liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Anatomia upadku

  

Albo

O nieuchronności pewnych zjawisk.

Poprzedni wpis traktował o problemach miejskiej zieleni w sposób ogólny. Dziś chciałbym odnieść się do pewnego szczególnego obszaru naszego miasta, obszaru, który mimo zmian, jakim podlegał, przez wieki pozostawał de facto niewzruszony w swej naturze.

Do czasu...
Mam na myśli nieistniejące już, niestety, Ogrody Zamkowe.

2 czerwca 1489 roku książę Kazimierz II dokonał transakcji handlowej, skupując z rąk mieszczan bielskich i komasując grunty położone w zakolu rzeki Białej. Tereny te zostały przeznaczone na ogrody zamkowe, ale istnieje podejrzenie, że do realizacji pomysłu założenia parku książę został zmuszony zapisami umowy. Bielszczanie zastrzegli sobie bowiem w dokumencie, że na sprzedawanych terenach nie zostaną nigdy wzniesione żadne budynki. Przezorni mieszczanie obawiali się po prostu powstania pod nosem konkurencyjnej osady (która koniec końców i tak powstała po drugiej stronie rzeki półtora wieku później), zatem wymusili na księciu taką właśnie klauzulę. Tak więc, nawet jeśli książę skupował pierwotnie grunty w celach budowlanych, ostatecznie musiał z planów tych zrezygnować.

Ogród, jaki powstał za Piastów, był ogrodem użytkowym. Dostarczał na dwór owoce, wawrzywa, zioła i kwiaty. Miał więc charakter stricte gospodarczy. Dopiero później, w miarę nasadzania coraz to nowych gatunków egzotycznych drzew i krzewów, ogród zaczynał zyskiwać charakter bardziej ozdobny.


Po przejęciu zamku przez mającego wieczne problemy finansowe Karola Promnitza, stan ogrodów, jak sądzę, nie uległ zmianie. Urbarz państwa bielskego z 1571 roku, a więc z okresu bezpośrednio przed przejęciem państwa bielskiego przez pana z Promnicy, wskazuje, że ogród był przede wszystkim sadem owocowym. Istniał obok również ogród chmielowy oraz łąki, ale z opisu tego wynika jasno, że ciągle nie miał on jeszcze charakteru parkowego. Można przypuszczać, że przez te siedem lat panowania właściciela Pszczyny nie dokonano żadnej radykalnej zmiany koncepcji ogrodu. Tym bardziej wierzyciele państwa bielskiego, nie byli chyba zainteresowani niczym więcej ponad zachowanie istniejącego stanu zarządzanych dóbr.
Sytuacja nie zmieniła się wiele, kiedy właścicielem stał się Adam Schaffgotsch, mimo, że ten na brak pieniędzy narzekać nie mógł. Niestety, władał dobrami bielskimi zbyt krótko, aby dokonać w kwestii ogrodów jakiejkolwiek radykalnej zmiany.
Ta ostatnia zaistniała dopiero po roku 1592 roku.

To wówczas, za Sunneghów, powstała najpewniej pierwsza koncepcja parku-ogrodu. Na przestrzeni wielu dekad, sukcesywnie powstawało wspaniałe, prawdowpodobnie renesansowe (jak cały zamek), a potem barokowe założenie, które w chwili przejęcia Bielska przez Sułkowskich mogło zachwycać swym pięknem.

Z fragmentarycznych, porozrzucanych po wielu dokumentach notatek można dowiedzieć się, że park w połowie XVIII wieku posiadał murowany pawilon, oranżerię z wieloma egzotycznymi gatunkami roślin, wielopoziomowe, połączone schodami trawniki z klombami, kompartymentami i inną zielenią parterową, alejki, groty i zacienione nisze. Istniał duży basen o średnicy 15 m. Park obsadzony był wielopiętrową roślinnością, a całość otoczona była solidnym murem.

Ogrody zamkowe otoczone były murem, który, wraz z bramą, mógł nawiązywać swoją architekturą do architektury zamku. Do roku 1876, a więc do momentu podjęcia prac nad poprowadzeniem linii kolejowej na wschód od zamku i nad drążeniem tunelu, wejście do ogrodu usytuowane było naprzeciw furty w murze zamkowym, mniej więcej tam, gdzie dziś znajduje się Plac Teatralny z fontanną. W XVIII wieku furta mogła wyglądać tak, jak na powyższej ilustracji.

W drugiej połowie XVIII wieku, Franciszek Sułkowski dalej rozbudowuje ogród przeznaczając na ten cel spore ilości pieniedzy. Zakłada efektowny labirynt i buduje łaźnię. Mniej więcej w tym czasie powstaje nowa koncepcja parku, który z uformowanego, uporządkowanego założenia o charakterze francuskim, przekształca się powoli w romantyczny park w stylu angielskim.


Już na przełomie XVIII i XIX wieku park zamkowy otoczony był ogrodzeniem przęsłowo-sztachetowym. Być może mamy do czynienia z tym samym, lub podobnym murem, który widać na powyższej ilustracji. Drzeworyt tan (z 1870 r.) przedstawia fragment zamku widziany z ogrodów, mniej więcej z miejsca, gdzie dzisiaj znajduje się budynek mieszkalny przy ul. Generała Grota-Roweckiego. Furta jest niewidoczna, znajduje się poza krawędzią ilustracji, po lewej stronie.

Park zamkowy stanowił miejsce dostępne nie tylko dla rezydentów zamku. Początek XIX wieku to czas, kiedy wśród zieleni, na tzw. Arenie organizowano przedstawienia teatralne bielskiego zespołu teatralnego Hornungsche Schauspieler-, Sänger- und Tänzergesellschaft (artyści wrócili do ogrodów jeszcze raz - po tragicznym pożarze w 1836 r., kiedy spłonął budynek teatru przy zamku).

W latach siedemdziesiątych XIX wieku w obrębie założenia ogrodowego zaczęły następować nieodwracalne zmiany urbanistyczne. Było to nieuniknione. Zamek i ogrody zamkowe znajdowały się przecież w samym centrum miasta. Każda, najdrobniejsza nawet ingerencja urbanistyczna miała, bo musiała mieć, radykalne konsekwencje dla tak sporych nieruchomości.


Budowa linii kolejowej i tunelu do błahostek nie należą, nic więc dziwnego, że ta inwestycja dosłownie i w przenośni przeorała okolice książęcych posiadłości. Dosłownie odcięła ogrody zamkowe od samej rezydencji, co już samo w sobie było zjawiskiem fatalnym. Więcej. Można przypuszczać, że to właśnie realizacja przedsięwzięcia kolejowego w tym, a nie innym miejscu stała się początkiem końca samych ogrodów zamkowych. Wprawdzie od 1877 roku, czyli od momentu zakończenia prac nad linią kolejową biegnącą przez środek miasta, a latami trzydziestymi, kiedy ogrody zamkowe ostatecznie zostały wykarczowane, zaorane, splantowane i zabudowane minęło 60 lat, jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa można uznać, że to właśnie oderwanie ogrodów od zamku pozbawiło je sensu istnienia. Wszak Max Fabiani projektował w tym miejscu osiedle już końcem XIX wieku! Zatem na rzeczy było coś już w dwadzieścia niespełna lat po zakończeniu inwestycji.

Po przeciągnięciu linii kolejowej do Żywca na wschód od zamku furta wejściowa do ogrodów została przesunięta bliżej Placu Giełdowego. Teraz do ogrodów wchodziło się nie w osi głównej alei, ale z boku, przejściem nad tunelem. Była to kolejna, deprecjonująca ogrody okoliczność.
Pod koniec XIX wieku ogrody podupadły. Coraz mniej w nich było tego świetnego i pysznego założenia ogrodowego, coraz mniej blasku i dotychczasowego kunsztu, choć ciągle próbowano wskrzesić dawną świetność tego zakątka miasta.

Układ przestrzenny ogrodów zmieniał się - jak już się rzekło - znacznie na przestrzeni wieków. Czasem diametralnie. Na planie katastralnym z 1836 roku widzimy ogród o wyraźnym, regularnym rysunku z główną aleją biegnącą od zamku ku rzece, dzielącą park na dwie części. Widzimy też nieregularne fantazyjne założenie z alejkami biegnącymi po obu stronach alei głównej. Podobny układ widać jeszcze na mapie Bielska z 1855 roku.


Radykalne zmiany urbanistyczne tego fragmentu miasta wymusiły jednak daleko idące zmiany w układzie przestrzennym parku. Deformacja osi symetrii parku jaka miała miejsce przy budowie linii kolejowej do Żywca, wymusiła zasadnicze przemodelowanie charakteru ogrodu. Aleja główna, prowadząca dotąd od bramy przestała mieć jakikolwiek sens, bo nie było już bramy, w ogóle nie było juz starego ogrodzenia. Z istniejącym od dekad rozplanowaniem pożegnano się definitywnie.

Na planie Pfistera z 1904 roku widać ogrody zamkowe już w całkiem nowym, odświeżonym rysunku, z koncentrycznym układem klombów i skwerów, z plątaniną tworzących nieregularny labirynt alejek. Podobnie prezentuje się ogród na planie Pharusa z 1914 roku.

Park w tym okresie - choć ciągle rozległy - był już w stanie krytycznym. Decyzja o jego sprzedaży na rzecz miasta była już w tedy raczej kwestią czasu.

Lata trzydzieste to dla ogrodów kres ostateczny. Podjęto wreszcie decyzję o zabudowaniu przestrzeni pomiędzy wkopem kolejowym, a rzeką. Projektów dostarczyli Alfred Wiedermann oraz projektanci z firmy Jüttner i Bolek. Na całe szczęście. Dzięki temu całe osiedle zachowało w miarę jednolity charakter i styl.
W krótkim czasie powstało kilkanaście budynków wśród dawnej parkowej zieleni, która kurczyła się nieodwołalnie.

Jedna z nielicznych fotografii przedstawiających ogrody zamkowe w trakcie zabudowywania. Niewiele tu jeszcze domów, więcej drzew, zapewne zabytkowych pozostałości po parkowym założeniu. W centralnej części zdjęcia widać dość rozległą, choć niewysoką budowlę z kominem. To tartak książęcy. Za nim hale fabryczne przy dzisiejszej ul. Inwalidów, wreszcie na trzecim planie masywny biurowiec mieszczący Bank Spółek Zarobkowych (róg dzisiejszych 1 Maja i K. Miarki).

Na tym sporym obszarze błyskawicznie powstało niebrzydkie, jednolite stylowo, wkomponowane w zieleń osiedle, które świetnie wtopiło się w otaczający krajobraz, stając się znakiem wielowiekowych przemian, jakie zaszły w zakolu Białej od czasów średniowiecza.

Można się zżymać na Księcia Sułkowskiego za podyktowaną względami finansowymi decyzję, można mu mieć ją za złe - dziś tak potężna enklawa zieleni w samym środku miasta byłaby nie do przecenienia. Pewnie tak.


Ktoś może jednak powiedzieć, że nawet, gdyby w latach międzywojnia nie podjęto dzieła zabudowy ogrodów, z całą pewnością w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych, w okresie budowlanego boomu, w tym miejscu na pewno coś zostałoby wybudowane. Nie przeczę.
Gdyby jednak tak się stało, to z całą pewnością mielibyśmy w tym miejscu do czynienia nie z wysmakowanym modernizmem, ale raczej z koszmarnym soc-real-destrukcjonizmem.

Z drugiej strony, gdyby w XV wieku książę Kazimierz nie wykupił od bielskich mieszczan tej ziemi, gdyby nie zagwarantował im na piśmie powstrzymania się od zabudowy, zapewne wcześniej czy później ten fragment miasta i tak zapełniłby się całą masą mieszczańskich domów, potem wysokich kamienic, albo, nie daj Boże, warsztatów i fabryk, to - kto wie - pewnie wyglądałby dziś podobnie jak dzisiejsze Żywieckie Przedmieście.

Szczerze mówiąc taki rozwój wypadków równie średnio mi odpowiada...

Może więc jednak dobrze się stało, że w zakolu Białej powstało takie osiedle, a budowę podjęto w takim, nie innym czasie? Może właśnie lata trzydzieste XX wieku były dla takiej inwestycji czasem najlepszym?

W całej - zdawałoby się - spornej sprawie ogrodów, czy raczej w sprawie ich zabudowania, jest jeden, przemilczany jak dotąd, ale w moim odczuciu niezwykle istotny element. Decyzja o pracach budowlanych na terenie od wieków niezabudowanym musiała wynikać z bardzo ważnego powodu - to nie ulega wątpliwości. I sądzę, że powodem tym wcale nie była pusta kasa księcia ordynata. A przynajmniej nie był to powód zasadniczy.


Myślę, że powodem głównym, dla którego zdecydowano się na likwidację ogrodu był fakt, że ogród ten... zaczął umierać.
Nie ma wprawdzie na to konkretnych dowodów, są jednak przesłanki, które każą uważać, że zieleń ogrodowa już w ostatnich dekadach XIX wieku mogła marnieć, a jej utrzymanie stawało się bezcelowe.


Powodem takiego obrotu spraw był głęboki, sięgający poniżej dna Białej wykop kolejowy, który przecinał teren ogrodów totalnie zaburzając stosunki wodne na dużym obszarze. Według relacji ówczesnych gazet i alarmujących raportów, już w latach siedemdziesiątych XIX stulecia studnie na Dolnym Przedmieściu zaczęły wysychać, a władze miasta podjęły decyzję o uruchomieniu podziemnego zbiornika na rynku, który w jakimś stopniu miał przeciwdziałać fatalnej sytuacji.


Można więc z dużą dozą prawdopodobienstwa uznać, że decyzja o zabudowaniu ogrodów była już tylko konsekwencją wcześniejszych działan, a wyrok na ogrody zamkowe zapadł - zupełnie zresztą bezwiednie - znacznie wcześniej.

Tymczasem o dawnej, nieodwołalnie utraconej rzeczywistości przypominają nam już tylko samotne relikty świetnej przeszłości tego miejsca, pozostałości idei, która zrodziła się ponad czterysta lat temu. Nieliczne dęby, jesiony, świerki...

(foto: Hanna Przybylska)

2014-06-18 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

Dendrowstręt

  

albo

Miejski Operat Urządzeniowy

Kilka ostatnich tygodni to w naszym mieście czas intensywnej wycinki drzew. Pod piłami padło już kilkadziesiąt dorodnych topól, wierzb i klonów, a w planach są następne. Sprawa ta wzbudza w społeczeństwie wielkie emocje.

Kiedy przyglądam sie planowej wycince drzew w naszym mieście, gdy patrzę na potężne, wcale nie chore drzewa, które z łoskotem walą się w dno Niwki, na trawniki i osiedlowe parkingi, kiedy docierają do mnie wieści, że planem wycinki objętych jest ponad 300 drzew w całym mieście, rośnie we mnie coś na kształt buntu. A jednoczesnie jakaś przewrotna, nie do końca zrozumiała akceptacja dla tego planu. Dlaczego?

Blog ten ma w swoim podtytule sentencję "w poszukiwaniu utraconego sensu". Nie odnosi się to do mojej kondycji umysłowej, ale raczej do tego, czego w istocie dla dnia dzisiejszego poszukuję: starych (sądzę, że lepszych) form istnienia miasta jako zbiorowości, dawnych, pełniejszych, jaśniejszych i klarowniejszych zasad porządkowania życia wokół siebie, które mogą, a czasem powinny znaleźć swoją realizację i dzisiaj.

No bo w istocie jeśli zadamy sobie pytanie, czym de facto jest miasto, to - sięgając do podstaw, do najbardziej zasadniczych i rudymentarnych zasad - musimy na to pytanie odpowiedzieć równie zasadniczo: miasto to intensywnie zagospodarowana przestrzennie jednostka osadnicza o zwartej zabudowie, cechująca się niewielkim odsetkiem obszarów rolniczych.

Przyjmijmy tę encyklopedyczną tezę jako własciwą. Jawi nam się tutaj opis pewnych zależności, które już z zasady wyłączają z substancji miasta użytkowe przestrzenie zielone (w ich rozumieniu rolniczym). Od wieków bowiem tereny zagospodarowane agrarnie stały w opozycji do miasta i było to ogólnie akceptowalnym znakiem charakterystycznym zbiorowisk miejskich. Oczywiscie nie wynikało to z pierwotnego lęku przed dzikim życiem czyhającym na ludzi w lesie, bo tego typu obawy leżały być może u podstaw miasta jako idei, ale już dawno, w miarę postępu technicznego i cywilizacyjnego oświecenia, zostały zażegnane i są zwyczajnym anachronizmem.

Pytanie więc: dlaczego tak długo, bo aż do pierwszej połowy XX wieku idea zwartej zabudowy z minimalną, śladową wręcz obecnościa terenów zielonych w mieście była jedyną realizowaną w urbanistyce (nie licząc drobnych wyjątków-eksperymentów tylko potwierdzających zasadę)?

Dlaczego przestrzeń miejska przez całe stulecia uciekała od zieleni, a jeśli decydowała się na nią, to tylko w uformowanym, wręcz ściśle zamknietym układzie parków, skwerów, plant i starannie utrzymanych alei?
Można spekulować, że największe znaczenie miała tu typowa dla mieszkańców miast, a dekretowana miejskim prawem mentalność zamykająca sie w słowach: "Miasto to miasto, nie wieś, chcesz mieć drzewo, to idź do lasu, albo posadź u siebie na podwórku, pod oknem oficyny." Argumentacja dość logiczna i rzeczowo sprowadzająca problem do prostej dychotomii miasto - wieś.

Poza tym drzewa postrzegane były jako uciążliwe. Brudziły, sypały liśćmi, nasionami. Rzecz jasna rosły, a więc trzeba je było pielęgnować, przycinać, formować, zaniedbane zagrażały bezpieczeństwu, korzenie rozpychały bruki i chodniki, deformujac mury. Itd, itp.

Drzewa w mieście wybitnie nie pasowały do idei "uporządkowanej wygody", gdzie wszędzie miało być blisko, łatwo, bezpiecznie, słowem: wygodnie.

Jednak o ile takie podejście można jeszcze zrozumieć u ludzi XV, XVII, czy XIX wieku, gdzie polegało się przede wszystkim na własnych nogach, a odległość między punktami miasta liczona była w krokach i kwadransach drogi, to wydaje się, że dziś jest ono absolutnie pozbawione podstaw.

W dobie urządzeń pomagających pokonać każdą odległość czy to osobiście, czy wirtualnie, argument o koniecznej bliskości wszystkich ważnych punktów miasta traci na znaczeniu. Zaczął tracić już na początku XX wieku. To wówczas Towarzystwo Upiększania Miasta rozpoczęło zakrojoną na szeroką skalę działalność mającą na celu przemianę przestrzeni miejskiej na bardziej przyjazną - również, a może przede wszystkim - przez zwiększanie obszarów zielonych w mieście.

Zaczęły powstawać parki, skwery i całe aleje drzew. Chociaż nie da się ukryć, że początkowo walka z "miejską mentalnością" była dość uciążliwa.

Oto zdjęcie, które doskonale ilustruje, jak na początku XX wieku w Bielsku podchodzono do kwestii "obszarów zielonych". Mimo, że mamy tu do czynienia z wyjatkowo kiepskim retuszem, ten obrazek jednak stanowczo sugeruje gusta ówczesne, a więc szczególne zamiłowanie do niskich, kompartymentowych i trawnikowych form ozdobnych, gdzie krzewów wysokich, a tym bardziej drzew zwyczajnie nie widać. Wiązało sie to z koncepcją, która wprawdzie kilkanascie lat później została zarzucona, ale która obowiązywała jak dotąd całe wieki. Chodziło mianowicie o regułę niesadzenia wysokich drzew w przestrzeni ulicy. Miano na względzie oczywiście estetykęi bezpieczeństwo, ale priorytetem był tu przede wszystkim swobodny dostęp światła słonecznego do mieszkań, warsztatów i biur.

Naturalnie to, co obowiązywało w zwartym centrum i jego bezpośredniej okolicy, nie zawsze było zasadą na peryferiach. Kiedy w 1889 r. wytyczano nową drogę z dolnego przedmieścia do dworca kolejowego, obsadzono ją podwójnym szpalerem drzew, a właściwie drzewek. No właśnie. Były to niskie, formowalne drzewa, których utrzymanie było niewspółmiernie tanie i wygodne w stosunku do efektu, jakie przyniosło ich nasadzenie. To dość znamienne. Mimo, że drzewa siłą rzeczy rosną , to jednak ich wzrost przez lata był skutecznie spowalniany za pomoca zabiegów pielęgnacyjnych. Istnieje ilustracja z lat trzydziestych, na której widać drzewa o charakterystycznych grubych przyrostach u nasady korony świadczących o nieustannym przycinaniu konarów tuż przy pniu. Kiedy natomiast okazało się, że drzewa wybujały na tyle, że i dalsza ich pielęgnacja jest nieopłacalna, i zaczynają one stanowić element degradująco "podmiejski", pozbyto się większości z nich, nie czekając aż osiągną rozmiary dębu Bartek.

Na zdjęciu powyżej drzewka rosną pięknie. Równiutko, idealnie kuliste, jak od jednej formy. Na zdjęciach z 1920 roku te drzewka ciągle są, choć jest ich już coraz mniej, aby w latach trzydziestych ulec piłom i siekierom ostatecznie.

Oczywiście nie jest tak (i nigdy nie było), że miasto było jakąś jałową pustynią, którą latem prażyło niemiłosiernie słońce, a zimą przewiewały mroźne wiatry. W obszarach ścisłej zabudowy zawsze istniały enklawy zieleni wysokiej. I mam tu na myśli nie tylko założenia ogrodowe na tyłach kamienic, bo to jest zupełnie oczywiste - wszak były to obszary niepubliczne, prywatne i zagospodarowywane zgodnie z własnym widzimisię posiadacza. Chodzi mi bardziej o zarządzane przez miasto parki, skwery i mniejsze założenia, które - realizowane od drugiej połowy XIX wieku stanowiły dla mieszkańców naturalne miejsca azylu przed wielkomiejskim zgiełkiem. Wprawdzie jeśli spojrzymy na wydany w 1914 roku plan Pharusa, to łatwo zauważymy, że samo centrum miasta, ujęte w ramy starych murów miejskich z przylegającymi doń obszarami Blichu, rejonu Kaiserstrasse i Dolnego Przedmieścia aż do Synagogi to rzeczywiście ewidentnie suche pustkowie (nie licząc ogrodów zamkowych - rzecz jasna), ale przecież jeszcze 60 lat wcześniej, plan katastralny obrazuje tych zielonych obszarów nieporównywalnie więcej.

Na planie Pharusa park przy strzelnicy, założony w 1898 r. jest już w całej okazałości. Rok później powstał park na Blichu. Ciekawostką jest fakt, że na planie z 1914 roku można w przebiegu alejek parkowych dopatrzyć się dzisiejszego ich rysunku. Różnice są naprawdę niewielkie. Oznacza to, że przez ponad wiek park funkcjonował w kształcie prawie niezmienionym. Wielka, radykalna wręcz zmiana zaszła dopiero w czasach nam współczesnych i odbiła się negatywnie (nie tylko w kontekście estetycznym) na całym założeniu.


Ale tutaj uwaga dość istotna dla dalszych rozważań: te parki u samego ich zarania nie były wyspami dzikiej, nieujarzmionej przyrody w samym sercu ceglano-kamiennej pustyni. Również i one poddawane były pieczołowitym zabiegom, które miały nadać im konkretny, z góry założony plan. Owa przemożna chęć zapanowania nad zielenią i uczynienia z niej tworzywa to znamienny i charakterystyczny element zagospodarowania przestrzeni tamtych czasów. Architektura krajobrazu nie jest wymysłem XXI wieku, przeciwnie, mam jakieś przemożne wrażenie, że właśnie dziś to, co nazywamy "architekturą terenów zielonych" coraz mniej z tą architekturą ma wspólnego.

Innymi słowy przełom XIX i XX wieku to wielki boom dla parków i skwerów, gdzie zieleń traktowano jak swoiste plastyczne tworzywo nadając mu kształty pożądane i konstruując z jego pomocą regularne założenia architektoniczne.

Gęsta, wysoka, dzika zieleń. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, kiedy patrzymy na tę fotografię. To jednak pozór. Przycięta trawa, równe alejki, zabezpieczone drzewka o uformowanych koronach, stylowe barierki, kamień, rośliny i woda. Doskonałe połączenie prostoty, staranności i gustu, które w efekcie nadaje parkowi charakter do złudzenia przypominający najlepsze założenia pałacowe.


Ta koncepcja, mam wrażenie, zaczęła wyczerpywać się już w latach międzywojnia, kiedy - czy to z braku środków, czy z powodu przyjęcia nowej wizji - zarzucono ścisłą, konstrukcyjną, "opresyjną" wręcz kontrolę nad zielenią i pozwolono jej krzewić się w wielu miejscach z dużą swobodą.
Miało to swoje dobre strony, bo w wielkim stopniu dynamizowało krajobraz miejski. Proszę spojrzeć na dwa poniższe zdjęcia. Są wykonane mniej więcej w tym samym okresie.

Na pierwszym widzimy północną część Parku Blichowego, wydzieloną enklawę wokół pomnika Gabriela Narutowicza, zagospodarowaną zgodnie z najlepszymi wzorami architektury zielonej: symetryczne pola trawników okolone kompartymentami, przygotowane do nasadzeń kwiatów (sądząc z kwitnących kasztanowców przy dawnym torowisku tramwajowym, mamy do czynienia z majem), szerokie alejki, biegnące ku centralnej, dominującej bryle pomnika, wokół której półkoliście zasadzono krzewy i niższe drzewa, niebędące dla tej części założenia zbytnim wizualnym przeciążeniem. Wreszcie wysokie kasztanowce i platany stanowiące naturalną ramę współgrającą z całą resztą, zamykającą skwer w sposób najbardziej naturalny z możliwych. Harmonia, rytm, rym i zamysł...

Jednak już kilkadziesiąt kroków dalej ukazuje nam się obraz zgoła inny. Oto na drugim zdjęciu widzimy fragment nadrzecznej alejki w tym samym parku. Tutaj jednak zieleń objęła okolicę w niepodzielne władanie. Gęsty dach liści zamyka alejkę prowadzącą wśród gęstych traw, na wiodącej ku brzegowi Białej pochyłości krzewi się zbita gęstwa krzaków. Tutaj mamy do czynienia już nie tyle z parkiem, co omalże z lasem.

Te dwie różne od siebie rzeczywistości egzystują na bardzo niewielkiej przestrzeni, nadając jej wspomnianej dynamiczności i urozmaicając ten niewielki skrawek miasta w sposób doskonały.

I takie właśnie podejście bardzo mi się podoba. Różnorodność jest kluczem do piękna, również w wymiarze urbanistycznym.
Jednak tutaj rodzi się problem.
Aby bowiem konstruować "zieloną rzeczywistość" miasta, trzeba umieć z części tej rzeczywistości zrezygnować, trzeba umieć - paradoksalnie - poświęcić jej fragment dla utworzenia nowej przestrzeni, dla jej przebudowania.


Narażę sie pewnie niejednemu czytelnikowi, ale jestem zwolennikiem aktywnego konstruowania tkanki miasta, nawet, jeśli miałoby to za sobą pociągnąć dość radykalne działania. Jak się okazuje, na przestrzeni dziesięcioleci takie zjawiska były na porządku dziennym i przez cały ten czas zdawało to egzamin, nie widzę więc powodu, aby i dziś nie czynić podobnie.

Oczywiście niezbędnym tu jest (uprzedzę głosy protestu), aby miasto prócz samego pomysłu na pozbycie się kilkuset drzew miało w zanadrzu jakiś konkretny plan rewitalizacji tych okaleczonych obszarów.

Jeśli jest inaczej, to fatalnie. Rychło może się bowiem okazać, że dzisiejsza polityka Ratusza wpisuje się w ten przedstawiony pobieżnie powyżej proces zmiany wizji architektury zielonej miasta. Ale jako pierwszy w historii wpisuje się negatywnie oferując jedynie bielską masakrę piłą mechaniczną.


Oby to nie było złe proroctwo.

2014-04-13 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2014-04-14 15:25:54
W marcu ub. roku @liceummundi odwiedził park na oś. Polskich Skrzydeł i zamieścił ciekawą notatkę. Mimo braku postępów ze strony Ratusza w doinwestowaniu parku - nadal brakuje schodów i mostku - walczymy dalej o u utrzymanie stanu parku i jego zrównoważony rozwój. Pozdrawiam, (v-ce przew. RO Pś :) )
Komentarzy (2)

Przestrzeń obłaskawiona...

  

W naszym mieście od dziesięcioleci, a w niektórych przypadkach nawet od stuleci, funkcjonują ustalone i niczym niewzruszone topograficzne aksjomaty. W świadomości mieszkańców miasta - nie tylko tych rdzennych, ale i tych przybyłych (sam się do nich zaliczam) - funkcjonują pewne onomastyczne i terenowe stałe punkty odniesienia, których pojawianie się i istnienie jest regulowane koniecznością oswajania przestrzeni i budowania czegoś na kształt wewnętrznej, ale wspólnej dla wszystkich mieszkańców mapy otaczającego świata.

W najnowszym wydawnictwie BBTH "Bielsko-Bialskie prace historyczne" pan Jacek Warchala w kontekście funkcji nazw w obrębie miasta pisze o mieście jako o miejscu "udomowionej i obłaskawionej przez człowieka przestrzeni, która została wyodrębniona z przestrzeni anonimowej i doświadczana przez człowieka zarówno emocjonalnie jak i racjonalnie, i w jakimś sensie zawłaszczona przez niego >>dla siebie<<. Domy, ulice, parki, ogrodzenia, działki, chodniki, ścieżki są efektem aranżacji przestrzeni własnej, lub lepiej: pozyskanej na własność i swoistym znakiem zadomowienia, osadzenia, zasiedzenia przez kolejne następujące po sobie generacje".

Takich obłaskawionych przestrzeni każde miasto posiada olbrzymią, niezliczoną wręcz ilość, są jednak takie, które swą "udomowioną tożsamość" potrafią utrzymać przez całe stulecia i trwają niezmiennie mimo częstych, czasem nawet diametralnych zmian. Ba! Powstają nowe, na naszych oczach tworzą się niespotykane dotąd konstrukcje mentalno-przestrzenne, które wyznaczają zupełnie nowe horyzonty naszej rzeczywistości. Jeszcze przed dwiema dekadami słowo "Sfera", czy "Gemini Park" nie budziło w mieszkańcach miasta żadnych skojarzeń, a dziesięć lat temu były zaledwie nowymi hasłami w słowniku bielszczan. Dzisiaj funkcjonują jako odrębne jednostki topograficzne i spełniają podobne zadanie, jak niegdyś "Gallus", Folwark, czy Hulanka.

Rozpoczynamy dziś cykl prezentujący tego typu punkty znaczące naszego miasta, które będziemy analizować zarówno w kontekście geograficznym (czy raczej urbanistycznym), społecznym i - rzecz jasna - historycznym.

Kiedy zastanawiałem się nad tym, jaki punkt z długiej listy topograficznych znaków szczególnych Bielska-Białej wybrać na pierwszy z wpisów z cyklu, kiedy próbowałem wyodrębnić ten najbardziej charakterystyczny, stanąłem oto przed bardzo trudnym zadaniem. W grę wchodziło bowiem wiele propozycji, czarnych koni tych wyścigów - był Zamek, był Rynek, była Hulanka, park Słowackiego, park Włókniarzy, Pastornak, Aleje Sułkowskiego, Trzy Lipki, Widok, Obszary, Olszówka, Cygański Las, Leśniczówka w Lipniku, Konfirunek i wiele, wiele innych.


Mój wybór padł na nazwę, która nie tylko opiera się działaniu czasu i różnym wpływom, modom i tendencjom, ale stanowi również pewien ścisły miejski topos, rodzaj odnośnika, który jest odnośnikiem nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, a - jak się okaże - odciska swoje piętno również i na języku.

Tą nazwą jest Blich.

Ma ona w historii naszego miasta szczególne miejsce. Związana jest bowiem zarówno z bielskim rzemiosłem, jak i z samym tego miasta charakterem.

Blichowanie to specyficzny rodzaj pracy, która dziś jest nie tylko zapomniana, ale której charakter dla współczesnego (młodego) bielszczanina jest już po prostu niezrozumiały. Tymczasem bielenie płótna całe wieki wiązało się ze swego rodzaju widowiskowością. Na tym zdjęciu z przełomu XIX i XX wieku widać blich w całej swej okazałości. Jest to blich późny, jednak charakter pracy w wielu tego rodzaju zakładach od wieków nie ulegał zmianie i mimo postępów technologicznych, aż do XX wieku można było w wielu miastach oglądać tego typu obrazki.

Blich to położony nad brzegiem Białej (wcześniej Bystrej) obszar, który od XVI wieku zajmowała miejska ława do płukania płócien. To miejsce, gdzie bielono taniny najprostszą metodą, przez polewanie wodą i ekspozycję na słońcu. Wybielanie było tu prostym procesem fotochemicznym i stało się specjalnością bielszczan, a obszar zajęty pod ich warsztat powiększał się z dekady na dekadę. Z czasem blich, poszerzony o przyległe łąki, stał się miejskim znakiem rozpoznawczym. Przez wieki masowo bielono tu płótno. Charakter pracy związanej z blichowaniem odciskał na okolicy swoje piętno. Obszar przedmieścia przez długi czas był niezabudowany, rozległe tereny łąk nadrzecznych oddane były w wyłączne władanie blecharzy, którzy dla wybielenia płótna polewali je wodą specjalnie skonstruowanymi szuflami.

Blecharz przy pracy. Tak wyglądało polewanie wodą rozpiętych na nadrzecznej łące płócien. Tak pracowano także i na bielskim blichu. Fotografia z 1890 roku (źródło: Muzeum w Wuppertalu).

W XVIII wieku było to już spore przedmieście Bielska i już wtedy intensywnie wykorzystywano je gospodarczo. Podobno już książę Kazimierz II w XVI wieku założył tu stawy rybne, które świetnie prosperowały aż do XIX stulecia, kiedy to z powodu braku miejsca dla rozrastającego się przedmieścia i rosnącego apetytu na grunty, stawy zasypano (ostatni z nich funkcjonował jeszcze w XX wieku jako staw rekreacyjny, na którym można było pływać łódkami - znajdował się mniej więcej w miejscu dzisiejszych hal Befamy przy ul. Rejtana).


Blich bielski był jednym z najprężniej rozwijających się przedmieść. Jednak w osiemnastym wieku jego rola jako miejsca blichowania płótna, zmalała znacznie. W 1784 roku nastąpiła mała rewolucja w dziedzinie bielenia. Claude Louis Berthollet odkrył wybielające właściwości związków chloru. Od tego czasu bielenie płótna przez polewanie wodą powoli stawało się anachronizmem. Również samo rzemiosło ewoluowało coraz bardziej w stronę technologii opartych o chemię. Ale mimo to i wbrew pozorom przedmieście, mimo stopniowego wycofywania się bielenia jako rzemiosła, nie przestawało być Blichem.

Tym bardziej, że funkcjonowało tu wiele innych form rękodzieła, rzemiosła i przemysłu, które wykorzystywały okoliczne uwarunkowania geograficzne. Przede wszystkim cieki wodne, z których najważniejszą była Młynówka, biorąca swój początek ze stawu przy olejarni, przy dzisiejszej ul. Kustronia, płynąca otwartym korytem aż do 1883 roku wzdłuż ulicy Młyńskiej i Blichowej. Jej nurt musiał być dość silny, skoro budowano przy niej młyny. Innymi ważnymi potokami były Kamieniczanka, będąca granicą południową dla całej dzielnicy, czy potok Sikornik, stanowiący jej limes północny.

Dzisiejsza ulica Młyńska jest już tylko echem tamtych czasów, ale także mówi nam o pewnej rewolucji, jaka dokonała się na przełomie XVIII i XIX wieku, a która diametralnie zmieniła wygląd tego specyficznego rejonu.

W XIX wieku to tutaj właśnie rozlokował się bielski przemysł. Na Żywieckim Przedmieściu (taka nazwa zaczęła wówczas funkcjonować zamiennie) powstawały liczne zakłady przemysłowe. Na Blichu powstała przędzalnia lnu Wolfa (wprawdzie wcześniej od niej wystawił swą farbiarnię Mänhardt, jednak jego hale leżą nieco na północ od Blichu). W ślad za nią sypnęły się następne.

Zakład apretury i farbiarnia Wolfa. Wcześniej, od 1856 roku, mieściła się tu przędzalnia lnu. Pół wieku później na miejscu tego budynku stanęła pierwsza w mieście żelbetowa hala fabryczna.

Pojawiły się fabryki Graubnera, Piescha, Büttnerów, Batheltów, Josephy'ego... Dzielnica zatraciła swój pierwotny rękodzielny charakter, a mimo to ciągle przez mieszkańców zwana była Blichem. Tramwaj linii nr 1 jeździł do Cygańskiego Lasu przez Blich, na Blichu był park, przez Blich prowadziła (i nadal prowadzi) droga na Szczyrk, na Blich szło się na mecz rozgrywany na boisku "na górce", albo "na skarpie", przy ul. Widok...

Dzisiaj nazwa nieco już przybladła, jednak nie obumarła zupełnie. Co więcej, w świadomości mieszkańców - nawet tych młodszych - żyje ciągle i funkcjonuje niejako równolegle z pojęciami "ul. Partyzantów", "pl. Żwirki i Wigury", czy "park Włókniarzy". Można dziś zapytać młodego bielszczanina, czy wie, jak dojść na blich, a z dużą dozą prawdopodobieństwa wskaże właściwy kierunek.

Ale sprawa z bielskim blichem nie jest taka prosta. Ponieważ w XVI i XVII wieku bielenie płótna było tutaj rzemiosłem naprawdę dominującym, toteż i miejsc, gdzie ten proceder uskuteczniano, było więcej. Blichem był również obszar na północ od miasta, w rejonie dzisiejszych ulic Cechowej i Barlickiego. Wówczas były to tereny niezabudowane, przez całe dziesięciolecia pokryte płachtami białego płótnam i - tak samo jak na przedmieściu żywieckim - rzemiosło to kwitło tu niepodzielnie.

Tak się jednak złożyło, że ten obszar nigdy nie utkwił w świadomości bielszczan jako blich, nigdy nie wrósł z tym "piętnem" w topografię miasta, nigdy nie stał się jego częścią. Być może dlatego, że powstał później, a może dlatego, że w mieście takim jak Bielsko blich może być tylko jeden? Kto wie...?

Podobnie rzecz ma się z blichem bialskim. Tak, Biała także miała swój blich, ona również u zarania swych dziejów trudniła się tym rzemiosłem i ona bardziej niż Bielsko zawdzięcza swą nazwę tej właśnie czynności.
Bialski blich sytuować możemy w zakolu rzeki Białej, dokładnie tam, gdzie dzisiaj funkcjonuje park ratuszowy. Tam właśnie w XVI i XVII wieku bialscy rzemieślnicy bielili swoje płótna. W miarę rozwoju miasta powiększały się też tereny, na których rozpinano tkaniny i polewano je wodą z potoku. W drugiej połowie XVIII wieku funkcjonował już kolejny, potężny blich nad Białą, dokładnie naprzeciw blichu bielskiego, usytuowany na tzw. Kątach, w rejonie dzisiejszej ulicy Sempołowskiej, pomiędzy mostem w osi dzisiejszej ul. PCK i mostem w osi Leszczyńskiej.

Dziś nawet historycy rzadko kiedy utożsamiają przyratuszowy park z niegdysiejszym blichem.Tak mocno blich w Bielsku, na Żywieckim Przedmieściu wrył się w świadomość bielszczan, tak niepodzielnie zapanował w naszej wyobraźni, że słowo "blich" przestaliśmy utożsamiać ze zwykłym warsztatem pracy na otwartym powietrzu, jakich w całej Europie było wówczas bez liku, a zaczęliśmy traktować to słowo jako oryginalną, niepowtarzalną nazwę własną południowego przedmieścia Bielska.

Mimo postępu technologicznego, bielenie płótna - szczególnie w obszarach biedniejszych - nadal odbywało się według starych zasad, dlatego ciągle dla blichowania rezerwowano obszary usytuowane blisko cieków wodnych. Ale podobnie jak w przypadku bielskiego blichu północnego, tak i blich w Białej nie przetrwał w pamięci. Dlaczego?

Odpowiedź może być prosta. Tylko na bielskim blichu główna ulica przedmieścia otrzymała nazwę "Blichowa" (Bleichstrasse), a to w sposób walny mogło przyczynić się do utrwalenia pojęcia blich w świadomości mieszkańców. Tak mogło być w istocie, ale czy to jest tłumaczenie wystarczajace? Nie wydaje mi się, tym bardziej, że w tym fragmencie miasta nie była to jedyna ulica. Istniały tu takie ulice jak Manhardtgasse, Purzelberg, Graben, Pastornak. Ta ostatnia przez pewien czas była nawet ulicą dużo ważniejszą od Blichowej - tędy wiodła spod Zamku linia tramwajowa, tędy od połowy XIX wieku prowadzony był ruch kołowy w kierunku na Szczyrk.

W takim natłoku nazw i znaków blich mógł więc łatwo utonąć i popaść w zapomnienie.

Odpowiedź może być więc zgoła inna, choć równie oczywista. Zarówno na drugim blichu w Bielsku, jak i na blichach w Białej przez długie stulecia prócz łąki do bielenia nie zaistniało nic innego. Tam zawsze bielono płótno. Tylko.
Kiedy więc w miarę postępu technicznego weszły w życie nowe technologie, te miejsca - opuszczone przez blechaczy, niezabudowane, w żaden sposób niewykorzystane - popadały w zapomnienie, zwyczajnie obumierały, stawały się niepotrzebnymi nieużytkami, których nigdy w żaden sposób na nowo nie zagospodarowano, a skutkiem tego nie potrzebowano do ich funkcjonowania tworzenia żadnych żywych odniesień.

Ulica Blichowa. Na początku XX wieku dzielnica nabrała już tego charakteru, który znamy i my. Potężne hale fabryczne, kominy, gwar, ruch... Ale obok gigantów przemysłowych egzystują także ich poprzedniczki - fabrykanckie kamienice mieszczące już w pierwszej połowie XIX wieku tkackie i farbiarskie manufaktury. Zaś obok nich zupełnie już mikroskopijne warsztaty rzemiosła, ot, choćby ten, zegarmistrza Pawła Kleberta, do którego wejście widać w kamienicy po prawej stronie.

Tylko teren Żywieckiego Przedmieścia, który już w początkach XIX stulecia zaczęto zabudowywać nowymi fabrykami i warsztatami, jest wyjątkiem, bo tylko on nadal funkcjonował w świadomości bielszczan jako obszar żywy i obecny. Jeśli budowano fabrykę na Żywieckim Przedmieściu, to miejscowa ludność mówiła, że budowano ją na Blichu. Jeśli robotnicy chcieli zatrudnić się w zakładzie pracy Manhardta czy Batheltów, to kierowali się na Blich, słowem ciągle odnoszono się do tego fragmentu miasta, nieustannie funkcjonował w zbiorowej świadomości, ciągle potrzebowano odnośnika, indeksu geograficznego dla konkretnego miejsca. Inaczej niż pozostałe, zapomniane blichy, ten konkretny, na Żywieckim Przedmieściu bez przerwy żył. I żyje do dziś.

Pytanie, jakie rodzi się w tym kontekście, to: czy będzie żył i w następnych dekadach, czy przyszłe pokolenia będą o nim pamiętać?
Tutaj odpowiedź nie jest taka oczywista. Fakt, który przywołałem na wstępie wpisu, pewność, że większość z nas wie czym był i czym jest Blich, że potrafimy z większą lub mniejszą dokładnością wskazać obszar, jaki zajmuje, nie oznacza wcale, że nazwy tej używamy z pełną premedytacją, że chcemy tę rzeczywistość pieczołowicie kultywować.
Przeciwnie. Mam wrażenie, że coraz częściej pojęcie blichu wypierają inne pojęcia, zastępniki, rozmieniające tę starą nazwę na drobne: ulica Partyzantów, "przy Apenie", plac przy McDonaldzie (z onomastycznego punktu widzenia to jakieś horrendum)"skrzyżowanie z Michałowicza", czy "na Batorego"...

Być może jest to naturalny proces, którego nic nie powstrzyma, być może taki charakter ma miejska toponimia, że nazwy i pojęcia są z natury rzeczy nietrwałe i lubią być zastępowane nowymi, noszącymi rys tak dla młodych pokoleń atrakcyjnej świeżości... Być może wreszcie (w ślad za powyższą sugestią) powolna śmierć Blichu zaczęła następować w chwili, gdy ulicę Blichową przemianowano na Partyzantów...

Pewnie tak. I pewnie niejeden Czytelnik powie, że tak jest dobrze.

Ja jednak nie jestem wcale tego taki pewny. Dlaczego?

Obłaskawione, charakterystyczne i znane od pokoleń punkty topograficzne na mapie naszego miasta nie są tylko zwykłymi indeksami, zwyczajnymi punktami odniesienia, które pomagają nam poruszać się w przestrzeni (do magla na Folwark, do apteki pod Kasztany). Są nie tylko etykietami dla miejsc, one stają się swoistymi "punktami triangulacyjnymi" naszej zbiorowej wyobraźni, oswajają to miasto nie tylko dla każdego z nas z osobna, ale dla wszystkich. I to dla wszystkich jednakowo. To one - przez swój uniwersalny charakter - stwarzają nas bielszczanami, wspólnotą nie tylko miejsca, ale i tradycji, ale i historii.
Jeśli ich zabraknie - nie będziemy już wspólnotą, będziemy już tylko mieszkać po sąsiedzku.

2014-04-05 | Dodaj komentarz
jacob
2014-04-07 23:52:54
Zasadna zatem byłaby zmiana nazwy ulicy Partyzantów na Blichowa. A nie pamięta Pan dlaczego Partyzanci zastąpili Blich? Czym ten biedny blich podpadł władzom.
Maciej P.
2014-04-08 12:16:56
Nie znam powodu, dla jakiego władze miasta przemianowały ulicę, ale nawet gdybym znał - nie wierzyłbym weń zbytnio. :-) Praktyka denominacji jest stara jak świat, a na obszarach spornych politycznie szczególnie nasilona. Zresztą trwa od dawna. I nie ograniczała się tylko do nazw ulic. W latach dwudziestych, kiedy rozpisano konkurs na budynek Gimnazjum Polskiego (obecnego Liceum im. Kopernika), jeden z punktów regulaminu kończył się słowami: "styl gotycki wykluczony". Równie dobrze można było napisać wprost: "byle nie kojarzył się z Niemcami". W tym kontekście "Partyzantów" brzmi cokolwiek bardziej swojsko dla niektórych uszu niż "Blichowa", a z całą pewnością bardziej zrozumiale. Jeśli zaś chodzi o powrót do starej nazwy "Blichowa", to nie miałbym nic przeciwko, choć z drugiej strony cały ten mój wpis powyżej traktuje przecież o tym, że pamięć o dawnym charakterze ulic trwa jednak w świadomości powszechnej mimo oficjalnych nazw, czy też ich braku.
Komentarzy (0)

Poszukiwacze zaginionej furty

  


Dzisiaj znów zanurkujemy w odmęt czasu. Nie wnikniemy wprawdzie zbyt głęboko, bo te głębiny, w których bierze swój początek obiekt moich dzisiejszych zainteresowań, giną w mrokach dziejowego Rowu Mariańskiego. A ja nie posiadam odpowiedniego sprzętu na takie głębokości.
W dodatku te głębiny skrywają tak wiele szczegółów, że dzisiejszy wpis będzie raczej czymś w rodzaju hipotezy.
Punktem wyjścia dla niej niech będzie znana nam już rycina Samuela Johanny'ego.



Na ilustracji widać mur. Biegnie na lewo od kościoła św. Mikołaja, od strony południowej. To najpewniej pozostałość po średniowiecznych umocnieniach, kościół pobudowano przecież na placu usytuowanym w południowej części wzgórza miejskiego, zatem nic dziwnego, że na południe od świątyni biegnie mur. Jego przebieg pokrywa się z przebiegiem tych fragmentów muru średniowiecznego, który uchwyciły badania archeologiczne. Nie było ich dużo.

Południowa część placu została radykalnie zniwelowana w trakcie dziewiętnastowiecznych prac, zatem próżno dziś szukać reliktów umocnień.
I nie szukamy. Zresztą... Dla nas reliktem jest nawet ten drzeworytowy murek, którego przebiegu możemy się co najwyżej domyślać. I utożsamiać ze średniowiecznym murem obronnym. Inna rzecz, czy słusznie...

Natomiast dość często zapominamy o czymś niezwykle istotnym. Mianowicie o fakcie, że kościół dzisiejszy jest o wiele większy od dziewiętnastowiecznego. Przebudowana w 1910 roku świątynia rozrosła się znacznie i zajmuje dziś dużo większy obszar niż dwieście lat temu. Warto o tym pamiętać, tym bardziej, że relikty wewnętrznych, średniowiecznych murów odkryto pomiędzy plebanią a kościołem, co sugeruje, że dalszy ich ciąg biegnie (albo biegł - bo jego fundamenty zniwelowano przy owej rozbudowie) pod ścianą południową kościoła.

Kościół od samego początku - jak zawsze bywało w takich wypadkach - otoczony był cmentarzem. Do czasu. W 1783 roku, na mocy edyktu Józefa II Habsburga, zlikwidowano cmentarz na placu kościelnym i przeniesiono go poza obręb murów miejskich. Jednakże sam mur cmentarny pozostał. I stał aż do XX wieku. Z murem tym wiąże się dość ciekawy wątek bram cmentarnych.
Było ich trzy. Dwie widać na ilustracji Johanny'ego. Jedna z nich usytuowana jest na wysokości wieży kościelnej. Wystaje ona poza lico owego muru o średniowiecznej proweniencji i o niej jeszcze sobie opowiemy, bo skrywa w sobie pewną tajemnicę.

Druga brama, a raczej furtka znajduje się na prawo od kościoła i ma dość szczególny wygląd. Jest skośna. Przylega wyższym bokiem do muru jakiejś budowli. Widać ją bardzo dokładnie i widać, że tworzy z budynkiem całość. W istocie budynek ten to browar, stojący dosłownie kilka metrów od wejścia do kościoła. Stoi na miejscu, na którym po pożarze, w 1808 roku pobudowano gmach pierwszej szkoły miejskiej.
Trzeciej bramy na drzeworycie nie widać. Ale zapewne już istnieje. Jest zasłonięta budynkiem plebanii.
Mnie interesuje jednak pierwsza z bram. Dlaczego?

Kiedy przyjrzymy się planowi Bielska z oznaczoną linią średniowiecznych murów, szybko zdamy sobie sprawę z braku jakiejkolwiek bramy w południowych wałach. Tak, jakby była zupełnie niepotrzebna. Według obecnego stanu wiedzy bramy, ani nawet furty rzeczywiście tam nie było. I jest to dość stanowcze stanowisko archeologów, mimo, że zupełnej pewności w tej kwestii oczywiście nie ma. I nigdy nie będzie, bowiem obszar, na którym brama mogła stać, jest dzisiaj bezpowrotnie utracony dla jakichkolwiek badań archeologicznych i prób uchwycenia jej reliktów. Tutaj mamy do czynienia z niemalże identyczną sytuacją, jaka miała miejsce w przypadku bramy dolnej, tej przy zamku, której relikty zniszczono plantując obszar dzisiejszego wylotu ul. Wzgórze na plac Chrobrego. Również tutaj - podczas prac niwelacyjnych mur prawie całkowicie został usunięty aż do fundamentów. Skąd więc wiadomo, że w ogóle istniał? W 1996 roku, podczas modernizacji placu katedralnego odkryto jego relikty. Znajdowały się mniej więcej w okolicy schodów wiodących z ulicy Sikorskiego ku katedrze. Odnaleziono także fragment szerokiej na 11 metrów fosy biegnącej wzdłuż dzisiejszej ulicy Schodowej, dokładnie pomiędzy kościołem a klasztorem.
Czy brama (względnie furta) w murach południowych istotnie była zbędna? Czy faktycznie mieszkańcy miasta, aby udać się na południowy blich, czy tzw. Pastornak korzystali z dolnej, albo górnej bramy miejskiej? Z górnej - rozumiem. Była bardziej wygodna, choć przecież odległa. Po jej przekroczeniu, podążający na pastwiska (na późniejszym Pastornaku) kierowali się wzdłuż muru i fosy, dzisiejszą ulicą św. Trójcy, przecinali Cieszyńską, docierali do obecnego placu św. Mikołaja i - mając mury miejskie po lewej stronie - przecinając plac przez sam środek, podążali stromo w dół, wzdłuż dzisiejszej ulicy Sikorskiego, ku Młynówce płynącej dzisiejszą Partyzantów.
Dolna brama zaś nie nadawał się do tego w ogóle. Jaszcze bowiem na planie katastralnym z 1836 r. droga u stóp zamku, dzisiejsza ul. Zamkowa, przedstawia się jako kompletnie nieprzejezdna. Pomiędzy gęsto zabudowanymi budynkami od biedy mogli przecisnąć się piesi, ale już z całą pewnością żaden wóz z bielonym płótnem, nie mówiąc już o dwóch, które chciałyby się wyminąć.

Czy z tego płynie więc jakiś konkretny wniosek?
Raczej pewna ciekawa hipoteza.
Wróćmy jeszcze raz do ryciny pana Samuela. Widać na niej tuż obok kościelnego muru pewną konstrukcję. Uznaliśmy, że to brama, czy raczej furta w murach. Czy słusznie?

Przecież ta zwieńczona dwuspadowym dachem sylwetka budynku z szerokim czarnym otworem do złudzenia przypomina stojące przy rynku kamienice z podcieniami. Czarny otwór łudząco podobny jest do łukowo sklepionych arkad. Czy to możliwe, abyśmy mieli w tym wypadku do czynienia z wolno stojącą kamienicą z podcieniem?
Sądzę, że raczej nie. Z urbanistycznego i architektonicznego punktu widzenia taka lokalizacja bezokiennej kamienicy z podcieniem to niczym nieuzasadniony absurd.

Czy zatem budynek ten nie jest jednak bramą z szerokim przejściem?
Cóż... Pytanie jest z gatunku tych niegłupich. Przekonamy się o tym, kiedy spojrzymy na pewną ciekawą, trochę niewyraźną, ale przecież czytelną fotografię:



Widzimy na niej kościół św. Mikołaja (a raczej jego wieżę) przed przebudową w 1910 r., budynek dawnej szkoły katolickiej i tzw. górną bramę cmentarną wraz z budynkiem bramnym. Cały ten zespół urbanistyczny wiązany jest z dawnym cmentarzem i pozostałościami po nim. Ale skoro mur cmentarny biegnący na południe od kościoła był jednocześnie murem miejskim, to czy brama cmentarna w tym murze nie była kiedyś furtą miejską?
Ktoś może powiedzieć - patrząc na rycinę Johanny'ego - że bramy miały raczej swoje otwory przebijane prostopadle do murów, a tutaj mamy otwór i drogę biegnące wzdłuż umocnień.

Nie do końca. Przecież przejazd bramny leżącej na przeciwnym krańcu murów furty (tej przy ul. Krętej) także biegł pod kątem prostym. Dlaczego więc nie założyć, że i w dolnym, i w górnym biegu umocnień istniały dwie bliźniacze furty o podobnej konstrukcji i identycznej funkcji?
Czy na potwierdzenie tej tezy mamy jakieś argumenty? Tylko jeden (no, może dwa).
Jeśli spojrzymy na jakikolwiek dawny plan miasta, dostrzeżemy pewną ciekawą rzecz.



Otóż furta w północnym pasie murów, ta, która niedawno została częściowo zrekonstruowana, posadowiona była na linii ulicy miedzuchowej (dzisiaj zwanej Krętą). To oczywista i częsta praktyka w urbanistyce średniowiecznej. Ówcześni ludzie byli niezwykle praktyczni, jeśli drogę można było poprowadzić prosto, tak ją prowadzili. Była dzięki temu krótsza. Czy można sądzić, że również południowa furta osadowiona była na linii jakiejś ulicy? Przypatrzmy się temu.

Jeśli pociągniemy linię prostą od podcieni rynku i wzdłuż ul. Kościelnej, to na przedłużeniu tej linii, niemalże na przecięciu jej z linią średniowiecznych murów miejskich (W miejscu, gdzie na planie katastralnym dostrzec można przedziwne, a zastanawiające w świetle naszych dociekań załamanie linii umocnień) pojawi się miejsce, w którym jeszcze w początkach XX wieku stała ... cmentarna górna brama! Zatem...

Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną przesłankę, która każe nam domyślać się w tym miejscu jakiejś bliżej nieokreślonej średniowiecznej konstrukcji. Patrząc na ten fragment planu katastralnego z 1836 r. możemy dostrzec, że linia murów (która przecież w XVIII i XIX wieku nie ulegała korekcji, a co najwyżej etapowej destrukcji) ulega załamaniu, dokładnie w miejscu bramy cmentarnej i wykazuje anormalny przebieg, a mur po obu stronach budynku bramnego nie zbiega się liniowo. Podobne załamania widać w północnej części obwarowań, tuż przy baszcie łupinowej.


Czy znana nam z XIX-wiecznej fotografii górna brama cmentarza, wraz z budynkiem bramnym nie były czasem pozostałością średniowiecznej południowej baszty łupinowej? Powiedzieliśmy już sobie przecież o pragmatyzmie naszych przodków. Jeśli ktoś kiedyś zbudował w murze furtę, od furty biegła droga, wzdłuż drogi stały chaty i warsztaty, to ten układ urbanistyczny musiał mieć swoje konsekwencje również w wiekach późniejszych, bo z takich układów łatwo się nie rezygnuje. Możliwe więc, że brama cmentarna widoczna na zdjęciu jest naturalną konsekwencją furty w murach obwodowych i najzwyczajniej w świecie przejęła ona fukcję swej poprzedniczki, choć już w ogranicznym, bo cmentarnym zakresie...

To nie jest wcale niemożliwe (choć najbardziej prawdopodobne będzie stwierdzenie, że brama i budynek nie są pozostałością, ale że raczej posadowiono je na reliktach furty). I bardzo bym chciał, aby tak było. Niestety. Dzisiaj tego się już nie dowiemy. Przeszłość w tym wypadku odeszła bezpowrotnie, zostawiając nam tylko domysły i hipotezy. Południowy stok wzgórza, wraz z fosą i średniowiecznym murem obronnym został splantowany, zrównany z ziemią i rozkopany pod fundamenty nawy rozbudowującego się kościoła św. Mikołaja.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że uda się kiedyś odkryć, pozostający być może do dziś głęboko w zapomnianych archiwach dokument, który wykaże i dowiedzie, że Bielsko miało jednak starą, południową furtę.
Na odkrycia terenowe raczej nie ma już co liczyć.

2014-03-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Okruchy

  

Albo

czego można dowiedzieć się ze starej, nudnej fotografii

Oto fotografia wykonana zapewne jeszcze w XIX wieku. Stara, szara, nudna. Można by nad nią przejść do porządku dnia, gdyby nie kilka szczegółów, które, jak sądzę, zainteresują każdego uważnego obserwatora.

Fotografia wykonana jest z dachu hotelu Kaiserhof w kierunku zachodnim. Jak tylko wpadła mi w ręce (a raczej w oczy - znalazłem ją w sieci), natychmiast zadałem sobie pytanie, czy można precyzyjnie określić datę jej powstania.

Pierwsze co rzuca się w oczy to kościół ewangelicki Zbawiciela przy placu Marcina Lutra. Jego sylwetka nieco odbiega od tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Kościół nie posiada bowiem jeszcze wysokiego zwieńczenia wieży zaprojektowanego przez Fryderyka i Karola Schultzów. Widać jednak dwie boczne wieżyczki, które są efektem wcześniejszej przebudowy wg projektu Heinricha von Ferstla z roku 1881. Oznacza to, że mamy do czynienia z przedziałem czasu 1881-1895.

Czy można tę fotografię wydatować jeszcze dokładniej? Można.

Po prawej stronie zdjęcia widać szeroką połać dachu kamienicy doktora Wilhelma Münza stojącej przy ul. Franciszka Józefa. Ta piękna kamienica powstała dokładnie w 1889 roku. Nasze ramy czasowe zawężają się więc coraz bardziej. Najistotniejszym jednak elementem układanki jest ... sam hotel. Jego budowę ukończono w roku 1893. Wynika z tego, że zdjęcie zostało wykonane pomiędzy rokiem 1893 a 1895, a więc po wybudowaniu hotelu, a przed rozpoczęciem remontu kościelnej wieży.

Sama fotografia zawiera kilka ciekawych "smaczków".

Na pierwszym planie, na lewo od kamienicy Münza widzimy wysoki komin i dach niepozornego parterowego domku wciśniętego między wielkomiejską zabudowę ulicy Franciszka Józefa. Budynek będzie tam stał jeszcze jakieś sześć, siedem lat. W 1901 roku w jego miejscu stanie bowiem jeden z najbardziej charakterystycznych budynków ulicy - kamienica kantora synagogi, Fischera (a raczej wdowy po nim, Grety Fischer).

Kamienica Grety Fischer. Jeden z najbardziej charakterystycznych budynków dzisiejszej ulicy 3 Maja. Choć, tak naprawdę, cała ta ulica zabudowana jest jedynymi w swoim rodzaju budowlami. Obok niej, po prawej, widać kamienicę Münza, która powstała w 1889 r. To ciekawe, ale przed tym rokiem ktoś, kto chciałby przespacerować się tą ulicą, daleko by nie doszedł. Kończyła się ona właśnie na wysokości kamienicy Münza. Dalej nie było nic prócz pól, działek i drzew. Do dworca wiodła zupełnie inna droga. Zabawne, ale dzisiejsza ulica 3 Maja, która wydaje nam się w oczywisty sposób odwieczną i niewzruszoną arterią, liczy sobie zaledwie 125 lat. Jak na miasto o średniowiecznym rodowodzie to śmiesznie mało.

Powyżej małego domku z pierwszego zdjęcia jaśnieje szczytowa ściana kamieniczki (czy raczej oficyny), której dzisiaj już nie ma. Został po niej zaledwie plac (ul. Kącik) z resztką trawy i lichym murkiem.

Po lewej stronie kadru, u góry, widać kościół św. Trójcy, jeszcze przed przebudową, a poniżej niego dostrzec można charakterystyczny, przysadzisty budynek z mansardowym dachem.

To dawna fabryka braci Bathelt, wybudowana w 1809 roku nad nieskanalizowanym jeszcze wówczas Niprem. Teraz, z końcem XIX wieku jest to już zwykły dom mieszkalny, ale aż do 1860 roku w murach tej budowli rozbrzmiewał hałas maszyn tkackich.

Fabryka braci Bathelt, a właściwie ojca i synów, pierwotnie nosiła przecież nazwę "Bathelt i synowie". Prawdziwa manufaktura, jedna z pierwszych w mieście. Warto dodać, że okolica ta w początkach XIX wieku to ciągle jeszcze zabłocone, niezabudowane, pełne kóz, kur i świń przedmieście. Płynący tędy z okolic dzisiejszej ul. Listopadowej potok Niper nie groził wprawdzie nagłym wiosennym czy jesiennym przyborem wody, ale z całą pewnością niósł błoto i wilgoć. Tymczasem to właśnie tu Batheltowie postanawiają założyć swoją fabrykę. Dlaczego? Bo tanie grunty? Bo w bezpośrednim sąsiedztwie potoku? Bo rzut kamieniem od miasta, a jeszcze bliżej do kościoła ewangelickiego i szkoły? Być może, kapitalizm ówczesny i dzisiejszy niewiele się różnią. Liczył się zysk, jak najmniejszy wkład i tania siła robocza. No i oczywiście wygoda...

Stare fotografie to istna kopalnia wiadomości i wiedzy. Ale stare fotografie trzeba umieć czytać. Czasem to, co zapisane na fotografii umyka zmysłom. Tak właśnie jest z poniższym zdjęciem.

Oto ulica Ku kładce lub, jak kto woli, Nad ścieżką (podobno są jeszcze tacy, którzy uparcie piszą nazwę tej ulicy "Nad ścieszką"). To nie jest zwykła ulica. To znaczy kiedyś nie była zwykłą ulicą, bo dzisiaj ledwie co z niej zostało. Dzisiaj trudno się nawet zorientować, że to jeszcze kilka dekad temu była naprawdę pełnoprawna ulica, a nie tylko fragment placu Smolki.

Na powyższej fotografii widać to dobitnie. Ulica z kamienicami z prawdziwego zdarzenia po obu stronach, z brukiem, z porządnymi chodnikami... Krótko mówiąc - wielkie miasto!

Kiedy jednak patrzy się na to zdjęcie i ma w pamięci topografię miasta, kiedy wie się, że ulica ta kończyła sie tak nagle, nie sposób nie zadać sobie pytania: dokąd tak naprawdę prowadziła?!

Ku rzece?

Tak! Właśnie tak. Biegnąca stromo w dół ulica Ku kładce jest przecież pozostałością po najstarszej chyba w tej części miasta drodze wiodącej ku brodowi na rzece Białej. W miejscu, gdzie niegdyś, jeszcze w latach trzydziestych XX wieku istniała skośnie budowana kładka łącząca Bielsko i Białą, w XVI wieku (a na pewno i wcześniej) funkcjonował bród, przeprawa przez potok w kierunku Krakowa. Uliczka Ku kładce nie jest więc niczym innym, jak reliktem prastarego szlaku, niedocenianym i niezauważanym świadectwem dawnych czasów.

Plac Giełdowy od wschodu zamknięty był krótą pierzeją zwieńczoną szczytem jednej kamienicy. Droga na wschód wiodła albo w lewo, za narożnik domu cechowego i dalej w prawo na trakt cesarski, albo prosto, ulicą Ku Kładce (kiedyś pewnie "Ku Brodowi") i przez rzekę Białą w kierunku miasta Biała. Ten drugi szlak jest dużo starszy. Był wykorzystywany jeszcze zanim na Kamieńcu pojawiły się pierwsze chaty Białej, jeszcze zanim lipniczanie postanowili osiedlić się w tym żyznym miejscu.

I jego relikty pozostały do dziś.

2014-03-13 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2014
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[bogdanbo]
W marcu ub. roku @liceummundi odwiedził park na oś. Polskich Skrzydeł i zamieścił ciekawą notatkę....
[Maciej P.]
Nie znam powodu, dla jakiego władze miasta przemianowały ulicę, ale nawet gdybym znał - nie...
[jacob ]
Zasadna zatem byłaby zmiana nazwy ulicy Partyzantów na Blichowa. A nie pamięta Pan dlaczego Partyzanci...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 19768
Newsów: 26
Komentarzy: 38
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała