liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (3)

Skopany genius loci

  

czyli

Po prostu aneks

Po opublikowaniu ostatniego wpisu skontaktował się ze mną (i zmył mi głowę) pewien znajomy, mocno zdziwiony jednym ze stwierdzeń, które pojawiło się w notce. Znajomy powątpiewał mianowicie w prawdziwość zdania, jakoby ulica Cyniarska w istocie była kiedykolwiek ulicą reprezentacyjną. Według niego ani reprezentacyjną, ani nawet zbyt dużą. 180 metrów długości - argumentował - to raczej niezbyt imponujący dystans. To nie do końca prawda, warto pamiętać, że jeszcze w pierwszych dekadach ubiegłego wieku ulica Cyniarska nie kończyła się na skrzyżowaniu z ulicą Fryderyka (dzisiejsza Piłsudskiego), ale biegła aż do mostu na Białej, licząc tak naprawdę bez mała 300 metrów. Zresztą to nieistotne. Przecież o reprezentacyjnym charakterze ulicy stanowi nie tylko długość, ale przede wszystkim ogólny jej wygląd. I to, co składa się na tak zwany wystrój.

Ulica Cyniarska w roku 1899, a więc w czasach, gdy ciągle jeszcze była bardzo uczęszczana. Powstała pod koniec XVIII wieku, jako alternatywa dla Szosy Cesarskiej. Od roku 1867 była to droga przepędu... świń z bielskiego (starego) dworca. Mimo to na przełomie XIX i XX wieku to właśnie ona była drugą co do ważności ulicą wybiegającą z centrum miasta, ponieważ biegła ku drugiej i ostatniej wówczas przeprawie przez rzekę w centrum. Jej perspektywę - patrząc od strony placu - zamykała późnobarokowa fasada budynku mieszkalnego Wilhelma Schlesingera, od drugiej strony zaś - południowa pierzeja placu Józefa. Czy faktycznie była to aż tak wąska ulica? Nie bardziej niż inne drogi w mieście. Ale bez względu na to, czy wąska, czy szeroka - niezmiernie ważna.

Przyjrzyjmy się jej zatem bliżej. Ulica Cyniarska, mocno zmieniona przez wyburzenia nieparzystej strony, jest dziś przez to solidnie zniekształcona. Cały niegdysiejszy pas ruchu w części bliższej placu Wojska Polskiego zajmuje szeroki chodnik, miejsce zaś strony zachodniej ulicy zajęte jest przez parking. To pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy. Ale nie tylko to.

Parzysta strona ulicy to ciąg siedmiu nieruchomości, z czego sześć to kamienice mające przedwojenny rodowód. Ich stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Najbardziej zdewastowane są kamienice nr 10 i 18. Pozostałe również nie wyglądają najlepiej, a mimo to i tak wszystkie one tworzą bardzo ciekawy, dość jednolity kompleks architektoniczny. Ogólny, klasycystyczny charakter budynków nadaje im specyficznego rysu, przez co cała pierzeja ulicy tylko zyskuje. Kiedy patrzy się na ten pokaleczony, ale przecież nadal czytelny i interesujący zespół, ma się wrażenie głębokiego zamysłu urbanistycznego i architektonicznego, który obejmował nie tylko poszczególne budynki, ale i całą stronę ulicy. Fasady budynków korespondują ze sobą, nie wybijając się zbytnio ponad inne, tworzą czytelny i pełny rysunek.


Szczególnie wzrok przyciąga bogata ornamentyka kamienicy nr 14. Jej fasada, boniowana na całej wysokości, wykazuje - podobnie jak pozostałe kamienice - czytelne zróżnicowane kondygnacyjne z najbogatszą, festonową dekoracją pierwszego piętra. Wrażenie okazałości potęguje wielkomiejski porządek z reprezentacyjną bramą wejściową na osi.

Odrobinę skromniejsza, ale nie mniej efektowna była dekoracja sąsiednich kamienic nr 12 i 16 (z okazałym portalem nadokiennym z kartuszem). I tylko zbudowany kilka lat temu minimalistyczny, betonowo-ceglany budynek biurowo-handlowo-usługowy odcina się od tła niekorzystnie.

Nieco inaczej sprawa miała się z przeciwległą, nieparzystą stroną ulicy. Poza kilkoma dużymi kamienicami (z których do dzisiaj dotrwała tylko jedna, modernistyczna, opatrzona numerem 13 - druga spłonęła i została wyburzona w latach 80-tych), jej linię wypełniały parterowe, kryte spadowymi dachami domy, niektóre z nich zaopatrzone były w obszerne gible dachowe. Były to domy podobne do tych istniejących jeszcze dziś przy Szkolnej, czy Staszica.

Można powiedzieć, że nawet w latach świetności tego miejsca strona zachodnia Zinngieserstraße nie imponowała (i zapewne dlatego tak łatwo było się jej potem pozbyć), a mimo to trudno jest mi oprzeć się wrażeniu, że cała ulica cyniarzy stanowiła kompleks zwarty i - choć mocno zróżnicowany - jednolity. Przy czym to zróżnicowanie było bardziej formalne (wywołane różnicą majętności posiadaczy nieruchomości) niż architektoniczne. Trzeba bowiem mieć na uwadze, że zarówno te piękne, zdobione kamienice, jak i owe skromne domki z dwuspadowymi dachami pochodziły z tej samej epoki. Epoki harmonii i jako-takiego ładu. Warto o tym pamiętać. Szczególnie w czasach, gdzie bardziej liczy się rozwój architekta, niż rozwój miasta, gdzie przestrzeń jest tylko odskocznią dla indywidualizmu, gdzie łamanie konwencji stało się cnotą.

Powtórzmy to, co w sprawie tej nieszczęsnej ulicy jest najważniejsze: cała ona, mimo widocznych różnic w dekoracji poszczególnych fasad, stanowiła zwarty, zamknięty i skończony kompleks, który na całej długości tworzył swoistą architektoniczną ciągłość.

W kontekście tej całości dość szczególnie jawi się zlokalizowany przy ul. Piłsudskiego, w szczycie kamienic Cyniarskiej i Staszica, projekt pracowni Studio A z Bielska-Białej. Projekt sam w sobie jest całkiem dobry, ale do wyżej omówionego tła architektoniczno-historyczno-społecznego ma się, niestety, jak pięść do nosa.

Bo różnica między stylami zbyt duża? Też. Bo brak odniesienia do historii miejsca? Jak najbardziej.

Przede wszystkim jednak jest to projekt, który w tym miejscu jest swego rodzaju policzkiem wymierzonym miastu i jego mieszkańcom. Dlaczego? Powód jest prosty. Gdyby ktoś spytał nas dzisiaj, czym miasto Biała (dla wygody i dla podkreślenia sensu wypowiedzi będę posługiwał się nazwą historyczną) może dzisiaj zaimponować? Czym może się pochwalić? Jaka padłaby odpowiedź? Potężnymi i prężnymi fabrykami sukna, wełny i filcu? Nie. Eksportem kamgarnu i towarów modnych? Bynajmniej. Budową i eksportem maszyn? Nie. A może produkcją doskonałych likierów, cegieł czy fezów? Nic z tego. Biała to uboższa siostra Bielska, której największym dzisiaj, ale niezaprzeczalnym atutem jest jej historyczna, zabytkowa, nigdzie indziej niespotykana architektura. I nie mówię tu tylko o perełkach takich jak ratusz, czy wille przemysłowców, nie mówię też o prawdziwych ewenementach na skalę kraju jak choćby Kamienica pod Żabami. Mam na myśli przede wszystkim zwartą, kompleksową, wielostylową, bardziej lub mniej harmonijną zabytkową zabudowę miejską, której rodowód w wielu miejscach sięga epoki józefińskiej, a samo założenie - czasów saskich. Mam na myśli olbrzymi obszarowo konglomerat (owszem - budowli czasem zapuszczonych i zapadłych) o niepowtarzalnym klimacie peryferyjnego, przygranicznego miasta.

I właśnie ten jego charakter jest dziś mozolnie, z uporem maniaka, z zapałem godnym lepszej sprawy niszczony. Skutecznie demontowany w imię jakiejś nie do końca określonej oryginalności. W imię źle pojętego rozwoju miejskiej substancji. Co jakiś czas, to tu, to tam, realizowane są nowe projekty, które jak jakieś chore wykwity drażnią poczucie estetyki nie dlatego, że są brzydkie (choć niektóre są wręcz paskudne), ale dlatego, że na tle tego wyjątkowego miasta są jak komórki rakowe. W dodatku złośliwe, bo zaczynają się ponad miarę mnożyć. Zamiast odbudowywać oryginalną przestrzeń, która już kiedyś była zabudowana, udajemy, że nie wiemy, jak wyglądało to miasto kiedyś, i sadzimy co jakiś czas takie czy inne kwiatki, argumentując to koniecznością odciskania na mieście piętna naszej własnej epoki, przybijania pieczęci naszego pokolenia.

Można oczywiście mnożyć eufemizmy maskujące to, co w istocie się tutaj dzieje. Można powielać demagogiczne argumenty usprawiedliwiające mdłą niemoc w kwestii ratowania historycznej oryginalności, która przecież towarzyszy temu miastu od samego zarania. Prawdą jest jednak tylko to, że pogardzany od dekad i pomiatany genius loci Białej znów otrzymał solidnego kopniaka w tyłek. I będzie kopany tak długo, aż czyjeś ambicje nie zostaną zaspokojone. Chyba, że ktoś inny powie: dość.

W całej tej sprawie bardzo irytujące jest jeszcze coś. Kiedy rozmawiałem o tym nowym projekcie z pewnym czynnym zawodowo architektem, usłyszałem rzecz zgoła zdumiewającą. Otóż dowiedziałem się, że dzisiaj budynki tego typu (handlowo-usługowe) nie muszą już korespondować z historycznym tłem. Nie ma konieczności "wtapiania ich w kontekst miejsca". Że dzisiaj jest to absolutnie niepotrzebne, hamujące rozwój i w ogóle passe. Nie to było jednak najdziwniejsze. Oto już dwa zdania później ze zdziwieniem usłyszałem, że to nawet dobrze, że taki projekt powstaje, bo świetnie współgra... z nowoczesną architekturą banku, Klimczoka i restauracji "Mały Wiedeń" naprzeciwko... No ręce opadają!


Zatem nie jest prawdą, że kontekst nie ma znaczenia. Prawdą jest, że są lepsze i gorsze konteksty. I prawdą jest też, że o wyższości jednego kontekstu nad drugim nie decyduje, bynajmniej, zdrowy rozsądek.

No dobrze, ale czy jest jakieś rozwiązanie? Czy można na to coś zaradzić?

W wielu miastach istnieje zasada, aby w miejscach, które nie były wcześniej zajęte przez zabudowę w konkretnym stylu, lub w miejscach opustoszałych na przykład w wyniku działań wojennych, nie stawiać atrap udających dawne zabytki. To zasada, którą można dyskutować, ale ma ona swoje dobre strony. Dzięki temu nie powstają nibyhistoryczne maszkarony, które krajobrazowi mogą zaszkodzić bardziej niż mega-neo-moderna. Z drugiej strony dobrze byłoby, gdyby taka zasada narzucała jakiś sensowny kierunek. W Kołobrzegu, w Elblągu, w Głogowie i w kilku innych miastach Polski postawiono na retrowersję, czyli na pseudorekonstrukcję polegającą na wypełnianiu przestrzeni miasta substancją w kształcie dokładnie odpowiadającym dawnej zabudowie, ale budynkami w zupełnie nowym stylu, który tylko imituje gotyk, renesans czy barok. Efekt jest koszmarny. Starówki tych miast
przypominają jakieś groteskowe makiety, miasta z kiepskich wizualizacji. Są po prostu brzydkie. Prostacką, nieskomplikowaną brzydotą niedoróbstwa. Nie tędy droga!

Kilka lat temu rozpisano konkurs na zagospodarowanie przestrzenne Placu Wojska Polskiego. Zwycięski projekt zakładał między innymi zniwelowanie luki w północnej pierzei rynku budynkiem w stylu minimalistycznym wykorzystującym szkło, beton i metal. Projekt, mimo wygranej, nie został na szczęście zrealizowany. Mielibyśmy jedną komórkę rakową więcej. Jednak w tym samym konkursie pojawił się projekt autorstwa Krzysztofa Czyża, który wprawdzie nie zwyciężył, ale moim zdaniem jest swego rodzaju światełkiem w tunelu. Zakłada on, że ubytek w północnej pierzei rynku powinien zostać wypełniony dwiema kamienicami. Jedna z nich to dokładna replika stojącej niegdyś na drugim rynku w Białej kamienicy Rudolfa Lukasa, zastąpionej obecnie przez gigantyczne akwarium, druga to niezrealizowany, powstały w 1899 r. i dedykowany specjalnie na plac Garncarski w Bielsku, ciekawy projekt sławnego Maximiliana Fabianiego.


Projekt może się podobać, ale może i drażnić. Może zachwycać prostotą pomysłu, a może odpychać brakiem (chyba nadto fetyszyzowanej) świeżości. Jednego jednak nie można mu odebrać. Pan Czyż, zamiast kombinować z chromo-niklem, zamiast próbować wciskać w urbanistyczną pustkę koślawe retrowersje, dzikie mięso, czy inny śmieć, sięga do sprawdzonych (albo już istniejących, albo zaprojektowanych specjalnie dla tego miasta), doskonale komponujących się motywów. Wątków, które nie tylko szanują obolałą sempiternę bialskiego genius loci, ale jeszcze prostują mu skrzydła. Żadnej pseudohistoryjki, naciąganej filozofii, żadnego wydumanego kiczu, żadnej "nowej świetlanej jakości". Solidny, osadzony w swojskich klimatach pomysł czyniący wbrew urbanistycznej chorobie neomodernistów o nazwie "bo tak się teraz buduje!". Da się? Da się. (Źródło grafiki: Ośrodek Kreatywności Obywatelskiej OKO)

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to rozwiązanie uniwersalne. Rozumiem, że nie wszędzie i nie zawsze można je zrealizować. Jestem jednak przekonany, że wszędzie tam, gdzie można, powinno się bezzwłocznie korzystać z podobnych, przyjaznych dla miejskiej substancji rozwiązań. Jeśli dysponujemy sprawdzonymi motywami, takimi, które już raz zdały egzamin, powinniśmy je zastosować. A genialne neomodernistyczne projekty młodych, świetnie się zapowiadających architektów, zdobywców nagród i splendorów, lokować poza ścisłym historycznym centrum miasta. Tam jest ich miejsce.

2015-08-22 | Dodaj komentarz
andrzej
2015-08-22 18:53:24
Amen.
Tomasz K.
2015-08-23 13:15:01
Jako syn architekta często ubolewam nad tym, jakiemu schamieniu to środowisko (podobnie zresztą jak i wiele innych) uległo. Przez setki lat profesja architekta miała charakter artystyczny, z kolei dobrego artystę powinna cechować POKORA w stosunku zarówno do dzieła, jak i widza. Architekci zawsze tworzyli w oparciu o kanony ustalone w zamierzchłych czasach w oparciu o elementy składające się na naturalną harmonię. Wybitniejsze jednostki pozwalały sobie na więcej (jak Borromini w okresie baroku, albo Gaudi w przypadku katalońskiej secesji), niemniej nadal dochowywali wierności podstawowym kanonom piękna. Często jednak, kładzenie nacisku na artyzm sprawiało, że cierpiała jakość konstrukcji. Na to było jednak lekarstwo: architekci tworzyli nierzadko duety z wykwalifikowanymi budowniczymi, którzy wznosili szkielet, "ubierany" w kolejnej fazie w dekorację. Świetnymi przykładami (w przypadku Warszawy) były działające w pierwszych dekadach ubiegłego stulecia duety: Heppen -Czerwiński, Stifelman - Weiss, Weinfeld - Bryła i wiele innych. Dzisiaj mamy tendencję odwrotną: architekci przejęli dotychczasową rolę budowniczych, kładąc nacisk na trwałość konstrukcji, jednak cierpi przez to artyzm. Co więcej, brak nacisku na Venustas sprawia, że niedostateczna wiedza często łączy się z bałwochwalczym uwielbieniem dla własnego "geniuszu". To ostatnie z kolei jest wynikiem przeforsowania doktryny "sztuka dla sztuki" - to samo zjawisko dotyczy wszelkiej maści "performerów": często dla pokazania, jak są "wspaniali", moralnie zniżają się do poziomu rynsztoka, czyniąc swe dzieła kontrowersyjnymi (przykładem otoczka medialna towarzysząca niesławnej tęczy z Placu Zbawiciela). Skutkiem tego uzyskaliśmy kadrę - jak ja to nazywam - nowotworową, która daje przerzuty (niegdyś znane jako budynki) na miasta mające nieszczęście z nią się zetknąć.
Maciej P.
2015-08-28 11:53:41
@Tomasz K. Pełna zgoda. Ale byłbym nieuczciwy, gdybym tylko pomstował na dzisiejszych architektów. Młodych zdolnych specjalistów, w dodatku pozbawionych przytłaczającego kompleksu poprzedników, a przez to chętniej czerpiących z ich spuścizny. Młoda kadra o szerszym spojrzeniu na problem już rośnie. Ci młodzi zaczynają zdawać sobie sprawę, że architektura to nie tylko projekt domu, to nie tylko element w kalejdoskopie. To również część całości. A harmonia możliwa jest tylko, gdy wszystkie elementy do siebie pasują. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nauczycielami tych młodych-niosących-nadzieję są owi "ekscentryczni indywidualiści". To w poprzek ich naukom i tezom ci młodzi się buntują, to ich normy (które wprowadziły po wojnie tyle chaosu) kontestują, wybierając jednak Ład. I to jest piękne. I mam nadzieję, że tych kilkoro młodych studentów, z którymi miałem przyjemność rozmawiać, to tylko wierzchołek góry lodowej i że już niedługo będziemy się cieszyć z naprawdę doskonałej, wrażliwej i świetnie przygotowanej kadry. I trzeba mieć nadzieję, że do tego czasu "mistrzowie" nie zaorają nam miasta do imentu. Bo przecież - i o tym zapominać nie wolno - karty w mieście ciągle rozdaje Wydział Urbanistyki i Architektury z Miejskim Konserwatorem Zabytków do spółki.
Komentarzy (8)

Klątwa Kamieńca

  

albo

Planowy chaos


Sierpniowy poranek nie przywitał mnie z dawna oczekiwanym chłodem, choć niebo zasnuło się warstwą chmur. Przeciwnie. Suche powietrze było jak buchający z piekarnika żar, jak pustynny powiew przynoszący zamiast ukojenia kolejne fale spiekoty. Wprawdzie słońce skryło się za obłokami, ale powietrze nie ochłodziło się ani odrobinę. A na dodatek sama okolica nie nastrajała optymistycznie.

Bo mimo wczesnoporannego, rozproszonego oświetlenia, miejsce, w którym się znalazłem w żaden sposób nie zyskało. Przeciwnie. Nawet miękkie światło poranka nie zdołało przysłonić mankamentów. Całej masy mankamentów.

Znajdowałem się w samym centrum miasta, o kilkanaście dosłownie metrów od miejsca, które przez długie stulecia było jego sercem. A jednak miałem wrażenie, jakbym znalazł się na opuszczonym po trzęsieniu ziemi i zmasakrowanym przez Talibów zapleczu warsztatu samochodowego w Radomiu. Wokół mnie wystawały z ziemi żałosne resztki miasta.

Jest dla mnie niepojęte, jak to się mogło stać, że jedna z najbardziej reprezentacyjnych ulic, istniejąca od z górą dwustu lat, będąca w dodatku jedną z dwóch najistotniejszych arterii łączących dwa brzegi, dwie krainy, uległ tak dalece degradacji; jak to się stało, że ten piękny jeszcze niedawno, wielkomiejski w swym charakterze zakątek mógł przejść tak daleką, tak zatrważającą ścieżkę destrukcji. Do dziś zachodzę w głowę, jakie decyzje na przestrzeni wieków trzeba było podjąć, a jakich zaniechać, aby osiągnąć taki obraz spustoszenia... Co ja mówię "wieków"! Na przestrzeni ostatnich dekad! Bo stan dzisiejszy jest prostą konsekwencją omawianych już na tym blogu niefrasobliwych, wynikających z braku poczucia tożsamości decyzji niegdysiejszych włodarzy naszego miasta.

Z tej perspktywy ulica wydaje się być zupełnie zwyczajna. Trochę zaniedbana, ale sprawia wrażenie, jakby swym charakterem nie odbiegała zbytnio od jej podobnych ulic wielu miast w Polsce. A to tylko pozór. Kiedyś ulica Cyniarska była ulicą naprawdę reprezentacyjną, czego niemym a mimo to wymownym świadkiem są zdradzające jeszcze resztki przeszłej świetności kamienice. Te, które cudem ocalały. Pomijając fatalny stan tych budynków, biorąc pod uwagę tylko ich (widoczny jeszcze tu i ówdzie) niezaprzeczalny architektoniczny powab, trudno uwierzyć, że ta ulica de facto właściwie nie istnieje. Pozostała tylko jedna jej strona. Jedna połowa, oszukańczy fragment, udający ulicę kikut.

Powiem szczerze: nie wierzę w zabobony i gusła, ale w tym jednym przypadku, w przypadku ulicy Cyniarskiej, a nawet szerzej, w przypadku całej okolicy centrum Białej, skłonny jestem stwierdzić, że kiedyś, dawno temu, padła ona ofiarą jakiejś okrutnej, a bezwzględnej klątwy. Nie ma chyba w naszym mieście, w ścisłym jego centrum, miejsca równie obskurnego i zapuszczonego, takiego, którego kształt ani nie nawiązuje już do bogatej historii tego miejsca, ani nawet - i to jest chyba jeszcze straszniejsze - nijak nie wróży na przyszłość. I o ile to pierwsze mogło być konsekwencją splotu wielu okoliczności, czasem zupełnie nieprzewidzianych, a czasem niemożliwych do powstrzymania, o tyle to drugie jest już sprawą, która poważnie obciąża dzisiejsze władze miasta i obnaża ich brak kompetencji, potencji i inwencji w tej sprawie.

Zagospodarowanie przestrzeni w konsekwencji zasiedlania coraz to nowych obszarów wiąże się i zawsze wiązało z konkretnym, ścisłym planowaniem. Wieki przeszłe charakteryzowały się wielkim przywiązaniem do projektowania założeń przed ich konkretyzacją. Zazwyczaj - tak jak to miało miejsce choćby w przypadku Bielska - realizowanie założenia nie odbiegało zbytnio od projektów, co widać do dziś w przestrzennym ukształtowaniu najstarszej części miasta. Zaprojektowany na bazie jednostki mierniczej zwanej sznurem rynek z przyległymi doń ulicami i działkami pod zabudowę powstał bez większych odchyleń i zaburzeń. To, co zamierzono zrealizowano niemalże w stu procentach.

Nieco odmiennie ma się sprawa w przypadku Białej. Tutaj, mimo, że mamy do czynienia z planami już nie średniowiecznymi (choć na średniowiecznych prawidłach opartymi), ale osiemnastowiecznymi, wyraźnie daje się zauważyć, że już od zarania osady coś poszło nie tak.

Jeśli przyjrzymy się powstałemu w 1723 roku rynkowi w Białej z lotu ptaka, dojdziemy do wniosku, że założenie, z jakim mamy do czynienia jest zadziwiająco nieregularne. Najbardziej "poukładane" są pierzeje wschodnia i zachodnia. Południowa zdradza dużą nieregularność - jej linia jest rozchwiana i nieciągła, natomiast pierzeja północna (w swej zachodniej części) jest przykładem kompletnego urbanistycznego chaosu. Pytanie: dlaczego?


Dlaczego projektowane centrum nowego miasta - było nie było, na miejscu dotąd niezagospodarowanym - nie zostało wzniesione z oczywistą w takim przypadku regularnością, z zachowaniem choćby pozorów planowania i zamysłu?

A może było, tylko na przestrzeni wieków, w konsekwencji burzliwych i najczęściej destrukcyjnych wydarzeń, projekty podlegały silnym modyfikacjom?

Po części tak. Ale nie do końca. Żeby jednak wyjaśnić całą rzecz musimy cofnąć się do samych początków miasta.

Osada rzemieślnicza Biała - jak wiadomo - powstała około połowy XVI wieku, a jej zalążek lokował się mniej więcej w okolicy dzisiejszej ulicy Łukowej. Biegł przez osadę międzyregionalny szlak wschód-zachód, dzięki któremu mogła ona rozwijać się dość intensywnie w oparciu o różne formy działalności (tkactwo, bielenie, hodowla, handel). Siłą rzeczy rozwój Białej mógł przebiegać raczej tylko w kierunku wschodnim, a więc od rzeki ku niezagospodarowanym obszarom należącym do Lipnika, a i to nie bez problemów. Otoczona ze wszystkich trzech stron przez grunty lipnickie Biała miała bowiem bardzo niewiele miejsca na ekspansję. Jeszcze w połowie XVII wieku wschodnia granica osady biegła przecież tylko ok. 250 metrów od rzeki Białej (mniej więcej wzdłuż dzisiejszej ulicy Dmowskiego i Komorowickiej), nie był to więc duży obszar. Nic więc dziwnego, że rozwój i ekspansja w pewnym momencie musiały ulec zahamowaniu. Stało się to nawet dość szybko. Już sto pięćdziesiąt lat po powstaniu, podupadającej z wielu powodów osadzie, straszącej opuszczonymi domami i chylącymi się ku upadkowi gospodarstwami, groziła całkowita zagłada.


Na prośbę starosty lipnickiego, Jakuba Zygmunta Rybińskiego, król August II wystawił przywilej lokacyjny, na podstawie którego osada Biała stała się miastem. Uczyniono to właściwie tylko w celu ratowania wsi, która mimo wszystko miała potencjał i która mogła stać się w przyszłości konkurentem gospodarczym dla sąsiedniego Bielska.

Założenie, które powstało w wyniku przywileju, na prawie magdeburskim, w wersji prawa chełmińskiego, miało mieć charakter "wielkomiejski" i jako takie wymagało porządnego zorganizowania planistycznego, technicznego i urbanistycznego. Istnieją przesłanki, że centrum tego planu zostało umiejscowione dokładnie tam, gdzie wcześniej istniał rzekomy drugi (po mięsnym) targ w osadzie, czyli w miejscu dzisiejszego placu Wojska Polskiego. Dowodów na istnienie wcześniej targowiska w tym miejscu brak, jednak w 1723 właśnie tutaj wytyczono centrum nowego królewskiego miasta.

Uważnego obserwatora zdziwi zapewne, że plan ten ma bardzo średniowieczne cechy. W istocie. Oparty na łokciu krakowskim układ urbanistyczny zastosowany w przypadku Białej ma wybitnie średniowieczną proweniencję. Czworokątny rynek, przylegające do niego z czterech stron działki pod zabudowę i wybiegające z rynku ulice wozowe idealnie oddają charakter miast lokowanych od wieków.


Oto zaczerpnięty z trzeciego tomu "Bielsko-Bialskich studiów muzealnych" schemat przedstawiający analizę modularnego rozplanowania lokacyjnego z 1723 roku autorstwa Bogusława Krasnowolskiego. Przyjrzawszy się dokładnie planowi, można zauważyć spore różnice pomiędzy nim a rzeczywistością. Skąd się wzięły? Pomijając takie oczywiste zmiany, jak brak ratusza (który stał w północnej części placu - na planie oznaczony literką R - a który zburzono w 1827 roku), czy fakt, że w projekcie brakuje ulicy Cyniarskiej, bo ta została przebita całe dekady później - mamy tu kilka ciekawszych problemów.

Powtórzmy więc: o ile północny, wschodni i zachodni moduł zabudowy zostały w miarę dokładnie odwzorowane w rzeczywistości, o tyle w południowym coś zazgrzytało. Nic tu się nie zgadza. Linia pierzei faluje jakby była wytyczana przez pijanego mierniczego, uliczki miedzuchowe nie pojawiły się w realu w ogóle, nie licząc dzisiejszej ul. Ratuszowej, która biegnie przez sam środek południowego modułu, przez co trudno dopatrzyć się w niej choćby śladów drogi wozowej; cały zaś południowo-wschodni blok zabudowy wytyczony został... w korycie Niwki.

To ciekawe. I daje do myślenia. Dlaczego wytyczany od podstaw plan zabudowy, zamiast uwzględniać topografię, czyni jej wbrew, stając się jednocześnie planem wybrakowanym, nieidealnym? Czy już w trakcie wytyczania tego planu musiano uwzględnić jakieś istotne czynniki, które zniweczyły jego doskonałość? Czy projekt musiał się do czegoś stosować, poświęcając tym samym regularność południowej pierzei?

Pierwsze, co się nasuwa, to trakt Wiedeń - Lwów. To on mógł być powodem, dla którego całą koncepcję lokacyjną trzeba było dostosować do jego przebiegu. Jeśli rzeczywiście ta arcyważna arteria miała stać się bazą dla wytyczenia północnej pierzei rynku, siłą rzeczy południowo-zachodni wierzchołek miejskiego modułu musiał stać się "niezabudowalny", bo wypadał dokładnie w korycie potoku. Tak mogło być istotnie, ale mnie ta wersja wypadków nie przekonuje. Szosa Cesarska powstała dużo później, zaś poprzedni trakt, nie miał chyba wystarczajacego statusu, aby podporządkowywać mu wszystkie inne przedsięwzięcia. Droga to nie świętość, można ją zmienić, a jeśli jej przebieg miałby negatywnie zaważyć na przyszłych, niezwykle ważnych przedsięwzięciach, takich jak lokacja królewskiego miasta - nawet trzeba. I jestem pewien, że zrobionoby to. Dlaczego więc tak się nie stało?


Nie byłbym sobą, gdybym nie przypomniał
prezentowanej niedawno teorii o innym przebiegu Niwki, która to teoria całkiem zgrabnie wpisuje się w omawiany dziś temat. Co sprawiło, że doskonały plan przestrzenny z równymi modułami, przejrzystym układem ulic i równomierną zabudową wyrodził się już na wstępie tak bardzo, że jego forma, już od samego początku była swoją własną karykaturą. Co zmusiło mierniczych i planistów do tak absurdalnego założenia wśród - wydawałoby się - hektarów wolnego miejsca? Wystarczyło tylko obrócić w terenie cały projekt o kilkanaście stopni aby zmieścić się z wszystkimi modułami, ulicami i drogami. Wystarczyło dosłownie kilkanaście metrów, aby cały południowy moduł miasta zmieścił się pomiędzy placem a Niwką, która - kiedy patrzymy na miasto z góry - sprawia wrażenie, jakby znalazła się tam zupełnie przypadkiem, krzyżując wszelkie plany i całe założenie. Cóż... Będę może nudny, ale nie potrafię dla takiego obrotu rzeczy znaleźć innego wytłumaczenia jak tylko, że... Niwka naprawdę znalazła się tam przypadkiem.


Bo może istotnie w 1723 roku, kiedy wytyczano nowe miasto, Niwka płynęła innym, zupełnie w zabudowę nieingerującym korytem (proszę zauważyć, że na powyższym planie modularnym wschodnia strefa zabudowy nawet nie dotyka ulicy Komorowickiej, czyli owego hipotetycznego, domniemanego koryta potoku). Czy nie dlatego właśnie plan zabudowy wypadł z naszego punktu widzenia tak fatalnie. Czy nie dlatego, że może jeszcze w 1723 roku Niwka wcale nie stanowiła żadnej przeszkody i dlatego plan rozmierzenia lokacyjnego zakładał, że na południu spokojnie będzie można się pobudować? Ha! Zadajmy więc pytanie: dlaczego linia dzisiejszej ulicy Komorowieckiej była taką świętością, której plan zabudowy nie śmiał naruszać? Dlaczego projekt infrastruktury miejskiej sprawia wrażenie, jakby został wciśnięty pomiędzy ulicę Łukową, a Komorowicką.

Odpowiedź może być bardzo prosta. W latach dwudziestych osiemnastego wieku, inicjator nadania osadzie praw miejskich - Starosta Jakub Zygmunt Rybiński - w sposób absolutnie beztroski zaniedbał rzecz dla rozwoju królewskiego miasta najbardziej zasadniczą - przestrzeń. Niezbędną do rozrostu, konieczną do oczywistego w takich sytuacjach ożywienia gospodarczego. A przecież to właśnie rozwój był - jak się uważa - głównym powodem, dla którego starosta w ogóle zdecydował się na ten dość ryzykowny lokacyjny krok. To on miał zapobiec kompletnej ruinie osady i nie dopuścić do opuszczenia jej przez popadłych w nędzę rzemieślników. Z takiej perspektywy postępowanie starosty wydaje się być jakimś nie do końca przemyślanym działaniem, albo wręcz przeciwnie - planem z gatunku tych minimalistycznych.


Jakie to miało konsekwencje? Dość znaczące. Brak ziemi pod rozwój miasta sprawił, że zabrakło jej na porządny, konkretny, wielkomiejski projekt. Granica z Lipnikiem biegła bardzo blisko samego centralnego placu, wzdłuż dzisiejszej ulicy Komorowickiej. Wciśnięcie więc placu z prawdziwego zdarzenia było zwyczajną niemożliwością.


No tak. Zgoda. Ten argument ma swoje mocne podstawy. Granice były, są i pewnie będą świętością. Jestem w stanie go przyjąć, jestem nawet w stanie pominąć milczeniem interesującą przecież kwestię daleko idących zaniechań starosty Rybińskiego i jego niezbyt aktywnego działania na rzecz poszerzenia bialskich terenów - co przecież byłoby rzeczą w sytuacji lokacyjnej oczywistą. W porządku. Jednak w mojej krnąbrnej głowie nadal coś buntuje się przeciwko takiemu prostemu postawieniu sprawy. No bo w odpowiedzi na "argument graniczny" znów pada pytanie: a dlaczego granica pomiędzy Białą a Lipnikiem biegła właśnie tędy? Nie dwadzieścia kroków na wschód, nie trzydzieści na zachód, tylko tu? Dlaczego akurat wzdłuż ulicy, której wówczas jeszcze nie było, a która pojawi się dopiero za lat kilkadziesiąt? Czy nie dlatego, że granice zazwyczaj wytyczano wzdłuż naturalnych granic geograficznych i geomorfologicznych? Czy nie dlatego, że tam po prostu płynął potok, na którym wytyczono granice tenuty?


Zostawmy teorię. Mądrzejsi ode mnie stoją na stanowisku, że to niemożliwe, więc spuśćmy dziś na ten problem zasłonę milczenia i wracajmy do "ad remu". Przyjrzymy się północnej pierzei rynku. Po najstarszym ratuszu śladu - rzecz jasna - nie ma. Nie ma także śladu po wielu innych budynkach. To dlatego północno-zachodnia pierzeja jawi się szczególnie upiornie. Wprawdzie jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym w miejscu łysego dziś placu stały dwie budowle, po których ślad zaginął. Wprawdzie ulica Cyniarska była jeszcze ulicą, a nie jakimś urbanistycznym qui pro quo, ale tak naprawdę każdy rozsądnie myślący mieszkaniec miasta, nawet ten, który przywykł już do tego fatalnego widoku z "Klimczokiem" w tle, musi uznać ten stan rzeczy za jakieś horrendalne nieporozumienie. Tak nie może i nie powinien wyglądać reprezentacyjny plac miasta.

Ta część placu nie ma szczęścia. Istnieje bardzo niewiele ujęć prezentujących tę pierzeję, a także wylot ulicy Cyniarskiej. Są to tylko i wyłącznie zdjęcia wykonane prywatnie, bo pocztówki nie ma ani jednej. Literalnie! Na nielicznych fotografiach, tak jak na tej powyżej, dostrzec można - uchwycone niejako przypadkiem - kamieniczki, które odeszły w niebyt, tak jakby nigdy ich nie było. A przecież istniały. I mieszkali w nich ludzie. I pracowali. Świadczy o tym całkiem przekonująca reklama wizualna na frontonie jednej z rzeczonych kamienic. Można sądzić, że handel ceratą i linoleum był całkiem intratnym zajęciem.

Ta fotografia, wykonana przez pana Mieczysława Tomiczka w latach 80-tych, w jakiś sposób wyjaśnia, dlaczego wylot ulicy Cyniarskiej na Rynek był tak rzadko fotografowany, a jeśli już, to tylko jego wschodnia flanka. Dla reprezentacyjnego placu miasta taki zapuszczony domek, będący pozostałością po dawnej epoce mieszczan-drobnych przedsiębiorców nie był czymś, czym chcianoby się chwalić. Dlatego też najpierw skutecznie omijano ten fragment miasta w ikonografii, a potem równie skutecznie zlikwidowano problem buldożerami. Wraz z całą okolicą. Inna rzecz, że - w odróżnieniu od kultywowanej w PRL-u niechęci do małomiasteczkowej architektury - dziś nawet taka budowla (odpowiednio odnowiona, rzecz jasna) mogłaby uchodzić za atrakcyjną. A na pewno byłaby stokroć lepszym rozwiązaniem od pustej dziury z widokiem na DH Klimczok.

Spośród czterech pierzei wschodnia i zachodnia pozostały nam w spadku po poprzednich pokoleniach w stanie dużo lepszym od pozostałych. Miejscami ich zabudowa ma swoją nieprzerwaną historię od samego początku istnienia miasta.

A jednak - patrząc na dzieje tego miejsca - trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie ten zbieg ulic, Rynek w Białej, ten najstarszy fragment miasta nigdy nie miał do planowej zabudowy szczęścia. Zawsze, odkąd tylko powstał, coś przeszkadzało mu w zorganizowanym wzroście, w harmonijnym rozwoju.
I - szczerze mówiąc - nie ma znaczenia, czy to planowe działanie, brak potencji władz miasta na przestrzeni wieków, począwszy od starosty Rybińskiego, na dzisiejszych włodarzach skończywszy, wpływ domniemanych zmian geomorfologicznych, czy też może owa wydumana klątwa Kamieńca. Fakt pozostaje faktem. I widoczny jest jak na dłoni do dziś. Ba! Dzisiaj widoczny jest szczególnie.

Starosta Rybiński, lokując miasto, borykał się z wieloma przeciwnościami i ograniczeniami skutecznie tłumiącymi i opóźniającymi rozwój Białej. Mimo to ówczesnym udało się wyrwać z marazmu i pokonać przeciwności, w przeciągu kilku dekad wyprowadzając miasteczko na drogę ku lepszej przyszłości. Zabrzmi to może gorzko, ale kiedy patrzę dziś na takie smutne obrazki, jak ten powyżej, boli mnie serce i coraz częściej opadają mnie poważne wątpliwości, czy komukolwiek jeszcze zależy na tym zapomnianym i zagubionym w przestrzeni miejscu...

2015-08-15 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2015-08-15 19:24:03
Po raz kolejny podziwiam Twoją wiedzę i zazdroszczę pasji. Ale, przy okazji, o co chodzi z tą "klątwą Kamieńca"? Nie wstydzę się przyznać do niewiedzy, a wujek google skapitulował....
andrzej
2015-08-15 21:55:44
To zastanawiające, że w mojej pamięci z lat szczeniackich utkwił właśnie widok a raczej obecność na pl. Wojska Polskiego tego właśnie starego domku z fotografii. Będąc mieszkańcem Bielska (mentalnie i terytorialnie) raczej sporadycznie, jako małolat zapuszczałem się do Białej a główną trasą była ta przez ul. Łukową na Cyniarską do sklepu zoologicznego. I to właśnie tam przechodziłem obok tej zapyziałej chałupy, która niczym nie zachęcała do zainteresowania się nią w jakimkolwiek stopniu. A jednak to właśnie ją pamiętam, może właśnie dzięki tej odmienności od całej otaczającej ją reszty i pewnie dlatego żałuję, iż na jej miejscu nie powstało coś, co by ją godnie zastąpiło. A może to tylko tęsknota za minionym czasem? Dzięki za tekst i pozdrawiam.
Maciej P.
2015-08-16 18:15:47
Andrzeju. Klątwa w istocie jest domniemana. Po prostu uznałem, że skoro miasto od samego zarania boryka się z takimi problemami i nawet królewskie wstawiennictwo niewiele pomogło, skoro nawet dzisiaj forma przestrzenna osady pozostawia tyle do życzenia, to wszystko to nie może być przypadkiem. A ponieważ nie potrafię sobie wytłumaczyć tego w sposób racjonalny - uciekam się do zabobonów. Oczywiście z przymrużeniem oka. Inna sprawa, że ludzie tej "klątwie" jakoś chętnie pomagają. AndrzejuN, tęsknota za minionym czasem na pewno też. Ale może przede wszystkim podświadome poczucie jakiejś oczywistości, świadomość, że ten domek, choć "łoszkliwy", był jednak na swoim miejscu. Fakt - różnił się od pozostałej zabudowy, może nawet straszył na tle całości, a jednak dopełniał ją jakoś, stanowił jej część. Innego zdania były ówczesne władze. Zaorały ten fragment przestrzeni, wbijając weń jak klin potężną a brzydką jak noc bryłę, nie zasłaniając jej nijak. Myślę, że przede wszystkim była to sprawa priorytetów tamtej epoki. Kiedy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych przystąpiono do budowy najnowocześniejszego wówczas w kraju domu handlowego, priorytetem była możliwość wykazania się. Więc kiedy "Klimczok" już stanął, trzeba było się nim pochwalić. Ni więc dziwnego, że wszystkie pomysły na wypełnienie luki w północnej pierzei placu, choćby były architektonicznymi cacuszkami, były odrzucane z założenia. Nikt wówczas nie pomyślał, że nowoczesność tego miejskiego kaszalota zdewaluuje się tak szybko i już w dekadę później zamiast nowoczesności, będziemy mieli tylko gryzącą w oczy szpetotę. W Warszawie dyskutuje się, czy zburzyć PKiN, czy zostawić. U nas nic nie trzeba burzyć, wystarczy zasłonić piekąc na jednym ogniu dwie pieczenie: wyzwolenie od Klimczokowej hegemonii krajobrazu i piękne wypełnienie północnej pierzei. Niby prosta sprawa, prawda? A mimo to decyzji jak nie było, tak nie ma. Noż klątwa, jak nic! Pozdrawiam
andrzej
2015-08-16 19:57:13
W nawiązaniu do powyższego tematu, nachodzą mnie jeszcze dwie refleksje. Pierwsza to inna rana na organizmie miejskim Białej, jakim jest w moim przekonaniu oś. Śródmiejskie. W zasadzie to wrzód. A sprawa druga dotyczy budowanego właśnie obiektu w omawianym narożniku ulic Staszica,Pilsudskiego i Cyniarskiej. Ciekaw jestem, czy inwestor pokusił się o nawiązanie stylistyczne do otoczenia, poszedł w minimalizm, czy też o zgrozo ( oby nie) popuścił wodze fantazji i powstanie coś na kształt BDM-u przy Stojałowskiego. Czas niebawem pokaże, czy „klątwa” nadal wisi nad Białą. Pozdrawiam
Maciej P.
2015-08-18 21:12:28
Andrzeju, odnośnie nowej budowli przy przystanku na Piłsudskiego, to marne tam są szanse na projekt wkomponowany stylistycznie i architektonicznie w okolicę. Na powstającym budynku wisi baner z wizualizacją przedsięwzięcia i muszę stwierdzić, że chyba nie tego się spodziewałem. Prawda, że w kontekście moich utyskiwań na stan obecny okolicy Cyniarskiej i Staszica, taki projekt (ba! każdy projekt) to więcej niż nic, ale chyba marzyłem w tym miejscu o czymś bardziej ambitnym. Doprawdy Imitacja kamienicy Haberfeldów przy figurze Reksia to w kontekście nowopowstającej budowli na Piłsudskiego omalże rekonstrukcja. We czwartek, albo w piątek pokuszę się o mały aneks do poprzedniego tekstu i spróbuję wyjaśnić, dlaczego mi to tak bardzo nie leży. Pozdrawiam ciepło.
Angus
2015-08-20 13:17:02
Problemem jest, kto mógłby te lukę wypełnić budowlami spójnymi i korespondującymi z otaczającą architekturą. Ratusz? Raczej nie, co widać po wychodzących stamtąd wykwitach architektonicznych (przejście podziemne na Piastowskiej, toaleta na Kopernika, park 1000 kubłów czyli Słowackiego, czy Cirkus Cryvultus). Zresztą to chyba nie rola ratusza. Tzw. bielscy inwestorzy i deweloperzy? Budują szybko i tanio, widać to po np. kamienicy z Rossmanem obok Klimczoka. (choć lepsza ona niż poprzednia wyrwa w murze). Problemem jest chyba to, że w BB brakuje mieszczaństwa. Mieszczaństwa, czyli osób nie tylko z kapitałem, ale też emocjonalnie z miastem związanych. Osób, dla których centrum BB nie jest tylko przeszkodą spowalniającą samochodowe przemieszczanie się między domem (na obrzeżach miasta), a jednym lub drugim centrum handlowym. A zmiany mentalne idą raczej w kierunku dalszej degradacji i marginalizacji centrum. A może się mylę – mam taką nadzieję.
Maciej P.
2015-08-20 22:28:15
Uwaga o mieszczaństwie jak najbardziej słuszna. Brak elity (w pełnym tego słowa znaczeniu - bez względu na to, jak ją zwał) związanej z miastem i w nim lokującej swoje cele, pieniądze i marzenia, to brak wpływu na kształt tego miasta. Natomiast jeśli chodzi o pytanie "kto ma budować", to myślę, że ból umiejscowiony jest gdzie indziej. Po stronie popartej brakiem gustu niemocy prawnej. Jak widać bowiem, w mieście jednak się buduje. Ale buduje się brzydko i bez sensu. I będzie się budowało brzydko i bez sensu tak długo, jak długo będzie na to przyzwolenie. Czy jest na to rada? W Elblągu zaeksperymentowano. Uchwałą rady miasta ustalono, że nowe budowle w ścisłym obrębie starego miasta mogą być wznoszone jedynie w formie retrowersji. I chociaż zasada mogła okazać się dla miasta zbawienna, bo chwytała w karby dyscypliny swawolnych projektantów, efekt był porażką. Odgórnie skazano miasto na koszmarny pudełkowy kicz, który był konsekwencją fatalnych retrowersyjnych, a więc neohistorycznych pokracznych projektów. Architekci omalże jednogłośnie uznają to dziś, nieco poniewczasie, za błąd, decyzję za pomyłkę, ale odwrotu już nie ma. Stare miasto wygląda jak makieta z klocków. Zamiast przynosić splendor - śmieszy i razi. Retrowersja (z drobnymi wyjątkami zaprojektowanymi przez ludzi z poczuciem smaku i sensu) okazała się niewypałem. Ale sama zasada ograniczenia zbytniej swobody stylistycznej nie jest takim złym rozwiązaniem. Myślę, że to dobry kierunek!
andrzej
2015-08-28 22:41:05
Jakby wywołane powyższym tekstem, pojawiło się w sprzedaży takie oto coś: http://allegro.pl/stare-zdjecie-bielsko-biala-i5631256482.html oraz http://allegro.pl/stare-zdjecie-bielsko-biala-i5631274147.html Zostało 5 dni na oglądanie.
Komentarzy (0)

Urlop

  

Albo

niewątpliwe walory poznawcze

Wydawać by się mogło, że urlop na łonie natury ma tylko dobre strony. Luz, odpoczynek, cisza, spokój... Banał.


Ale wiadomo, że ma też i strony złe. Tak, mam na myśli te tony papierów spiętrzonych na biurku, straszących po powrocie do pracy. Niejeden z nas to zna...

Okazuje się jednak, że taki urlop ma jeszcze inne oblicze, nie do końca zbadane. W moim przypadku tak właśnie było - zupełnie niechcący udało mi się takie oblicze odnaleźć. Oblicze poznawcze. I nie chodzi, bynajmniej, o pouczające niewątpliwie wizyty w napotkanych na trasie urlopowych wojaży muzeach. Myślę o czymś bardziej ekstremalnym. O pięciu stopniach w skali Beauforta, o przeciekającej łodzi; o burzy nad wodą, złośliwych kamieniach dybiących na miecz i ster pod jej powierzchnią; o grzywaczach, trzcinach, żwirze. I przymusowym lądowaniu na dziko.

Taka tam przygoda...
Ale to właśnie wtedy, w tej feralnej, wieczornej godzinie, wyrzucony przez złośliwe fale na brzeg, pozbawiony śpiwora, materaca, kolacji w przyjaznej marinie, zmarznięty, zmoknięty, pokąsany przez komary, czując na plecach nienawistny oddech kretów, wilków i niedźwiedzi czyhających na mój fałszywy ruch, właśnie wtedy zrozumiałem, że mimo urlopu, mimo letniej pory, mimo pełnego wyluzowania, akurat tego wieczora, na tym zimnym bezludnym brzegu... przydałaby się chociaż namiastka cywilizacji. Ot, choćby maleńki ogienek. Ja nie mówię: ognisko! Broń Boże. Ot, nikły płomyk, rozpraszający mroki nocy. Ot mały szałasik chroniący przed deszczem i wkurzającymi przedstawicielami gromady insecta. A jeśli do tego w dłoni pojawiłby się jeszcze jakiś kijek z pieczoną rybką na końcu, a na deser kilka jagód... Toż to byłby raj!

Właściwie wiele czasu nie potrzebowałem, żeby taki raj uskutecznić. Rozpalić ogień umiem, paliwa doń wokół mnóstwo, choć trochę mokre. Stary bom-tent robił za szałas, leszczynowy kijek za rożen... Poradziłem sobie.

Oczami wyobraźni widziałem już nawet chatkę z sosnowych bali na brzegu, spiżarnię zasobną w zapasy, opodal dom szkutnika (przecież musiałem naprawić łódź!), dalej kuchnię, kuźnię, punkt zbytu (wyspecjalizowanie się w produkcji haczyków na ryby, czy ekologicznych lin z sitowia to całkiem dobry pomysł na biznes), wreszcie jakąś przestronną świetlicę na spotkania, nieco dalej przystań, plażę z promenadą, a tuż za moją chatą, wydzielony z fragmentu lasu park. Wysypywane żwirem, a gdzieniegdzie brukowane alejki między porządnymi, murowanymi domami, które niespodziewanie wyrosły w miejscu chat. Gdzieś między pniami drzew prześwituje ratuszowa wieża, pobłyskuje hełm niewielkiego kościółka, a z oddali dociera do mnie jednostajny stukot kół zatrzymującego się na niedalekiej stacji pociągu...

A potem się obudziłem.

__________________________________________________________________________________________________

Miasto to twór. Od początku do końca sztuczny. Wymierzony, wytyczony, wydobyty z nieistnienia, utworzony z chaosu stan trwania, powołany przez ludzi rzutkich, energicznych, pełnych pomysłów i celów. Miasto to opoka. Miasto to zakreślona linią murów, kamienic i dróg szybkiego ruchu ucieczka od niepewności. Od nieuchronności pór roku, od zmienności aury i jej kaprysów. To twierdza. Chroniąca przed niepewnością jutra. To enklawa spokoju, bezpieczeństwa i normalności. Ale i odpoczynku po codziennych zmaganiach.

Nic w tym dziwnego, że przerażeni tubylcy próbują budować wokół siebie zorganizowaną i przytulną przestrzeń odgradzając się od nieprzyjaznej, choć czasem przynoszącej korzyść natury. Nic w tym zdrożnego. Jeśli tylko mają wystarczająco dużo energii, inteligencji i wiedzy...

I dobrze, jeśli ta budowa postępuje w planowy, zorganizowany, ściśle wytyczony sposób (cóż, przecież tylko wtedy ma to sens). I dobrze, jeśli planów nic nie pokrzyżuje, a miasto pnie się w górę i pięknieje z każdą chwilą.

A jednak...

Nie zawsze jest tak kolorowo. Nie wszystko idzie zgodnie z planem. Bywa, że drobiazgowe, skrupulatne plany zwyczajnie biorą w łeb, założone cele zamiast przybliżać, oddalają się coraz bardziej, a realia wokół nas skrzeczą coraz głośniej i uwierają z coraz większą siłą.

I o tym traktować będzie jutrzejszy, raczej pesymistyczny wpis.

Zapraszam.

2015-08-14 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (8)

Biersko

  

Albo

Krótka wycieczka tam, gdzie pełna beczka...

W mieście powoli robi się coraz cieplej. Już niedługo - jak twierdzą synoptycy - skwar będzie nie do zniesienia. Trzeba się więc ratować. Ponieważ jednak do wytęsknionego wyjazdu na jeziora zostało jeszcze kilka dni, muszę szukać innego ratunku. Równie przyjemnego na szczęście.

Chłodne, mroczne wnętrze niewielkiej kamieniczki wabi obietnicą odpoczynku od upału. Nie namyślam się długo i wstępuję w gościnne progi Miejskiego Browaru, żeby choć na chwilę uciec od spiekoty.
Już po kilku minutach tuż przede mną ląduje na stole solidny kufel pszenicznego Bielitzera, a ja z ulgą rozglądam się po znanym, choć nieczęsto odwiedzanym wnętrzu. Zazwyczaj raz do roku, w okolicach moich urodzin, wyprawiam się tu, aby skosztować tutejszego, naszego własnego piwa i kontynuować tak mi bliską tradycję miejsca. Chociaż właściwie nie do końca...

Browar miejski - dziś jedyny browar w mieście - jest w pewnym sensie ewenementem tak w kontekście geografii, jak i tradycji. Wprawdzie ulokowany dosłownie o rzut kamieniem od miejsca gdzie przez wieki funkcjonował dawny miejski browar (a nawet o rzut dwoma kamieniami od dwóch miejsc, gdzie znajdowały się dwa browary); wprawdzie w nazwie widnieje słowo "miejski"; wprawdzie znajduje się w rękach prywatnych - to w istocie nie kontynuuje w pełni bielskich tradycji piwowarskich. Raczej tych tradycji fuzję. Dlaczego?

Piwowarstwo w Bielsku ma swoją długą historię. Nie jest to może historia szczególna. Piwo - pospolity trunek, częściej chyba niż inne napoje używany do gaszenia pragnienia - nigdy nie było otoczone szczególną estymą, ot, po prostu napitek. Ale ze względu na swą codzienną niezbędność i nieustanną obecność w życiu człowieka na przestrzeni wieków oraz fakt, że było warzone, a więc (w przeciwieństwie do wody) wolne od chorobotwórczych bakterii, stał się - niejako z konieczności - jednym z najistotniejszych problemów egzystencji nowożytnego miasta. Również Bielska.

Średniowieczne browarnictwo w naszym mieście - podobnie jak we wszystkich okolicznych, większych i mniejszych miastach, uzależnione było od książęcego widzimisię. Browar w Bielsku należał do Księcia i to władca decydował o tym kto i kiedy kupował będzie piwo z jego browaru. Gwarantowało mu to powszechne wówczas na całym Śląsku - i nie tylko na Śląsku - prawo nakazujące mieszczanom bielskim bezwzględne zaopatrywanie się w piwo właśnie w książęcym browarze. Prawo było surowo przestrzegane, choć przecież zdarzało się, że mieszczanie wyłamywali się spod niego i pokątnie zaopatrywali w tańszy (ale też zazwyczaj gorszego sortu) chmielowy napój w bardziej lub mniej odległych karczmach i szynkach.


Oficjalnie jednak aż do pierwszej połowy szesnastego wieku bielszczanie większego wyboru nie mieli i skazani byli na niewielki, umiejscowiony w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła św. Mikołaja browar.

Sytuacja zmieniła się diametralnie w roku 1521, kiedy książę Kazimierz II postanowił odsprzedać browar miastu. Jednak to nie przejście warzelni piwa, leżakowni (i - być może - słodowni, choć te zazwyczaj lokowano oddzielnie) na własność Bielska była największą w tym względzie rewolucją. Dużo poważniejszą w konsekwencjach była decyzja zdjęcia z mieszczan obowiązku zaopatrywania się w browarze i - rzecz w Bielsku rewolucyjna - przyznania postulującym o to od długiego już czasu mieszczanom prawa warzenia piwa we własnych domach. Wzorem innych miast mieszkańcy Bielitz, ale tylko mieszkańcy domów wybudowanych w obrębie murów miejskich, uzyskali bardzo nobilitujący przywilej warzenia złocistego napoju osobiście i - co ważniejsze - sprzedawania go sąsiadom i okolicznym mieszkańcom. Aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli, ustalono, że codziennie piwo warzyć i sprzedawać będzie jedna rodzina. Dzięki temu każda z 79 rodzin miała możliwość zarobienia jakiegoś grosza ... raz na dwa i pół miesiąca. Było to może rozwiązanie mało dochodowe, ale całkiem sprawiedliwe. Szanse mieszczan na zarobek wyrównały się jeszcze bardziej, gdy zlikwidowano nierówności w limicie produkowanego piwa. Na początku bowiem część rodzin mogła warzyć dwie beczki, część tylko beczkę. Z czasem ujednolicono "kwoty piwne" (skąd my to znamy?) na poziomie jednej beczki dla wszystkich.


Czy to było opłacalne? Raczej nie.

W czasach, o których mowa, beczka piwa o pojemności ok. 160 l. kosztowała do 20 groszy. To niedużo, wziąwszy pod uwagę, że dzienne wynagrodzenie rzemieślnika - na przykład takiego cieśli miejskiego - wynosiło około 4 groszy.


Oznacza to, że taki cieśla rzeczone 160 litrów cienkiego piwa mógł sobie sprawić po zaledwie pięciu dniach pracy.
Z ceny piwa wynika, że za jednego grosza można było kupić koło 8 litrów tego trunku! Oczywiście z zarobionych pieniędzy majster musiał także opłacić czynsz, kupić jedzenie i dokonać wiele innych opłat, co oznaczało, że zapotrzebowanie na piwo musiało jednak oscylować w rozsądnych granicach litra, dwóch na dzień, a to oznacza także, że produkcja piwa wcale nie była kokosowym interesem. W dodatku sprawiedliwy podział pracy według grafika powodował, że ten marny zarobek trafiał się raz na dwa i pół miesiąca. Doprawdy nijak nie dało się na tym wzbogacić. A jednak mieszczanie w Bielsku bardzo naciskali, aby mieć możliwość warzenia piwa na własny rachunek. Dlaczego?

Bo mimo wszystko produkcja piwa we własnym zakresie dawała wymierne korzyści.
Po pierwsze bielszczanin nie musiał już zaopatrywać się w piwo w browarze książęcym, co w związku z częstymi podwyżkami cen piwa, było mocno uciążliwe ekonomicznie.
Po drugie dzięki zdjęciu obowiązku kupowania piwa w browarze księcia, można było całkiem legalnie i z zyskiem zakupywać napój u tańszych dostawców.
Po trzecie z możliwością warzenia piwa wiązał się jeszcze jeden, wzorowany na sąsiednich miastach, przywilej. Każdy mieszczanin mający prawo warzenia - co nam może się wydawać nieco dziwne - stawał się automatycznie wielkomieszczaninem i awansował tym samym do wyższej klasy, z której rekrutowali się członkowie władz miejskich, a to już nie przelewki.
Po czwarte tak naprawdę tylko niewielka część mieszczan warzyła piwo w domu. Pozostali - być może z oszczędności, być może z braku miejsca - wytwarzali piwo w... browarze, co było i wygodne, i tanie. Sam więc proceder piwowarstwa nie musiał wiązać się ani z poważnymi kosztami, ani z jakąkolwiek uciążliwością.


Warzenie piwa w szesnastowiecznym browarze. Dokładnie tak samo wyglądała produkcja chmielowego napoju w browarze bielskim. Przed kilka dekad wytwarzano w nim piwo nie tylko dla miasta, ale również użyczano go mieszczanom do produkcji własnej. (źródło: Wikimedia Commons)

Według wszelkiego prawdopodobieństwa pierwszy bielski browar stał na placu w południowej części miasta, tuż obok kościoła. Istniał tam aż do końca osiemnastego wieku. Kres tej lokalizacji przyniósł dopiero jeden z pożarów miasta. Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku w miejscu starego browaru (być może nawet wykorzystując jego fundamenty i część murów) stanął budynek miejskiej szkoły. Browar natomiast został przeniesiony i ulokowany w okolicach górnej bramy, gdzie funkcjonował od roku 1805 do 1870.

Imponująco wielkie i przestronne piwnice starego browaru istnieją do dziś. Znajdują się pod budynkiem położonym przy skrzyżowaniu ulic Piwowarskiej, Sobieskiego i Waryńskiego. To tutaj ulokowano browar w 1805 roku. (fot. Julia Przybylska)

Jednak browar przy kościele (później przeniesiony do budynku w linii murów miejskich) wcale nie był w czasach nowożytnych jedynym browarem w mieście. W szesnastym wieku produkcja w tym zakładzie stała się bardzo niewystarczająca. Mimo, że mieszczanie bielscy nie musieli się już zaopatrywać w piwo w browarze będącym własnością miasta, obowiązek zakupu piwa z tej warzelni spadł na okoliczne miejscowości - Jaworze, Jasienicę, Mikuszowice, Międzyrzecze i inne, położone w bielskim okręgu milowym. Zatem zapotrzebowanie na piwo wcale nie spadło, a wręcz przeciwnie - wzrosło. I to niepomiernie. Poza tym - jak się już rzekło - również wielkomieszczanie produkowali w browarze swoje piwo. Szybko więc stało się jasne, że warzelnia przy kościele nie sprosta potrzebom rynku. W 1571 roku powstaje więc nowy browar. W urbarzu państwa bielskiego z tego roku czytamy:

"Po pierwsze jest zamek w mieście Bielsku położony, całkowicie murowany, w nim 15 izb i pokojów, do tego 22 użytkowane sklepy w dobrym stanie, duże i małe, wraz z nowo wybudowanym browarem i słodownią, który poza obrębem zamku, lecz całkiem blisko jest położony..."

Z całą pewnością mamy więc do czynienia z zapisem dotyczącym stojącego pod murami zamku aż do 1881 roku browaru zamkowego. Tego, który zastąpiony został przez zburzoną w latach 70-tych XX wieku mieszkalną kamienicę Sułkowskich. Browar ten funkcjonował przez okrągłe trzy stulecia i na stałe wrósł w miejski krajobraz. Ale nie on jeden. Kiedy w 1870 roku zaprzestał działalności miejski browar przy dawnej górnej bramie, w Bielsku natychmiast rozpoczęto działania mające na celu utworzenie nowego, dużego browaru z prawdziwego zdarzenia. Już w 1875 roku fabrykant Adolf Mänhardt i piwowar Wilhelm Mähnel otworzyli Browar Bielitz. I już niedługo potem Lager Bier Dunkel czy Kaiser Bier na krajowych i międzynarodowych konkursach zaczęły odnosić spektakularne sukcesy.

Jednak historia tego wielkiego i zacnego browaru - smutna i dziś już zamknięta - to temat na osobną opowieść. Bo i rzeczywistość czasów wielkich fabryk i organizowania produkcji zgodnie z późnodziewiętnastowiecznymi standardami nie jest tematem tego wpisu. To już zupełnie inne realia.


Jak widać bielskie tradycje browarnicze to temat dość złożony. Jak się okazuje w naszym mieście piwowarstwo wędrowało różnymi, nie zawsze prostymi ścieżkami.


Można z całą pewnością stwierdzić, że browar Mänhardta i Mänehla, czyli późniejszy browar miejski przy ul. Browarnej na Górnym Przedmieściu kontynuował z powodzeniem tradycję zapoczątkowana w 1521 r, w chwili przejęcia browaru przez miasto. Można powiedzieć też, że dzisiejszy browar przy Piwowarskiej na starym mieście próbuje z kolei kontynuować tradycje prywatnego piwowarstwa wielkomieszczańskiego, które dla wielu bielszczan było wręcz przepustką do lepszego świata. I choć w nazwie tego browaru występuje przymiotnik "miejski", to raczej jako określenie miejsca, a nie własności.

Jednak z drugiej strony "Bielitzer" powstaje dziś w zupełnie nowych z punktu widzenia ekonomii warunkach. Powstaje w browarze prywatnym, a jednocześnie otwartym na bogatą spuściznę lokalnego "przemysłu piwnego". I za to należy mu się wielki plus. No i za dobry Bier. Piwo jest wprawdzie drogie, ale cóż... Czasy książęcego monopolu dawno juz minęły. Kto nie chce płacić w Browarze, może iść do sklepu. Tam jednak nie jest tak przyjemnie chłodno.

2015-06-25 | Dodaj komentarz
andrzej
2015-06-26 09:54:12
Cóż, po tej jakże smakowitej lekturze, wypada mi dzisiaj wypić za powodzenie autora-jubilata jakiegoś portera, których jestem smakoszem. Na zdrowie !!!!
Maciej P.
2015-06-26 18:13:06
Kłaniam się nisko i pięknie dziękuję. W Twoje ręce, Andrzeju!
Czytelnik
2015-08-09 12:52:51
A można prosić o drugą część tego artykułu, czyli jak się miała historia pierwszych browarów w Białej?
Maciej P.
2015-08-14 19:12:33
W najbliższej przyszłości raczej nie planowałem tekstu o browarnictwie w Białej. Choć przecież nie zarzekam się wcale. Jak starczy czasu, to kto wie...
Czytelnik
2015-08-18 23:12:21
Chętnie poznałbym Pana miejsca "tajemnicze" w dwumiescie. Takie , o których nic nie wiadomo albo prawie nic. Każde miasto ma takie miejsca. Skromnym przykładem może być Palenica , nad którą archeolodzy łamią sobie głowę. Osobiście zastanawiam się nad krzyżem "przyklejonym" do kamienicy przy ul. Szkolnej. Jaka była geneza jego umiejscowienia? I kiedy to się stało? Jest jeszcze kilka takich miejsc w mieście. A jakie są Pana miejsca "magiczne" , "tajemne" lub z nierozwiązaną historią?
Maciej P.
2015-08-20 11:45:43
@Czytelnik. Takich miejsc w naszym mieście jest całe mnóstwo. Począwszy od absolutnych oczywistości, takich jak każdy, najmniejszy nawet zakątek Stadtbergu (w tej liczbie ciągle zazdrośnie strzegąca swoich tajemnic katedra, zamek, czy najstarsze kamienice Ringu od piwnic aż po strychy), skończywszy na peryferyjnych Obszarach, odartym ostatnimi czasy z tajemniczości Lesie Szaleniec, czy tajemniczej dolinie potoku Krzywa (o tym ostatnim mam już nawet ukończony tekst, ale brakuje mi czasu na wypad w celu dokumentacji fotograficznej). Pomiędzy tymi rejonami rozciąga się całkiem spora przestrzeń dla wszystkiego, co z miastem związane, a co ma choć posmak tajemnicy. Jednak nie tylko miejsca, ale i zdarzenia często niosą ze sobą jakiś sekret, albo zagadkę. Moją wyobraźnię szczególnie rozpala sprawa zaginionej XVIII-wiecznej bielskiej biblioteki Frolicha. Jest o tyle ciekawa, że ciągle istnieje szansa na odnalezienie jeśli nie księgozbioru, to choćby jego fragmentu. Szansa nikła i wątła, ale jednak... Kilka z mniejszych, czy większych zagadek miasta już na tym blogu poruszałem, następne w przygotowaniu, zatem zapraszam do lektury...
andrzej
2015-08-20 20:33:21
Nie potrafię sobie odmówić wtrącenia swoich „trzech groszy” do kwestii tajemniczych miejsc. Dla mnie jednym z takowych jest krzyż, stojący na pl. Zwycięstwa a w zasadzie na granicy posesji obecnego szpitala przy zbiegu Konopnickiej i Sobieskiego. Solidny, ale jakby zapomniany. Tylko raz natknąłem się na wzmiankę ( nie mogę sobie jednak przypomnieć gdzie) albo usłyszałem taką opinię, iż stoi on na pamiątkę zlokalizowanego w tym miejscu onegdaj, drewnianego kościoła św. Wawrzyńca. Tyle tylko, że było to na przełomie XVI i XVII wieku, a do tego był on luterański. Czyżby ta pamięć przetrwała niemal cztery wieki? A może to zupełnie fałszywy trop?
Czytelnik
2015-08-21 22:24:29
Jeśli chodzi o kościół św. Wawrzyńca na Górnym Przedmieściu, to informacja jest w stu procentach autentyczna. Zbudowano go staraniem Protestantów w pierwszej poł. XVI w. przy rozjeździe dróg do Kamienicy i Starego Bielska. Drewniany kościół i przyległy cmentarz został zniszczony ok. 1657 r. w czasie wojny trzydziestoletniej i nie został już odbudowany. Wg kronikarza Otipki pożar jaki nawiedził miasto 20 kwietnia 1659 r., a który spopielił wówczas prawie całe miasto, był karą za to, że w miejskim browarze palono drewnem pochodzącym właśnie ze zniszczonego kościoła św. Wawrzyńca. Co ciekawe, spoglądając na mapę Ślaska z 1763 r. widać na niej wyraźnie , iż w tym miejscu jest zaznaczony jakiś obiekt. Sam cmentarz wokół kościoła przetrwał znacznie dłużej. Ostatniego pochówku na nim dokonano w 1714 r. ( por. Dzieje kościoła i parafii Trójcy Przenajświętszej w Bielsku-Białej. Wojciech Kominiak, Władysław Motyka, Grzegorz Wnętrzak . B-B 2008.) Przyznam się, że biblioteki Frolicha również rozpala moją wyobraźnię. Sam kiedyś nawiązałem kontakt z kilkoma antykwariuszami z nadzieją, że w swoich zbiorach maja książkę z ekslibrisem tej biblioteki. Niestety... Drugim tematem, nad którym pochylało się już wielu, to tzw. mogiła przemytników mająca znajdować się na granicy Kamienicy i Wapienicy.
Komentarzy (2)

Park wersja 2.0

  

W Parku Polskich Skrzydeł robią wreszcie schody! SMS takiej treści poderwał mnie na nogi. Mój ulubiony park, który został przeze mnie samozwańczo objęty honorowym patronatem medialnym, od wielu miesięcy stał nietknięty i czekał na zastrzyk środków, a także na sprzyjającą aurę. Dobrze się stało, że i jedno, i drugie zbiegło się w czasie, bo oznacza to, że już niedługo skończą się kłopoty z dostępem do jednej z najciekawszych i chyba najładniejszych miejskich enklaw zieleni. Nie czekałem długo. Wskoczyłem do auta i - wymuszając kilka razy pierwszeństwo (relacje z wideorejestratorów poszkodowanych użytkowników już niedługo na Wykopie i na Polskich Drogach) - pognałem na miejsce.


W istocie. W północno-wschodnim narożniku parku, w miejscu dość stromej skarpy, powstaje dogodne zejście ku położonej kilka metrów niżej alejce. To jest dokładnie to miejsce, które wzbudziło we mnie podczas jednej z poprzednich wizyt niemałe zdziwienie. Tak wyglądało to w marcu 2013 r.

Idealne, wydawałoby się, miejsce na schody, było dotąd skarpą nie do pokonania. Do teraz.


Prace w parku rozpoczęto od działań mających na celu udostępnienie kompleksu od strony północnej, a więc od głównej ulicy, od pętli autobusowej. Dostęp do zejścia będzie zarówno od strony ul. Tańskiego, jak i od strony Spółdzielców, dokładnie w miejscu, gdzie od dawna istniała dzika ścieżka ścinająca trawiasty narożnik parku.

Praca wre. Dogodna pochylnia z jednej i wystarczająco szerokie schody z drugiej strony. Może ciut za dużo zieleni zniknie pod infrastrukturą, ale coś za coś.

Ludzie starsi i niepełnosprawni będą zadowoleni. No i przede wszystkim: żeby znaleźć się w parku nie trzeba będzie dyrdać do zejścia od ul. Spółdzielców, czy od strony ul. Skarżyńskiego.

Ale też i jest do czego biec. Ten skromny park - powtórzę się - jest tego wart. Może nie jest to Cygański Las, ale kusi gęstą zielenią, cieniem i leśnymi aromatami. Takich miejsc, w których można naprawdę wypocząć, w naszym mieście cięgle jest za mało. A ten zaciszny, niemały park, choć pewnie nie wzorcowy, ma naprawdę spory potencjał.

I w dodatku ciągle coś się tu dzieje. Czekam na ciąg dalszy.

2015-05-30 | Dodaj komentarz
MarianS
2015-06-15 18:10:38
Czyż to nie w tym parku, po stronie południowej; tam gdzie zbiegają się dwie strugi potoku Lotniczego stoi drewniana kładka? Pamiętam jak była nowa w jej otoczeniu było dość uroczo. Trochę się do jej powstania przyczyniłem. Ale to nie jest tu istotne. Park (jak każdy) jest uroczy wówczas, gdy się nim zajmują. Byle zakątek zieleni, a musi być pielęgnowany - inaczej natura robi swoje - wtedy ludziom tam nie po drodze. Kłaniam się.
Maciej P.
2015-06-16 17:43:21
Tak, kładka stoi. Ale zakątek dziś raczej mało zaciszny. Być może dlatego, że mostek do niedawna jeszcze stanowił jedną z dwóch, dość uczęszczanych "bram" do parku. Mam nadzieję, że po wyfasowaniu nowych schodów od strony ul. Spółdzielców nie trzeba już będzie biegać naokoło od ulicy Skarzyńskiego. Być może dzięki temu zakątek z mostkiem znów będzie mniej uczęszczany, a przez to powróci tam zacisze... Kto wie? Pozdrawiam ciepło.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2015
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[andrzej]
Jakby wywołane powyższym tekstem, pojawiło się w sprzedaży takie oto coś: http://allegro.pl/stare-zdjecie-bielsko-biala-i5631256482.html oraz ...
[Maciej P.]
@Tomasz K. Pełna zgoda. Ale byłbym nieuczciwy, gdybym tylko pomstował na dzisiejszych architektów. Młodych zdolnych...
[Tomasz K.]
Jako syn architekta często ubolewam nad tym, jakiemu schamieniu to środowisko (podobnie zresztą jak i...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 51553
Newsów: 45
Komentarzy: 131
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała