liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Realność nr 82

  

Od dłuższego już czasu śledzę postępy w pracach nad gruntownym remontem budynku przy ulicy Wzgórze, róg Podcienie. Realność, która w swej historii najczęściej pełniła funkcję gastronomiczną, również i tym razem będzie zagospodarowywała niszę gastronomiczno-hotelowo-usługową.

Ta dość spora budowla, z którą czas obszedł się raczej obcesowo, powstała w osiemnastym wieku jako karczma miejska. Być może stanęła w miejscu uświęconym tradycją szynkarstwa, jak to zwykle bywało, to znaczy, zastąpiła jakąś starszą, może jeszcze średniowieczną, gospodę - tego nie wiadomo. Biorąc jednak pod uwagę genialne położenie tuż przy pradawnym szlaku wschód - zachód, kilkanaście metrów od dolnej bramy miejskiej, jest to scenariusz wielce prawdopodobny. Dobrych lokacji się nie porzuca.
Nawet dziś, mimo że nie przebiega już tędy szlak Lwów - Wiedeń, lokalizacja ta ciągle jest z logistycznego i turystycznego punktu widzenia przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Samo centrum starego miasta, tuż przy zamku, o rzut kamieniem od wszystkich innych miejskich atrakcji... Lepiej trafić nie można.

Działka, na której leży obiekt była niegdyś podzielona na trzy nierówne parcele. Podział ten czytelny jest do dziś. Karczma zajmowała największą z parcel, tę z numerem katastralnym 82. Uliczka Zaułek, biegnąca na tyłach kwatery ma równie długi rodowód co sama kamienica, a może i dłuższy, w każdym razie już na planie katastralnym z 1836 r. istnieje jako dość szeroka uliczka, stanowiąca zaplecze karczmy.

Wąski, ostry zakręt w uliczce na tyłach karczmy był szczególnie narażony na obtłukiwanie przez liczne wozy z towarem. Stąd w tym wąskim gardle aż trzy kamienne odboje.

W latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, kiedy dokonano regulacji ulicy Stadtberg, zmniejszając jej stromiznę przez wcięcie się we wzgórze miejskie i obniżenie poziomu samej ulicy, przybytek uciech gastronomicznych znalazł się kilka metrów ponad traktem, a tuż przed wejściem do karczmy pojawił się spory taras.
To właśnie dlatego jedna z pierwszych nazw, jakie znalazły się na szyldzie nad wejściem do restauracji brzmiała: "Tarasowa".

Dziś trudno już zliczyć wszystkie nazwy tych jadłodajni, które gościły w murach budowli. Zatem najpierw "Tarasowa", a później przedwojenna "Restauracja Mieszczańska", powojenna, dość mroczna "Podhalanka", "Italia", wreszcie "Karczma Słupska" z rewelacyjnymi pierogami, "Masala"... I parę innych, niekoniecznie polskojęzycznych.

Remont powoli dobiega końca i choć w części przeprowadzony jest bez wierności pierwowzorowi historycznemu (ot, choćby dachowe gible), co wywołane jest, jak sądzę, koniecznością dostosowania architektury do planowanego charakteru hotelowego obiektu, to już w kwestii "murcheologicznej" sprawa przedstawia się dużo ciekawiej.

Szczególnie interesująca jest ściana od strony ul. Podcienie, która została gruntownie oczyszczona z tynków i kamiennych płyt okładzinowych, spod których wydobyto jak sądzę najstarsze, pierwotne, a więc XVIII-wieczne elementy. Ze ściany wystają skryte dotąd masywne nadproża, węgary i żelazne skoble drzwi i okien, które tutaj niegdyś funkcjonowały. Robią wrażenie. A w dodatku zupełnie niespodziewanie stają się namacalnym potwierdzeniem faktu, że poziom ulicy Podcienie został swego czasu znacznie obniżony. Proszę przyjrzeć się węgarom tego zamurowanego otworu drzwiowego. Ich stopy osadzone są dobre siedemdziesiąt centymetrów nad dzisiejszym poziomem bruku. Nic dziwnego, w chwili, kiedy budowano kamieniczkę, poziom ulicy był dużo wyżej.

Ci, którzy pamiętają ten budynek sprzed kilku lat, kojarzą zapewne stylizowane arkady, znajdujące się w ścianie północnej, tuż obok tarasu. Czy istniały tu pierwotnie podcienia, do których te arkady mogłyby nawiązywać? Tego nie wiem, ale szczerze wątpię (w chwili, kiedy budynek powstawał, miasto raczej pozbywało się podcieni w Rynku z powodów przeciwpożarowych). W każdym razie, w latach siedemdziesiątych utworzono je nie dlatego, że dobrze komponowały się z podcieniami sąsiadującej uliczki, ale dlatego, że w 1969 roku miała tu miejsce katastrofa - wybuch gazu, który poważnie uszkodził ścianę, a mówiąc wprost, po prostu wywalił w tej ścianie potężny otwór. Samo zdarzenie nie miało nic wspólnego z działalnością gastronomiczną lokalu. W tej części budynku w latach sześćdziesiątych istniały mieszkania prywatne, a raczej lokatorskie. I to właśnie z jednym z tych mieszkań związana jest ta historia.

Tego feralnego kwietniowego popołudnia, w mieszkaniu Anny Kurowskiej zaczął ulatniać się gaz. Niezabezpieczony zaciskami wężyk doprowadzający paliwo z butli do palnika zsunął się z dyszy i pomieszczenie zaczęło wypełniać się gazem. Do wybuchu doszło w chwili, gdy pani Anna chciała rozpalić ogień w piecu.


Eksplozja była potężna - osypujący się na ulicę Podcienie mur ranił przechodzącą tamtędy bielszczankę, Krystynę Kapiszczak. Pani Anna Kurowska z poważnymi oparzeniami została odwieziona do szpitala.
Wybuch zniszczył doszczętnie cały pokój, naruszył konstrukcję budynku (uszkodził ściany również w "Podhalance"), a w oknach stojących opodal domów wyleciały szyby.


Wyrwa w murze stała się swoistym pratekstem do tego, aby ten fragment zabytkowego, bądź co bądź, budynku przebudować tak, aby współgrał z jedną z najbardziej malowniczych uliczek miasta. Pojawiły się więc arkady, coś na kształt podcieni, które stały się uroczym knajpianym aneksem, a potem, o ile się nie mylę, częścią odrębnego lokalu.

Dziś na nowo, jak w pętli czasu, pobrzmiewa w architekturze północnej fasady znajomy motyw. Arkady powróciły. Stylowe łuki znów będą współgrać z przeciwległymi podcieniami, chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że są one, z tym oszczędnym, neo-neorenesansowym boniowaniem, trochę jakby na siłę. Można się zżymać na odstępstwa od "historyczności", na pewną swobodę architektoniczną i brak konsekwencji, czy raczej stylowego reżimu.


Mniejsza z tym. Grunt, że coś się dzieje. Grunt, że miastu przywrócono zabytek. Jeszcze niedawno wydawało się - bezpowrotnie stracony.

I przywrócono nie tylko budowlę, nie tylko namacalny konkret, ale odsłonięto i odpowiednio naświetlono również kilka zapomnianych tajemnic w tym kamiennym konkrecie zatopionych.


I to bardzo cieszy...

2016-01-31 | Dodaj komentarz
Obserwator
2016-02-04 20:02:43
Ciekawym uzupełnieniem informacji o ul. Zaułek jest ta podana w przewodniku J. Polaka. Uliczka ta miała być zamieszkiwana ( ale zapewne raczej wykorzystywana jako miejsce pracy) przez bielskie kurtyzany... i to dopiero rozpala wyobraźnię ;). Tak zacna gospoda gwarantowała dobrą klientelę...
Maciej P.
2016-02-05 15:18:05
Faktycznie, dodaje to nieco pikanterii sprawie. I choć miejsce jest dość obskurne, to chyba jakby stworzone do tego typu, gorszej jakości usług (lepszą jakość, już choćby z punktu widzenia dyskrecji i komfortu, oferował choćby zamtuzik w Białej, nad rzeką)... Można się tylko domyślać, że właściciele lokalu przy ul. Wzgórze mieli z tym pokątnym procederem coś wspólnego, a zatem z pewnością gastronomia to nie była jedyna sfera usług jaką świadczyli. Pozdrawiam
Komentarzy (2)

Baśń

  

albo

Nowe sklepy cynamonowe

Południe. Dzień powszedni. Gwar.
Tłok na głównej ulicy wielki. Niebezpieczny dla nieostrożnych, nieletnich lub zawianych. Woźnica nie patrzy jak jedzie, ma w nosie wszystko. Zresztą nie da się zatrzymać w miejscu ciężkiego załadowanego po brzegi wozu.
Bruk aż tętni od podkutych kopyt, metalowych obręczy kół, obcasów przechodniów i gołych pięt rozbrykanych i rozwrzeszcznych dzieciaków.

Stojące wysoko słońce, nagrzewa czarną papę dachów, skutkiem czego atmosfera ciasnej, zakurzonej i tłocznej ulicy gęstnieje jeszcze bardziej, a do wszystkich tych ciepłych zapachów wczesnej jesieni dołącza woń smoły i drewna.


Pod sklepem Feinera mieszczącym się w niewysokiej, krytej stromym dachem kamienicy zebrała się grupka mężczyzn. Nie jest zbyt gorąco, ale oni, pamiętając żar niedawnego lata i tak za chwilę wychylą kufel lub dwa w nieodległej gospodzie. Tuż przy krawężniku stoi mały, drewniany wózek. Czy przywiózł nową dostawę tektury i gładkiej skóry dla mającego tu swój warsztat introligatorski Moritza Mücklera? A może towar do istniejącej tutaj od ponad piętnastu lat drogerii Feinera? Wystarczy uchylić drzwi jego sklepu, aby na ulicę buchnęła symfonia stu zapachów...

Po przeciwnej stronie "Cesarki", opodal wylotu Tiefegasse, tuż przy ogrodzeniu niepozornej, ale starej, ponadstuletniej kamienicy, zebrał się jeszcze wększy tłumek gapiów, zaaferowanych niecodzienną atrakcją, jaką zafundował im przygotowujący się do zrobienia zdjęcia fotograf.

Nieco dalej, w perspektywie ulicy, w narożniku Franzensplatz i Hauptstrasse widać inny, dość spory, ale także wiekowy dom. Stoi tu już od prawie stu lat. Należy do Michaela Neumanna.


Dziwne jest to zdjęcie. Dziwna perspektywa. Niby znajoma, a jakaś obca. Pozornie swojska, a przecież zupełnie nieznana. Oczywiście... Tego budynku już nie ma. Od stu dziesięciu lat istnieje już tylko w przestrzeni papierowego świata pocztówek i starych, nadgryzionych zębem czasu fotografii.

Tak, cały ten nieznany i bliski jednocześnie kosmos, który wychyla się ze starych fotografii, cały ten niespodziewany wszechświat końca XIX wieku patrzący z poplamionego papieru, jest niewiarygodny w swoim wyrazie. Patrzę na tę ulicę, którą codziennie przemierzam w drodze do pracy i, chociaż mam wrażenie, że znam ją doskonale, że poznaję układ tych kamienic, linie bruku, chodników, gzymsów i parapetów, że znajome są mi wszystkie załomy i wzajemne płaszczyzny kamienic, to jednak tak naprawdę nic na tym zdjęciu nie jest takie, jakie znam.

Tymczasem jednak cały ten krajobraz schyłku dziewiętnastego stulecia, tchnie jakimś niezwykłym klimatem. Zapyziałym, prowincjonalnym, zapadłym... A przecież dziwnie znajomym. Zza narożników, z okien, sponad dachów tych starych domów wypływa jakaś nie do końca określona aura ni to historii, ni to baśni.
Tak. To słowo właśnie tutaj, w tych czarno-białych i sepiowych klimatach wydaje się być szczególnie na miejscu: Baśń.

Czasy odległe jak legenda, wypieszczone w marzeniach i nielicznych wspomnieniach. One naprawdę są jak bajka, dotyczą tych samych kamieni i drzew, choć opowiadają o ludziach, których nigdy nie widzieliśmy na oczy, z którymi w życiu nie zamieniliśmy nawet słowa. Ale my wiemy, że oni byli, że chodzili tymi ulicami, oddychali tym powietrzem. Dowody na to leżą przed nami.

Błogi spokój... Hauptstrasse. Najważniejsza komunikacyjna arteria tamtego świata. Jeszcze cicha, jeszcze nietknięta ulicznym chaosem. Jeszcze senna i leniwa. Ciszy nie zakłóca ani pokrzykiwanie majstra nadzorującego wyładunek przy zabudowaniach Fränkla, ani rżenie zmęczonych koni. Nawet wrzaskliwi dotąd chłopcy zamarli bez ruchu patrząc ciekawie a bezczelnie prosto w obiektyw. Każdy z nich w kusych portkach i w kapeluszu na głowie. Boso, ale z fasonem... Dwie kobiety po dwóch stronach ulicy przystanęły, zeby zamienić słowo. Nikomu nie przeszkadzają końskie placki na bruku. Niebawem znikną. Ciepły wieczór, przepełniony będzie aromatami płynącymi z lipnickich ogrodów i z otwartych okien kuchni.

Ja wiem, że to tylko moja wyobraźnia, ja wiem, że idealizuję bezkrytycznie ten świat, który odszedł, czepiając się każdego, najmniejszego nawet okrucha, który wydobywa na światło dzienne tamten czas. Wydobywa i pokazuje prawdę o kształtach, zapachach, zdarzeniach i chwilach, które już nie wrócą. Wiem. I mimo to nie potrafię przestać. Kiedy patrzę na te dokumenty nieistniejącego już świata, mam wrażenie, że gdzieś z oddali, jak przez mgłę, słyszę mistrza Schulza...

"Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem."

2016-01-26 | Dodaj komentarz
Obserwator
2016-01-28 13:53:43
Jak zwylke piękny wpis. Zabrakło mi jedynie dla ubarwienia jednej widokówki ( publikowanej już w innym wydawnictwie ) ukazującej opisywany narożnik Franzensplatz i Hauptstrasse ze wspomnianym domem Neumanna oraz hotelem pod Czarnym Orłem przed przebudową. Może warto go zamieścić?
Maciej P.
2016-01-28 18:59:26
Cóż, z punktu widzenia rzetelności encyklopedycznej może i warto. Jednak tych klika fotografii placu Franciszka Józefa, które posiadam, a które ukazują stan placu przed rozbudową kamienicy Neumanna i Hotelu pod Czarnym Orłem, żadna nie ma w sobie tego "cynamonowego" klimatu. I to raczej je dyskwalifikuje. Ten wpis - znów, niestety, trochę zbyt emocjonalny - to raczej podróż w głąb bialskiego uniwersum, bez krytyczno-analitycznych ambicji. Dziękuję za miłe słowo. Pozdrawia ciepło.
Komentarzy (0)

Widmo

  

czyli

Gloria victis

To była środa. Wczesny marcowy poranek. W promieniach wstającego niemrawo słońca okolica wyglądała jak uśpiona. Nie spała jednak. W kilku miejscach ponad słomiane dachy chałup biły w niebo słupy dymu. Tu i ówdzie, w obejściach, widać było niecodzienny ruch. Raz po raz padały pojedyncze strzały.
Przez wieś szło wojsko...

Równa, karna i zdyscyplinowana kolumna parła na południe żywieckim traktem.
Liczący 1100 żołnierzy szwedzki oddział generała hrabiego Jan Weyharda Wrzesowicza, dotarłszy na skraj wsi, u samych wrót Wilkowickiej Bramy, na pofalowanej równinie, tuż przy zakolu rzeki, wstrzymał pochód. W wąskim przesmyku utworzonym przez stromy stok Łysej Góry i zakole Białej czekała na niego niespodzianka. Dalszej drogi na Żywiec broniła potężna, gęsto obsadzona partyzantami fortyfikacja.

Usypana wedle wszelkich reguł forteca swoimi nieprzeciętnymi rozmiarami robiła spore wrażenie. Największy, czworoboczny szaniec, tkwiący w samym środku wąskiego gardła Bramy Wilkowickiej, wznosił się stromymi ścianami na wysokość kilku metrów. Wieńczący go nadszaniec artyleryjski budził szacunek, mimo, że zza wypełnionych ziemią koszy wyzierała tylko jedna armatnia lufa. Po obu bokach szańca, w pewnym od niego oddaleniu, wyrosły dwa mniejsze szańczyki, połączone z centralną konstrukcją szerokim obwarowanym od północnej, frontowej strony chodnikiem, który dzięki wysokim koszokopom wyglądał jak najeżony grzbiet smoka. W blasku wschodzącego słońca wszystko to, choć groźne, wyglądało wręcz majestatycznie. Ten widok musiał podobać się każdemu żołnierzowi.

Powstańcza załoga w pełnej gotowości obsadziła swoje stanowiska. Centralny szaniec zajęły dowodzone przez dziekana żywieckiego, księdza Kaszkowica zwanego "Kądziołką" główne siły polskie wzmocnione silnym oddziałem chłopów i górali oraz armatą obsługiwaną przez ostrzelanych artylerzystów. Sam dowódca cieszył się wielkim posłuchem wśród żołnierzy, bo kilka miesięcy wcześniej dowodził swymi podkomendnymi w czasie obrony Częstochowy. Lewy, zachodni, bliższy rzece szaniec zajęła piechota chłopska z Mikuszowic i Wilkowic i mieszczanie żywieccy pod dowództwem podstarościch - żywieckiego Marcina Piegłowskiego i czorsztyńskiego, weterana beresteckiego, Jana Karwackiego. Prawe, wschodnie dzieło obsadzili hajducy w liczbie czterech setek, pod komendą administratora łodygowickiego Jana Grzegorza Torysińskiego. Jazda, złożona z kilkudziesięciu lekkozbrojnych ludzi starosty piotrkowskiego Jerzego Ossolińskiego (którą jeszcze dzisiaj, pod Bielskiem rozbił ten sam Wrzesowicz) stała w gotowości tuż przed fortalicją. Wszyscy czekali w napięciu.

Generał Weyhard, mimo wrażenia, jakie uczyniła na nim budowla, natychmiast przygotował swój oddział do ataku. Podzielił go na trzy formacje szturmowe, każdą z nich ustawił naprzeciw jednej z redut. Lewym skrzydłem szwedzkim dowodził major Schacht, prawym oberszter lejtnant Seherr, środkowe, główne siły prowadził sam Weyherd Wrzesowicz. Pierwsza do ataku ruszyła jazda Schachta i skierowała się wprost na gotowych do walki i chcących odebrać srogi rewanż za poranną porażkę kozaków Ossolińskiego. Zwarcie było ostre i szybkie. Niestety dla Polaków - podobnie jak wczoraj - nieudane. W boju śmierć poniosło trzynastu towarzyszy, pozostali rozproszyli się, aby powrócić za szturmującym już wschodni szaniec wrogiem. Walka na reducie rozgorzała krwawa. Obrońcy bronili się zajadle, lecz z każdą chwilą na wały szańca wdzierało się coraz więcej szturmujących.

Walczono o każdy dosłownie skrawek fortyfikacji.

W tym czasie oddział podpułkownika Seherra przypuścił atak na zachodni szaniec broniony przez Piegłowskiego i Karwackiego, których żołnierze również zmuszeni byli bronić się na samych wałach. W tym samym czasie graf Weyhard ruszył największymi siłami na centralny, najsilniejszy fort. Zaatakował z niespotykanym impetem, Wdarł się na wały, licząc na szybki sukces, jednak zawiódł się srodze. Opór, jaki napotkał, był zdumiewający. Odrzucony od korony szańca raz po raz przypuszczał ataki na redutę księdza Kądziołki, który zagrzewał do boju swoich chłopów, samemu się nie oszczędzając.

Przesilenie przyszło niespodziewanie. Prawy szaniec padł pierwszy. Postrzelony został walczący jak lew Torysiński i hajducy, pozbawieni przywództwa, rozbici i pogubieni rzucili się w las, ciągnąc za sobą rannego komendanta. Szwedzi wdarli się na szaniec i natychmiast - sformowawszy szyk - runęli jak burza na centralny okop. Znienawidzony przez wrogów Kądziołka, wzięty w dwa ognie znalazł się w sytuacji tragicznej. Bronił się rozpaczliwie, jednakże trud ten okazał się daremny. Regularna armia ciągle jeszcze górowała nad partyzantami doświadczeniem bitewnym, wyszkoleniem i - przede wszystkim - wojennym duchem. Spędzeni z szańca obrońcy pierzchnęli na stoki Łysej Góry.

Najdłużej bronili się górale Piegłowskiego. Wytrwali kilka srogich szturmów, jednak widząc, w jak fatalnej sytuacji znaleźli się po rozbiciu pozostałych szańców, również i oni - wymęczeni, wykrwawieni, pod groźbą okrążenia - salwowali się ucieczką w ślad za oddziałem księdza Kaszkowica.


Bitwa była przegrana. Na placu boju pozostało wielu rannych partyzantów, którzy - niestety - nie doczekali się litości ze strony najeźdźcy. Szwedzi dobijali wszystkich, którzy dawali oznaki życia. To była prawdziwa rzeź. Podpalano chałupy, w których ukrywali się Polacy (lub w których podejrzewano obecność uciekinierów), spalono Mikuszowice, spalono Wilkowice z folwarkiem, spalono i złupiono całą okolicę...

_________________

Dzisiejszy poranek chyba niewiele różnił się od tego marcowego świtu 8 marca 1656 roku. Powietrze - mimo alarmu smogowego - było dość czyste i przejrzyste, na stokach Łysej Góry leżał śnieg, a Bielsko - podobnie jak 360 lat temu - było widoczne jak na dłoni.


Wydarzenia, które w miejscowej historiografii zapisały się pod nazwą Bitwy na Mikuszowickich Szańcach, miały miejsce właśnie tutaj, na południe od Mikuszowic, pomiędzy zboczami Łysej Góry, a korytem rzeki Białej. O zajściu wiemy doskonale z dwóch źródeł. Jedno z nich to "Dziejopis Żywiecki" Andrzeja Komonieckiego, a drugi to relacja naocznego uczestnika bitwy, samego generała Wrzesowicza.

Mikuszowicka Boża Męka. Miejsce pochówku 13 szlachciców z oddziału Jerzego Ossolińskiego. Krzyż stał tutaj, w dolince potoku Skleniec, jeszcze przed potyczką. Ten, który stoi dziś, jest kolejnym w tym miejscu. Według opracowania mgr Justyny Liro z Instytutu Geografii i Gospodarki Przestrzennej Uniwesytetu Jagiellońskiego, ten, który możemy oglądać obecnie pochodzi z 1828 r.


Na marginesie drobna dygresja. Otóż z tym krzyżem i z potyczką powstańczą wiąże się pewna, dość ciekawa wątpliwość. Dlaczego pod Bożą Męką pochowano tylko 13 żołnierzy z jazdy starosty, chociaż w bitwie życie oddało znacznie więcej obrońców? Światło na sprawę rzuca zapiska u Komonieckiego. Dziejopis informuje:

"Szwedzi w jedynastu set żołnierza kommunnego napadli na szańce od Bielska mikuszowskie. Gdzie szlachty polskiej kilkadziesiąt wprzód przyskoczyło do szańców, konnych, chcąc na obronę szańców do naszych przystać; ale nasi im nie uwierzyli, bojąc się jakiej zdrady od Szwedów. Którzy powracając, na tych Szwedów napadli i trzynastu nad folwarkiem mikuszowickim Szwedzi zabili."

Oto i ciekawa, a nawet nieco zdumiewająca relacja! Rozbity w potyczce pod Bielskiem oddział jazdy salwujący się ucieczką pod same szańce; nieufni partyzanci Kądziołki i Torysińskiego, którzy z obawy przed podstępem nie przyjęli ich w szeregi obrońców. Ba! Być może nawet przywitali ogniem! Wreszcie sam Ossoliński, w sytuacji bardzo szczególnej, decyduje się na krok - jak sądzę - rozpaczliwy i ostateczny: samobójczy, pozbawiony jakichkolwiek szans powodzenia atak na Szweda.

Czy pochowanie 13 towarzyszy pod krzyżem było ze strony partyzantów wyrazem uznania waleczności poległych i swojej wobec nich winy? Spóźniony hołd i ekspiacja jednocześnie? Bardzo to możliwe.


Określenie Mikuszowickie Szańce, jakkolwiek nazwa ta wydaje się być nieco na wyrost, bynajmniej przesadą nie jest. Bitwa, jaka miała tu miejsce, mimo iż z taktycznego punktu widzenia była potyczką niewielkiej miary, to już z punktu widzenia strategii całego polsko-szwedzkiego konfliktu - raczej trudna do przecenienia. Istnieją podejrzenia, że to właśnie ta potyczka, choć przegrana, wystarczająco skutecznie wstrzymała szwedzki pościg za polskim monarchą i udaremniła pojmanie uciekającego króla Jana Kazimierza, a co za tym idzie umożliwiła mu niedługo potem tryumfalny powrót i ostateczne zwycięstwo.
I tego się trzymajmy.


Oto sceneria wydarzeń, jakie rozegrały się tu w czasach Potopu szwedzkiego. Blady, monochromatyczny omalże krajobraz na swój sposób pobudza jednak wyobraźnię. Właściwie gdyby nie te domy, gdyby nie sieć przesyłowa, nie różniłby się wiele od tego z roku 1656. Ta sama zimna, zaśnieżona, porosła chaszczami i pofalowana równina.


Dziś po Szańcach Mikuszowickich nie ma już śladu. Istniały długo (nawet bardzo długo, jak na siedemnastowieczne umocnienia), bo do lat trzydziestych XX wieku. To pośrednio świadczy o rozmachu, z jakim przygotowano te dzieła fortyfikacyjne. Musiały być naprawdę potężne, skoro przetrwały w krajobrazie prawie trzysta lat, a w dodatku ich koniec związany był nie z degradacją naturalną, ale z ziemnymi pracami niwelacyjnymi.
Tak, niewątpliwie było to imponujące przedsięwzięcie. Znana jest bezpośrednia relacja samego generała Wrzesowicza, który, spostrzegłszy, z jak wielkim dziełem fortyfikacyjnym ma do czynienia, wyraził nawet przypuszczenie, że robotę tę wykonali biegli w tej sztuce Holendrzy. Mylił się.

W istocie Szańce Mikuszowickie powstały niewiele wcześniej, właśnie w związku z zagrożeniem szwedzkim. Były to umocnienia wchodzące w skład całego systemu obrony Żywca przed atakiem z północy. Pozostałe dwie fortalicje istniały jeszcze w dolinie Soły, w Międzybrodziu i na Przełęczy Kocierskiej.

Wprawdzie inne źródła przypisują powstanie tych fortyfikacji okresowi nieco wcześniejszemu, a mianowicie czasom konfliktu Stanisława Warszyckiego z władzami austriackimi i słynnej "wojny" o Mikuszowice Śląskie i las miejski (dziś Cygański), to jednak istnieje podejrzenie, że w czasach "Pana na Łodygowicach" umocnienia te były dużo lichsze, a ich ostateczny kształt miał związek jednak z Potopem i bezpośrednim zagrożeniem ze strony wojsk szwedzkich.

Przechadzając się pośród pagórków, które dawno temu były świadkami krwawych zdarzeń, próbując umiejscowić, choćby w przybliżeniu owe Szańce Mikuszowickie, w oczy rzucił mi się jeden, dość szczególny fakt. W istocie teren ten jest dziś miejscami zupełnie niezurbanizowany, można wnosić, że nie był on zurbanizowany nigdy. Tym bardziej zadziwia, że dziś nie ma po tych, niegdyś olbrzymich założeniach ani śladu.
Tak, wiem, władze miasta w czasach II RP teren wyrównały. Zastanawia jednak, po co i dlaczego, skoro ostatecznie nic tu nie powstało? Częściowo można to tłumaczyc poszerzaniem drogi na Żywiec, częściowo inwestycjami prywatnymi. Ale czy jest to wystarczające wytłumaczenie?

Sprawa zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłem dokonać małego rekonesansu terenowego. Niestety w naturze wszystko jest zbyt zamazane, nieczytelne i wieloznaczne. Na dobrą sprawę każdy wał, każda napotkana nierówność terenu, których tutaj pełno, mogła stanowić jakiś relikt umocnień, a mogła też być formą ze wszech miar naturalną.

Żeby rozwiać wątpliwości postanowiłem przejrzeć dostępne mi mapy tego terenu z okresu przed niwelacją, mając nadzieję, że uda mi się odnaleźć chociaż ślad, choćby nikłą wskazówkę, pozwalającą na dokładniejsze usytuowanie szańców. Tylko na dwóch mapach, jednej dość ogólnej i jednym nieco dokładniejszym odwzorowaniu topograficznym udało mi się odnaleźć coś, co przypomina poszukiwany kształt.

Na tej ogólnej austriackiej mapie (Franziszeische Landesaufnahme 1806-1869) z początku XIX wieku, rzuca się w oczy przede wszystkim ciekawa struktura, oznaczona wzdłuż potoku, który da się zidentyfikować jako spływający z Josefbergu Skleniec (tuż obok napisu "Wilkowice"). Struktura jest wyjątkowa w skali całego przedstawionego obszaru. Wprawdzie nie sprawia wrażenia regularnej formacji obronnej, jeśli jednak jest to forma naturalna, charakteryzuje się wyjątkową stromizną typową dla obszarów górskich. Być może Skleniec był wówczas szczególnie głęboko wciętym w podłoże potokiem, warto jednak zwrócić uwagę, że na mapie strome skarpy nie są związane tylko ze strumieniem, zaznaczono je również poza przebiegiem koryta, szczególnie na północy. Co więcej: kreskowanie, sugerujące strome zbocza, ciągnie się nieprzerwanie od szosy żywieckiej aż do rzeki. To daje do myślenia.

Oto fragment mapy z roku 1906 z zaznaczonym na niej krzyżem. Opodal widać charakterystyczną, nienaturalną, dominującą nad okolicą wyniosłość o charakterze kopca. Czy to nasz szaniec? Jeśli tak, dlaczego na północny zachód od krzyża, zamiast na południe?

Można uznać, że to nic innego, jak pomyłka lub nieścisłość w odwzorowaniu, co w przypadku mapy o takiej skali nie byłoby niczym szczególnym. Podobnie jednak sprawa przedstawia się w przypadku późniejszej o sześć lat Spezialkarte der österreichisch-ungarischen Monarchie. Być może skala mapy (1:75 000) rzeczywiście jest już zbyt mała, aby wystarczająco wiernie i miarodajnie odwzorować teren, dlatego aby rozwiać wątpliwości postanowiłem uciec się do nowszej techniki. Uznałem, że odwzorowanie lidarowe da bardziej rzetelny odczyt.

Piękny obraz lidarowy okolic krzyża. Głęboko wcięte koryto potoku Skleniec (1), równa jak stół płaszczyzna na południe od cieku (2) i żadnych pozostałości fortalicji... Pewną nadzieję budzi nienaturalna, bo zbyt kształtna formacja na południowy wschód od koryta Skleńca (3), tuż przy drodze żywieckiej. Pozornie wygląda jak pozostałość wydłużonego nasypu, do złudzenia przypomina nawet szaniec z wyodrębnionym nadszańcem. W dodatku jego położenie dokładnie w linii największego przewężenia Bramy Wilkowickiej sugeruje militarną celowość tego założenia. Niestety wyrazistość kształtu podpowiada, że mamy do czynienia z tworem współczesnym, co potwierdził rekonesans w terenie. Jest to nasyp utworzony stosunkowo niedawno, być może jako dojazd do szosy. Czy wykorzystuje bardziej pierwotne konstrukcje? Tego nie wiem i chyba trudno będzie to rozstrzygnąć.

Według siedemnastowiecznych reguł wojennych, szańce obronne, budowane w terenie wymuszonym (a Brama Wilkowicka jako miejsce najlepsze w okolicy pod pod tego typu dzieło, była przecież jak najbardziej lokalizacją wymuszoną) budowano zazwyczaj w taki sposób, aby wszelkie naturalne przeszkody terenowe służyły obrońcom. Można uznać, że dość strome jeszcze i dziś brzegi potoku Skleniec wykorzystano jako naturalną fosę na przedpolu reduty, dzięki czemu uzyskiwano dodatkowe metry stoku skarpowego. Aby miało to sens, sam szaniec musiałby być usypany bezpośrednio przy potoku, a więc o kilka lub kilkanaście metrów od miejsca, gdzie dziś znajduje się krzyż z pamiątkowym kamieniem. Wiele więc wskazuje na to, że szańce usypano właśnie opodal krzyża, który wówczas już tam zapewne stał (co wyraźnie opisuje Komoniecki). Dlatego tym dziwniejsze jest to, że do dziś, w spodziewanym miejscu nie pozostał nawet najmniejszy, widoczny na lidarze regularny ślad.

Pytanie jednak: czy szańce rzeczywiście posadowiono na południe od Skleńca? Czy nie mogło być tak, że szańce leżały od niego... na północ? Tak, jak sugeruje chociażby mapa Spezialkarte der österreichisch-ungarischen Monarchie? Pomyślmy.

To, co powyżej napisałem o regułach budowania umocnień ziemnych jest oczywistością. Wykorzystanie głębokiego strumienia na przedpolu jako fosy to fortyfikacyjne abecadło. Ale czy od tej reguły nie było nigdy odstępstw? Czy nie stosowano również innych rozwiązań?


A co, jeśli zamiast pełnych wielobocznych szańców zamkniętych ze wszystkich stron, w mikuszowickiej twierdzy mieliśmy do czynienia z lunetami?
W żadnym źródle, ani u Komonieckiego, ani u Wrzesowicza opis umocnień nie daje nam podstaw do tego, by uznać, że te "holenderskie" imponujące fortyfikacje były pełnymi, zamkniętymi szańcami.

Luneta to dzieło forteczne umocnione od czoła i z boków, natomiast zupełnie otwarte i w pełni dostępne od tyłu. Tego typu fortyfikacje stosowane były choćby pod Chocimiem w 1621, gdzie zespół lunet i koszokopów ciągnął się setkami metrów, a szańce Weyhera, Życzewskiego, czy Denhoffów, mimo, że otwarte od tyłu, doskonale spełniły swe zadanie.
Czy w naszym przypadku można brać takie rozwiązanie pod uwagę? Sądzę, że tak. Więcej. Budujący te umocnienia Warszycki nie miał wiele czasu, myślę, że mógł wystawić przeciw Austriakom lunety, bo tak było szybciej. Aby jednak zabezpieczyć je w pełni ze wszystkich stron, posadowił je tak, aby Skleniec... mieć z tyłu i wykorzystać potok jako naturalną osłonę przed atakiem od strony Żywca.

Sprawa więc - dość niespodziewanie - układa się w całkiem sensowną całość. Szańce posadowiono na prawym, północnym brzegu Skleńca i to dlatego dziś nie ma po nich śladu, ponieważ to właśnie na prawym brzegu wybudowano w XX wieku kilka domów, których postawienie wymagało niwelacji (brzeg lewy natomiast pozostał niezabudowany - po cóż więc było go niwelować?).

Usypanie umocnień świetnie też koresponduje z sugestiami zawartymi na mapach, gdzie wybitne anomalie geomorfologiczne ukazane są właśnie na północ od potoku. Wreszcie, last but not least, ostatni argument.

Jeśli założymy, że szańce faktycznie leżały - jak chce powszechna opinia - na południe od potoku Skleniec, to rodzi się ciekawe pytanie: dlaczego zwą się one... Mikuszowickimi? Przecież Skleniec jest w tym miejscu administracyjną granicą miasta, w przeszłości zaś był południową granicą Mikuszowic. W związku z tym wszystko, co znajdowało się na południe odeń, to już... Wilkowice! Zatem chyba raczej Szańce Wilkowickie! Czy nikt tego nie zauważył?


A jakże! Pan Władysław Wala ze stowarzyszenia "Wrota Beskidów" już dawno temu dostrzegł tę nieścisłość i postulował, aby szańce, skoro leżą (i historycznie również leżały) w granicach Wilkowic, zacząć nazywać wilkowickimi, a nie mikuszowickimi. Cóż, trudno odmówić rozsądku. Ale czy pan Wala ma rację?

Może nasi przodkowie, nadając szańcom nazwę "Mikuszowickie", naprawdę wiedzieli, co robią? Może dawali w ten sposób do zrozumienia, że szańce naprawdę leżały... w Mikuszowicach, a więc na północnym brzegu granicznego potoku?

Chyba coś jest na rzeczy...

2016-01-09 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (3)

Pomruki

  

czyli

Entropia miasta

Grudniowy późny wieczór. Chłodny, szary i zamglony.

Ostatni zmarznięci przechodnie ze wzrokiem wbitym w chodnik, z twarzami poszarzałymi ze zmęczenia, mijają się w drodze do domu, nie zwracając na siebie uwagi. A może to tylko złudzenie. Jest ciemno, nie widzę przecież ich twarzy. Nie znam myśli, ani pragnień.

Siedzę na zimnej ławce tuż przy teatralnym podjeździe, za plecami mam stromy skłon kolejowego torowiska i mimo, że chłód wciska się pod kurtkę i koszulę, beznamiętnie wpatruję się w masywną, ciężką bryłę zamku wiszącą nad ruchliwą jeszcze, mimo pory, ulicą. Zwalista sylwetka twierdzy góruje nad całą okolicą nie tylko fizycznie, nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Odcina się od rzeczywistości i przywołuje na myśl odległe lata, kusi, aby choć rzucić okiem na nieistniejące już dziś zdarzenia, krajobrazy, słowa. Aby spróbować chociaż na chwilę odetchnąć ówczesnym powietrzem, zobaczyć tamto niebo, poczuć pod palcami fakturę tamtych ceglanych ścian i drewnianych futryn. Mami.

Mrok robi się coraz gęstszy. W przedziwny sposób nie rozświetlają go uliczne latarnie ani samochodowe reflektory. Powoli zapadam się w ten ciepły przyjazny stan oderwania od rzeczywistości, od teraźniejszości. Pozostają tylko kontury, tylko ogólne kształty, które już wcale nie są kształtami tak dobrze mi znanymi, ale przypominają te odległe, nieistniejące, dawno odeszłe. Tkwiące tylko na starych pożółkłych fotografiach.

Takich jak ta jedna, tajemnicza, na którą natknąłem się zupełnie niespodziewanie...


Surowa, szaro-żółta ściana muru zamkowego, a raczej muru oporowego zamkowej skarpy wygląda tu łudząco podobnie do muru dzisiejszego. Jednak to nie jest ten sam mur. Ten, który widać na fotografii to mur kamienny jeszcze z okresu sprzed słynnych - będących wizytówką tej części miasta - bazarów. Fotografia więc pochodzić musi sprzed roku 1898. W tymże bowiem roku zdecydowano się zburzyć nadwerężony, grożący zawaleniem mur oporowy i postawić nowy, dobudowując doń ciąg wymurowanych w klasycystycznym stylu bazarów zamkowych na Wysokim Trotuarze. Pomysł przebudowy tego fragmentu ulicy pojawił się już w początkach lat osiemdziesiątych, brakło jednak i pieniędzy, i woli. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, jedno i drugie znalazło się natychmiast po tym, jak w 1897 roku zawalił się spory fragment muru vis-a-vis budynku nowo powstającej poczty. Okazało się wówczas, że nie można dłużej zwlekać z remontem, w 1898 roku zabrano się więc do pracy.

Oznacza to, że na tym archiwalnym zdjęciu widać stare, jeszcze szesnastowieczne umocnienia sprzed przebudowy. Widać też całą masę innych niesamowitych szczegółów. Brak tutaj trakcji tramwajowej (co precyzuje datowanie fotografii na okres pomiędzy rokiem 1890, kiedy stanął teatr, a grudniem 1895, kiedy to otwarto linię kolei elektrycznej). Brak także charakterystycznego klombu z fontanną. Prace przygotowawcze do jego założenia rozpoczęły się w kwietniu 1895. Widać tylko owalny podjazd do teatru.

Co jeszcze widać? Widać furtę w murach, która wykorzystywana była do komunikacji pomiędzy zamkiem, a zamkowym parkiem. Jej niezbyt wyszukany, prostokątny kształt daje jednak do myślenia. Jeszcze na litografii Johanny'ego, datowanej na 1801, rok furta ta jest opatrzona w piękną, barokową lub renesansową oprawę z bardzo ciekawym detalem.


Jeżeli jest to więc - jak chcą historycy - mur szesnastowieczny, to prawdopodobnie w jego przebiegu z całą pewnością przeprowadzano prace remontowe pomiędzy 1801, a 1897 rokiem. A może po prostu katastrofa budowlana z 1897 roku objęła swym zasięgiem również i furtę wschodnią, odbudowano ją więc w prostej formie licząc się z nadchodzącym poważnym remontem...

Ta ostatnia ewentualność mocno mi nie pasuje. Na pochodzącej z 1870 roku ilustracji, ukazującej zamek i mur zamkowy od strony książęcych ogrodów (jeszcze przed poprowadzeniem linii kolejowej) furta już posiada ten prostacki prostokątny kształt. Oznacza to, że przebudowy furty dokonano wcześniej. Kiedy? Nie wiem. Może po pożarze w 1808, może w 1836. A może podczas przebudowy w 1855 r...

To ostatnie jest - dla odmiany - bardzo możliwe. Tym bardziej, że właśnie w 1855 roku potężny, zakrojony naprawdę na wielką skalę remont zamku zaczął się właśnie od kaplicy. Niewykluczone więc, że nieco późniejsza organizacja górnego ogrodu zamkowego w międzymurzu połączona była z przebudową furty (wówczas już niezbyt pasującej do planowanego ogólnego wyglądu zamkowej bryły).

Cóż, teraz już tego nie rozstrzygnę.

Kontury starego zamku rozpływają się powoli. Mrok staje się coraz gęstszy, a ja ciągle siedzę na zimnej ławce i wpatruję się w poszarzałe mury warowni. Mury, które - jakby na złość, jakby zupełnie celowo - znów przypominają o sobie. Kilkanaście dni temu zaczęła się wybrzuszać i osypywać zewnętrzna warstwa muru nad trotuarem. Ściana znów postraszyła katastrofą, znów pogroziła palcem. Tym razem - na całe szczęście - groźba dotyczyła tylko zewnętrznej, ceglanej okrywy licowej. Wewnętrzne warstwy, te, które stabilizują tę część zbocza, rzekomo pozostały nienaruszone.

Niemniej faktycznie trochę powiało grozą. Zamkowe wzgórze, jak śpiący olbrzym, znów dało o sobie znać, przebudziło się z głębokiego, ponad stuletniego snu, z którego nie zdołały go przebudzić nawet poczynania dworu pana Kobieli w latach siedemdziesiątych. Trotuar został zamknięty dla ruchu pieszego, trwają rozmowy na temat sfinansowania remontu, ślą się interpelacje, krzyżują argumenty, a na pieniądze, jak się okazuje, raczej nie ma szans.

Teoretycznie groźby osunięcia muru nie ma. Teoretycznie... Solidne betonowe oparcie ciągle jest w dobrym stanie. Można więc spać spokojnie. Teoretycznie.

Mrok zapadł już całkiem nad bielskim zamkiem. Kolorowe świąteczne instalacje rozpraszają ciemności i rozweselają krajobraz, ale mnie nie jest do śmiechu. Dominująca bryła warowni znów pokazała, jak dalece tkanka miasta jest tkanką żywą i dynamiczną, jak bardzo delikatna i wrażliwa jest niewzruszona wydawałoby się, odwieczna, opoka, na której wzniesiono nasz gród. I jak dalece ta niewzruszoność jest złudzeniem.

Wystarczy się rozejrzeć. Katastrofalne oberwania brzegów Białki w czasie ulewnych deszczów, czy to w Parku na Blichu (oczywiście dawno naprawione), czy przy "Wokulskim" (nadal straszy); siejące spustoszenie wiatrołomy; pękające ściany kamienic Schuberta i Giebnera nad tunelem kolejowym, zapadające się chodniki i jezdnie, wreszcie zamkowy mur... Żaden fragment miasta nie jest wolny od tego zagrożenia, o czym można się było przekonać w 1998 r., również w grudniu, kiedy zawaliła się zabytkowa kamienica w samym centrum starego miasta...

To nie jest drobiazg. Miejska entropia - nawet dziś, w tak hołubionym XXI, bezpiecznym, technologicznie zawansowanym, zaprojektowanym i zaplanowanym stuleciu - ciągle daje o sobie znać. Przemożna tendencja natury do zmierzania w kierunku nieuporządkowania przejawia się i tutaj. A może nawet tutaj szczególnie mocno. Znieczuliliśmy się na nią. I na jej oznaki. Destrukcja potrafi być bardzo podstępna i skryta. Czasem tylko, ostrzegawczo, wydaje złowieszcze pomruki.

I trzeba na nie reagować natychmiast.

Póki jeszcze czas.

___________________________________

Dziękuję wszystkim Komentatorom! Dziękuję za życzenia, za uznanie i troskę. Zapewniam więc gorąco, że bez względu na cokolwiek, blog Liceum mundi w kształcie obecnym, zmienionym, lub w ostateczności (z powodów obiektywnych) przeniesiony na zupełnie inną platformę, tak czy siak kontynuowany będzie. Rezygnować nie zamierzam.

Mam nadzieję, że będziecie mnie w tym wspierać. Rzecz jasna nie sami, bo do spółki ze św. Mikołajem, patronem miasta, ma się rozumieć.

2016-01-03 | Dodaj komentarz
MarianS.
2016-01-03 18:01:32
Niby w paru zdaniach (ale jak naisanych!) powiało grozą. Te pęknięcia, osuwiska, osiadania.... - czułem jakby to się działo tu i teraz, a jednak nie, bo przecież objęło to szmat czasu. Sama przyjemność w czytaniu, dzięki. Pozdawiam.
andrzej
2016-01-15 15:43:43
Opisywana przez Autora wizja katastrofy tektonicznej , to nie jest straszenie „czarną wołgą” albo porwaniem dla przeszczepu nerek. Ja także ufam technice i myśli inżynieryjnej ale patrząc wstecz musimy sobie uświadomić, że miała tu miejsce niezła obsuwa. Mam na myśli północno-wschodni narożnik zamku, w miejscu obecnego tarasu nad przejściem dla pieszych przez ul Zamkową. Żadna to tajemnica ,iż to właśnie w tym miejscu ubyło nam trochę ( albo i więcej niż trochę) skarpy wzgórza zamkowego. Nie natrafiłem jednak nigdzie na zapis o tym kiedy to miało miejsce. Musiało to wyglądać spektakularnie i napędziło zapewne sporo strachu panującym na Wzgórzu. Uświadomiłem to sobie wyraziście , kiedy trzy lata temu, przy okazji bodajże Światowych Dni Dziedzictwa Kulturowego, miałem okazję zajrzeć do pomieszczeń piwnicy zlokalizowanych w tymże narożniku zamku. W ścianie wschodniej tejże , znajduje się wtórnie wykuty otwór. Nic nadzwyczajnego. Ciekawe jest dopiero obejrzenie, na jakiej wysokości znajduje się on po zewnętrznej stronie tego grubego muru. Ładnych parę metrów. A zatem piwnica jest usytuowana dużo powyżej obecnego poziomu terenu. To tak ku przemyśleniom. I jeszcze jedna uwaga. Proszę uważać podczas swoich peregrynacji po przedwiecznym Bielsku na napotykane tam postaci. Jeśli pojawi się tam osoba ubrana w znajomo współczesne ciuchy, to nie będzie złudzenie. Ja bowiem, także zapuszczam się na przechadzki po dawnym mieście i odwiedzam te same zaułki. Wydaje mi się, że w wyobraźni ale kto wie …. Do zobaczenia zatem.
Maciej P.
2016-01-22 22:30:49
Sprawa osunięcia północno-wschodniej części muru zamkowego bardzo mnie kiedyś zajmowała. Zastanawiałem się, jakie okoliczności mogły spowodować tak potężną przecież katastrofę budowlaną. Według wszelkiego podobieństwa miała ona miejsce w drugiej połowie XVI wieku. Być może była spowodowana naturalnym osunięciem się ziemi, ale ponieważ miała tak dużą skalę, bardziej prawdopodobne wydaje się, że za ten stan odpowiedzialna była ingerencja ludzka. I to w pewnym sensie planowana. Znaczy się wojna... Myślę, że jedyne działania wojenne, które mogły doprowadzić do osunięcia się tego fragmentu skarpy (grubo ponad pół tysiąca m3 ziemi), a w konsekwencji do rozebrania całego północno-wschodniego narożnika, to rok 1587 i kampania Maksymiliana Habsburga, wspomaganego przez Tatarów i Kozaków. Skądinąd wiadomo, że ci ostatni splądrowali miasto i - z dużym prawdopodobieństwem - oblegali zamek. Czy do katastrofy doszło wówczas? Tak sądzę.
Komentarzy (4)

A jednak się snuje!

  


czyli

w poszukiwaniu wody


Pod jednym z poprzednich wpisów wynikła bardzo ciekawa dyskusja na temat miejscowych nazw, które albo miały bardzo wąski krąg użytkowników, albo ich użycie zamknięte było w dość krótkim, niemającym kontynuacji czasie. W dyskusji tej padł pomysł, aby utworzyć coś w rodzaju słownika nazw nieznanych, nie do końca znajomych, lub też zapomnianych.

Od tego czasu, proszę mi wierzyć, myśl o utworzeniu takiego słownika nie dawała mi spokoju. Myślałem usilnie nad sporządzeniem chociażby listy określeń zapomnianych, które figurują już tylko na starych niemieckojęzycznych mapach, albo - co dużo trudniejsze w pozyskaniu - jedynie w świadomości i pamięci wąskich, coraz węższych, kół starszych ludzi. Na liście tej, prócz nazw już w tym blogu poruszanych (Blich, Pastornak, Kozielec), znajduje się jeszcze całkiem spora grupa nazw, które powoli odchodzą w zapomnienie i z pewnością - jeśli nie zostaną przypomniane - odejdą tam na zawsze. Prace nad słownikiem pełną parą ruszą od stycznia, o postępach będę informował na bieżąco (rzecz jasna Wasze propozycje do słownika będą bardzo mile widziane).

Dziś jednak - pominąwszy te wszystkie Konfirunki, Zabawy, Gutaje i Szaleńce - swoją uwagę chciałbym zwrócić znów ku ścisłemu centrum miasta i przywołać z otchłani (nie)pamięci coś, co - wydawałoby się - już dawno zostało zapomniane: prawdziwą nazwę Nipru.

Potok o wdzięcznym imieniu Niper, od 1863 roku skanalizowany pod powierzchnią ulicy, to jeden z najkrótszych potoków na terenie miasta. Jego długość szacuje się na ok. 800 metrów, choć w istocie (zmierzywszy jego pierwotny, nieuregulowany, bieg) miał ponad kilometr długości. Niper obecny jest w świadomości każdego bielszczanina, który ma choćby mgliste pojęcie o mieście. Każde dziecko wie, że pod powierzchnią ulicy Nad Niprem przepływa ujęty w karby betonowego koryta stary potok. To jest absolutne abecadło.

W zachodniej części Bielskiego Syjonu, w miejscu, gdzie dziś znajduje się parking przy Augustanie, przebiegała kiedyś dolinka Nipru, której morfologiczne pozostałości są widoczne również na powyższej fotografii. Łagodny skłon zbocza doliny, na którym znajduje się dom kantora, wyznacza północną krawędź koryta strumienia. Na tym zdjęciu potoku rzecz jasna już nie ma, od kilku dekad jest przykryty dla oczu przechodniów. Dziś nikt już nie pamięta, że dołem płyneła kiedyś woda.

Można więc przypuszczać, że o Niprze właściwie ciężko powiedzieć coś nowego i odkrywczego, trudno w kwestii cieku istniejącego w dodatku już tylko w wyobraźni, bo od dawna zakrytego dla ludzkich oczu, odkryć cokolwiek świeżego i nowego. A jednak. Kilka miesięcy temu, podczas prac przymiarkowych do "słownika nazw zapomnianych", natrafiłem na dość szczególny trop, który sprawił, że na potok Niper zacząłem patrzeć zupełnie inaczej.

Oto w tracie przerzucania materiałów zgromadzonych przez redaktora Świerka, udało mi się dotrzeć do uczynionych przez niego i opatrzonych komentarzem zapisków z lektury i z rozmów z jednym z najlepszych znawców straceńskiej gwary, autochtonem i gawędziarzem, panem Józefem Zającem. W notatkach na temat nazw własnych okolicznych punktów topograficznych pojawiła się także nazwa Niper.

Pan Zając z całą stanowczością twierdził, że nazwa Niper jest tylko wtórnym, niemieckim tłumaczeniem starej polskiej nazwy tego potoku, bardzo często jeszcze w XIX wieku spotykanej na całym obszarze Beskidu Żywieckiego (gwara straceńska jest i zawsze była gwarą górali żywieckich!). Jak brzmiała ta nazwa?

Snóska. Oto prawdziwe imię najbardziej tajemniczego potoku miasta. Snóska - strumień, strumyk, potoczek. Wolno toczący swe wody, snujący się zakolami, kluczący pomiędzy polnymi zagonami i leśnymi ostępami.

Zdumiewające. Przyznam szczerze, że sprawa ta rozbudziła moją wyobraźnię i przyjrzałem się problemowi bliżej. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale istotnie: niemieckie słowo "nippen" jest dokładnym odpowiednikiem polskiego "snować", "snuć", a w kontekście hydrologicznym odpowiada polskim słowom "sączyć", "ciec", "ciurkać". Czy więc możliwe jest, że Niper faktycznie kiedyś nosił inną, choć przecież znaczeniowo bardzo zbliżoną, polską nazwę?

Tutaj rodzi się pierwsza wątpliwość. Jeśli rzeczywiście Niper miał (zarówno w niemieckim jak i w polskim znaczeniu) sączyć się i meandrować, to... gdzie te meandry?

Każdy, kto dziś spojrzy w perspektywę ulicy Nad Niprem w jednej chwili zorientuje się, że potok Niper biegł tutaj prosto jak z bicza strzelił. Nie mógł biec inaczej. O żadnych meandrach mowy być nie mogło. Zgoda. Od końca XVIII wieku, na odcinku od bielskiego Syjonu aż do placu Garncarskiego potok z całą pewnością płynął równym, prostym korytem, które przebiegało przy prawej (patrząc od Syjonu), południowej pierzei ulicy, tuż pod murami domów. Jedyną anomalią w przebiegu koryta strumienia był zakos na Töpferplatz (który w 1863 r. zniwelowano, przeprowadzając kanał cieku na wprost, wzdłuż północnej pierzei placu) oraz łagodny skręt kilkadziesiąt metrów przed ujściem do Białki. Zatem gdzież ta meandrująca Snóska?

Być może nazwa tak naprawdę nawiązywała nie do krętego biegu potoku, lecz do niewielkiej ilości wody, którą niósł? Ta teza jest prawdopodobna, ale w tym wypadku chyba nieprawdziwa. Potok - przed melioryzacją Górnego Przedmieścia - musiał nieść przyzwoite ilości wody, bo od tego uzależniony był byt kilku zakładów położonych nad jego brzegami - mydlarni Fibera przy późniejszej Strzelniczej, fabryki sukna Kergera i fabryki Batheltów, czy farbiarni Zipsera na Dolnym Przedmieściu. Ta teoria musi więc upaść. Niper był Niprem z zupełnie innego powodu.


O jego prawdziwej naturze mówi nam wiele jego stary, widoczny jeszcze na planie katastralnym z 1836 roku przebieg. Biorący swój początek gdzieś w okolicy dzisiejszego skrzyżowania ul. Moniuszki z ul. Sobieskiego ciek, pomiędzy źródłem, a Syjonem, jeszcze w XIX wieku był typowym dzikim potokiem.

Na planie widać wyraźnie prawdziwe oblicze potoku. Snuje się swobodnie zakolami, pomiędzy niwami Górnego Przedmieścia, spływając ku centrum miasta. Można sądzić, że zanim w 1782 roku przystąpiono do zabudowy bielskiego Syjonu, a potem do częściowej zabudowy samego koryta, potok Niper na całej prawie długości tak właśnie wyglądał.

A więc jednak się snuł?

Ależ tak. Plany miasta Bielska pokazują, że dopiero od drewnianego mostu na Syjonie Niper jest uregulowany i ujarzmiony. Powyżej, ponad ulicą Strzelniczą (dzisiaj Listopadowa) ciągle płynął "pradawnym", dzikim, nieuregulowanym korytem. Źródło wysączało się na tyłach nieistniejącego już dziś domu o numerze konskrypcyjnym 158. Obecnie w tym miejscu stoją trzy bloki osiedla SM "Strzecha". Dalej potok spływał łagodnie ku wschodowi, zbierając wody pomniejszych cieków (największy z dopływów łączył się z Niprem w miejscu gdzie dzisiaj stoi nowy gmach szkoły muzycznej).

Dzisiejszą ulicę Wyspiańskiego przecinał skosem nieco na północ od murów Zespołu Szkół Gastronomicznych i Handlowych i spływał dość gwałtowną kaskadą ku polom i dzisiejszej ulicy Listopadowej, gdzie znów uspokajał się i aż do mostku na Syjonie płynął łagodnie klucząc pośród wysokich traw u stóp północnej skarpy cmentarza kościoła Trójcy Przenajświętszej.

Na tyłach starej, osiemnastowiecznej zabudowy, w szczerym polu brał swój początek potok Niper. Jego kolebką były ogrody domu nr 158, późniejszej realności przy Sobieskiego 44. Stąd zaczynał swoją krótką podróż, leniwie ciecząc przez puste przestrzenie przedmieścia.

Oto i niespodziewanie nazwa Snóska nabiera sensu.

Potok faktycznie snuje się i ciurka. A właściwie: snuł i ciurkał. Dziś - wskutek całkowitej zmiany stosunków wodnych panujących na Górnym Przedmieściu - zanikł niemal zupełnie (woda w kanale odprowadzającym pojawia się tylko w okresie intensywnych i długotrwałych deszczy).

Dobrze. A teraz, na zakończenie, małe sprostowanie. Napisałem na wstępie, że nazwa Snóska jest nazwą prawdziwą. Można by sądzić, że uznałem, iż nazwa Niper prawdziwą nie jest. To nie tak. Bielsko jest miastem specyficznym. To rzeczywiście stara, niegdyś niemieckojęzyczna wyspa wśród żywiołu polskiego. To specyficzny obszar, którego mieszkańcy od wieków posługiwali się niemczyzną i to ona stanowiła najistotniejszy element budujący językową tożsamość tych okolic. Stwierdzenie, że Niper nie jest prawdziwą nazwą, byłoby horrendalnym nieporozumieniem. Przekłamaniem i bzdurą.

Można więc założyć, że obie nazwy - ponieważ są różnojęzycznymi odpowiednikami, mającymi ten sam sens i znaczenie - są jednakowo uzasadnione. I chociaż wokół Bielska na przestrzeni wieków pełno było Snósek, ta jedna, płynąca podziemnym kanałem w samym środku miasta, jest prócz tego Niprem. I tak niech zostanie.


___________

Ponieważ wpis powyższy jest ostatnim nie tylko przed świętami, ale i w tym roku (ma nadzieję, że nie w ogóle - pojemność mojego konta użytkownika ciągle jednak pozostaje na poziomie praktycznie zerowym, nie wiem więc, czy od Nowego Roku ruszę z wpisami), spieszę więc Czytelnikom Liceum mundi złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrowych, ciepłych, radosnych i błogosławionych Świąt Narodzenia Pańskiego, a w Nowym Roku dużo miłości, szczęścia, uśmiechu i spełnienia wszystkich planów!

2015-12-22 | Dodaj komentarz
gjp
2015-12-22 13:10:03
Najlepsze Życzenia również dla Pana. I proszę nie przestawać!
MarianS.
2015-12-22 20:41:01
Poza Spokojnymi Świętami i Nowym Dobrym 2016-tym życzę zapełnienia konta :-) i powrotu do pisania.
MieszKomLi
2015-12-23 13:56:49
Panie Macieju, nie wiem jak najskuteczniej Pana zmotywować do dalszego publikowania na blogu (mam wrażenie że pod pretekstami "hostingowymi" oswaja nas Pan od jakiegoś czasu z możliwym zawieszeniem wpisów..?), więc pozwoli Pan, że na koniec AD 2015 po prostu Panu od serca podziękuję za fascynującą lekturę. Nie znam innego lokalnego bloga, który tak pięknie przeplatałby opis tkanki i duszy naszego Miasta. Na nowe wpisy wyczekuję jak kania dżdżu i najwyższy czas, żeby Pan o tym wiedział. Dobrych Świąt i Wszystkiego Dobrego w 2016r.!
andrzej
2015-12-23 15:28:24
Ja także życzę spokojnych i rodzinnych Świąt. A na Nowy Rok równie dużo, co dotąd: pasji , dociekliwości w analizowaniu źródeł, zaskakujących wniosków, ciekawych rozmówców, weny twórczej i tej niezwykłej umiejętności czytania między wierszami. Ja nie wierzę, a na pewno nie dopuszczam możliwości zaprzestania wpisów przez Autora. To nie wchodzi w rachubę.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
Faktycznie, dodaje to nieco pikanterii sprawie. I choć miejsce jest dość obskurne, to chyba jakby...
[Obserwator]
Ciekawym uzupełnieniem informacji o ul. Zaułek jest ta podana w przewodniku J. Polaka. Uliczka ta...
[Maciej P.]
Cóż, z punktu widzenia rzetelności encyklopedycznej może i warto. Jednak tych klika fotografii placu Franciszka...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 72355
Newsów: 63
Komentarzy: 180
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała