liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Dwa zamki, trzy biblioteki

  

Czyli

Kolejna szalona hipoteza

Stali Czytelnicy mojego blogu doskonale wiedzą, że w dziedzinie bielicjanów istnieją takie tematy, które rozpalają moją wyobraźnię do białości. Jednym z nich jest sprawa zaginionego (chyba bezpowrotnie), powstałego na początku osiemnastego wieku księgozbioru niejakiego Frölicha.

Sprawa, choć właściwie powszechnie znana, kryje kilka tajemnic. Ich odkrywanie jednak - tutaj muszę wszystkich Czytelników uczciwie ostrzec - będzie się w niniejszym wpisie odbywało z tak bezprzykładnym łamaniem wszelkich zasad i gwałceniem naukowej metodyki, że wszystkich bardziej wrażliwych na takie haniebne akty intelektualnego barbarzyństwa upraszam o nieczytanie tej notki.

Tymczasem ad rem.
Zygmunt Frölich, syn Andrzeja Frölicha, bielski patrycjusz, był pisarzem, a właściwie dyrektorem zamkowej kancelarii na dworze właściciela państwa bielskiego, Juliusza Gottlieba Sunnegha. Zygmunt przez lata pracy na urzędzie zgromadził pokaźny księgozbiór, bibliotekę składającą się przede wszystkim - jak twierdził Reginald Kneifel w 1804 roku w swojej "Topografii Cesarsko-Królewskiej części Śląska" - z pozycji prawniczych, ale również i z książek "do czytania".

26 października 1720 roku Frölich, na mocy testamentu, przekazał swój bogaty księgozbiór miastu, tworząc tym samym pierwszą na Śląsku Austriackim bibliotekę publiczną. Wsparł też jej powstanie sporą jak na owe czasy sumą 400 florenów.

W roku 1804, w Brnie wydana została "Topografia Cesarsko-Królewskiej części Śląska". Jej autor dość dokładnie przedstawił Bielsko wraz z jego instytucjami i budynkami. Poświęcił też spory akapit bibliotece Frölicha, o której wzmiankę umieścił przed akapitem traktującym o towarzystwie strzeleckim i przed rozdziałem o obronności miasta.

Jedynym oryginalnym dokumentem, jaki zachował się do dziś jest odpis testamentu Frölicha (kancelista zmarł 29 listopada 1720 r.). Natomiast nie dotrwał do naszych czasów żaden dokument mówiący choćby ogólnie o charakterze księgozbioru, żaden pisany ślad (prócz wzmianki Kneifla), który rzucałby choć odrobinę światła na jego specyfikę, jego ducha i formę. Można więc tylko wierzyć panu Reginaldowi, że nie były to pozycje li i jedynie jurystyczne. Skoro bowiem biblioteka miała być publiczną, skoro z librarium mieli korzystać wszyscy mieszczanie, nie mógł to być zbiór stricte fachowy.

Co się stało z biblioteką Frölicha? Można przypuszczać, że przez prawie sto lat doskonale funkcjonowała (inaczej Reginald Kneifel nie umieściłby jej pochlebnego opisu w swojej "Topografii..."). Z całą pewnością służyła spragnionym słowa pisanego mieszkańcom miasta. Pierwotnie biblioteka Frölicha przechowywana była na zamku, jednak władze miasta, w trosce o lepszy dostęp bielszczan do księgozbioru, zawnioskowali o przeniesienie woluminów do ratusza. Początkowo były to próby nieskuteczne, radca prawny zamkowej kancelarii nie zgodził się na ekspedycję książek w ratuszowe mury z powodu kiepskiego stanu budowli.


Ostatecznie przeniesienie biblioteki nastąpiło w lipcu 1793 roku. Miasto wyznaczyło nawet osobę odpowiedzialną za opiekę nad zbiorem. Bibliotekarz Paweł Schubut sprawował tę funkcję prawdopodobnie aż do smutnego końca biblioteki, czyli do fatalnego dnia 6 czerwca 1808 roku, kiedy to w tragicznym pożarze spłonęło miasto, a wraz z nim prawdopodobnie i księgozbiór.

Piszę "prawdopodobnie", bo cały czas mam nadzieję, że jednak udało się książki przerzucić w bezpieczne (jak wówczas sądzono) miejsce, na przykład na zamek. Że nie zaginął ten unikalny w skali środkowej Europy zabytek myśli, kultury i cywilizacji.

Najpewniej są to z mojej strony zwyczajnie pobożne życzenia - o bibliotece bowiem słuch zaginął nie tylko w realu, ale także i w "mediach", to znaczy od chwili pożaru, przez ponad trzydzieści lat, o dziedzictwie Frölicha źródła milczą.

W 1843 roku w dokumentach miejskich pojawiła się wzmianka o pozostałości kapitału fundacji Frölicha. Oznacza to, że w świadomości mieszkańców miasta pamięć o bibliotece była ciągle żywa. Rozpoczęto nawet starania o wskrzeszenie biblioteki, jednak ta, w swej pierwotnej formie, stworzonej przez dyrektora zamkowej kancelarii Frölicha, już się nie odrodziła.


Jestem niepoprawnym romantykiem. Cały czas zadaję sobie pytanie, czy prócz pieniędzy zachował się jakiś nikły strzęp, jakaś resztka księgozbioru, jakiś cień dawnej bibliotecznej świetności miasta?

Dziś na ten temat możemy już tylko spekulować.

Więc ja z wielką przyjemnością oddam się spekulacjom.

Ale zaczniemy z zupełnie innej beczki.
Czy wiedzieliście, że w Bielsku było więcej zamków niż jeden, ten powszechnie znany? No dobra, trochę przesadziłem. W istocie (podobnie jak w dowcipie o złodziejach samochodów w Moskwie) prócz zamku Sułkowskich był jeszcze tylko jeden, w dodatku nie do końca w Bielsku, no i niezupełnie zamek...


Kiedy w 1836 roku wybuchł w mieście najstraszniejszy w historii pożar, kiedy spłonęło całe zasadnicze miasto a także duża część przyległych przedmieść, kiedy wypalone pierwsze i drugie piętro zamku przestały nadawać się do zamieszkania, młody właściciel bielskiego dominium, Ludwik Jan Sułkowski, który powrócił do miasta na stałe w 1840 r. przeniósł się do leżącego w Kamienicy, niewielkiego Wilhelmshofu.
Wybudowany przez Fryderyka Wilhelma Haugwitza w latach czterdziestych osiemnastego wieku folwark stał się dla młodego właściciela dóbr bielskich domem na lata.

Dzisiaj nic nie wskazuje na to, że budowla stojąca na terenie Zarządu Zieleni Miejskiej pełniła kiedyś funkcję "zamku zastępczego". Tak jednak było w istocie. Po pożarze bielskiego zamku i przez lata jego remontu, a potem przebudowy, Ludwik tutaj właśnie rezydował prowadząc sielskie życie u stóp Beskidu.

Oczywiście w połowie dziewiętnastego wieku ten budynek wyglądał zupełnie inaczej. Był to podmurowany dom drewniany o mansardowym dachu krytym gontem.

Jeszcze pod koniec XIX wieku folwark Wilhelmshof wyglądał niemal tak samo, jak wówczas, kiedy hrabia Haugwitz wznosił go półtora wieku wcześniej. Zadziwiające, że księciu Sułkowskiemu wystarczała taka chałupina! Dom wprawdzie był dość obszerny ale raczej jak na dzisiejsze standardy i na potrzeby czteroosobowej rodziny. Tymczasem przez kilka lat była to stała siedziba nie byle kogo - księcia na Bielsku, szlachcica herbu Sulima, syna księcia i baronówny Luizy z Lariszów... Cóż, mówi się, że ród Sułkowskich to rodzina oryginałów. Tak. Coś w tym jest.

Rodzina Sułkowskich na krótko utraciła folwark. Franciszek Sułkowski, dziad Ludwika, sprzedał tę nieruchomość i najpewniej dokonałaby ona swego żywota zapuszczona i zaniedbana, gdyby nie starania Aleksandra Józefa, syna Franciszka, a stryja Ludwika. Wykupił on jeszcze przed 1804 rokiem Wilhelmshof, który ostatecznie - zgodnie z życzeniem ojca i po jego śmierci - otrzymał młodszy syn Franciszka, Jan Nepomucen.
Widoczny na powyższej fotografii Wilhelmshof to już budynek po rozbudowie przeprowadzonej w początkach XX wieku.

Również z początków XX wieku pochodzi ta mapa. Aż trudno uwierzyć, że przez kilka lat, do 1849 roku, to niepozorne domostwo, te skromne zabudowania, stanowiły siedzibę księcia i jego rodziny.

Dlaczego w ogóle piszę o folwarku w Kamienicy? Dlaczego czynię to w kontekście biblioteki Frölicha?


Już tłumaczę.

Kilka dni temu wpadło mi w ręce intrygujące opracowanie autorstwa pani Weroniki Ćwiertni pt. "Biblioteki publiczne w Bielsku w latach 1720 - 1939". Książka wydana w 1969 roku, opisująca losy bielskich księgozbiorów i wypożyczalni na przestrzeni ponad dwustu lat, wydaje się być stosunkowo słabym źródłem informacji, biorąc pod uwagę postęp w zdobywaniu wiedzy na temat dziejów naszego miasta, jaki się dokonał od lat sześćdziesiątych. Pięćdziesiąt lat bez mała to naprawdę olbrzymi szmat czasu.

A jednak...

W napisanej przez doktora Ryszarda Kincla (autora kapitalnego "Kłopotliwego księcia Sułkowskiego") recenzji, będącej swoistym uzupełnieniem publikacji pani Ćwiertni, natrafiłem na niezwykle interesujący ślad, który mnie - niepoprawnego romantyka i tropiciela sensacji - zainteresował szczególnie. Oczywiście największe emocje wzbudziła część dotycząca biblioteki Frölicha, ale przecież nie tylko - emocje związane z Frölichem opadły już nieco. Zresztą o księgozbiorze dyrektora zamkowej kancelarii nie można już chyba więcej powiedzeć, natomiast można próbować naświetlić los innych księgozbiorów, które przewijały się przez ręce związanych z Bielskiem znamienitych person.

Oto pan Kincel przedstawiając los biblioteki Sułkowskich, pisze o zdeponowanym przez Ludwika w Folwarku Wilhelma olbrzymim zbiorze książek, z których dużą część stanowiły pozycje dotyczące geografii (Ludwik już wówczas, to znaczy na początku lat czterdziestych, poważnie myślał o emigracji do Ameryki). W biblioteczce znajdowały się więc pozycje typu: "Ameryka w obrazach", czy "Niemcy w Ameryce". Zbiór liczył 475 książek i zawierał także pozycje polskojęzyczne, np. "Polskie pieśni ludowe".

Właściwie nic w tym dziwnego, skoro książę Ludwik mieszkał w folwarku, oczywistą oczywistością jest, że miał tam wszystko, czego potrzebował do życia, zatem również swoje książki. Ciekawsze w tym wszystkim jest co innego. Otóż nieco wcześniej - jak twierdzi Ryszard Kincel - inny księgozbiór, w dodatku znacznie większy, znajdował się na... bielskim zamku.

Zainicjowana w latach siedemdziesiątych osiemnastego wieku przez żonę Franciszka de Paula Sułkowskiego (dziadka Ludwika) biblioteka była, jak sądzę, biblioteką prywatną. Składała się z 837 tytułów, biorąc jednak pod uwagę, że wiele z nich było dziełami wielotomowymi (np. Dzieje Francji to 23 tomy, a pełne wydanie dzieł Woltera - 61), szacuje się, że cała biblioteka liczyła ponad 1000 woluminów.

O ile się orientuję, zachował się do dziś wykonany ręką księżnej Judyty Sułkowskiej spis książek z jej biblioteczki. "Katalog moich książek sporządzony pierwszego sierpnia 1796 roku" zawiera wykaz kategorii, na jakie podzielono książki. Mamy tutaj więc pozycje geograficzne, historyczne, encyklopedie, poezję, powieści, listy, komedie, dzieła wojskowe, mapy...

I znów trzeba przyznać, że sprawa nie powinna raczej wzbudzać żadnych podejrzeń (prócz jednej wątpliwości, o której za chwilę), bo prywatne księgozbiory poszczególnych członków rodzin książęcych nie były żadną osobliwością i pozostawały raczej na porządku dziennym.

Sprawa komplikuje się jednak, kiedy wczytamy się w tekst pana doktora Kincla. Ze zdumieniem bowiem zuważymy, że przytacza on informację o... jeszcze jednym, trzecim już z kolei księgozbiorze, który w tym samym czasie istniał i funkcjonował w Bielsku! Na zamku!

Sporządzony 26 listopada 1853 roku "Katalog dzieł znajdujących się w książęcej bibliotece zamkowej" zawierał 541 pozycji! W dodatku co najmniej dziesiąta część tej biblioteki to były księgi, które dziś musielibyśmy nazwać prawdziwymi rarytasami. Kilkadziesiąt pozycji pochodziło z szesnastego, i siedemnastego wieku (najstarsza książka datowana była na 1502 rok!).

W bibliotece tej znajdowały się także polonika. Na przykład ta krytyczna analiza źródeł historycznych autorstwa Andrzeja Załuskiego.


W kontekście zaginionej biblioteki Frölicha (mimo, że zniszczenie jej w pożarze jest raczej faktem, wolę używać słowa "zaginięcie" - ono daje więcej nadziei) rodzi się pytanie, które od dłuższego już czasu stawiam sobie, kiedy pochylam się nad zagmatwaną sprawą bielskich księgozbiorów: czy możliwe jest, aby któraś z tych obszernych, dobrze opisanych bibliotek książęcych mogła mieć coś wspólnego z księgozbiorem Frölicha? Czy istnieje choćby cień możliwości, że książki gromadzone przez Sułkowskich były jakimś dalekim echem fundacji zamkowego kancelisty sprzed wieku?

Zaznaczam od razu, że nie dysponujemy żadnym, absolutnie żadnym dowodem, ani nawet przesłanką, które mogłyby uprawniać do odpowiedzi na to pytanie. W świetle faktów bowiem musimy jasno i zdecydowanie odrzucić sugestię, jakoby jakakolwiek pozycja z któregokolwiek książęcego księgozbioru mogła pochodzić z najstarszej na Śląsku biblioteki.


Tym bardziej, że w naszych rozważaniach bierzemy pod uwagę tylko dwa księgozbiory, spośród trzech wymienionych powyżej - ów spisany w 1853 roku, zawierający masę starodruków i rękopisów oraz ten drugi, "geograficzny", pozostający w Kamienickim folwarku pod opieką Ludwika. Trzeci prywatny księgozbiór, ten liczący ponad 1000 pozycji, opisany przez księżnę Judytę, żonę księcia Franciszka de Paula Sułkowskiego, musimy chyba wyłączyć z tych spekulacji. Wiadomo, że prawdopodobnie (wbrew temu, co twierdził Ryszard Kincel) pod koniec osiemnastego, albo na początku dziewiętnastego wieku został on w całości wywieziony do Wiednia. W każdym razie znika on z rejestrów zamkowych.
Wydaje się więc, że próba skojarzenia księgozbiorów książęcych z fundacją z 1720 roku nie ma żadnych podstaw.


A jednak... W toku analizy poznanych faktów rodzą się przecież liczne zastrzeżenia, które osłabiają pewność, a zasiewają wątpliwości.

Pierwsze pytanie, jakie rodzi się w tym względzie, to pytanie dość oczywiste. Skoro w latach trzydziestych i czterdziestych dziewiętnastego wieku mieszkanie na zamku było raczej niemożliwe, a oficjalną siedzibą księcia stał się odremontowany Wilhelmshof, dlaczego w takim razie główny zasób biblioteczny zawierający przecież dzieła Wergiliusza, Liwiusza i Horacego(!) nadal pozostawał na zamku? Czy oznacza to, że był tam jednak bezpieczny? Czy może raczej... nie do końca należał do księcia?
Skąd to przypuszczenie?

Jest oto jedna, bardzo ciekawa, budząca nadzieję przesłanka. Z zamkowego rejestru z roku 1853 wynika jasno, że większość pozycji w bibliotece (a właściwie lwia część), to łacińskie pozycje prawnicze, teologiczne, polityczne i historyczne. W dość szczególny sposób współbrzmi to z notatką zawartą w przytaczanej już dziś na samym wstępie "Topografii Cesarsko-Królewskiej części Śląska". Przecież pan Reginald Kneifel pisze tam:


"Jest zaszczytem dla tak małego miasta, jakim jest Bielsko posiadanie biblioteki publicznej. Przypuszczalnie zawiera ona głównie prawnicze dzieła, ale książki do czytania chyba także."

Zdumiewająca zbieżność, prawda? Zbieżność rodząca podejrzenie, że ta przepiękna i bogata książęca biblioteczka z 1853 roku, pozostająca w zniszczonym, przygotowywanym do przebudowy zamku może mieć coś wspólnego z najstarszą Frölichową wypożyczalnią... Że nie służyła Ludwikowi jestem niemal pewien, bo jej zawartość o charakterze prawno-teologicznym, w dodatku po łacinie, sugeruje, że szykującemu wyprawę za ocean, a przygotowanemu do służby w administracji księciu (służby, z której zresztą bardzo wcześnie dobrowolnie zrezygnował na rzecz kariery wojskowej) nie była do niczego potrzebna. Potrzebne książki to on trzymał przy sobie w Kamienicy.

Czy to nie dziwne? Jedna część książęcego librarium została wywieziona przez księżnę Judytę do stolicy, druga znalazła swoje miejsce kilka dekad później w tymczasowej siedzibie księcia Ludwka w Folwarku Wilhelma. Tymczasem zamek zdążył w międzyczasie spłonąć dwa razy. Jak to się stało, że w latach pięćdziesiątych w zamkowym rejestrze pojawia się ów fenomenalny z naszego punktu widzenia, pełen szesnastowiecznych białych kruków księgozbiór, do którego nikt tak naprawdę się nie przyznawał. Skąd on się tam wziął? Co tam robił?

Czy możliwe jest, aby biblioteka ta, a może raczej jej część, miała jakiś związek ze zbiorem Zygmunta Frölicha? Czy możliwe, aby w tym pełnym przeciekawych pozycji spisie znalazły się książki z pierwszej bielskiej biblioteki? Czy możliwe, aby zupełne zaginięcie księgozbioru miejskiego (zarówno w źródłach, jak i rzeczywistości) wiązało się nie z pożarem, ale ze zwykłym przejęciem cennego zbioru przez Sułkowskich? Albo nie "przejęciem", tylko uratowaniem? Bo może w książęcej bibliotece znalazły się tylko resztki zbiorów uratowanych z pożogi i stały się częścią, zalążkiem nowej kolekcji, której echem i skutkiem była imponująca kolekcja opisana w spisie z 1853 r.?


Pytanie: kto w takim razie, w roku 1808 mógł pokusić się o uratowanie pozostałości z nadpalonego librarium? Po śmierci Aleksandra Józefa Sułkowskiego w 1804 roku zamek przeszedł pod zarząd rządowych kuratorów, ale przecież w Wiedniu żył ciągle Jan Nepomucen Sułkowski oraz... jego żona Judyta, znana nam miłośniczka literatury!
Przipadek?!

Tak, wiem, teza już nie tylko śmiała, ale wręcz szalona. Zupełnie nieuprawniona.
A jednak wcale nie taka niemożliwa...

Poszukiwania biblioteki Frölicha - wbrew pozorom - nie ustają. W dobie Internetu są one nawet dość intensywne. Wiem skądinąd, że co jakiś czas wznawiane jest przeszukiwanie sieci, antykwariatów i archiwów pod tym kątem. Jak dotąd jednak nie udało się znaleźć nawet najmniejszej wskazówki, która dawałaby nadzieję na odnalezienie choć śladu po bibliotece pana Zygmunta, żadnego wpisu, żadnego ekslibrisu, żadnej wzmianki...

Czy to oznacza, że jej nie ma? Chyba tak. Raczej tak. Z całą pewnością tak.

A może szukamy ciągle nie tam, gdzie trzeba?

2016-07-23 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

W koło Macieju

  

Czyli blichowa nerwica natręctw

Wiem, że takie bezustanne powracanie w te same rejony topograficzne i w te same obszary pamięci może być dla Czytelników trochę męczące, jednak dziś znów, z uporem maniaka i z zapałem godnym lepszej sprawy, powrócę w okolice placu Blichowego, na skrzyżowanie, które było tematem dwóch niedawnych wpisów (wpis1 i wpis2). Obiecuję, że będzie krótko, choć temat wcale się nie wyczerpał.


Sprawa wypłynęła ponownie zupełnie niespodziewanie, kiedy przeglądałem fotografie zamieszczone w notce o ulicy Czerwonej Wieży. Ostatnia z fotek w tym poście całkiem zaskakująco uwidoczniła ten właśnie, analizowny w postach, newralgiczny punkt miasta, a na nim... kilka szczególnych budowli. Dziwne, ale wcześniej tego nie dostrzegłem. W ogóle podczas analizy tego rejonu, mimo sporej ilości planów, brakowało mi choćby jednego dawnego ujęcia omawianego skrzyżowania. Tymczasem takie ujęcia istnieją.

Tak, to jest Żywieckie Przedmieście i to nieszczęsne, skrzyżowanie ulicy Blichowej z ul. Górską. Jeszcze przed jakąkolwiek przebudową. Zdjęcie pochodzi z okresu przed 1910 roku i stanowi część większej panoramy z wieży kościoła św. Mikołaja.

Wprawdzie nie ma na tym zdjęciu charakterystycznego wieloszczytowego, wolnostojącego domu, który przysporzył nam poprzednio nieco kłopotu, ale jest zaznaczona na zielono masywna piętrowa budowla, będąca pozostałością po omówionym już dogłębnie czworobocznym, dziedzińcowym założeniu, które od połowy dziewiętnastego wieku (co najmniej) stało w tym miejscu.

Doskonale widać tutaj interesujące nas zabudowania stojące w perspektywie ulicy Blichowej.
Trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że budowle te stoją jakoś tak zupełnie od czapy, ni z gruszki, ni z pietruszki, w samej osi ulicy.

Udało mi się wygrzebać jeszcze jedno, bardzo podobne ujęcie. Jest ono jednak nieco późniejsze od poprzedniego, o czym świadczy znajdujący się w centralnej części kadru plac budowy i białe mury dźwigającej się w górę budowli. Oto powstaje kamienica Fussgängerów! Jest to więc co najwyżej rok 1910, jeszcze przed rozpoczęciem przebudowy kościoła św. Mikołaja (albo ostatecznie rok 1911, kiedy ukończono budowę kamienicy Fussgängera).

Rzecz ciekawa, również i na tym ujęciu - podobnie jak na poprzednim - w oczy rzuca się przede wszystkim przedziwny układ budynków stojących dokładnie w osi prościutkiej na tym odcinku ulicy Blichowej. Budynków, które wyglądają, jakby znalazły sie tam przez przypadek, albo przeciwnie - jakby stały tam od czasów Piastów cieszyńskich, przez co nikt nie śmiał ich tknąć, a ulica pokornie omijała je szerokim łukiem. Nadal więc stoję na stanowisku, że albo te budynki spełniały niezwykle istotną funkcję, przez co droga na Szczyrk biegła w ten właśnie pokręcony sposób, albo faktycznie na przeszkodzie traktowi stanęło inne utrudnienie, ot, choćby natury geomorfologicznej, o czym pisałem poprzednio.


To tyle. Jeszcze raz przepraszam za ten niewiele wnoszący wpis, ale nie mogłem się powstrzymać. Cóż... Stare fotografie, choć pozornie doskonale znane, ciągle i nieustannie są dla mnie źródłem niespodzianek...

Obiecuję, że na to fatalne, choć przecież niezwykle ciekawe skrzyżowanie nie będę już wracał w najbliższym czasie.

No, chyba, że znów znajdę coś ciekawego na jego temat...

Przecież nadal nie mam pojęcia, co mieściło się w tych budynkach, sterczących ni w pięć ni w dziewięć w osi głównego traktu.

A bardzo chciałbym wiedzieć...

2016-07-06 | Dodaj komentarz
dziadek
2016-07-07 16:49:45
Budynek rzeczywiście wygląda bardzo sędziwie. Dach mansardowy pochodzi pewnie z epoki baroku, a same zabudowania mogą być jeszcze starsze. Biorąc pod uwagę, że w czasie kiedy powstał to były głębokie przedmieścia wśród których dominowała rzadka zabudowa - w większości drewniana - faktycznie musiał pełnić ważną rolę Jestem zachwycony!

czyli

krótko o strzelnicy

Dzisiaj, gdy w przestrzeni publicznej toczy się gorąca dyskusja na temat zwiększenia dostępu obywateli do broni palnej, mało kto zdaje sobie sprawę, że w Bielsku najstarszym miejskim towarzystwem było Towarzystwo Strzeleckie właśnie. B.B. Schützengesellschaft powstało w 1720 roku jako jedno z pierwszych w regionie.

Prężnie działające towarzystwo, które zrzeszało coraz więcej członków i szybko stało się środowiskiem elitarnym i wpływowym (o statusie towarzystwa świadczy fakt, że ufundowany w 1794 roku sztandar był drugim najstarszym tego typu weksylium w monrchii), za główny cel postawiło sobie słuszną i właściwą reprezentację w społeczeństwie miasta i w realnej jego przestrzeni. Można przypuszczać, że już od samego powstania towarzystwo nosiło się z planami wybudowania godnej i reprezentacyjnej siedziby, która służyłaby nie tylko członkom Schutzengesellschaft, ale i innym mieszkańcom miasta. Początkowo swoje ćwiczenia strzeleckie Towarzystwo prowadziło na bielskim Blichu. W 1815 roku zakupiono odpowiednią działkę na północ od miasta, na terenie Viehweide, czyli tzw. pastwiska bydlęcego, ale budowa porządnego budynku strzelnicy musiała jeszcze poczekać. Początkowo pobudowano tylko budynek ze stanowiskami strzelniczymi i wytyczono tor strzelniczy z kulołapem. Tor o długości około 110 metrów biegł ze wschodu na zachód, zakończony był wysokim wałem. Strzały oddawano w kierunku zachodnim, czyli w stronę dzisiejszego Liceum im. Mikołaja Kopernika.

W 1831 roku rozpoczęto budowę budynku strzelnicy. Dość okazały jak na tamte czasy, utrzymany w stylu józefińskim gmach (na zdjęciu ten po prawej), mieścił na parterze gospodę, na piętrze zaś salę do tańca, w której odbywały się także wszystkie oficjalne uroczystości Towarzystwa.
Nieco później do budynku od strony południowej dobudowano drewnianą oranżerię.


Rosnące zapotrzebowanie na miejską salę koncertową spowodowało, że w latach osiemdziesiątych przystąpiono do rozbudowy obiektu. W miejscu oranżerii postawiono nowy, klasycystyczny w swej formie budynek z piękną, reprezentacyjną, tak zwaną "nową", albo "wielką" salą balową. W piwnicach nowego obiektu urządzono kręgielnię.

Miastu przybył kolejny powód do dumy. Sala balowa była największą ówcześnie salą na terenie Śląska Austriackiego. W zależności od charakteru uroczystości, jakie w Strzelnicy organizowano, mogła pełnić funkcję sali tanecznej, koncertowej, a nawet - jak widać na powyższej fotografii - restauracyjnej.

Towarzystwo Strzeleckie cieszyło się nowym budynkiem stosunkowo niedługo. Już dziesięć lat później, w 1890 r. wszystkie nieruchomości na terenie strzelnicy przekazano wojsku, które tutaj skoszarowało swoich żołnierzy. Dlaczego tak się stało? Otóż w 1890 roku sytuacja w mieście była dość nerwowa. Wiosną w Białej i w Lipniku wybuchły zamieszki robotnicze (w literaturze zwane "antyżydowskimi", ale to raczej mocna nadinterpretacja - podpici robotnicy po prostu rzucili się na bialskie fabryki wódek i likierów, próbując pozyskać świeże "paliwo", a że procederem gorzelniczym trudnili się tam przede wszystkim Żydzi, przeto im się właśnie oberwało). Tego dnia, to jest 23 kwietnia, w Białej doszło do niebezpiecznych zajść, byli zabici, ranni i poturbowani. Dla zaprowadzenia porządku wezwano stacjonujące w Wadowicach wojsko, ale strajk i zamieszki rozlały się dość szeroko po całej lipnickiej i bialskiej okolicy.


Zagrożenie ponownymi rozruchami było tak wielkie, że przerażeni mieszczanie bielscy sprowadzili do miasta 54 Morawski Pułk Piechoty, który miał gwarantować względny spokój i bezpieczeństwo. Ponieważ jednak Bielsko nie dysponowało porządnymi koszarami, postanowiono, że oddział tymczasowo zakwateruje wstrzelnicy, jako że były to największe wówczas budynki tego typu w Bielsku.

Ponieważ jednak charakter Schiesshausu nie spełniał wszystkich potrzeb armii, w 1895 roku żołdactwo ostatecznie i na zawsze (nie licząc okresu pierwszej wojny, gdy budynki pełniły rolę lazaretu) opuściło realność i przeniosło się na teren Górnego Przedmieścia. Niestety, pięcioletnie stacjonowanie wojska okazało się dla gmachów Strzelnicy tragiczne w skutkach. Kiedy armia zwolniła nieruchomość, wyszło na jaw, że liczące zaledwie piętnaście lat mury rozpaczliwie wymagają remontu. Kaiserliche und königliche Armee przez pięć lat doprowadziła przydzielony jej obiekt do totalnej ruiny!

Budynkiem strzelnicy zajęło się miasto. Zakupiło ono od Towarzystwa Strzeleckiego cały kompleks i rozpoczęło generalny remont. Już w lutym 1896 roku otwarto odnowioną Strzelnicę z drewnianą werandą i położonym opodal, w ogrodzie, zadaszonym podium dla orkiestry.

W drewnianej, choć solidnie podmurowanej werandzie odbywały się częste wystawy. Prezentowano tu malarstwo, rzeźbę oraz pierwsze bielskie zbiory muzealne. W czerwcu 1903 roku otwarto ekspozycję muzealną, na której zaprezentowano bardzo szeroki przegląd eksponatów. Wystawę nadzorował dyrektor z Kuratorium Muzeum Cesarza Franciszka Józefa z Opawy, dr Braun, a ekspozycję zasilili swymi eksponatami proboszcz Schmidt, Edward Schnack oraz Franciszek Strzygowski z Grodźca, który zobowiązał się dostarczyć na wystawę pokaźny zbiór zbroi, strojów, mebli i obrazów. Zawiązał się nawet specjalny Komitet organizacyjny święta muzealnego, który podjął się zadania pozyskania od bielskich mieszczan eksponatów z ich domów. Chodziło przede wszystkim o stare, niepotrzebne już przedmioty codziennego użytku. Spotkało się to wprawdzie z chłodnym przyjęciem, aczkolwiek udało się na cele wystawy zgromadzić całkiem pokaźny zbiór skrzyń, starych ubrań, biżuterii i archaicznych sprzętów gospodarstwa domowego. Wielkim sukcesem było pozyskanie egzotycznej kolekcji pewnego bielskiego mieszczanina, nazwiskiem Christianus, pracującego w Kongo z ramienia kompanii belgijskiej, który od długiego już czasu gromadził afrykańskie osobliwości. Ostatecznie na wystawie zaprezentowano 800 eksponatów, z czego największy zbiór dotyczył protestanckich Biblii, pism teologicznych i modlitewników; nie mniej pokaźna była kolekcja sprzętów cechowych, monet, papierów wartościowych zegarów i porcelany. Ekspozycja w budynku Strzelnicy stała się pretekstem do wzmożenia działań na rzecz powstania muzeum miejskiego.

Na planie Schwarza z 1892 r. widać wyraźnie cały kompleks Strzelnicy łącznie z małym budynkiem i przyległym doń torem strzelniczym. Otoczenie kompleksu to jeszcze zupełna pustynia, a to sugeruje, że plan wykonano na nieco starszym podkładzie. Proszę zwrócić uwagę, że na planie, prócz obu budynków reprezentacyjnych, budynku stanowisk strzelniczych i drewnianej altany, widać jeszcze jedną dość sporą budowlę, położoną na północ od pozostałych. Był to niski, wybudowany w 1864 roku parterowy dom, kryty płaskim czterospadowym kopertowym dachem.


Budowla stała w miejscu, w którym dziś położony jest piętrowy parking. Była to pierwsza w mieście sala gimnastyczna z prawdziwego zdarzenia. Została wybudowana na terenie strzelnicy dla Bielsko-Bialskiego Towarzystwa Gimnastycznego, które ukonstytuowało się w 1862 roku. Sala pełniła swoją funkcję aż do 1890 roku, kiedy stała się jednym z budynków koszar. Towarzystwo gimnastyczne do sali już nie wróciło, w 1890 roku miasto wybudowało przy tej samej ulicy (Strzelniczej) salę gimnastyczną, z której towarzystwo mogło korzystać, a kilka lat później władze organizacji doprowadziły do budowy własnej sali, też przy Schiesshausstrasse. Sala przy strzelnicy została w późniejszym czasie nieco przebudowana, podniesiono jej dach, zamurowano (zmniejszono) zbędne okna i zaadaptowana na budynek mieszkalny, który zachował się aż do lat osiemdziesiątych XX wieku.


Strzelnica już wkrótce, zupełnie niepostrzeżenie, zaczęła na całego pełnić funkcję Theater, Kunst- und Tanzhalle. Mimo, że od kilku lat funkcjonował nowy, wspaniały bielski teatr, Schiesshaus skutecznie rywalizował z nim w krzewieniu kultury. Co więcej - już w niecałe 20 lat po powstaniu nowego teatru, zamiłowanie bielszczan do Melpomeny i Talii niespodziewanie i z niewiadomych powodów spadło (no dobra, powód mógł być jeden: tryumfalne wejście w życie nowej wspaniałej rozrywki, jaką było kino!).

Trudno w to uwierzyć, ale w 1914 roku poważnie zastanawiano się nad zamknięciem bielskiego teatru! Aby do tego nie dopuścić, 30 stycznia tego właśnie roku, w sali strzeleckiej zorganizowano spotkanie otwarte na 400 osób, na którym dyskutowano, jak poradzić sobie z kryzysem teatralnym.
Jak wiadomo kryzys przełamano, teatr wrócił do łask (o populistycznych nastrojach najlepiej świadczy fakt, że dla ratowania kasy teatru, wystawiono operetkę "Polenblut" (Polska krew) Oskara Nedbala, która wprawdzie mówiła o Polakach - ich silna reprezentacja obecna była w zaborze i w mieście - ale bardzo niepochlebnie).

Strzelnica całe dekady była obiektem bardzo lubianym, często odwiedzanym i stanowiła swoiste miejskie centrum kultury. Tak było również w okresie dwudziestolecia międzywojennego, tak było i po wojnie. Kompleks nadal pełnił funkcję kulturalną.

Trwało to aż do lat sześćdziesiątych, czyli do okresu, w którym budynki Strzelnicy, zwanej teraz Domem Ludowym, zaczęły tracić na znaczeniu. I nie bez powodu. Budynki zaczęły się sypać.

Niestety brak opieki nad obiektem, ograniczona piecza konserwatorska i budowlana doprowadziły do sytuacji, w której miasto zaczęło zastanawiać się nad ewentualnym wyburzeniem Strzelnicy. Wszechobecny grzyb, wilgoć i osypujący się tynk tylko potwierdzały negatywne opinie specjalistów.

Mimo to - chyba z braku lepszego lokum dla prężnie rozwijającej się placówki - podjęto trud przywrócenia Strzelnicy dawnej świetności. Oczywiście na nowych, PRL-owskich warunkach.

Pobieżna analiza techniczna przeprowadzona przez ekspertów i strażaków wykazała skrajne zagrożenie pożarowe (czy w istocie było tak tragicznie, nie wiem, w każdym razie bezpieczeństwo przeciwpożarowe okazało się głównym powodem zamknięcia obiektu).

W 1960 roku rozpoczęto generalny remont budynków wraz z dobudową nowej sali koncertowej i - w miejsce starej drewnianej werandy - nowego foyer z szatnią i kasami. Pod opieką architekta, inżyniera Tadeusza Bawuloka, nadzorowana technicznie przez inż. Sterczyńskiego brygada Rudolfa Wilmana wykonała prace mające na celu wydłużenie sali, wykonanie fosy dla orkiestry, zmodernizowanie garderoby dla artystów, wymianę ogrzewania (dotychczas stosowano piece gazowe z otwartym ogniem), zainstalowanie oświetlenia jarzeniowego i żarowego oraz centralnego ogrzewania.


W kwietniu przeprowadzono również ekspertyzę mikologiczą, której efektem było zburzenie zupełnie przeżartego przez grzyb balkonu (tak, tak, balkon to nie żadna współczesna fanaberia, był tutaj od dawna!). Po usunięciu konstrukcji okazało się, że cała ściana zajęta jest grzybem, w związku z czym przeprowadzono prace mające na celu oczyszczenie murów. Dla poprawienia akustyki zamurowano wszystkie okna sali. Przebudowano też scenę z dodaniem schowka na fortepian.

Z fortepianem też był ambarans. Zakupiony przez Dom Ludowy fortepian "Foerster" okazał się mieć wadę konstrukcyjną i nie dało się go właściwie nastroić. Po kilku latach użytkowania odesłano go, zastępując instrument wysłużonym "Ibachem". W połowie lat sześćdziesiątych udało się jednak pozyskać "Steinway'a", który - zupełnie niespodziewanie i na długie lata - stał się prawdziwą perłą Domu Ludowego.

24 stycznia 1961 roku otwarto zupełnie nowy przybytek muz, całkiem odnowioną świątynię kultury i sztuki. Nie ma już Strzelnicy. Nie ma Domu Ludowego. Od teraz obiekt nosi dumną nazwę Domu Muzyki. Niestety już w latach siedemdziesiątych okazuje się, że Wojewódzki Dom Kultury musi zrezygnować z organizowania w sali przy Słowackiego imprez dla melomanów. Na osiem lat przenosi się do bialskiej sali "Pod Orłem".

Ostatni, jak dotąd, poważny akord związany z dawną Strzelnicą miał miejsce w latach osiemdziesiątych, kiedy do nowego budynku dobudowano zaplecze, a samą salę koncertową przebudowano tak, że mogła pomieścić 500 miejsc. Inauguracja zupełnie nowego obiektu miała miejsce w sobotę, 21 maja 1988 roku.

W koncercie inauguracyjnym wystąpiła Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej, której przewodził Karol Stryja, solistką była sama Halina Czerny-Stefańska, która zagrała koncert fortepianowy e-moll i poloneza As-dur Fryderyka Chopina. W nowej sali BCK-u tego wieczoru zabrzmiał jeszcze Mieczysław Karłowicz i Wojciech Kilar.

Jeszcze w tym roku ma się rozpocząć nowy, poważny remont, związany z rozbudową całego obiektu. Projekt zakłada powiększenie widowni, sal do ćwiczeń i zaplecza. Zarówno sam projekt, jak i plan finansowy budzą wiele kontrowersji, pod lupę wzięto przede wszystkim wygórowaną kwotę, mnie jednak cieszy jedno: wszystko wskazuje na to, że do Wielkiej Sali, po wielu dekadach nieobecności powróci... balkon.

Tak, wiem. Jestem oderwanym od rzeczywistości wariatem...

2016-06-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Ostatnio w dwóch krótkich wpisach, skupiliśmy się w dość drobiazgowej analizie na skrzyżowaniu przy placu Blichowym. Dziś wrócimy w tę okolicę i zrobimy kila kroków na południe, ku jednej z ciekawszych ulic tego rejonu.

W dziewiętnastym wieku, mniej więcej od jego połowy, tereny na południe od miasta, zwane Żywieckim Przedmieściem, podobnie jak te w ścisłym centrum, zaczęły nabierać specyficznego, fabrykanckiego charakteru. Ponieważ najstarsza przemysłowa część Bielska - okolice placu Giełdowego i ulic Bahnstrasse i Tempelstrasse stała się już zbyt ciasna, wytyczono nowe obszary pod zabudowę fabryczną.

Doskonałym miejscem na to okazał się szeroki pas gruntów pomiędzy rzeką, a zboczem Wzgórza Młyńskiego z płynącą u jego stóp Młynówką. Główną osią tego rejonu była niezbyt wtedy szeroka droga biegnąca z północy, od młyna na Młynówce, ku przeprawie wiodącej na Bielską część wschodniego brzegu rzeki Białej. Już w dziewiętnastym wieku nazywała się Rotenturmstrasse, czyli ulica Cerwonej Wieży. Ta dziwna nazwa ma swoją tajemnicę, ale o tym powiemy sobie za chwilę. Najpierw spróbujmy rzucić okiem na okolicę, o której mowa.


Jak już pisałem, obszary pomiędzy Młynówką, a Placem Blichowym w drugiej połowie XIX stulecia stały się prawdziwym parkiem technologiczno-gospodarczym. W błyskawicznym tempie zaczęły tam powstawać mniejsze i większe zakłady pracy, manufaktury i fabryki. Przy zakładach budowano również coraz częściej całkiem okazałe domy i kamienice, czasem zajmowane przez właścicieli i ich rodziny, czasem traktowane jako źródło dodatkowego dochodu - wynajmowane jako kamienice czynszowe (budownictwo "mieszkaniowe" zlokalizowane było raczej w północnej części ulicy, połudnową niepodzielnie wziął w swe posiadanie przemysł).
Mimo, że był to południowy, dość oddalony od centrum miasta kwartał i tutaj - zdarzało się - mieszkały ciekawe indywidua.

Przy ulicy Rotenturm 11 mieszkało bardzo egzotyczne małżeństwo - europejskiej sławy skrzypek czeski Ferdinand Bilek i jego pochodząca z Południowej Afryki, z Kimberley, żona - Margaret Hull. Mieszkali w Bielsku co najmniej kilka lat. Listy pisane przez Margie Hull z Bielska do będącego w ciągłych rozjazdach Ferdinanda, datowane były od marca 1895 do maja 1897 r.


Wróćmy jednak do przemysłu.
Jedną z jego pionierek była tu fabryka sukna Karla Theodora Zipsera. Pierwsze zabudowania powstały w 1874 roku, budynki zlokalizowano przy głównej drodze. Domy te, rozbudowane o piętro w 1913 roku, według projektu Andrzeja Walczoka, stoją do dziś i służą różnym celom, warto jednak zauważyć, że gmachy starej fabryki, mimo, że zapuszczone, obdarte i brudne, nadal tworzą dość zwarty kompleks, przydając miejscu specyficznego klimatu.

Główny budynek zakładów Zipsera w tej formie istnieje już 103 lata. Początkowo miał tylko jedno piętro, w 1913 podniesiono jednak wszystkie budynki o jedną kondygnację. Z tyłu po prawej dostrzec można fragment oficyny wykorzystywanej na halę produkcyjną.

Na planie z 1900 roku widać spory już zakład produkujący wysokiej jakości sukno. Jest to pewnego rodzaju przekłamanie. Obrys fabryki musiano nanieść nieco później, ponieważ widoczna na planie, zaznaczona po północnej stronie Tuchfabrik, kryta szedowym dachem kwadratowa hala powstała dopiero w latach trzydziestych.


Hala ta nie była duża. Trójprzęsłowa, niska, ale o dość wysokich połaciach nieprzekrywowych, stanowiła ostatni element dobudowany do fabryki Karla Teodora Zipsera.

Farbryka Zipsera na zapleczu prezentuje się dziś mniej okazale. Jednak budynki, które tu stoją i nadal lepiej lub gorzej funkcjonują, to są te same budynki, w których sto lat temu toczyła się produkcja sukna dobrej jakości. Może trudno w to uwierzyć, ale projekt całego togo industrialnego założenia architektonicznego zszedł z deski kreślarskiej Andrzeja Walczoka.

Ciasnota, szarość i mrok. Dla małych zakładów, położonych na niedużych, ciasnych działkach, dla wciśniętych pomiędzy już istniejącą zabudowę fabryczek, które od pewnego momentu rozwijać mogły się już tylko w górę, tego typu obrazki były codziennością. Prawdziwie depresyjny krajobraz.

Jak zjawa z przeszłości wyłaniają się drzwi starej fabrycznej windy. W sztafażu dawnych murów, oryginalnego kwadratowego bruku i nieużywanych już dzisiaj artefaktów, są jak fuzja dziewiętnastego wieku, dwudziestolecia międzydwojennego i szarych lat pięćdziesiątych.

Ta szarość i beznadzieja bijąca z zapuszczonych zaułków dawnych manufaktur robi wrażenie i dziś. Nic dziwnego, że ówcześni, marnie opłacani robotnicy, zmuszeni pracować w takich warunkach kilkanaście godzin dziennie, mieli tego serdecznie dość.


W 1911 roku w fabryce Zipsera - jak donosił krakowski Ilustrowany Kurier Codzienny z 6 maja tego roku - wybuchł strajk 55 robotników, którzy zażądali podwyżek.
Nie ma się co oszukiwać, warunki pracy w zakładach tego typu były pożałowania godne, a los setek, tysięcy pracowników, przypominał wówczas raczej ukrytą acz dotkliwą formę niewolnictwa.


Warto o tym pamiętać. Historia przepuszczona tylko przez filtr emocji nie jest i nigdy nie będzie prawdziwa. Dzieje społeczne zazwyczaj są bardziej kanciaste, szorstkie i bolesne dla jej uczestników.

Naprzeciw fabryki Zipsera, po drugiej stronie ulicy, jeszcze wcześniej, bo już w 1872 roku (co czyni ją chyba najstarszą przy Batorego) powstała należąca do Karola Ochsnera fabryka wyrobów metalowych - fabryczka, która stała się fundamentem i podwaliną jednego z największych bielskich zakładów mechanicznych.


Pierwsze zabudowania wzniesiono na tyłach kamienicy przy Blichowej. Z czasem firma rozbudowywała się w kierunku zachodnim, zajmując cały obszar pomiędzy ulicą Blichową a Rotenturmstrasse.

Dziś stojący w pierzei ulicy budynek będący pozostałością Kotlarni, fabryki armatur i pomp Ochsnera, wybudowany (przebudowany) w duchu modernistycznym, niczym nie sugeruje jednej z najstarszych firm w okolicy. Ten akurat budynek to najmłodsza budowla fabryki, ostatnia pozostała i funkcjonująca jej część.

W roku 1895 przebranżowił zakład na fabrykę rurociągów i pomp strażackich, żeby w latach trzydziestych rozpocząć produkcję motopomp "Silesia" - doskonałych, niewielkich, "kompaktowych" pomp mogących konkurować z największymi zagranicznymi producentami. Firma Karl Ochsner i Syn w tym okresie była najbardziej renomowanym producentem pomp na polskim rynku. Produkowano tu wszystkie trzy rodzaje pompy (pompa "Silesia 0" dawała ciśnienie maks. 2,2 atm; "Silesia I - P" 16,2 atm."Silesia II" ciśnienie maks. 18 atm.). Karl Ochsner wraz z synem, był formalnym właścicielem fabryki aż do drugiej wojny światowej.

Po 1945 roku firmę znacjonalizowano i urządzono tu zakład produkcji silników, który w niedługim czasie stał się zalążkiem Fabryki Samochodów Małolitrażowych.



Wróćmy teraz na zachodnią stronę ulicy.
W bezpośrednim sąsiedztwie fabryki Zipsera, na południe od niej, ulokowała się mniejsza nieco, ale także dość prężna fabryka sukna Klemensa Funkego i Ernesta Hessa.


To, co w ocalałych do dziś budynkach tej fabryki fascynuje mnie nieodmiennie, to fakt, że choć część z nich podupadła i nie robi najlepszego wrażenia, ciągle jednak stanowi jeszcze zwarty kompleks zabudowań, jakby żywcem przeniesiony z przeszłości.

Przy samej ulicy Batorego stoją przecież do dziś, powstałe ok. 1890 roku zabudowania hali głównej i domu mieszkalnego. Wprawdzie oba budynki przez ponad 40 lat funkcjonowania były parterowe, a rozbudowy dokonano dopiero kilka lat przed wybuchem II wojny światowej, jednak układ przestrzenny zakładu nie zmienił się ani trochę.

Zaprojektowana przez Ottona Lesieckiego rozbudowa, zrealizowana w 1936 roku, przetrwała do dziś.

Prostopadle do ulicy Batorego i do hali fabrycznej wybudowano połączony z tą ostatnią murem bydynek biurowy (z lewej). Na planach Lesieckiego ma on cechy wybitnie modernistyczne. Prosty, spokojny podział elewacji, bez dekoracji, bez szaleństw. Dzisiejsza termomodernizacja, choć przeprowadzona w sposób typowy dla naszych czasów, nie zatarła zbyt wielu cech tamtej przedwojennej architektury. Być może dlatego, że tych cech, w tym konkretnym przypadku, nie było zbyt wiele.

Ale jeden szczegół przykuwa uwagę szczególnie. W facjacie budynku biurowego zachowano dawne oryginalne romboidalne drewniane zdobienia. Wprawdzie z blaszanym dachem i ordynarnymi okuciami blacharskimi współgra to średnio, jednak już sam fakt, że inwestor pozostawił ten drobny odprysk sprzed 80 lat, cieszy jak szlag.


I tutaj znów - podobnie jak u Zipsera - zabudowania od zaplecza, choć na pierwszy rzut oka przedstawiają obraz raczej opłakany, są jednak niczym mały wehikuł czasu, który przenosi nas o pięćdziesiąt, a może i o sto lat wstecz. Stare powybijane okna, zardzewiałe mtalowe drzwi, dziwne konstrukcje, które przestały już być użyteczne... To wszystko pamięta jeszcze lata świetności i czasy, gdy w tych murach dudniły urządzenia do produkcji sukna.


Ulica Batorego jest ulicą dość długą. Była niegdyś ważną osią komunikacyjną Saybuscher (Seypitsher) Vorstadt czyli Żywieckiego Przedmieścia. Na jej południowym końcu, tam, gdzie łączyła się z ulicą Blichową, swoją fabrykę drutu i gwoździ, już w 1875 roku ufundował Oskar Schäffer. Przy ulicy stanęły pierwsze budynki - hala fabryczna i kotłownia. Sześć lat później wybudowano piecownię a potem magazyny i kuźnię.

Karol Korn był autorem projektu elewacji i muru oddzielającego zabudowania fabryki drutu od ulicy Blichowej.
Nie tylko po tych realizacjach nie ma już dziś nawet znaku. Również po pozostałych budynkach, wchodzących w skład fabryki drutu. Dziś nowoczesna architektura objęła cały fyrtel w niepodzielne władanie.

Bezpośrednio od północy, do działki Schafera przylegały zabudowania fabryki śrutu, przyborów do polowania i kuchennych Rudolfa Nerlicha.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym zakładzie. Mimo, że przy ulicy Batorego fabryki śrutu już nie ma, na terenie, który zajmowała pozostały zaledwie resztki starej zabudowy, to jednak zakład Nerlicha był bardzo szczególny.


Fabryki śrutu były budowlami specyficznymi. Technologia pozyskiwania ołowianych kulek wymuszała na budowniczych bardzo szczególne projekty. Śrutownia to przede wszystkim wysoka, kilkudziesięciometrowa, do złudzenia przypominająca komin wieża. Na jej szczycie umieszczone było palenisko z kotłem, w którym roztapiano ołów podgrzewając do temperatury ok. 330 stopni. Następnie ołów ten był wylewany na sita i schładzany przez wykraplanie w dół wieży. Krople płynnego metalu o dużym napięciu powierzchniowym w trakcie opadania przybierały kształt idealnie kulisty i jednocześnie schładzały się. U podstawy wieży znajdowała się wanna z wodą, w której kulki ostatecznie stygły.


Rotenturmstrasse - jak się już rzekło - była ulicą dość długą i mniej więcej od wysokości dzisiejszej Czajkowskiego, do ulicy Blichowej, również dość szeroką. W pewnym sensie stanowiła oś organizacyjną i przestrzenną Żywieckiego Przedmieścia. Być może dlatego właśnie to na jej osi postanowiono wybudować most łączący dwa bielskie brzegi Białej, a więc miasto i nowo wybudowane koszary kawalerii na tak zwanej Olszynie. Na tym zdjęciu z 1904 r. przedstawiającym budowę mostu na Białej, bardzo wyraźnie widać kominy zakładów przy Rotenturmstrasse i Blichowej. Kominy i wieżę śrutową właśnie. Ta wyniosła budowla, która ozdobiona jest pióropuszem dymu, to bielska Schrotturm w trakcie lania śrutu.

Na tej fotografii zrobionej z Kozielca, wieża śrutowa także uchwycona została w trakcie pracy, a to oznacza, że ówcześnie produkcja śrutu bardzo często szła pełną parą.

Dziś po wieży śrutowej przy Batorego nie ma już nawet śladu. Ostały się jedynie zabudowania będące niegdyś zapleczem fabryki. Warto jednak pamiętać, że zakład produkował nie tylko śrut. Na przestrzeni dekad poszerzał swój asortyment - choć ciągle była to branża metalowo-ołowiana. U Nerlicha produkowano więc prócz śrutu naczynia kuchenne, naboje myśliwskie i na potrzeby wojska, narzędzia oraz ... ołowiane żołnierzyki (produkcja obejmowała figurki żołnierzy wszystkich formacji wszystkich największych armii ówczesnego świata).

Schrotturm widoczna na panoramie Żywieckiego przedmieścia... Na monochromatycznej fotografii i z takiej odległości nie da się oddać prawdziwego charakteru tej budowli. Była bardzo masywna, ceglana, ciemnoczerwona...

I tu dochodzimy do istoty dzisiejszej notki.

W wieku dziewiętnastym ta dość istotna dla miasta ulica (istnieje przypuszczenie, że stanowiła skrót dla ulicy Blichowej) nosiła nazwę Rotenturm. Ulica Czerwonej Wieży. Według podawanych w źródłach przesłanek można uznać, że nazwa powstała od wznoszącej się ku niebu wieży śrutowej właśnie, która była w krajobrazie Żywieckiego Przedmieścia elementem wybitnym. Zastanawiam się jednak, czy istotnie ceglana wieża mogła być aż tak wybitna na tle pozostałych kominów przedmieścia (do których była przecież z daleka łudząco podobna), aby nadawać nazwę całej ulicy? Mam co do tego wątpliwości.

Całkiem nowa, ciekawa przesłanka pojawiła się stosunkowo niedawno. Otóż pewien zasłużony, udzielający się na wielu forach bielicjanista, pasjonat o ogromnej wiedzy, pan Konrad Korzeniowski zauważył był jakiś czas temu, że chociaż na wielu planach miejskich ulica ta rzeczywiście nazywa się Rotenturm, to jednak na jednym opisana jest nieco inaczej - "Rothenthurmstrasse". Wydawać by się mogło, że taka różnica to zmiana co najwyżej kosmetyczna lub - najpewniej - zwykły błąd. Chyba jednak niezupełnie, jeżeli bowiem pojawienie się nazwy w brzmieniu "Rothenthurm" nie jest zwykłą pomyłką pisarską, to diametralnie zmiania to postać rzeczy.
Planem, na którym ulica opisana jest w ten przedziwny sposób, jest plan z 1901 roku, prezentowany już tutaj wielokrotnie plan Friedla.


Zadałem sobie nieco trudu i przewertowałem stare, jeszcze dziewiętnastowieczne (ale również i te z pierwszych dekad wieku dwudziestego) numery regionalnej i ponadregionalnej prasy i ze zdziwieniem zauważyłem, że zarówno w gazetach niemiecko-, jak i polskojęzycznych nazwa tej bielskiej ulicy podawana jest nierzadko w brzmieniu Rothenthurmstrasse! Przodował w tym Ilustrowany Kuryer Codzienny. Jednak nie tylko. Spisy szkolne bielskich techników, nekrologi i notatki w zestawieniach fabrykanckich, wreszcie przemysłowe listy adresowe podawały czasem nazwę ulicy w tym starym, archaicznym brzmieniu.
Czy więc rzeczywiście Rotenturmstrasse pierwotnie mogła zwać się Rothenthurmstrasse?

Sądzę, że tak. I myślę, że ma to swoje głębokie polityczne i historyczne uzasadnienie.

W czym rzecz?
Rothenthurm to gmina szwajcarskiego kantonu Schwyz. W 1798 Francja zajęła zbrojnie Szwajcarię, jednak po aneksji kilka kantonów, w tym i kanton Schwyz, podjęło walkę. Rozruchy zostały krwawo stłumione, jednak już w 1799 r. w kantonach tych rozpoczęła działalność szwajcarska partyzantka. Niezłomna postawa mieszkańców Schwyz, a szczególnie Rothenthurmu, stała się w Austrii i pozostałych krajach skupionych w Drugiej Koalicji Antyfrancuskiej symbolem walki ze znienawidzoną rewolucyjną Republiką Francuską.

Czy możliwe jest, że ulica w niedużym, peryferyjnym mieście Monarchii nosiła taką historyczno-polityczną nazwę? Niewykluczone. Odrodzenie pamięci o dzielnych Szwajcarach walczących przeciwko temu samemu wrogowi mogło przecież nastąpić w 1859 roku, kiedy wybuchła wojna francusko-austriacka (a to jest przecież okres, w którym wytyczana była ta główna ulica Żywieckiego Przedmieścia). Atyfrancuskie nastroje faktycznie mogły pchnąć włodarzy miasta do takiej politycznej deklaracji, tym bardziej, że ulica o takiej samej nazwie była już wówczas w... Wiedniu!

Całkiem więc możliwe, że w XIX wieku ulica została nazwana na cześć niezłomnego szwajcarskiego kantonu, a dopiero później przemianowano ją na bardziej neutralną z politycznego punktu widzenia ulicę Czerwonej Wieży. Mogło to być o tyle łatwiejsze, że przy ulicy faktycznie stała czerwona wysoka konstrukcja bielskiej Schrotturm. Wszystko wskazuje na to, że zmiana (czy to na skutek społeczno-politycznych zawirowań początku XX stulecia, czy przez zwykłą niefrasobliwość) przeszła w oczach współczesnych zupełnie niepostrzeżenie.


_______________________________________________

Ulica Batorego jest dziś ulicą nieco zapomnianą. Nie ma tu przecież atrakcji turystycznych, muzeów, parków i fontann. Odwiedzają ją tylko tutejsi mieszkańcy, pracownicy okolicznych firm i co najwyżej pasjonaci architektury, którzy zabłąkają się tu w poszukiwaniu nieumieszczonych w przewodnikach okazów historyzmu czy architektury przemysłowej. Jednak ta ulica ma swoją specyficzną atmosferę. Trochę senną, trochę podmiejską, trochę taką warsztatowo-fabryczną właśnie... Taką samą miała ćwierć wieku temu, kiedy zjawiłem się na jej bruku pierwszy raz i kiedy zadziwiła mnie tym specyficznym klimatem.
I niewiele się od tego czasu zmieniła...

2016-06-12 | Dodaj komentarz
Krzysztof Czyż
2016-07-05 00:18:44
Kolejny bardzo ciekawy wpis. W podobnym klimacie i także ciekawa jest leżąca w pobliżu ulica Młyńska, zaś po północnej stronie miasta bardzo lubię Podwale i Grażyńskiego. Pozdrawiam.
dziadek
2016-07-05 14:53:39
Ma Pan bardzo rozległą wiedzę na temat urbanistyki naszego miasta. Chylę czoła! Tyle napisać o takiej "zwykłej" ulicy jaką jest Batorego. Przyłączam się do sugestii przedmówcy - możeby coś tak o Młyńskiej dało się napisać?
Maciej P.
2016-07-05 21:18:09
Dziękuję, Panowie, za ciepłe słowo. Wiedzy mam ciągle za mało i ciągle szperam, szukam i przyswajam... Jeśli chodzi o ulicę Młyńską, to rozumiem doskonale - mnie też ta ulica fascynuje. Właśnie tak: fascynuje. I - szczerze mówiąc - przyprawia o dreszcze. Być może winę za to ponosi dość szczególne położenie u stóp posępnego wzgórza. A może ten jej charakter "końca świata". Proszę mi wierzyć, bardzo chciałbym przyjrzeć się tej ulicy bliżej i o ile czas i odwaga pozwolą, już niedługo postaram się zapuścić tam po zmroku. :-) Pozdrawiam serdecznie.
Angus
2016-07-06 08:28:26
fakt - Batorego ma wyjątkową atmosferę, jakby czas się tam zatrzymał- a przynajmniej było tak z 5 lat temu, gdy tam częściej zaglądałem. Trochę kojarzy mi się z krakowskim Podgórzem sprzed lat. Należałoby sprawdzić - wszak zmiany w naszym mieście w ostatnim czasie mogą zaskoczyć.
Maciej P.
2016-07-06 21:52:57
@Angus - coś w tym jest. W latach osiemdziesiątych mieszkałem krótko na Podgórzu. Faktycznie połączenie starej architektury, industrialnego charakteru i dzikiej zieleni tworzyło specyficzny klimat. Być może jakieś wspomnienie tamtych kilku tygodni w pamięci pozostało. I procentuje teraz na Żywieckim Przedmieściu. Ulice Batorego, Młyńska, Czajkowskiego, Łukasińskiego i Reymonta, razem z zielenią "górki" to miejsce szczególne. W naszym mieście jedyne takie. Specyficzne... Muszę przyznać, że nabieram coraz większej ochoty na ul. Młyńską. :-)
login_87
2016-07-11 11:47:43
Może przy okazju opisu ul Młyńskiej udało by się znaleźć jakieś informacje na temat kamienicy na rogu Młyńskiej i Michałowicza??
Komentarzy (2)

Apendyks

  

czyli

krótko o pragmatyzmie przodków


Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące skrzyżowania Partyzantów, Michałowicza i 1 Maja i unaocznić, gdzie mógł stać budynek z fotografii archiwalnej popełniłem mały kolaż (fotomontażem tego nie nazwę - nie mam odwagi).

Gimp w moich rękach ciągle jest jak skalpel w dłoni pijanego felczera, jednak staram się jak mogę.

Oto skrzyżowanie dzisiaj i nieistniejący już budynek. Myślę, że umiejscowiłem go w miarę poprawnie. Fotograf robiący stare zdjęcie stał zapewne na rogu, tuż przy hali dawnej Befamy (niedawnym Tesco).

Co do budynków w tle zdjęcia - jak już pisałem - jeden z nich, ten żółty z brązowym dachem, to kamienica Fussgängerów. Zbudowana w 1911 roku stoi do dziś. Jego fragment widać również na starej fotografii.

Warto poświęcić jej trochę uwagi. Kamienica powstała w miejscu starszego budynku (zaznaczony na zielono), dużo mniejszego - część parceli, bezpośrednio przylegająca do ulicy Alleegasse (1 Maja) była pierwotnie pusta. Na powyższym fragmencie planu Friedla widać dokładnie, dlaczego tak było. Otóż jeszcze końcem XIX wieku potok Sikornik przepływał właśnie w tym miejscu. Stary dom Fussgängera przylegał do jego koryta. Co ciekawe, nowa kamienica także budowana była z uwzględnieniem tego cieku. Wprawdzie Fussgänger ten nowy dom zbudował już na całej parceli, aż do Alleegasse, tak jakby Sikornika już tam nie było, jednak wprawne oko zauważy, że budynek, w miejscu, gdzie łączą się jego obie części (lewo- i prawobrzeżna), do dziś posiada biegnącą przez całą wysokość, maskowaną szczelinę dylatacyjną. Właśnie w miejscu dawnego przebiegu kanału Meisengrundbach.

Przebieg cieków wodnych w obrębie dzisiejszego skrzyżowania przy Blichu to już całkiem osobne zagadnienie. I niezwykle ciekawe. Zarówno na planie katastralnym z 1836, na planie Schwarza, jak i na późniejszym nieco planie Friedla siatka wodna zaznaczona jest bardzo wyraźnie. I oprócz tego, że znany jest przebieg potoków, można z niego dodatkowo wywnioskować jeszcze inne, mniej rzucające się w oczy fakty.

Proszę spojrzeć na dolny kraniec tego fragmentu planu Schwarza. Spływający z obszaru zwanego Meisengrund, od dzisiejszej ulicy Michałowicza potok Sikornik, po połączeniu się z płynącą od południa Młynówką, właśnie tu, w okolicy dzisiejszej stacji benzynowej zatacza spory, niespodziewany łuk. Naturalny charakter tego meandru pozwala wnioskować, że potok musiał omijać jakąś znaczącą przeszkodę, która stanęła na jego drodze. Tą przeszkodą mogła być tylko wybitna wyniosłość terenu. Ten wniosek zdaje się potwierdzać dawny przebieg końcowego odcinka ulicy Michałowicza, który przed połączeniem z Partyzantów niespodziewanie odchyla się ku północy, jakby próbując ominąć tę samą wyniosłość od drugiej strony.

(Dziękujemy Ci, Google! Potrzykroć!)

Dziś po tym elemencie geomorfologicznym nie ma, rzecz jasna, śladu, tak jak i po samych potokach. Ale mimo, że Młynówka i Sikornik zniknęły z krajobrazu tej cześci miasta, ciągle pozostały milczące ślady obecności przeszkody, którą musiały omijać tutejsze drogi.

Skośny odcinek ulicy Partyzantów przeznaczony dziś do skrętu w prawo, w ul. 1 Maja, to pozostałość po starej drodze blichowej. Pierwotnie na Blich jeżdżono właśnie tędy. Szosa ta także - a raczej jej odchylenie od linii prostej - jest dowodem na to, że w miejscu dzisiejszego skrzyżowania, jeszcze sto lat temu wznosiła się prawdopodobnie przeszkoda. Zapewne nie była to żadna niebotyczna góra, być może zwykły naturalny kopiec. Najpewniej jednak na tyle wyniosły, że dawnym mierniczym bardziej opłacało się zmienić bieg drogi, niż wkopywać w jego stok, lub całkiem niwelować.

Biorąc pod uwagę pragmatyzm naszych przodków, nie ma wątpliwości, że doskonale oszacowali wszystkie za i przeciw. Cokolwiek stało im na przeszkodzie, wytyczenie takiej a nie innej linii drogi było najlepszym, a być może jedynym rozwiązaniem w tamtych zaprzeszłych czasach.

2016-06-03 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-06-04 22:01:17
Jak zwykle, podziwiam wiedzę i dociekliwość Szanownego Autora. Ośmielam się uzupełnić, że ten "skośny przebieg Partyzantów do sketu w 1 Maja" to był ongi jej bieg podstawowy (napomykasz o tym mówiąc o drodze na Blich). Tedy jechał tramwaj, po przeniesieniu w 1926 r., tor był po stronie zabudowanej; pod opisywaną dużą kamienicą był przystanek. Przynajmniej tak było w latach 60., które pamiętam najlepiej...
MarianS.
2016-06-05 16:22:48
Tak P.AndrzejuP. - a po przeciwnej stronie wyburzono całą pierzeję aż do szk.nr 5 dla poszerzenia ul. Partyzantów - tak ok. 71-73r.- jak pamietam - chociaż na stałe zamieszkałem w BB dopiero w 74r. Pozdrawiam.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» lipiec (2)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[login_87]
Może przy okazju opisu ul Młyńskiej udało by się znaleźć jakieś informacje na temat kamienicy...
[dziadek]
Budynek rzeczywiście wygląda bardzo sędziwie. Dach mansardowy pochodzi pewnie z epoki baroku, a same zabudowania...
[Maciej P.]
@Angus - coś w tym jest. W latach osiemdziesiątych mieszkałem krótko na Podgórzu. Faktycznie połączenie...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 101339
Newsów: 76
Komentarzy: 232
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała