak dochodząca do torów linii kolejowej w kierunku Żywca ulica Gałczyńskiego i jej przedłużenie - ul. Leszczyńska to ciągle ulice biegnące dokładnie tym samym, liczącym kilka wieków ciągiem komunikacyjnym.


Dla rozwoju samej osady nie było to bez znaczenia. Wzdłuż szlaku, nawet na dalekich peryferiach miasta, skupiało się życie, budowano domy, powstawały karczmy, kuźnie, placówki spedycyjne i cała masa innych budynków zaplecza handlowo-transportowego. Wzdłuż dróg wylotowych rozrastały się przedmieścia dziś zupełnie nierozpoznawalne. Nowe bloki zatopionych w zieleni osiedli zatarły ten stary krajobraz, ale czasem, wśród nich można i dziś odnaleźć relikty tamtych lat.

Skoro więc było tak pięknie, można zadać pytanie, dlaczego ten szlak w ogóle popadł w zapomnienie? To sprawa dość złożona i przebiegająca na przestrzeniu wielu dekad.

Podróżni podążający z Krakowa lub Lwowa na Cieszyn i Wiedeń w XVII i w pierwszej połowie XVIII wieku musieli jechać przez Kęty. Do Białej docierali więc od strony północnej, kierując się albo do centrum osady tzw. Polską Drogą, albo omijając miasto i zmierzając drogą wśród pól (dzisiejszą ul. Wyzwolenia) do przeprawy na Niwce (plac Opatrzności Bożej). Ta sytuacja zmieniła się dopiero w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, kiedy wytyczono nową drogę do Krakowa - biegnącą ze wschodu na zachód Drogę Cesarską.

Nie była to jednak, wbrew pozorom, jedyna Droga Cesarska w mieście. W 1820 roku oddano do użytku nową drogę na Żywiec, która swój początek brała przy starej "Cesarce" (11 Listopada, w okolicy dzisiejszego przejścia podziemnego). Nazwano ją "drugą szosą cesarską".
Zaczynała się tutaj:

A biegła prosto, jak w pysk strzelił. Przez całe 150 lat. Dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku, podczas wytyczania nowej czteropasmówki, odcięto ten początkowy odcinek "drugiej cesarki" od reszty, czyli od dzisiejszej ulicy Żywieckiej.

Na tej współczesnej fotografii widać wyraźnie, że krótki brukowany odcinek nowej "cesarki" doskonale współgra osiowo z obecnie użytkowanym fragmentem ul. Żywieckiej. Od 1820 roku stąd właśnie wyruszano w kierunku Żywca. Po pótorawiecznym okresie świetności pełnej załadowanych wozów, gwaru podróżnych i krzątaniny obsługi licznych domów spedycyjnych i zajazdów, uliczka ta stała się podrzędnym zaułkiem. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku istniał tu postój taksówek bagażowych (całkiem chyba niechcący kontynuując spedycyjne tradycje tego miejsca).

W tym właśnie zakątku miasta mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego stary trakt żywiecki podupadł, a potem całkiem obumarł. To właśnie budowa nowej szosy cesarskiej na Żywiec sprawiła, że stary gościniec, ten, który opisano dokładnie powyżej, stracił swoje znaczenie. Na niegdysiejszym Dolnym Dworze zaczęto stawiać kamienice i domy, droga wylotowa z Placu Deskowego została odcięta, a stary trakt uległ całkowitemu zapomnieniu.

Od dawien dawna w tym miejscu miała swój początek Droga Żywiecka. Przez całe stulecia, aż do drugiej dekady XIX wieku był to jedyny trakt handlowy wiodący na południe po tej stronie rzeki Białej. To ciekawe, znalezione w sieci zdjęcie z lat 60-tych ma jeszcze jeden walor poznawczy. Przedstawia sytuację przed wyburzeniem części zabudowy Placu Deskowego. Dwa budynki widoczne po prawej stronie niebawem znikną z mapy miasta. Powstanie w ten sposób połączenie z ulicą Hettwerowej (Broniewskiego), a tym samym wróci stan sprzed wieku XIX kiedy podążały tędy ładowne wozy.

Od 1820 roku stary trakt żywiecki tutaj właśnie mający swój początek, stracił sens istnienia. W tej części miasta znikł zupełnie. Fizycznie. Zachowały się jego dalsze fragmenty, ale początek, punkt startu został zatarty przez burzliwą historię tej osady. Dopiero kolejne dziejowe zawirowania odsłoniły go na nowo, tym razem jednak bez jakiegokolwiek nawiązania do przeszłości.

Niestety.

2014-10-12 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Potoczyście

  

Czyli

O tym jak brud, smród i ciasnota kształtują przestrzeń. Czasem.


Wiele moich wpisów dotyczy istoty miasta jako założenia idealnego. Na przykładzie naszej bielsko-bialskiej rzeczywistości starałem się czasem bezpośrednio, czasem w sposób zakamuflowany, opisać ten - nie przeczę - idealny, a więc tylko teoretyczny zamysł, jaki przyświeca idei miasta.

Pisałem o mieście, jako uporządkowanej przestrzeni z prostymi ulicami, centralnymi placami i zielenią ujętą w surowe karby planowania. Taki idealny obraz miasta jest jednak najczęściej niemożliwy do osiągnięcia, zazwyczaj bowiem bywa tak, że zamierzony porządek natrafia na nieprzewidywalne i zazwyczaj trudne do usunięcia bariery. Przeszkody, które na przestrzeni wieków obrastają w miejską tkankę jak rana blizną i pozostają na zawsze, choć przyczyny tych "blizn" już dawno znikły nam z oczu.


W Bielsku i w Białej przykładów na to mamy całkiem sporo i najczęściej są to zjawiska, które spowszedniały nam bardzo i stały się niezauważalne. A czasem celowo zostały ukryte przed naszymi oczami.

Jednym z nich jest choćby przedziwne, z urbanistycznego punktu widzenia nieco absurdalne rozplanowanie Placu Smolki. Plac ten powstał w czasach nowożytnych jako alternatywa dla rynku staromiejskiego i już w XVIII wieku stał się dla niego konkurencją, a w połowie wiek XIX cały "ciężar właściwy" miasta przeniósł się właśnie tu, na dolne przedmieście. Wydawałoby się, że taki powstały od podstaw, na surowym korzeniu, aspirujący do miana wielkomiejskiego (a wtedy Bielsko do takiego właśnie miana aspirowało) "podzespół" urbanistyczny powinien mieć i wielkomiejskie rozmiary i kształty.

Gdy spojrzymy na ten teren z góry, dostrzeżemy jego nieregularność. Kształt założenia jest jakby mocno wymuszony. W istocie teren, na którym posadowiono Plac Giełdowy, bardziej przypomina szeroką ulicę, niż plac. Został on bezlitośnie wciśnięty pomiędzy dwie naturalne przeszkody terenowe. Od północy był to potok Niper (w połączeniu z Młynówką), który zasilał liczne farbiarnie na dolnym przedmieściu, a od południa niewidoczna już dziś, kiedyś jednak dość znaczna skarpa opadająca ku ogrodom zamkowym. Różnica terenu jest do uchwycenia i dziś, w uliczce, która opada dość stromo od ul. Wzgórze ku Placowi Fabrycznemu. Ta niedogodność terenowa, oraz istniejące tutaj już wcześniej zabudowania skutecznie utrudniły rozbudowę tej części miasta.
Inna rzecz, że z gospodarczego punktu widzenia (a raczej z handlowego), takie umiejscowienie placu miało sens bardziej niż w przypadku innych ewentualnych lokacji, ponieważ w XVIII wieku tutaj właśnie krzyżowały się dwie najważniejsze drogi - międzydzielnicowy trakt bity wschód-zachód i miejscowa droga lipnicka.

Potok Niper, o którym wspomniałem powyżej to dość szczególny ciek, który swym istnieniem nie tylko pobudził tę część miasta do rozwoju, ale też miejscami skutecznie powstrzymał przesadny jego rozrost.
Prawdopodobnie gdyby nie on, nie mielibyśmy dziś placu Chrobrego. To właśnie jemu najpewniej i innej "bliźnie" na ciele miasta zawdzięczamy Pigal.

Niper to potok, który na stałe wrósł w topografię Bielska, najpierw użyźniając dość strome pastwiska pomiędzy wzgórzem miejskim a późniejszym Syjonem, potem jako źródło wody dla licznych manufaktur, farbiarni i młynów. Nawet po 1863 roku, kiedy postanowiono rozprawić się z potokiem, omurowując jego koryto i przykrywając je nawierzchnią, nie zapomniano o nim, a sama ulica, którą od zawsze potok płynął, nazywa się teraz Nad Niprem.
Wpływ potoku na kształt tej części miasta był jednak dużo większy niż tylko onomastyczny.
Kształt Placu Garncarskiego, wcześniej znanego pod nazwą Smolnego wytyczał ów potok jeszcze na długo po tym, jak zniknął pod powierzchnią ziemi.

Jeśli przyjrzymy się powyższej fotografii, podobnie jak w przypadku placu Giełdowego, w oczy znów rzuci nam się przede wszystkim mocno nieregularna zabudowa. Kryte stromymi dachami budynki z lewej strony zdjęcia stoją w stosunku do pozostałych w przedziwnej konfiguracji, zupełnie tak, jakby coś zmusiło budowniczych do takiego, a nie innego posadowienia budowli. Tak właśnie było. Do połowy XIX wieku Niper płynął właśnie tędy, na skos przez zwartą tu zabudowę ( w miejscu, gdzie na zdjęciu parkują dorożki stały do 1870 r, dwa okazałe domy), a widoczne na fotografii domy ze stromymi dachami wznosiły się nad samym jego brzegiem.

Na planie katastralnym z 1836 roku widać wyraźnie, że ten fragment centrum był niezbyt przyjemnym, ciemnym, wilgotnym i chyba smrodliwym zaułkiem. Warto zwrócić uwagę, że na planie tym widać także owe wspomniane powyżej dwa budynki stojące w samym środku późniejszego Placu Garncarskiego (to te dwa z numerami 134 i 136).

W latach siedemdziesiątych XIX wieku, podczas budowy tunelu kolejowego pod Wzgórzem, postanowiono rozebrać je w obawie przed ewentualną katastrofą budowlaną. Decyzja ta była o tyle łatwa, że cały ten obszar, właśnie dzięki przepływającemu przezeń Niprowi, był tak niedbale zabudowany.

Owa niedbałość stała się więc dla władz miasta istotnym bodźcem do tego, by rozpocząć na tym obszarze prace porządkujące. Ostatecznym efektem tych działań jest dzisiejszy plac Chrobrego, który bez potoku Niper (który przecież skutecznie odstraszał od jakichkolwiek inwestycji w tym atrakcyjnym miejscu) nigdy by chyba nie zaistniał.

Akwarela Jerzego Wójcika

Takich miejsc w mieście, jak się rzekło, jest znacznie więcej. Podobnie ma się przecież sprawa z opisywaną już wcześniej na tym blogu ulicą Podcienie, czy z nieistniejącą już dziś bialską Dolną Młynówką.

Ale o niej powiemy sobie następnym razem.

2014-09-15 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
Dziękuję za miłe słowo. Staram się jak mogę również (a może przede wszystkim) dla takich...
[giepe]
wciągające to i inspirujące. dziękuję że Panu się chce. ogromnie to ciekawe
[Maciej P.]
@KLK. Bardzo dziękuję za miłe słowa. I za pogłębioną analizę dotyczącą nazwy ulicy także dziękuję....

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 29009
Newsów: 31
Komentarzy: 44
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała