liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Tak zwany cmentarz...

  

Drodzy Czytelnicy zdążyli się już zorientować, że ostatnio znów zawaliłem kilka terminów. Wpisy na blogu miały się pojawiać regularnie jak pociągi C.K. Uprzywilejowanej Kolei Północnej Cesarza Ferdynanda na dworcu w Bielitz. Wyszło jak zawsze - Koleje Regionalne.
Proszę mi wierzyć, naprawdę nic nie poradzę. Terminy gonią mnie ze wszystkich stron.


Dlatego dziś bardzo krótka wycieczka, a raczej wręcz impresja. Czasoprzestrzenny skok ku terenom nieodległym, zaś czasom zamierzchłym...

Listopad jest miesiącem w sposób szczególny poświęconym pamięci zmarłym, dlatego też dziś zajrzymy na chwilę na cmentarz. Ale na żaden z istniejących.


Zazwyczaj, kiedy przywołuje się nieistniejące cmentarze w naszym mieście, przychodzi na myśl żelazny repertuar - nieistniejące dwa kirkuty w Białej, również nieistniejący cmentarz wytyczony niegdyś wokół kościoła św. Trójcy, wreszcie cmentarz wojenny pod Dębowcem. To takie nasze abc nie-zapomnianych nekropolii. Oczywiście takich cmentarzy, cmentarzyków i miejsc pochówku, które tkwią w naszej pamięci i - na całe szczęście - nie zamierzają jej opuścić, mamy znacznie więcej. O jednym z nich
pisałem jakiś czas temu.

Są jednak w naszym mieście i takie, o których wiemy bardzo mało. Właściwie tyle co nic.
Moją wyobraźnię bardzo mocno rozpala tajemnica żydowskiego cmentarza z Białej, tego pierwszego, którego lokalizacja do dziś pozostaje całkowicie nieznana. Jednak o tej nekropolii opowiemy sobie może innym razem, dziś chciałbym pochylić się nad inną, także bialską, jednak tym razem katolicką.

O pierwszym cmentarzu katolickim w Białej wiemy rzeczywiście niewiele. Powstał prawdopodobnie niedługo po założeniu samej osady. Nie wiadomo jednak w którym miejscu. Z całą pewnością, u samego zarania wsi zmarłych chowano na cmentarzu lipnickim, jako, że Biała do Lipnika należała i terytorialnie, i parafialnie. Z czasem jednak uniezależniono się w tej kwestii od parafii lipnickiej. Być może nastąpiło to już na długo przed powstaniem kaplicy Opatrzności Bożej, co miało miejsce (i to dwa razy) w 1708 roku.
Można sądzić, że katolików (ale i luteran) chowano więc gdzieś bliżej centrum osady. Gdzie?

Nieco światła na sprawę rzuca nam zapiska w "Lipnickiej księdze gminnej" pod rokiem 1614, która dość jasno wskazuje, że cmentarz we wsi już był (prawdopodobnie luterański, na którym grzebano również katolików). O nekropolii tej (w zapisach z lat dwudziestych i trzydziestych XVII wieku) wspomina Erwin Hanslik w swej monografii Białej. Zapiski te ciągle jednak nie dają nam wiedzy na temat tego, gdzie konkretnie usytuowany był cmentarz.

Nieco więcej informacji przynosi "Kronika misji jezuickiej w Białej". Pod datą 1714 możemy przeczytać, że cmentarz (wytyczony samowolnie, bez zgody władz kościelnych, na ziemi udostępnionej przez dwór lipnicki) był wówczas posadowiony w samym centrum wioski. Było to możliwe dlatego, że w 1703 roku starostą lipnickim został Baltazar Adrian Bełchacki herbu Topór, starosta z Biecza, zagorzały zwolennik protestantyzmu. To on miał swój wielki wkład w fundację cmentarza. I zapewne to on wyznaczył - jak czytamy w "Kronice misji..." - teren pod niego. To ważna informacja, która przybliża nas nieco do rozwiązania zagadki.

Biorąc pod uwagę fakt, że w 1714 roku Biała nie posiadała jeszcze znanego nam dziś, skoncentrowanego wokół dwóch rynków układu urbanistycznego, uznać trzeba, że centrum osady znajdowało się bardziej na zachód niż dzisiaj, a więc bliżej rzeki Białej. Można przypuszczać, że cmentarz wytyczono więc gdzieś w okolicach dzisiejszego kościoła ewangelickiego, stojącego obecnie przy ul. Targowej róg Komorowicka. Wydaje się to rozsądną ewentualnością, w istocie przecież stary cmentarz istniał tam aż do lat osiemdziesiątych osiemnastego wieku, dopóki nie przeniesiono go bardziej na północ, w miejsce, w którym znajduje się do dziś.
Czy można utożsamiać stary cmentarz ewangelicki z tym najstarszym dwuwyznaniowym cmentarzem, o którym mówią źródła już od pierwszych dekad siedemnastego wieku? O tym za chwilę.

Oto bowiem sprawę komplikuje nieco inny, dość szczegółowy i w najwyższym stopniu ciekawy zapis w "Kronice miasta Białej" Wacława Chamrata. Otóż pod datą 1763 czytamy, że "ulica Głęboka biegła przez tzw. cmentarz".
Ki czort?

Powolutku.
Zanim zabierzemy się za analizę tego krótkiego zdania, trzeba wyjaśnić kilka nieścisłości, które mogą zaciemnić nieco obraz.
Uważny czytelnik zorientuje się natychmiast, że coś w tej krótkiej wzmiance Chamrata nie gra. Tak, tak - chodzi o nazwę ulicy! Zorientowani wiedzą bowiem, że ulica Głęboka została nazwana Głęboką dopiero w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku (no, może trochę wcześniej). Z jakiej więc racji i jakim cudem nazwa z przyszłości pojawia się w kronice pisanej na krótko przed śmiercią autora (Chamrat pisał ją najpewniej w latach 1807 - 1813)?


Odpowiedź jest prosta - oryginalna kronika Chamrata zaginęła. Jej treść znamy przede wszystkim z dokładnego, choć skróconego opracowania Richarda Wagnera oraz innych, późniejszych badaczy. To dlatego nieistniejąca w osiemnastym wieku, ale doskonale znana Wagnerowi w latach trzydziestych XX wieku nazwa pojawia się w kronice. Jaką zatem nazwę nosiła wcześniej dzisiejsza ulica Głęboka? Ano... Cmentarna właśnie (a właściwie Begräbnisgasse - uliczka Pogrzebowa).
I sprawa nieco się klaruje. Jakaż inna ulica mogłaby przechodzić obok cmentarza (lub, jak chce kronikarz - przezeń)?

Druga nie mniej ciekawa sprawa to użycie przez Chamrata/Wagnera dość zagadkowego określenia "tzw. cmentarz".
Dlaczego nie po prostu "cmentarz"? Czy nie dlatego że cmentarza już tam nie było? Czy nie dlatego, że kiedy Chamrat pisał swą kronikę na początku XIX wieku cmentarz istniał już tylko w świadomości społecznej, w pamięci zbiorowej mieszkańców? Że istniało już tylko miejsce po cmentarzu, nie on sam, ale pamięć była tak silna, że to miejsce ciągle zwane było "cmentarzem"?

Spójrzmy więc na plan miasta. Ulica Głęboka biegnie do dziś dość charakterystycznym łukiem. Jest on niezmienny od lat, dekad i wieków. Ten charakterystyczny zakręt drogi widać także na jednym z najstarszych planów Białej, wykreślonym przez Breuninga w 1803 roku (a więc jeszcze za życia Chamrata!). Oto jego fragment:

To niezbyt dokładny, ale będący bardzo ciekawym odwzorowaniem plan (na marginesie dodam, że choć plan datowany jest faktycznie na rok 1803, szczerze wątpię, aby obrazował stan z 1803 roku, najpewniej jednak dużo wcześniejszy). Na interesującym nas fragmencie wyraźnie widać biegnące poziomo koryto Niwki, widać też przy prawej krawędzi kościół pw. Opatrzności Bożej/ św. Ignacego Loyoli (A), zabudowania w obrębie "Nowego Rynku" (B) oraz okolice drogi Cmentarnej (C).

Warto przyjrzeć się istniejącemu na mapie, przytulonemu do wewnętrznego łuku ulicy Cmentarnej zadrzewieniu (C). Według doktora Jerzego Polaka to właśnie mógł być teren niegdysiejszego cmentarza. Tego pierwszego bialskiego miejsca pochówków.


Hipoteza całkiem zgrabna i być może rzeczywiście tak było. W każdym razie wiele za tym przemawia (o tym jeszcze wspomnimy).

Jeśli ta teza jest właściwa, miejsce lokalizacji pierwszego cmentarza powinniśmy wiązać właśnie z tym zaznaczonym na zielono obszarem. Lub jakąś jego częścią.

Mnie jednak spokoju nie daje inna myśl, która przyszła mi do głowy jakiś czas temu, kiedy przygotowywałem materiał do małej monografii cmentarzy w Białej. Otóż jeśli w istocie w szesnastym i siedemnastym wieku rzekoma pierwsza bialska nekropolia położona była "w centrum" osady, to może - stosując moją ulubioną brzytwę Ockhama - należałoby szukać jej tam, gdzie z całą pewnością wiemy, że była później? Jeżeli bowiem cmentarz, którego szukamy był dwuwyznaniowy (a był z całą pewnością), to może rozsądniej będzie wiązać go z terenem, na którym pochówków dokonywano aż do drugiej połowy osiemnastego wieku, czyli w obrębie dzisiejszego ewangelickiego kościoła w Białej? Przecież przez jakiś czas ten przykościelny cmentarz był dwukonfesyjny. Wreszcie last but not least znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca, które nawet w szesnastym wieku, a więc u samego zarania osady, funkcjonowało jako jej centrum! Lokując więc pierwszy cmentarz właśnie przy Starej Drodze, będziemy w zgodzie z zapiską w "Kronice misji jezuickiej w Białej", która tę nekropolię lokuje właśnie w samym środku wsi.

Co więcej zapis Chamrata wcale nie musi być niezgodny z faktami w takim właśnie ujęciu. Przypomnę, że u kronikarza czytamy, że przez cmentarz biegła ulica Cmentarna (czyli dzisiejsza Głęboka). Nie ma tu nijakiej sprzeczności. Przecież odwołujemy się tu do czasów, w których ulice nie miały nazw formalnych, tylko użytkowe albo zwyczajowe (w całej Polsce drogi Cmentarne istniały na długo zanim wprowadzono nazewnictwo urzędowe) i nazwy te nadawano po prostu uliczkom, czy drogom wiodącym na cmentarz, gdziekolwiek on był. Jeśli spojrzymy na plan Białej, ewentualnie na zdjęcie satelitarne, łatwo zorientujemy się, że nawet jeśli cmentarz ulokowano przy dzisiejszej ul. Komorowickiej (czyli przy późniejszej świątyni ewangelickiej), nie trzeba szukać żadnych karkołomnych wytłumaczeń, dlaczego w kronice Chamrata mowa o Begräbnisgasse.

Być może Begräbnisgasse, czyli dzisiejsza Głęboka była wówczas dłuższa o 100 metrów? I wiodła aż do cmentarza, a uliczką Cmentarną przestawała być dopiero po połączeniu się z dawną Altegasse wiodącą na wschód, czyli w okolicy dzisiejszego skrzyżowania z ul. Piłsudskiego...
Dlaczego nie?

Ma to swój sens. I jest rozwiązaniem logicznym, prostym i jakoś tak oczywistym... Czyż nie? Może nie trzeba szukać bytów urojonych, może nie powinniśmy mnożyć ich ponad miarę. Być może wystarczy zaufać ludowej mądrości i uznać, że cmentarz w siedemnastym wieku był dokładnie tam, gdzie był przez następne dwieście lat, to znaczy przy "Via Antiqua", tuż przy późniejszym bialskim rynku, wokół luterańskiego kościoła.

Ta teoria podoba mi się bardzo. Niestety, jest chyba nieprawdziwa.

Bo nijak do niej nie pasuje fakt, że starosta Bełchacki w 1714 r. umożliwił wytyczenie protestantom całkiem nowego cmentarza. Całkiem nowego! A skoro tak, to w Lipnickiej księdze gminnej pod rokiem 1614 i w późniejszych nieco zapiskach Erwina Hanslika, mowa była o zupełnie innym cmentarzu.

Żeby było jeszcze ciekawiej w zapisie z "Historii misji jezuickiej...", pod rokiem 1717 czytamy o konflikcie, jaki wybuchł wokół kaplicy Opatrzności Bożej. I to dosłownie. W tym bowiem roku bialanie postanowili wznieść dookoła świątyni ogrodzenie. Związane to było z założonym właśnie w tym miejscu nowym cmentarzem, na którego wytyczenie katoliccy mieszkańcy dostali zgodę nie tylko biskupa, ale i samego króla. Ponownie jak kilka lat wcześniej sama kaplica, tak i teraz jej ogrodzenie spotkało się z silnym protestem ewangelików, atakiem i nie tylko zniszczeniem samego parkanu, ale i zbezczeszczeniem krzyża, cmentarza, pobiciem i wyrzuceniem proboszcza.

O całej sprawie dokładniej powiemy sobie w następnym wpisie, tymczasem zwróćmy uwagę na fakt, że oto w 1717 roku istniał już w najlepsze nowy katolicki cmentarz. Usytuowany tuż przy kaplicy Opatrzności Bożej.

Dlatego też - aby sprawę skomplikować jeszcze bardziej - zasugeruję zupełnie inne rozwiązanie naszej cmentarno-historycznej zagadki.
Wyobraźmy sobie, że wszystko, co powiedzieliśmy sobie powyżej, dotyczyło nie jednego, nie dwóch, a... trzech cmentarzy.

Myślę, że sprawa wyglądała następująco: pierwszy cmentarz, ten wzmiankowany w 1614 roku, a także w kronice Hanslika, istotnie znajdował się przy Cmentarnej/Głębokiej. I chyba można uznać, że znajdował się dokładnie tam, gdzie szukał go doktor Polak.

Pośrednim dowodem na to, że już w siedemnastym wieku cmentarz istniał przy dzisiejszej Głębokiej, może być inny, dość dokładny plan, czyli Josephinishe Landesaufnahme 1763 - 1787 z mocno zaskakującą i tajemniczą plamą zieleni tuż przy wzmiankowanym już przeze mnie wcześniej łuku drogi. Proszę przyjrzeć się dokładnie. Spora, niezagospodarowana przestrzeń zdradzająca jednak jakąś szczególną regularność.

Idźmy dalej. W 1714 roku starosta Bełchacki przychylił się do próśb protestanckich mieszkańców Białej i wytyczył następny, tym razem protestancki cmentarz w centrum osady, w miejscu, w którym nieco ponad sześćdziesiąt lat potem stanie kościół Marcina Lutra. Cmentarz będzie funkcjonował do drugiej połowy osiemnastego wieku, potem, to znaczy w 1783 r. zostanie przeniesiony.

Kilka lat później, ok. 1717 roku również katolicy zdecydowali się na założenie nowej nekropolii wokół kaplicy Opatrzności Bożej. Od tej chwili cmentarz przy Cmentarnej zaczął tracić na znaczeniu (być może w świetle ostrego i przybierającego niebezpieczne formy konfliktu dwuwyznaniowość cmentarza stała się gwoździem do jego - nomen omen - trumny). Być może ekshumowano ciała, częściowo na cmentarz katolicki, częściowo na ewangelicki i prawdopodobnie dokonano tego na przestrzeni krótkiego czasu. Jednak ta spora "grepnica" jeszcze długo trwała w pamięci mieszkańców. I pewnie dlatego właśnie jeszcze w kronice Chamrata na początku dziewiętnastego stulecia ulica Głęboka biegła przez "tak zwany cmentarz".

__________________________________

Kiedy na wschód od starościńskiego dworu utworzono ok. 1770 roku nowy cmentarz (konfederacki), na który w 1784 roku przeniesiono zmarłych z cmentarza przykościelnego, pamięć o najstarszej nekropolii całkiem się zatarła. Miejsce porosła najpierw trawa, potem drzewa, wreszcie w zakolu drogi stanęły pierwsze budynki. O grepnicy nikt już nie pamiętał. Zapomniano, że w ogóle istniała.

Chociaż... właściwie czy naprawdę istniała?

2016-11-22 | Dodaj komentarz
Ryszard
2016-11-28 13:34:23
ystkich :) Lubie bardzo czytac Twojego bloga, bo czasami odkrywasz calkiem nowe, choc stare miejsca. Sam pochodze z Bielska jednak nie mieszkam juz tam ponad 20 lat. Ale dobrze do rzeczy. Jako mlody chlopak pamietam dorabialem na budowie jeszcze na poczatku lat 90tych. W miejscu o ktorym zaraz powiem byl cmentarz w przeszlosci. Pamietam z tego czasu byly to wczesne prace wykopkowe. To znaczy niwelowanie terenu i kopanie fundamentow. Dzialka z tego co pamietam byla pusta, ale glowy sobie nie dam uciąc.....moze stalo tam cos poprzednio......nie znam Bialej az tak dobrze. Fakt faktem pamietam to dobrze na skraju dzialki stal calkiem duzy drewniany krzyz.....mial ze 3 metry wysokosci. Z kamienicy na przeciwko czesto przychodzil do nas na budowe starszy samotny meżczyzna zeby sobie porozmawiac z kims i poopowiadac nam o czasach okupacji itd. Pamietam jak kiedys go zapytalem co oznacza ten krzyz? Czy stal tym miejscu kosciół moze ? Ów stary czlowiek opowiedzial mi ze w dawnych czasach byl tam cmentarz. Wydalo mi sie to dziwne .....kopanie fundamentow na cmentarzu? No, ale zwłoki mogly byc eskumowane, albo cmentarz byl tak dawno ze juz nikt wtedy o to nie dbal. A i przypomne ze byly to początki lat 90tych wiec wszystko dalo sie zalatwic :). Miejsce o ktorym mowie to blok ( no teraz tam stoi blok ) na rogu ulicy Ignacego Paderewskiego, a ulicą Szkolną. Pozdrawiam wszystkich czytelnikow bloga :)
Maciej P.
2016-11-29 12:29:00
Dziękuję za komentarz. Ryszardzie, piszesz o jednym z ciekawszych fragmentów tej części miasta. W dodatku ciągle jeszcze niezwykle tajemniczym. Przy ulicy Szkolnej, tuż przy murze budynku nr 23 do dziś stoi drewniana pięknie utrzymana pasja. Stoi dokładnie naprzeciwko "apartamentowca", o którym - jak sadzę - piszesz. Czy w miejscu tego nowego budynku mógł być kiedyś cmentarz? Jeśli tak, to stosunkowo niedawno. Być może był to cmentarz z czasów wojny (pierwszej lub drugiej) - nie wcześniejszy. Historia tego miejsca jest bardzo długa i sięga okresu lokacji Białej jako miasta. Pierwotnie dzisiejsza ulica Szkolna była tyczona jako ślepa ulica biegnąca po prostu równolegle do traktu na Kęty (dzisiejszej ul. Wyzwolenia). Dość długo miała charakter półwiejski i bardzo nieregularny. Opodal przepływał strumień, zwany Czarnym Przekopem. Jeśli wierzyć starym mapom i planom, dzisiejsze skrzyżowanie ulic Paderewskiego i Szkolnej jeszcze w I połowie XIX wieku było dość nieregularnym, sporym placem, ale akurat teren, o którym piszesz, czyli miejsce rzekomego cmentarza, był już wówczas dość ściśle zabudowany i dlatego sądzę, że istnienie tam cmentarza w XIX wieku lub wcześniej jest raczej wykluczone. Stan ten trwał wiele dekad i na żadnym z późniejszych planów mniej więcej do roku 1915 nie widać we wskazanym przez Ciebie miejscu nawet śladu cmentarza, czy choćby pustej przestrzeni. Jednakże faktycznie istnieją plany, wykorzystujące podkłady z lat czterdziestych, a więc z czasów okupacji, na których w miejscu stojącego dziś apartamentowca zaznaczony jest spory zadrzewiony kwartał. Być może w trakcie którejś z wojen powstał tam prowizoryczny cmentarz, jakich na terenie miasta było wiele. Ta pusta przestrzeń widoczna jest jeszcze na planie z 1987 roku. Oczywiście daleki jestem od podważania relacji świadków naocznych - wielokrotnie okazywało się, że to właśnie oni mają rację, a nie dokumentacja częstokroć niedokładna, czy celowo zafałszowana (w okresie komuny takie coś było na porządku dziennym). Jestem więc przekonany, że wspomniany przez Ciebie sąsiad nie kłamał. Pozdrawiam serdecznie.
Komentarzy (0)

Doktrynerów walka z wiatrakami

  

Dzisiejszy krótki wpis będzie raczej tylko uzupełnieniem poprzedniego.

Mam wrażenie, że w kwestii wyburzeń roku 1974 wszyscy bielszczanie (przynajmniej ci świadomi) są zgodni co do tego, że tzw. Wielka Destrukcja była czynem barbarzyńskim i absolutnie karygodnym. Co do tego nie ma chyba wątpliwości.

Warto przyjrzeć się jeszcze przez chwilę tamtym wydarzeniom, a raczej ich teatrowi. Plac Żwirki i Wigury był jedną z jego scen.

Początkowo powstały pomiędzy 1896 a 1908 rokiem plac był z urbanistycznego punktu widzenia pewnym prowizorium. Nie posiadał nawet swojej własnej nazwy (ten zakątek przez miejscowych potocznie zwany był Hirsewinkel, czyli Zakątek Hirsego). Budynki, które zajmowały tę przestrzeń przed 1896 rokiem tworzyły dość chaotyczny zbiór starych domów. Do tego czasu centralną część obszaru zajmowało kilka niewysokich realności (zakład blacharski Adolfa Ziegera, skład trumien pani Liss Stoklossa i gospoda, a także tzw. dom Wagnera, który stał najdłużej z nich wszystkich, bo aż do 1915). Budynki te zostały zburzone, powstał w ten sposób dość obszerny plac, którego wschodnią pierzeją stała się dotychczasowa uliczka Graben, którą jeszcze niedawno płynął odkrytym korytem potok Młynówka.
Potok przykryto, plac oczyszczono i urządzono na nim skwer.

Kryty czerwonym dachem niewielki dom na środku placu - to ostatni ocalały budynek, już niedługo zostanie zburzony.

Tak się jednak w owych czasach działo, że nawet, jeśli nie było jakiejś konkretnej, spójnej wizji przestrzennej (wbrew pozorom bywało tak nierzadko), to i tak to, co tworzono, nawet w ramach prowizorki, miało swoją niezaprzeczalną klasę. Po prostu sto lat temu nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby ta prowizorka, czy nie do końca zrealizowany plan, miały straszyć brakoróbstwem i fuszerą.

To dlatego plac, który powstał po wyburzeniach już w krótkim czasie stał się kolejnym reprezentacyjnym miejscem w mieście.


Na powyższym zdjęciu, prócz estetycznego skweru, widać doskonale zdobne fasady kamienic otaczających plac. Starannie dopieszczone i wysmakowane. Moją szczególną uwagę zwraca niepozorny budynek z charakterystycznymi obłymi wykuszami na drugim piętrze. Być może dlatego, że dziś po tej kamienicy nie ma już nawet najmniejszego śladu.
To kamienica Büttnerów, właścicieli firmy "Karola Büttnera Synowie".
Stanęła w miejscu wcześniejszej, mniejszej kamienicy, wybudowanej na gruntach Ferdynanda Napsa.

Kamienica wyraźnie odcina się od pozostałych - nic dziwnego, wybudowano ją w okresie największej popularności modernistycznego prądu zwanego funkcjonalizmem. Jest doskonałym przykładem modernizmu wysmakowanego, który symetrią i harmonią nawiązuje dyskretnie do poprzednich epok, ale również stanowczo dystansuje się do męczącego ówczesnych projektantów przerysowania formy. To zdecydowanie najnowocześniejsza kamienica w tej części miasta.
Bardzo nowoczesna...

Na tym zdjęciu lepiej widoczna jest część południowa kamienicy i brama wjazdowa na dziedziniec bardzo już rozbudowanego zakładu "Karola Büttnera Synowie".

Kamienica miała pecha. I to podwójnego.
Po pierwsze stanęła na drodze nowo tyczonej trasy na południe, a po drugie była młoda, miała zaledwie pięćdziesiąt lat... I o ile pierwszy powód był ważniejszy - wąskie gardło ulic Zamkowej i Partyzantów musiało zostać poszerzone - o tyle drugi tylko ułatwił i przyspieszył decyzję o rozstaniu z budowlą.

"Rozstanie" to jednak eufemizm. Widać to na powyższym zdjęciu. Kiepskiej jakości fotografia zamieszczona w Kronice Beskidzkiej ukazuje ostatnie chwile kamienicy, którą zdetonowano jako jedną z pierwszych przy Placu i przy ul. Zamkowej. Głęboka niechęć komuny do "reakcyjnych pozostałości architektonicznych II RP" skutkowała właśnie takimi, obfitującymi w spektakularne metody akcjami.

Cała operacja prowadzona była z pełnym zabezpieczeniem i w asyście fachowych służb. Tuż za smutnymi pozostałościami piętrzy się odsłonięty szczyt dawnej kamienicy Schimanka.

Mimo potężnej eksplozji, wykusze drugiego piętra, które runęły na gruzowisko, ocalały prawie w całości. Odarte ze stolarki okienne otwory zdawały się rozpaczliwie wołać o pomstę za ten barbarzyński akt. Bezskutecznie.

Potem poszło już łatwo.

Obrazy te mogłyby posłużyć za scenerię niejednego filmu wojennego, albo post-apokaliptycznej wizji. I kiedy patrzę na te zdjęcia, kiedy przyglądam się temu dziełu zniszczenia, wprost nie mogę uwierzyć, jak wiele zmieniło się w tym niewielkim zakątku miasta na przestrzeni wieków. Jak wielka skala zmian dotknęła ten umęczony fragment Bielska...

I zaczyna nurtować mnie dość szczególne pytanie: czy można szukać analogii pomiędzy wyburzaniem kamienic w latach 1896 - 1915, a destrukcją roku 1974? Czy te dwa akty mają ze sobą coś wspólnego?


Pozornie tak. I w jednym, i w drugim przypadku mamy przecież do czynienia z realizacją konkretnego planu przestrzennego, mającego na celu poszerzenie tego samego fragmentu miasta. Udrożnienie i "otwarcie" na południe. Teoretycznie więc Antoni Kobiela szedł tylko w ślady swych starszych kolegów Steffana i Hoffmanna i to w dodatku tymi samymi niemal metodami. On także, podobnie jak jego poprzednicy siedemdziesiąt lat wcześniej, wyrąbywał w tkance miasta "szerokie przejścia i chodniki". On także wietrzył miasto i unowocześniał...


Ale to tylko pozorne podobieństwo.
Różnica jest bowiem taka, że o ile na początku XX wieku burzono faktycznie stare, sypiące się dwustuletnie bez mała rudery, w których mieszkanie było nie tylko niezdrowe, ale one same częstokroć stanowiły zagrożenie, nie mówiąc już o kwestiach estetycznych (sądzę, że dla burmistrza Karola Steffana niezwykle istotnych), o tyle w przypadku manipulacji aparatczyków PRL-u mieliśmy do czynienia z likwidacją zabudowań zupełnie niestarych (i to nie był wówczas wyjątek - wystarczy, obok kamienicy Büttnerów podać za przykład modernistyczną kamienicę stojącą o rzut kamieniem, na zboczu Kozielca, którą także - wraz z sąsiadkami - w efektowny sposób wysadzono w kosmos). I to jest sedno!

I żeby chociaż - podobnie jak czyniono to dekady wcześniej - próbowano zastąpić czymś te rozpaczliwe blizny, uładzić prowizoryczną zabudowę, uczynić z placu na powrót piękne miejsce... Żeby choć z grubsza przywrócić placowi stan sprzed destrukcji. Nic z tego...

Mili Czytelnicy tego bloga doskonale znają moje zapatrywania na modernizm i wiedzą, że nie darzę go jakąś szczególną estymą, uważając, że w ścisłym centrum naszego miasta doskonale komponują się li i jedynie Aleje Sułkowskiego, pewnie dlatego, że tworzą genialną jednolitą całość. Nie jestem jednak doktrynerem i w tej konkretnej architektonicznej materii (i w każdej innej także) nie po drodze mi z ideologami socjalistycznych urbanistycznych czystek.

Tej architektury na Placu Żwirki i Wigury jest mi zwyczajnie i po ludzku szkoda.


_______________________________

Chciałbym zakomunikować, że kilka zamieszczonych w tym wpisie (i w poprzednim również) fotografii obrazujących destrukcję z lat siedemdziesiątych nabyłem w antykwariacie. Posiadam więc odbitki, ale - zgodnie z polskim prawodawstwem - praw autorskich do ujęć nie posiadam. Na odbitkach nie ma, niestety, nazwiska ich autora, gdyby więc rozpoznał on je na tym blogu, a nie chciał, aby były publikowane, lub przeciwnie - chciałby może podzielić się innymi posiadanymi - proszę o kontakt:

eduon@vp.pl

2016-10-14 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Skarbonka

  

Nieistniejący świat...
Ciasny, nieco ponury, a przez szary, brudny bruk i odrapane mury kamienicy Tobiasa nawet trochę obskurny. Ale swojski.

Dzisiaj całe podzamcze razem z placem Chrobrego to jeden wielki haust powietrza. Wolna przestrzeń!
Kiedyś - i widać to na tej pocztówce - było może ciaśniej, może szarzej, może bardziej klaustrofobicznie i bez rozmachu. Ale przecież właśnie wtedy to miasto wyglądało jak miasto.


Z prawej józefińska swojszczyzna, z lewej historyzujący książęcy smak, w perspektywie fenomenalny klasyczny barok...

W tej fotografii pobrzmiewa świat sprzed wieku, ale i jakiś utracony blask i smak. Wprawdzie tylko w wymiarze architektonicznym, ale to przecież wcale niemało!

Kamienica z lewej, należąca do Sułkowskich przykuwa dziś moją szczególną uwagę. Powstała w 1881 roku. Księcia Józefa Marii Sułkowskiego, który był ówczesnym właścicielem książęcych włości, nie było wtedy w mieście, zresztą bawił w Bielsku rzadko i krótko, bardziej zajęty romansami, hulankami i próbami ucieczki z wariatkowa.


Nadzór nad budową domu powierzono pełnomocnikom, którzy wykonali swoją pracę solidnie i poprawnie. Kamienica, która stanęła przy ówczesnej ulicy Zamkowej, utrzymana w klasycznym charakterze, zastąpiła stojące tu uprzednio zabudowania książęcego browaru i dom Blocka, czyli narożny budynek o numerze konskrypcyjnym 91.

Kamienica była architektonicznym uzupełnieniem dla zamku. Stanowiła wizualną bazę i podbudowę warowni, nadając jej monumentalnego charakteru, mimo, że w pewnym sensie również ten charakter niweczyła zasłaniając sobą część północnej kurtyny zamku. Tutaj jednak kompromis był niemożliwy. Wzgórze było niestabilne, wymagało więc od strony północnej solidnie zafundamentowanej budowli, będącej rodzajem muru oporowego dla stromizny wzgórza.

To, że budynek nie był wykorzystywany przez książęcą rodzinę (mam wrażenie, że od samego początku takie było założenie), stało się powodem, dla którego pomieszczenia gmachu trafiły "na wolny rynek". Wynajem miał dodatkowo zasilić kasę księcia. A najemców było wielu - apteka Adolfa Frankla, skład kapeluszy i sklep firmowy firmy Erik Eichhorn, skład wyrobów skórzanych Loblowicza, sklep z materiałami Rudolfa Keszlera, cukiernia i wiele innych. No i oczywiście prowadzona przez Krautwursta (a później przez Jana Wagnera) hala piwna oferująca wyroby bielskiego browaru akcyjnego...

Sytuacja zmieniła się diametralnie w okresie PRL-u. Strategia komunikacyjna miasta, obłudnie podpierana kulawą retoryką historyczną, a raczej nasiąkniętym nienawiścią do "niemczyzny" rewizjonizmem, zaowocowała fatalnymi decyzjami.


Cała historyczna substancja miasta dla niedouczonych, mających obce korzenie decydentów, stała się wówczas uciążliwym balastem. Kamienice za bardzo przypominały C.K. Monarchię, ulice wytyczone były przez niemieckojęzycznych włodarzy, a z każdego zakątka miasta wyzierała znienawidzona, "nie nasza", nie polska przeszłość. Należało ją zatrzeć, zniszczyć, wymazać z pamięci i z rzeczywistości.


Regionalna prasa szeroko rozpisywała się wówczas o historycznym skansenie, o zabytkowym balaście, o dziewiętnastowiecznej ciasnocie... Ale tak naprawdę była to tylko gęsta zasłona dymna.

Bo przecież tylko ktoś bardzo naiwny mógł sądzić, że władzom miasta, regionu, czy województwa tak bardzo zależy na usuwaniu "niemieckich akcentów" z polskiego miasta. Nie. W tym konkretnym wypadku przeszłość tak naprawdę nie miała tu żadnego znaczenia. Bo gdyby wówczas, to znaczy na początku lat siedemdziesiątych w otoczeniu prezydenta Kobieli znalazł się ktoś, kto słusznie zwróciłby uwagę, że w Bielsku, a szczególnie w Białej przed drugą i przed pierwszą wojną światową mieszkało bardzo dużo Polaków i że ci Polacy w ten, czy w inny sposób również tworzyli to miasto, a zatem niszczenie tkanki tego miasta, jako stricte niemieckich pozostałości, jest absurdem - to ten argument i tak nie na wiele by się zdał.

Bo w istocie chodziło tylko o to, by wykonać plan. By dokonać spektakularnej przebudowy centrum, która byłaby zauważona i doceniona w katowickiej, a może i warszawskiej centrali. Chodziło o działanie będące realizacją światłej, nowoczesnej myśli socjalistycznej. A całe to gadanie o pozbywaniu się dusznej dziewiętnastowiecznej architektury, to tylko bezczelny parawan.

Podobnie jak ględzenie o rzekomo nieremontowalnym stanie kamienic przy ul. Zamkowej, które koniecznie trzeba było wyburzyć. W całej tej sprawie najciekawsze jest to, że zagrzybione i zawilgocone były rzekomo tylko te kamienice, które stały na przeszkodzie w poszerzaniu ul. Zamkowej - natomiast sąsiadujące z nimi, wybudowane w tym samym okresie, stojące na skarpie tego samego wzgórza - już nie. I żeby było dziwniej - w całym mieście pełno jest dużo starszych domów, czasem podpiwniczonych jeszcze średniowiecznymi piwnicami, a przecież jakoś trzymają się do dziś i jakoś nikt ich do dziś nie zaminował...

Szkoda słów...


Możemy bez końca analizować tamte słusznie minione czasy i motywy działań ludzi w tych czasach rządzących, ale cokolwiek nam wyjdzie i tak trzeba powiedzieć: wówczas liczył się tylko czyn.


Wyburzenia rozpoczęły się późną zimą 1974 roku.

Podzielone były na trzy duże sektory robót. Jednym z nich były roboty przy wysadzaniu kamienic na placu Żwirki i Wigury, drugim dekonstrukcja zabudowań przy ul. Zamkowej, trzecim - przy wyburzaniu kamienicy Sułkowskich właśnie, wraz z pracami mającymi za zadanie umocnienie i stabilizację wzgórza zamkowego.

Najpierw użyto spychaczy i stalowych lin. Żałosne kikuty sterczały w niebo, jakby na urągowisko wszystkim książętom świata. A Sułkowskim szczególnie...

Potem również i tu, podobnie jak w przypadku placu Żwirki i Wigury, posłużono się materiałami wybuchowymi. Nadzorowane przez mistrza minerskiego Józefa Bendyka cztery kontrolowane wybuchy całkowicie wyburzyły kamienicę.

Pierwszy raz od lat siedemdziesiątych XIX wieku bielszczanie mogli oglądać północną fasadę zamku zupełnie odsłoniętą. W niedzielę 17 marca 1974 roku pod zamek waliły tłumy, aby zobaczyć go z zupełnie nowej perspektywy.

To jedno z pierwszych zdjęć wykonanych z murów zamku, z dawnego północnego dziedzińca, w kierunku ulicy Lenina. Już na początku maja na stromym stoku wzgórza zamkowego posadzono tysiąc sztuk bratków, z których utworzono herby Bielska i Białej.

Jeszcze w kwietniu Kronika Beskidzka informowała w tonie - rzecz jasna - entuzjastycznym:


"Ta część śródmieścia, samo serce miasta, przeobrażająca się właśnie, jest jedną z najpoważniejszych operacji w planie przebudowy centrum. Już dziś widzimy, jakie przynosi korzyści, jak uwalnia od dziewiętnastowiecznej ciasnoty, jak dodaje miastu urody i co najistotniejsze - jak stwarza warunki dla prawidłowego jego funkcjonowania."

I tutaj rodzi się we mnie jakiś wewnętrzny sprzeciw. Nie wobec faktów, bo one jakie są - każdy widzi, ile raczej wobec sensowności wyburzenia tej kamienicy. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko wściekłość na ówczesnych działaczy i aparatczyków od wojewody generała Ziętka poczynając, poprzez pierwszego sekretarza KP PZPR Drewniaka, na Antonim Kobieli skończywszy.

Kiedy tak analizuję całą tę sprawę, kiedy patrzę na stare fotografie ukazujące bardzo niebrzydki przecież obiekt i kiedy - to przede wszystkim - przyglądam się historii tego gmachu, zaczynam się poważnie zastanawiać, czy jego wyburzenie nie było już od samego początku wpisane w jego historię. Czy odium jakiejś prowizoryczności nie ciążyło na tym budynku od zawsze?

Przecież obiektywnie rzecz biorąc kamienica ta - choć wtopiła się w pejzaż miasta doskonale i była oczywistą kontynuacją odwiecznego chyba browaru - była też jakimś nie do końca przemyślanym dziełem, raczej efemerycznym pomysłem nieobecnego księcia, iluzoryczną, zdalnie sterowaną fanaberią dziedzica, który umyślił sobie, że jeśli już przyjedzie do Bielska (pofatygował się łaskawie dopiero w 1898 r.), zamieszka nie w zimnych, obszernych komnatach, ale w przytulnym apartamencie na pięterku kamienicy wtłoczonej w zamkowe wzgórze. Ten dom był inwestycją, której jedynym sensem istnienia był fakt, że przynosiła jakiś konkretny zysk...
Z drugiej jednak strony nawet jej skrajnie komercyjny charakter nie zaważył negatywnie na jej walorach estetycznych. Budowniczowie tego było-nie-było reprezentacyjnego gmachu rozumieli, że musi on się wtapiać w otoczenie i stanowić naturalny i neutralny dla architektonicznego środowiska element.

To dlatego tak bardzo mi go żal. Bo chociaż kamienica Sułkowskich była zwykłą skarbonką, była też - jak wszystko kiedyś - kawałem solidnie wykonanej pracy, wysmakowaną, klasyczną ozdobą centrum.


I za takim centrum - pełnym pięknych gmachów wypełnionych szumem i gwarem, zajętym przez całą rzeszę zapracowanych ludzi, z których każdy - urzędnik, subiekt czy zamiatacz - był mistrzem w swej specjalności; centrum z ulicami tętniącymi życiem, różnorodnością i kolorytem.
Za takim właśnie centrum, z wąską, wspinającą się ku Rynkowi ulicą, tęsknię najbardziej.

2016-10-02 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-10-12 20:06:06
Zgadzam się w 100 procentach, że przebicie przelotowej arterii przez ścisłe śródmieście było skandalem. Miasto poniosło straty, których oszczędziła mu wojna. Zniknęła urokliwa wąska Zamkowa z "wysokim trotuarem" (i tramwajem), coś niepowtarzalnego w kraju. Opisywany tu dom też miał swój urok, kto wie, czy zamek widziany ponad jego dachem nie wyglądał bardziej frapująco niż dzisiaj. Ciekawe - ten dom był wcięty w skarpę i miał dwa partery. Gdy wchodziło się od strony Zamkowej, to po wejściu (ozdobną) klatką schodową na pierwsze piętro trafiało się na... wyjście na brukowany kamieniem dziedziniec, biegnący wzdłuż muru zamkowego, w ujściem vis-s-vis ul. Orkana. Jest faktem, że już w latach 60., panował tu duży ruch (na najwęższym odcinku Zamkowej tramwaj nie mieścił się obok samochodu i działał prymitywny sygnalizator). Ale nikt z możnych nawet nie próbował uzasadniać, że podjęta decyzja jest jedyną możliwą. Swoją drogą, dzisiaj - po powstaniu systemu obwodnic - na starym ciągu 3 Maja-Partyzantów nadal panuje wielki ruch. Chyba warto pomyśleć o jego sztucznym ograniczeniu i przynajmniej wyeliminowaniu stąd tranzytu. A piszę o tym, gdyż całe dzieciństwo spędziłem w domu na skrzyżowaniu Wzgórza i Zamkowej.
emka_bb
2016-10-14 17:34:39
Do pana AndrzejaN. Zgadzam się z panem i uważam za barbarzyństwo to co spotkało tkankę miasta w latach 70-tych. Jeśli chodzi o pomysł ograniczenia ruchu w ciągu ulic 3 Maja i Zamkowej to taki pomysł już padł i nawet został podniesiony podczas sesji rady miasta przez Grażynę Staniszewską, ale odwiedź pana prezydenta pozbawiła mnie wszelkich złudzeń co do realności realizacji tego pomysłu. http://wiadomosci.bielsko.info/6483-ruch-w-centrum-do-zamkniecia
Komentarzy (4)

Wpis oficynalny

  

czyli

Szybujemy dalej

Stare panoramy miasta mają tę zaletę, że nie ukazują szczegółów. Ogólne widoki kryją wszechobecny wówczas - niestety - brud i budowlany chaos (nic nowego, dziś nie jest wcale lepiej). Ale kryją także to, o czym zazwyczaj, wędrując głównymi traktami i przetartymi ścieżkami, nie mamy pojęcia: oficyny, które z czysto pragmatycznego punktu widzenia były zazwyczaj miejscami drugiej, albo i trzeciej kategorii, ale w których czasami kiełkowały fantastyczne idee i powstawały wspaniałe dzieła, ogrody, w których wypoczywali mieszczanie i ich rodziny, wreszcie zwyczajne, niepozorne zaplecza, pomocnice szarego mieszczańskiego życia.

Tak się jednak składa, że o tych szczególnych miejscach, a właściwie o ich dawnym obliczu, nie wiedzielibyśmy nic, gdyby nie panoramy właśnie. Dzięki nim możemy przeskoczyć ponad dachami i choć na chwilę zagłębić się w świat niedostępny dla naszych oczu, przyjrzeć się odrobinę temu zamkniętemu uniwersum podwórek, zapleczy i oficyn.

Kontynuujemy więc naszą podróż ponad dachami, posuwając się na wschód, wzdłuż koryta Niwki. Oto dość rzadka panorama Białej wykonana z dachu hotelu Pod Czarnym Orłem. Łatwo rozpoznać tu charakterystyczne punkty miasta, takie jak sylwetę zamku, wieżę bielskiego kościoła ewangelickiego, dach Banku Gospodarstwa Krajowego, czy fasadę kinoteatru Wanda wyłaniającą się zza czarnego pulpitu dachu dawnej szkoły katolickiej, zajmującej lewy brzeg kadru... Ale widać też kilka innych, mniej znanych budowli.

Masywna, jasna ściana w samym centrum kadru to tylna elewacja kamienicy przy ulicy Ratuszowej, wybudowanej w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku dla Augusty Fritsche. W tym właśnie budynku przyjmował w latach trzydziestych laryngolog, Maksymilian Statter, który w 1933 roku, przy asyście dentysty dr. Rudolfa Gerbera i aptekarza bielskiego, Juliusza Drancza, operował ropne zapalenie zatok u Witkacego, bawiącego "na gościnnych występach" u Kazimiery Alberti i jej męża.

Oficyna, której dach widoczny jest na pierwszym planie, to oficyna kamienicy stojącej przy ul. Główniej 28 (11 Listopada 46). W oficynie tej mieścił się zakład fotograficzny "Globus" z dużym atelier, prowadzony przez Józefa Tyrasa. Było to w okresie międzywojennym najpopularniejsze atelier fotograficzne w Białej. Józef, a właściwie Aaron Joseph Tyras, żyd pochodzący z Żywca, w 1914 roku przejął "Globus" i rozbudował oraz unowocześnił zakład.

Tyras był fotografem wszechstronnym, fotografował nie tylko w atelier, dokumentował także bielsko-bialską rzeczywistość. Wiele znanych fotografii przedstawiających miasto, architekturę i wnętrza, wyszło właśnie z jego zakładu. Miał także zacięcie fotoreporterskie, to właśnie dzięki niemu posiadamy chociażby dokumentację fotograficzną z uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego pomnika Gabriela Narutowicza na bielskim Blichu.

Dziś oficyna kamienicy przy 11 Listopada 46 wygląda prawie tak samo, jak sto lat temu. Właściwie niewiele się tu zmieniło. Szarość, cisza i spokój. Wąskie przejścia, niedbała zabudowa, na balkonie, podobnie jak niegdyś suszy się bielizna. Słowem: constans. Nawet drzewo z ogrodu ostało się jakimś cudem, a dzisiaj drzewo w centrum naszego miasta, szczególnie w ciasnych podwórkach na tyłach kamienic to raczej rzadkość, kiedyś - sytuacja dość powszechna.


Na starej fotografii w samym jej centrum widać korony wysokich drzew. Rosną one w ogrodach dwóch sąsiadujących ze sobą kamienic.

Na tym zjęciu widać je lepiej. Wyższe drzewa, te, widoczne na tle wysokiego muru oficyny, stoją w ogrodzie doktora Eisenberga (zdjęcie wykonano w 1915 r. - mecenas Alojzy Eisenberg nie żył już od dwóch lat), te niższe rosną na gruntach prowadzącego wyszynk wina Johanna Ochsnera. Proszę zwrócić uwagę na krytą łamanym, czterospadowym dachem altanę w samym centrum zdjęcia, pośród drzew ogrodu Eisenberga.

Z tej budowli, rzecz jasna, do dzisiaj nie został ślad, ale przecież na mapach katastralnych do dziś istnieje wyodrębniona działka, która jest pozostałością po tej niewielkiej konstrukcji.

Ogrodów było tu więcej. Drzewa owocowe rosły także na tyłach posesji Hugona Budila, który w kamienicy przy ul. Głównej 30 (dzisiaj pięknie odnowiony budynek przy 11 Listopada 48) prowadził skład lamp, żyrandoli, szkła i kryształu, a także zakład witrażowy.

Z pracowni na tyłach tej właśnie kamienicy w latach 1894 - 1897 wyszły witraże dla kościoła p. w. Opatrzności Bożej. Budil był w ogóle niezwykłą osobistością. Wprawdzie zagorzały niemiecki nacjonalista, jednak dość szczególny działacz. Pan Hugon (prócz tego, że pełnił funkcję dowódcy oddziału pożarniczego, a potem dochrapał się funkcji zastępcy komendanta bialskiej straży pożarnej) był - o czym wie niewielu - miłośnikiem motoryzacji, co w okresie międzywojennym miało swoje, nie zawsze korzystne konsekwencje. Całkiem przypadkiem natknąłem się na zamieszczone w Krakowskim Dzienniku Wojewódzkim ogłoszenie starosty bialskiego, dr. Albertiego, dotyczące konieczności udostępnienia pojazdów mechanicznych na potrzeby wojska w czasie pokoju. Budil figuruje w tym zestawieniu także (obok takich osobistości jak dr Drobniewicz, farbiarz Kerger, stolarz Józef Łysoń, czy właściciel młyna parowego Neumann), jego pojazd o nieokreślonej marce miał nr rejestracyjny KR 96346.

Tuż przy dolnej krawędzi zdjęcia dostrzec można połać dachu budowli stojącej na tyłach kamienicy przy ul. Głównej 32 (dziś 11 Listopada róg Głębokiej). To hala dawnej fabryki kamgarnu. Zarówno kamienica, jak i hala należały do Rudolfa Fuchsa.


Tutaj widoczna jest dość wyraźnie. Posiada jeszcze wyniosły komin i charakterystyczne łukowo zwieńczone okna. Hala powstała w drugiej połowie XIX wieku. Ale na planie karastralnym Białej z 1872 roku pacela w tym miejscu jest jeszcze pusta.

Na planie tym widać jednak stojący do dziś - i podobnie jak dziś połączony z kamienicą - budynek oficyny (dziś Głęboka 2). Można wnosić, że produkcja początkowo odbywała się właśnie w tej oficynie.

Hala (także istniejąca do dzisiaj, przebudowana i zadaptowana na restaurację) powstała później. Do budynku tego Rudolf Fuchs przeniósł produkcję sukna. W 1907 roku fabryka przeszła na własność braci Kohn, którzy uruchomili w niej linię produkcyjną kapeluszy. Pierwotnie zakład otoczony był dość zwartą zabudową. Na planie katastralnym Białej z roku 1872 (ale także na planie Schwarza z 1892 r.) wokół Tuchfabrik Fuchsa widać cały kompleks parceli i budynków. Pamiętajmy, że w 1872 roku dzisiejszej ulicy Konfederatów Barskich nie było, dojazd do zakładu istniał tylko od ulicy Głębokiej, zaś piesza ścieżka wiodła pomiędzy domami Batscha i Mücklera od ul. Nad Niwką.

Na tym znalezionym w sieci zdjęciu, również wykonanym z gmachu Hotelu Pod Czarnym Orłem, przedstawiającym południową część interesującego nas kwartału, z prawej strony widać fragmenty kamienicy pani Fritsche i oficyny z fotozakładem Tyrasa, a u dołu kadru część zabudowy zupełnie nowej ulicy.

W 1912 roku postanowiono przebić się od strony Hauptstrasse i Tiefegasse do Niwki. W tym celu wyburzono domy Batscha i Mücklera, zniwelowano pozostałości ogrodów na tyłach tych posesji i wytyczono nową, krótką, dość szeroką ulicę. Wzniesiono przy niej kilka domów, między innymi i tę kamienicę, którą widać tuż przy dolnej krawędzi powyższej fotografii. Dziś kamieniczka, po gruntownej przebudowie, próbuje tę starszą nieudolnie imitować. Zresztą cała ulica Konfederatów Barskich to jakieś urbanistyczne qui pro quo. Od paru dekad nie ma na nią żadnego sensownego pomysłu. I nadal straszą tu nie całkiem historyczne ułamki zabudowy.

_____________________________

Czasami przeglądam te stare zdjęcia nie mogąc oprzeć się przemożnemu wrażeniu, jak szczególne było to miasto. Poplątana siatka ulic, placów kamienic, oficyn, suteren i parceli; gęsta sieć ścieżek, kładek i płotów... I to wszystko było w jakiś szczególny sposób tłem dla równie skłębionej, zagęszczonej na kilometrze kwadratowym plątaniny ludzkich losów i namiętności. I sprzeczności! W jednym miejscu (choć nie zawsze w jednym czasie), po sąsiedzku, dosłownie przez płot mieszkali niemiecki nacjonalista Budil i aktywny w ruchu propolskim Eisenberg; rzemieślnik Brosmann i artysta Tyras; poseł na sejm galicyjski i fryzjer; lekarz i fabrykant...
Ot, miasto.

2016-09-22 | Dodaj komentarz
Angus
2016-09-23 08:31:15
Gdy tak Pana czytam, to powraca do mnie marzenie, aby kiedyś przeczytać powieść o Bielsku i Białej, osadzoną w tych dawnych czasach. Coś, jak książki Stefana Chwina o Gdańsku czy kryminały Krajewskiego z Wrocławiem w tle. Może by się Pan podjął. Czytelników nie zabraknie. Liczyłem kiedyś na p. Pałygę, ale odpłynął w teatr.
Maciej P.
2016-09-23 18:59:35
@Angus Bohater Meissnerowskiego "Pilota gwiaździstego znaku", porucznik Stanisław Latwis, zwykł był powiadać: "Zamiar, o którym wie zbyt wiele osób jest już na poły chybiony". To prawda. Dlatego powinienem milczeć. Powiem tylko, że pewien projekt majaczy w ciemnościach nieśmiało jak światła lokomotywy w tunelu pod Wzgórzem. Ze szczególnym naciskiem na "majaczy", bo do tego potrzeba czasu, czasu i jeszcze raz czasu. To znaczy czegoś, czego mam najmniej. :-) Pozdrawiam.
Józef F.
2016-10-05 14:56:51
Dziękując za ciekawe opisy i czekając niecierpliwie na następne pragnę zapytać, czy może Pan zamieścić kilka słów na temat kamienicy przy ul. 11 Listopada, w sąsiedztwie obecnej restauracji Nowy Świat ? Jeszcze niedawno był tam sklep ze szkłem i porcelaną będący kontynuacją przedwojennego sklepu z tymi artykułami Karola Kupki. Wówczas był to znany i ceniony w Bielsku sklep, w którym kupowano szkło, porcelanę i bibeloty znanych europejskich firm.
Maciej P.
2016-10-05 18:28:16
Panie Józefie, nie chcę niczego obiecywać. Wprawdzie wpis o burmistrzu Pongratzu i jego kamienicy przy ul. Głównej miał się niebawem ukazać, jednak jestem ostatnio w potwornym niedoczasie i wszystkie plany wzięły w łeb. Wstyd się przyznać, ale niektórzy Czytelnicy już od roku czekają na teksty na zadane przez siebie tematy. Proszę uzbroić się w cierpliwość. Pozdrawiam.
Komentarzy (3)

Druga twarz

  

czyli

Szybujemy ponad miastem

Czasami miasto, zupełnie niespodziewanie, odkrywa przed nami swoje inne - zazwyczaj skrzętnie chowane - niespodziewane oblicze. Mało reprezentacyjne, pozbawione wielkomiejskiego blasku, suterenowo-oficynowe. My, całkiem podświadomie wiemy, że każde miasto taką drugą twarz posiadało, ale kiedy przeglądamy albumy złożone z wyselekcjonowanych dawnych fotografii, prezentujących miasto od jak najlepszej strony, czasem zapominamy, że to tylko fasada, za którą kryje się zupełnie inny świat.

Ta dość szczególna panorama, wykonana została jak sądzę z dachu lub z ostatniej kondygnacji gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, czyli dzisiejszego gmachu banku PeKaO S.A.. Uwagę zwraca przede wszystkim skanalizowany potok Lipnicki.

Ten fragment ulicy zdaje się nie odbiegać zbytnio od stanu dzisiejszego. To oczywiście tylko złudzenie. Wystarczy przyjrzeć się uważnie, aby dostrzec szczegóły precyzujące datację zdjęcia, ot, choćby kamienny murek, barierę wieńczącą nabrzeże rzeki Białej. Ulica nie przekracza potoku. Oba brzegi spina w tym miejscu jedynie niewidoczna, bo schowana za narożną kamienicą Blechnera piesza kładka - na połączenie drogowe trzeba będzie poczekać jeszcze jakieś czterdzieści lat.

Przy samej ulicy widać kilka ciekawych, krytych dwuspadowymi dachami, pamiętających zapewne koniec osiemnastego wieku domów, które przez parę stuleci stanowiły jedyną architektoniczną dominantę tego starego fragmentu miasta. Mamy więc stojącą szczytem do ulicy chałupę Natana Berhanga, mamy bliższy, zaopatrzony w trzy szczytowe okna dom Josha, mamy wreszcie istniejący do dziś budynek z ocalałą także do naszych czasów oficyną - oba widoczne tuż przy dolnej krawędzi zdjęcia. Zabudowania wcinają się w gęstą zieleń ratuszowego parku.

Tymczasem samo miejsce jest dość szczególne. Jest jednym z najstarszych fragmentów Białej. Tutaj właśnie, to znaczy w miejscu ratuszowego parku i jego przyległości, usytuował się w czasach zamierzchłych pierwszy bialski blich. Ten zapomniany.

Z czasem jednak ten miejski zaułek - z powodu przyrastającej tkanki miejskiej, czyli nawarstwiającej się zabudowy - zaczął robić się coraz ciaśniejszy i jego blichowy charakter szybko zatracił się pomiędzy powstającymi tu zabudowaniami, aż wreszcie bialski plac blichowy został zlikwidowany i przeniesiony bardziej na południe. Ta część osady jednak - i to jest bardzo zastanawiające - nigdy nie została zabudowana zupełnie, aż do brzegu rzeki.

Wprawdzie z końcem XIX wieku na samym brzegu Białej powstała piękna, reprezentacyjna, istniejąca do dziś kamienica niejakiego Blechnera, która w sposób znaczący podniosła wizualnie status zaułka, to jednak moją uwagę zwróciły zupełnie inne zabudowania - te, które z domem Blechnera bezpośrednio sąsiadują.

Na tyłach domów Berhanga i Josha Widać dość pokaźną oficynę krytą łamanym dachem. To jedna z pozostałości po rzeźni spółki Uherek, Linnert i Sommer. Ta budowla ma swoją ciekawą hitorię.

Od 1842 roku wraz z pozostałymi budynkami kwartału spełniała zadania głównego budynku cechu rzeźników. Pamiętajmy, że Biała od samego początku swego istnienia była silnym ośrodkiem handlu bydłem i nierogacizną, nic więc dziwnego, że miasto szczególnie dbało o ten rodzaj rzemiosła. U schyłku stulecia budowla przeszła na własność trzech wzmiankowanych wyżej przedsiębiorców, którzy zmonopolizowali rynek mięsny w Białej, a powiedzenie "Iść do Uherka" było równoznaczne z wizytą w rzeźni i tak samo rozpoznawalne i niebudzące wątpliwości, jak dzisiejsze "Idę do Kasperka".

To jedno z najstarszych zdjęć przedstawiających ten fragment miasta. Wykonano je u schyłku XIX wieku, a więc w czasach, gdy widoczny na fotografii budynek znajdował się prawdopodobnie jeszcze w rękach trzech wspólnków. Prosperował doskonale.

Kiedy jednak w grudniu 1902 roku, dzięki staraniom władz miasta, wystawiono przy ulicy Komorowickiej nową, dużą przemysłową rzeźnię, stara masarnia przestała być opłacalna. Właściciele pozbyli się jej zatem, zbywając nieruchomości na rzecz miasta. Nie znam sumy, jaką za nieruchomości otrzymali, ale mam wrażenie, że nie mogła być mała. Ów Zaułek, mimo, że położony jakoś tak peryferyjnie i opłotkowo, należał chyba do łakomych kąsków. Oto już w 1903 roku budynki rzeźni przeszły na własność bialskiej gminy żydowskiej, która tutaj, to znaczy w tym niepozornym domku krytym czerwoną dachówką, urządziła siedzibę gminy.

Unikatowa fotografia, prezentowana pierwotnie w opracowaniu "Życie według wartości" autorstwa pana Jacka Proszyka (któremu z całego serca dziękuję za uprzejmość i zgodę na umieszczenie jej na łamach mojego bloga) przedstawia właśnie ten fragment miasta. Mamy tu więc budynek będący siedzibą gminy żydowskiej, który na parterze mieścił halę uboju rytualnego dla drobiu, dwie kuchnie i dwie jadalnie, na piętrze znajdowała się sala posiedzeń i kancelaria, a w piwicy mykwa z basenami wypełnionymi wodą deszczową.

Sama budowla przeszła gruntowny remont, została przebudowana więźba dachowa, zmieniono pokrycie dachu, powiększono też okna na parterze.
Warto zwrócić uwagę na niski budynek stojący tuż za siedzibą gminy, prostopadle do niego. Nie wiem, czy od samego początku należał do gminy żydowskiej, czy też został
zakupiony później, jedak i on stał się później własnością kahału.

Na tej późniejszej fotografii, wykonanej przed 1914 r. (fotografii również pochodzącej ze zbiorów pana Jacka Proszyka - dziękuję!) budynek przylegający bezpośrednio do jatki jest już dwupiętrowy i zaopatrzony jest w wysoki komin.

Oczywiście po budynkach samej gminy nie ma dziś śladu. Znikła jatka mięsna i niemal wszystkie zabudowania w jej bezpośrednim sąsiedztwie, pozostał tylko wysoki, stojący tuż nad brzegiem Białki, obecnie przebudowany przez developera, dwupiętrowy budynek z wysokim kominem, budynek, który - jak widać na powyższych zdjęciach - nie zawsze był dwupiętrowy.

Kiedy patrzy się na te wszystkie fotografie ma się wrażenie, że ten fragment miasta był mało ciekawym, zapuszczonym zaułkiem pełnym archaicznych zabudowań, oblepionych szopami, kamórkami, schowkami, pakamerami, klitkami, spiżarkami, składzikami i nie wiadomo czym jeszcze. Bieda brud i beznadzieja.

Cóż... Naprawdę? Każdy kto tak twierdzi, powinien przespacerować się w to miejsce dzisiaj...

Jednakże jeszcze i dziś, przynajmniej wirtualnie, możemy doszukać się śladów po budynkach sprzed ponad stu lat. Na mapie katastralnej tego obszaru, do dzisiaj istnieją pozostałości po dawnych, nieistniejących już w realu granicach działek. Jest także i działka, która interesuje nas szczególnie (288/2 z zakreślonym zarysem budynku jatki). Jak widać muchy w bursztynie przybierają czasami całkiem niespodziewaną postać.

____________________________

Kiedy patrzę na pierwszą fotografię, tę z 1933 roku, nasuwa mi się pewna refleksja. Ta panorama jest skadrowana bardzo sprytnie. My dzisiaj trochę narzekamy na to, że ktoś kiedyś skanalizował Niwkę, a przecież mogłaby ona - odsłonięta i wolnopłynąca - stanowić doskonały walor turystyczny i regionalny wabik na miarę cieszyńskiej Wenecji. Kiedyś jednak zapatrywano się na to nieco inaczej.

Jeszcze w pierwszej dekadzie XX wieku pocztówki ukazujące odkrytą Niwkę były dość częste. Później, kiedy do Bielska i Białej wszedł wielki świat, ten obszar miasta stał się już nie malowniczym zaułkiem, a wstydliwym piętnem, które trzeba przed światem ukrywać.

Ta tendencja utrzymała się aż do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, z których pozostała nam może pewna ilość zdjęć prywatnych, ale pocztówki? Kilka zaledwie nieśmiałych ujęć! Ale jakże ciekawych!

A więc już za kilka dni poszybujemy ponad dachami dalej, na wschód, aby przyjrzeć się innym, zazwyczaj dyskretnie ukrywanym, mało reprezentacyjnym fragmentom Białej...

2016-09-10 | Dodaj komentarz
Paweł
2016-09-13 13:35:39
Witam Panie Macieju. Poszukuje informacji na temat historii budynku przy ulicy Aleksandrowickiej 5, czy mógłby Pan wskazać jakieś zródło wiedzy lub instytucje, która się tego typu sprawami zajmuje ? Pozdrawiam. Paweł
Maciej P.
2016-09-14 09:38:56
Panie Pawle, przepraszam za zwłokę, ale mam teraz naprawdę gorący okres. Niestety, nie będę zbyt pomocny, bo o interesującym Pana domu wiem niewiele, prócz tego, że jest obiektem zabytkowym. Wybudowany w dość charakterystycznym stylu zwanym czasem niesłusznie "starobielskim" (niesłusznie, bo wbrew powszechnej opinii nie jest to zabudowa typowa tylko dla naszego obszaru - tego typu domy z charakterystycznymi łukowymi wejściami i tzw. "wysiadami", albo jak kto woli "wysiodkami" spotkać można na całym obszarze Śląska Cieszyńskiego i nie tylko, a także w ścisłej zabudowie miejskiej - choćby w Bielsku). Już w 1992 r. w zaktualizowanym przez Państwową Służbę Ochrony Zabytków Spisie obiektów zabytkowych, dom przy ul. Aleksandrowickiej 5 pojawia się jako obiekt zabytkowy. Z tego co się orientuję, to wyczerpujący opis tego budynku znajduje się w opracowaniu pod redakcją B. Krasnowolskiego pt: "Studium Historyczno-Urbanistyczne Bielska i Białej" (1992 - 1994) opracowanym w Pracowni Konserwacji Zabytków w Krakowie. Niestety głowy nie dam, bo opracowania nie posiadam, ale myślę, że albo Wydział Urbanistyki i Architektury przy UM w Bielsku, albo Biuro Rozwoju Miasta mogą służyć informacjami. Może też ktoś z Czytelników mógłby pomóc? Pozdrawiam.
Paweł
2016-09-14 14:22:15
Dziękuje i pozdrawiam Panie Macieju.P

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
Dziękuję za komentarz. Ryszardzie, piszesz o jednym z ciekawszych fragmentów tej części miasta. W dodatku...
[Ryszard]
ystkich :) Lubie bardzo czytac Twojego bloga, bo czasami odkrywasz calkiem nowe, choc stare miejsca....
[lr]
a teraz to już kumam :) dziękuję bardzo za odpowiedź :) bardzo fajny blog, wczoraj cały...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 132608
Newsów: 83
Komentarzy: 266
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała