liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (1)

Jednak jest pięknie...

  

Czyli gorzka refleksja.

I znów wróciłem na łamy prędzej, niż chciałem.


Tym razem za przyczyną odzewu, z jakim spotkał się mój poprzedni wpis. Właściwie bardzo dobrze się stało, bo przecież wpis ten, opatrzony zresztą podtytułem "interwencyjny" takie miał zadanie: wywołać odpowiednią reakcję. Dlatego portalowi www.bielsko-biała.pl chwała za to, że sprawę postanowił wyjaśnić do końca. Powtórzę więc: stało się bardzo dobrze, że kwestia bramy została nagłośniona a odpowiednie "czynniki decyzyjne" zechciały zabrać głos w sprawie.

Jest oczywiście kilka wątpliwości, co do których za chwilę się ustosunkuję, ale przede wszystkim muszę stwierdzić z całą stanowczością: nie zostałem uspokojony. A jeżeli już cokolwiek odczuwam w tej sprawie, to jest raczej rozgoryczenie i coraz większa obojętność. W obliczu faktów dokonanych nic innego mi nie pozostaje.

W artykule pt. "Nie ma afery na cmentarzu" czytamy: "Brama zostanie odtworzona w pierwotnym kształcie. Ze względu na brak głębokich fundamentów trzeba ją było całkowicie odmurować. Została także przywrócona jej pierwotna wysokość w stosunku do poziomu chodnika, odsłonięty został cokół muru, odnowiono kutą bramę i furty. Wykonano także remont konserwatorski kamiennych czap, które po zakończeniu prac wrócą na swoje miejsce."


Słowa Miejskiego Konserwatora Zabytków, pana Piotra Kubańdy mają uspokajać, ale nie uspokajają. Przeciwnie.
Być może czytelnik, wyczytawszy w powyższej wypowiedzi, że brama została na nowo wymurowana, pomyśli, że w istocie mamy do czynienia z odtworzeniem zabytku. Będzie jednak w błędzie. Bardzo żałuję, że w trakcie całego wielomiesięcznego procesu mozolnego odbudowywania bramy nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Być może stałoby się wówczas jasne, że słowo "wymurować" to tylko szczególny eufemizm dla prac polegających na wylewaniu betonu w szalunek. Cegła wprawdzie pojawia się w konstrukcji (mam nadzieję cegła historyczna), widac ją doskonale, bo przebija spod marnej jakości tynku, ale czy to ma radować?

Piękna niegdyś (choć zniszczona) ceglana brama została zastąpiona przez kompozytowy (choć nowiutki) zastępnik. I to o tym był ten wpis. O niczym innym.

O wielce irytującej praktyce podmieniania tego co cenne przez swój wiek na bezwartościowe, prawdziwego na sztuczne, zabytku na jego model.

W kontekście tej sprawy (ale nie tylko tej jednej - na terenie naszego miasta takich przykładów jest więcej) najbardziej zdumiewa, że konserwator zabytków podejmuje działania dopiero wtedy, kiedy jest za późno. Pewnie się mylę i najprawdopodobniej źle rozumiem znaczenie słowa "konserwacja". W moim wyidealizowanym świecie to słowo oznacza jednak dążenie do tego aby coś się nie zepsuło, a nie czekanie, aż będzie za późno na ratowanie. Dla mnie "konserwacja" to zabezpieczanie przed niszczącym wpływem czasu.

I jeżeli w przypadku bramy cmentarnej przed interwencją MKZ mieliśmy do czynienia z zabytkiem, o tyle po interwencji już nim raczej nie jest. Oczywiście trzeba w tym miejscu głośno i wyraźnie powiedzieć, że same skrzydła bramne oraz furty jak najbardziej są oryginalne i fachowo odrestaurowane! Stanowczo tak. Ale to mnie nijak nie satysfakcjonuje. Tej anastylozy można było przecież uniknąć. I argument o braku głębokich fundamentów, jako powód murowania całej konstrukcji od podstaw na nowo jakoś do mnie nie przemawia. Istnieją przecież już od całych dekad techniki, które umożliwiają radzenie sobie z podobnymi problemami bez drastycznego ingerowania w sam zabytek. Że są to techniki bardzo kosztowne? No przykro mi.


Jeśli tak, wracamy do punktu wyjścia i może warto jednak - skoro działania konserwatorskie są tak ograniczone funduszami - reagować wcześniej, kiedy nie jest jeszcze za późno.
Na Boga, ten obiekt przetrwał bez większych prac konserwatorskich (pomijając drobne prace naprawcze, szczególnie prawej furty i renowacje tynkarskie) od 1865 roku! Nic dziwnego, że był w fatalnym stanie. A o złej kondycji obiektu wiedziano od dawna. To, co wydarzyło sie we wrześniu ubiegłego roku, a więc zawalenie się łuku lewej furty, nie było czymś niespodziewanym, zaskakującym. można było to przewidzieć. Znaki były aż nadto czytelne.

I właśnie w świetle tych spostrzeżeń rodzi się pytanie. Czy nie jest tak, że o to właśnie w tym wszystkim chodzi, aby sprawy zaszły naprawdę daleko, aby obiekt uległ destrukcji do tego stopnia, by można było całkiem spokojnie i z czystym sumieniem dokonać rekonstrukcji przy wykorzystaniu tańszych technik i materiałów współczesnych? Nie wiem. Nie twierdzę. Tylko pytam.

Pan Piotr Kubańda "uspokaja", że kamienne zwieńczenia bramy po remoncie konserwatorskim wrócą na swoje miejsce, ale to nie jest do końca prawda. One wprawdzie wrócą - to nie ulega wątpliwości - ale nie na swoje miejsce. Tego już przecież nie ma. Wymazano je z przestrzeni publicznej, pozbawiono miasto kolejnego prawdziwego zabytku, zastępując atrapą.

Pozostaje mi już teraz tylko gorzka refleksja.

I wiecie co w tej sprawie jest najbardziej gorzkie? Że wszystko jest ok, wszystko w zgodzie z prawem. Ba, mamy znowu spektakularny sukces!

Karawana jedzie dalej. I tylko blogerzy szczekają.
Szkoda słów.

2017-05-22 | Dodaj komentarz
Józef F.
2017-06-12 16:38:51
Te zawstydzające pseudokonserwacje stają się niestety zjawiskiem powszechnym. Znane mi są wypowiedzi konserwatorów zabytków, którzy tłumaczą się ogromną presją wywieraną na nich przez rozmaitych inwestorów, dla których liczą się głównie pieniądze i czas. Ubolewamy, i słusznie, nad sprawą bramy bialskiego cmentarza (jest mi szczególnie bliski z powodów rodzinnych), gdy tymczasem sprawa, o której tu mowa dotyczy pereł architektury, takich m. in. jak klasztor na Jasnej Górze, gdzie nie tak dawno wprawiano plastikowe okna.
Komentarzy (1)

Afera Gategate

  

czyli wpis interwencyjny


Miałem do lata nie publikować, ale sprawa skrajnie mnie zbulwersowała i bulwersuje nadal, więc złamię obietnicę.

Ulica Cmentarna to wąska, trochę zapomniana, na długim odcinku jednokierunkowa ulica miasta. Biegnie wzdłuż starego, zabytkowego, cmentarnego muru, którego metryka sięga połowy dziewiętnastego wieku. Mniej więcej pośrodku tego muru sytuuje się główna brama wejściowa na cmentarz. Ta brama ma swoją, naprawdę godną historię. W jej miejscu, jeszcze w osiemnastym wieku na cmentarz wiodła prosta furta w drewnianym jak sądze parkanie, przez którą transportowano zwłoki Konfederatów Barskich.

Ostatnio brama główna cmentarza przeszła gruntowny lifting, albo raczej - tak trzeba powiedzieć - postawiono ją na nowo. Zanim władze miasta odtrąbią sukces w kwestii dbałości o zabytki miasta, zanim ustawią się w kolejce po ordery, zanim przypiszą sobie wszelkie zasługi, chciałbym - z kronikarskiego obowiązku - pokazać całą prawdę o "dbałości o cmentarz".

____________________________________________

W roku 2015, wczesnym sierpniowym rankiem zawędrowałem z aparatem w okolice katolickiego cmentarza w Białej. Zupełnie przypadkowa w sumie fotografia przedstawiająca sypiącą się bramę cmentarną była ostatnią, jaką zrobiłem w tym miejscu w takim sztafażu.

W marcu 2016 roku znów pojawiłem się na ulicy Cmentarnej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zorientowałem się, że pejzaż zmienił się bardzo radykalnie. Potężnego, monumentalnego jesionu stojącego dotąd tuż przy bramie i witającego wszystkich wchodzących na teren cmentarza już nie było.

Po starym drzewie pozostały tylko resztki. Karpa i masa trocin.
Powiem to. Z całą odpowiedzialnością. Wszystkich ekologów i miłośników dzikiego życia w mieście proszę o wybaczenie: dobrze się stało.
Uwielbiam zieleń w mieście. Jednak zieleń w mieście dopuszczalna jest tylko w takim wymiarze, w jakim nie działa destrukcyjnie na jego tkankę. Drzewo wycięto właśnie z tego powodu. Aby nie niszczyło dzieła rąk ludzkich.
Problem jednak w tym, że dokonano tego stanowczo za późno, bo destrukcja postąpiła zbyt daleko. I była fatalna w skutkach.

We wrześniu 2016 roku było już za późno.

Te dwa (słabej, niestety, jakości) zdjęcia są dowodem na to, że w przypadku remontu bramy cmentarnej nie mieliśmy do czynienia z żadnym planowym ratowaniem zabytków, tylko z rozpaczliwym naprawianiem skutków katastrofy budowlanej. Tak, stupięćdziesięcioletnia brama się po prostu zawaliła. Zatem jej remont był zwyczajną koniecznością, ratowaniem tego, co pozostało. Naprawianiem zwykłego (i przez wzgląd na przedmiot - absolutnie niezwykłego) zaniedbania i jego konsekwencji.

To jednak nie koniec.

Bramę natychmiast zaczęto naprawiać. To znaczy nie do końca naprawiać - tutaj to słowo jakiś fatalny eufemizm. Starą konstrukcję zrównano ziemią, odzyskując (nie wiem po co) dziewiętastowieczną cegłę, po czym zgodnie z najnowszymi trendami budowlanymi, postawiono w jej miejsce piękną ... atrapę bramy. Betonbrutową. Gładką, prościutką i błyszczącą.

Przechodzę obok tej bramy codziennie w drodze do pracy. I codziennie jest to dla mnie bolesny spacer. Co ranek, zbliżając się do tego miejsca, zastanawiam się, czy już zobaczę na betonowym murze czerwoną klinkierową cegłę licówkę, czy jeszcze nie.


Codziennie modlę się o to, by na zwieńczeniach bramnych zobaczyć odnowione hełmy. I co ranek przeżywam rozczarowanie.
Dla przypomnienia - tak to wyglądało kiedyś:

Zaczynam się nawet niepokoić. Coś mi bowiem podpowiada, że stylowe zwieńczenia, które całej konstrukcji nadawały tego specyficznego, późnobarokowego charakteru, nie wrócą na bramę. Obym się mylił.

Remont trwa. Okropnie długo trwa. Zastanawiam się, ile jeszcze czasu przyjdzie nam czekać na zakończenie robót. Bo wszystko dokoła bramy mówi, że te jeszcze się nie zakończyły.

A co, jeśli się mylę? Nie znam planów, nie znam zamierzeń. Głupi jestem. Być może niepotrzebnie się nabzdyczam. Ale mnie się to po prostu nie podoba.
Ktoś coś wie?

Niech mnie ktoś uspokoi.

2017-05-16 | Dodaj komentarz
Krzysztof Czyż
2017-05-22 16:14:58
Detale mają wrócić. Kiedy? Nie wiem. W kancelarii parafialnej zapewne mógł by się Pan dowiedzieć więcej. Pozdrawiam!

Drodzy czytelnicy. Trzy miesiące milczenia to stanowczo zbyt długo. Wiem, zdaję sobie sprawę. Ale milczenie to było bardzo uzasadnione. Nie chciałem dokonywać żadnych radykalnych kroków, niczego definitywnie deklarować. Miałem nadzieję, że uda mi się wygrzebać spod terminów i na nowo podjąć wpisy. Niestety. Terminy okazały się silniejsze i przeważyły. Zobowiązania wzięły górę, a ja muszę przynajmniej na pół roku z powodów absolutnie niezależnych ode mnie zawiesić bloga. Tak oto obawy zmaterializowały się w sposób bardzo dotkliwy a niespodziewany.

To konieczne. I bolesne. Tym bardziej, że udało mi się dotrzeć do ciekawych danych dotyczących pierwszej kaplicy w Białej, przede mną niedaleka podróż w celu ustalenia dodatkowych faktów, no i żmudna praca porównawcza. Latem, lub (znając życie opcja to bardziej realna) jesienią zamierzam opublikować wyniki. Nic to wielkiego, ale moją wyobraźnię rozpala to do czerwoności.

Tymczasem muszę na jakiś czas pożegnać kochanych Czytelników i obiecać, że koło sierpnia wrócę z nowymi wpisami.
No więc obiecuję.

2017-02-13 | Dodaj komentarz
gjp
2017-02-13 22:30:03
cierpliwie (w miarę możliwości) będę więc czekał
AndrzejN
2017-02-14 08:14:28
Proszę wracać jak najszybciej. Ten blog jest potrzebny i bardzo wartościowy. Pozdrowienia!
andrzej
2017-02-14 09:40:19
Cóż to jest pół roku? Damy radę.
Rafał
2017-04-20 22:21:47
Czekamy z niecierpliwością!
Komentarzy (3)

Tak zwany cmentarz...

  

Drodzy Czytelnicy zdążyli się już zorientować, że ostatnio znów zawaliłem kilka terminów. Wpisy na blogu miały się pojawiać regularnie jak pociągi C.K. Uprzywilejowanej Kolei Północnej Cesarza Ferdynanda na dworcu w Bielitz. Wyszło jak zawsze - Koleje Regionalne.
Proszę mi wierzyć, naprawdę nic nie poradzę. Terminy gonią mnie ze wszystkich stron.


Dlatego dziś bardzo krótka wycieczka, a raczej wręcz impresja. Czasoprzestrzenny skok ku terenom nieodległym, zaś czasom zamierzchłym...

Listopad jest miesiącem w sposób szczególny poświęconym pamięci zmarłym, dlatego też dziś zajrzymy na chwilę na cmentarz. Ale na żaden z istniejących.


Zazwyczaj, kiedy przywołuje się nieistniejące cmentarze w naszym mieście, przychodzi na myśl żelazny repertuar - nieistniejące dwa kirkuty w Białej, również nieistniejący cmentarz wytyczony niegdyś wokół kościoła św. Trójcy, wreszcie cmentarz wojenny pod Dębowcem. To takie nasze abc nie-zapomnianych nekropolii. Oczywiście takich cmentarzy, cmentarzyków i miejsc pochówku, które tkwią w naszej pamięci i - na całe szczęście - nie zamierzają jej opuścić, mamy znacznie więcej. O jednym z nich
pisałem jakiś czas temu.

Są jednak w naszym mieście i takie, o których wiemy bardzo mało. Właściwie tyle co nic.
Moją wyobraźnię bardzo mocno rozpala tajemnica żydowskiego cmentarza z Białej, tego pierwszego, którego lokalizacja do dziś pozostaje całkowicie nieznana. Jednak o tej nekropolii opowiemy sobie może innym razem, dziś chciałbym pochylić się nad inną, także bialską, jednak tym razem katolicką.

O pierwszym cmentarzu katolickim w Białej wiemy rzeczywiście niewiele. Powstał prawdopodobnie niedługo po założeniu samej osady. Nie wiadomo jednak w którym miejscu. Z całą pewnością, u samego zarania wsi zmarłych chowano na cmentarzu lipnickim, jako, że Biała do Lipnika należała i terytorialnie, i parafialnie. Z czasem jednak uniezależniono się w tej kwestii od parafii lipnickiej. Być może nastąpiło to już na długo przed powstaniem kaplicy Opatrzności Bożej, co miało miejsce (i to dwa razy) w 1708 roku.
Można sądzić, że katolików (ale i luteran) chowano więc gdzieś bliżej centrum osady. Gdzie?

Nieco światła na sprawę rzuca nam zapiska w "Lipnickiej księdze gminnej" pod rokiem 1614, która dość jasno wskazuje, że cmentarz we wsi już był (prawdopodobnie luterański, na którym grzebano również katolików). O nekropolii tej (w zapisach z lat dwudziestych i trzydziestych XVII wieku) wspomina Erwin Hanslik w swej monografii Białej. Zapiski te ciągle jednak nie dają nam wiedzy na temat tego, gdzie konkretnie usytuowany był cmentarz.

Nieco więcej informacji przynosi "Kronika misji jezuickiej w Białej". Pod datą 1714 możemy przeczytać, że cmentarz (wytyczony samowolnie, bez zgody władz kościelnych, na ziemi udostępnionej przez dwór lipnicki) był wówczas posadowiony w samym centrum wioski. Było to możliwe dlatego, że w 1703 roku starostą lipnickim został Baltazar Adrian Bełchacki herbu Topór, starosta z Biecza, zagorzały zwolennik protestantyzmu. To on miał swój wielki wkład w fundację cmentarza. I zapewne to on wyznaczył - jak czytamy w "Kronice misji..." - teren pod niego. To ważna informacja, która przybliża nas nieco do rozwiązania zagadki.

Biorąc pod uwagę fakt, że w 1714 roku Biała nie posiadała jeszcze znanego nam dziś, skoncentrowanego wokół dwóch rynków układu urbanistycznego, uznać trzeba, że centrum osady znajdowało się bardziej na zachód niż dzisiaj, a więc bliżej rzeki Białej. Można przypuszczać, że cmentarz wytyczono więc gdzieś w okolicach dzisiejszego kościoła ewangelickiego, stojącego obecnie przy ul. Targowej róg Komorowicka. Wydaje się to rozsądną ewentualnością, w istocie przecież stary cmentarz istniał tam aż do lat osiemdziesiątych osiemnastego wieku, dopóki nie przeniesiono go bardziej na północ, w miejsce, w którym znajduje się do dziś.
Czy można utożsamiać stary cmentarz ewangelicki z tym najstarszym dwuwyznaniowym cmentarzem, o którym mówią źródła już od pierwszych dekad siedemnastego wieku? O tym za chwilę.

Oto bowiem sprawę komplikuje nieco inny, dość szczegółowy i w najwyższym stopniu ciekawy zapis w "Kronice miasta Białej" Wacława Chamrata. Otóż pod datą 1763 czytamy, że "ulica Głęboka biegła przez tzw. cmentarz".
Ki czort?

Powolutku.
Zanim zabierzemy się za analizę tego krótkiego zdania, trzeba wyjaśnić kilka nieścisłości, które mogą zaciemnić nieco obraz.
Uważny czytelnik zorientuje się natychmiast, że coś w tej krótkiej wzmiance Chamrata nie gra. Tak, tak - chodzi o nazwę ulicy! Zorientowani wiedzą bowiem, że ulica Głęboka została nazwana Głęboką dopiero w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku (no, może trochę wcześniej). Z jakiej więc racji i jakim cudem nazwa z przyszłości pojawia się w kronice pisanej na krótko przed śmiercią autora (Chamrat pisał ją najpewniej w latach 1807 - 1813)?


Odpowiedź jest prosta - oryginalna kronika Chamrata zaginęła. Jej treść znamy przede wszystkim z dokładnego, choć skróconego opracowania Richarda Wagnera oraz innych, późniejszych badaczy. To dlatego nieistniejąca w osiemnastym wieku, ale doskonale znana Wagnerowi w latach trzydziestych XX wieku nazwa pojawia się w kronice. Jaką zatem nazwę nosiła wcześniej dzisiejsza ulica Głęboka? Ano... Cmentarna właśnie (a właściwie Begräbnisgasse - uliczka Pogrzebowa).
I sprawa nieco się klaruje. Jakaż inna ulica mogłaby przechodzić obok cmentarza (lub, jak chce kronikarz - przezeń)?

Druga nie mniej ciekawa sprawa to użycie przez Chamrata/Wagnera dość zagadkowego określenia "tzw. cmentarz".
Dlaczego nie po prostu "cmentarz"? Czy nie dlatego że cmentarza już tam nie było? Czy nie dlatego, że kiedy Chamrat pisał swą kronikę na początku XIX wieku cmentarz istniał już tylko w świadomości społecznej, w pamięci zbiorowej mieszkańców? Że istniało już tylko miejsce po cmentarzu, nie on sam, ale pamięć była tak silna, że to miejsce ciągle zwane było "cmentarzem"?

Spójrzmy więc na plan miasta. Ulica Głęboka biegnie do dziś dość charakterystycznym łukiem. Jest on niezmienny od lat, dekad i wieków. Ten charakterystyczny zakręt drogi widać także na jednym z najstarszych planów Białej, wykreślonym przez Breuninga w 1803 roku (a więc jeszcze za życia Chamrata!). Oto jego fragment:

To niezbyt dokładny, ale będący bardzo ciekawym odwzorowaniem plan (na marginesie dodam, że choć plan datowany jest faktycznie na rok 1803, szczerze wątpię, aby obrazował stan z 1803 roku, najpewniej jednak dużo wcześniejszy). Na interesującym nas fragmencie wyraźnie widać biegnące poziomo koryto Niwki, widać też przy prawej krawędzi kościół pw. Opatrzności Bożej/ św. Ignacego Loyoli (A), zabudowania w obrębie "Nowego Rynku" (B) oraz okolice drogi Cmentarnej (C).

Warto przyjrzeć się istniejącemu na mapie, przytulonemu do wewnętrznego łuku ulicy Cmentarnej zadrzewieniu (C). Według doktora Jerzego Polaka to właśnie mógł być teren niegdysiejszego cmentarza. Tego pierwszego bialskiego miejsca pochówków.


Hipoteza całkiem zgrabna i być może rzeczywiście tak było. W każdym razie wiele za tym przemawia (o tym jeszcze wspomnimy).

Jeśli ta teza jest właściwa, miejsce lokalizacji pierwszego cmentarza powinniśmy wiązać właśnie z tym zaznaczonym na zielono obszarem. Lub jakąś jego częścią.

Mnie jednak spokoju nie daje inna myśl, która przyszła mi do głowy jakiś czas temu, kiedy przygotowywałem materiał do małej monografii cmentarzy w Białej. Otóż jeśli w istocie w szesnastym i siedemnastym wieku rzekoma pierwsza bialska nekropolia położona była "w centrum" osady, to może - stosując moją ulubioną brzytwę Ockhama - należałoby szukać jej tam, gdzie z całą pewnością wiemy, że była później? Jeżeli bowiem cmentarz, którego szukamy był dwuwyznaniowy (a był z całą pewnością), to może rozsądniej będzie wiązać go z terenem, na którym pochówków dokonywano aż do drugiej połowy osiemnastego wieku, czyli w obrębie dzisiejszego ewangelickiego kościoła w Białej? Przecież przez jakiś czas ten przykościelny cmentarz był dwukonfesyjny. Wreszcie last but not least znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca, które nawet w szesnastym wieku, a więc u samego zarania osady, funkcjonowało jako jej centrum! Lokując więc pierwszy cmentarz właśnie przy Starej Drodze, będziemy w zgodzie z zapiską w "Kronice misji jezuickiej w Białej", która tę nekropolię lokuje właśnie w samym środku wsi.

Co więcej zapis Chamrata wcale nie musi być niezgodny z faktami w takim właśnie ujęciu. Przypomnę, że u kronikarza czytamy, że przez cmentarz biegła ulica Cmentarna (czyli dzisiejsza Głęboka). Nie ma tu nijakiej sprzeczności. Przecież odwołujemy się tu do czasów, w których ulice nie miały nazw formalnych, tylko użytkowe albo zwyczajowe (w całej Polsce drogi Cmentarne istniały na długo zanim wprowadzono nazewnictwo urzędowe) i nazwy te nadawano po prostu uliczkom, czy drogom wiodącym na cmentarz, gdziekolwiek on był. Jeśli spojrzymy na plan Białej, ewentualnie na zdjęcie satelitarne, łatwo zorientujemy się, że nawet jeśli cmentarz ulokowano przy dzisiejszej ul. Komorowickiej (czyli przy późniejszej świątyni ewangelickiej), nie trzeba szukać żadnych karkołomnych wytłumaczeń, dlaczego w kronice Chamrata mowa o Begräbnisgasse.

Być może Begräbnisgasse, czyli dzisiejsza Głęboka była wówczas dłuższa o 100 metrów? I wiodła aż do cmentarza, a uliczką Cmentarną przestawała być dopiero po połączeniu się z dawną Altegasse wiodącą na wschód, czyli w okolicy dzisiejszego skrzyżowania z ul. Piłsudskiego...
Dlaczego nie?

Ma to swój sens. I jest rozwiązaniem logicznym, prostym i jakoś tak oczywistym... Czyż nie? Może nie trzeba szukać bytów urojonych, może nie powinniśmy mnożyć ich ponad miarę. Być może wystarczy zaufać ludowej mądrości i uznać, że cmentarz w siedemnastym wieku był dokładnie tam, gdzie był przez następne dwieście lat, to znaczy przy "Via Antiqua", tuż przy późniejszym bialskim rynku, wokół luterańskiego kościoła.

Ta teoria podoba mi się bardzo. Niestety, jest chyba nieprawdziwa.

Bo nijak do niej nie pasuje fakt, że starosta Bełchacki w 1714 r. umożliwił wytyczenie protestantom całkiem nowego cmentarza. Całkiem nowego! A skoro tak, to w Lipnickiej księdze gminnej pod rokiem 1614 i w późniejszych nieco zapiskach Erwina Hanslika, mowa była o zupełnie innym cmentarzu.

Żeby było jeszcze ciekawiej w zapisie z "Historii misji jezuickiej...", pod rokiem 1717 czytamy o konflikcie, jaki wybuchł wokół kaplicy Opatrzności Bożej. I to dosłownie. W tym bowiem roku bialanie postanowili wznieść dookoła świątyni ogrodzenie. Związane to było z założonym właśnie w tym miejscu nowym cmentarzem, na którego wytyczenie katoliccy mieszkańcy dostali zgodę nie tylko biskupa, ale i samego króla. Ponownie jak kilka lat wcześniej sama kaplica, tak i teraz jej ogrodzenie spotkało się z silnym protestem ewangelików, atakiem i nie tylko zniszczeniem samego parkanu, ale i zbezczeszczeniem krzyża, cmentarza, pobiciem i wyrzuceniem proboszcza.

O całej sprawie dokładniej powiemy sobie w następnym wpisie, tymczasem zwróćmy uwagę na fakt, że oto w 1717 roku istniał już w najlepsze nowy katolicki cmentarz. Usytuowany tuż przy kaplicy Opatrzności Bożej.

Dlatego też - aby sprawę skomplikować jeszcze bardziej - zasugeruję zupełnie inne rozwiązanie naszej cmentarno-historycznej zagadki.
Wyobraźmy sobie, że wszystko, co powiedzieliśmy sobie powyżej, dotyczyło nie jednego, nie dwóch, a... trzech cmentarzy.

Myślę, że sprawa wyglądała następująco: pierwszy cmentarz, ten wzmiankowany w 1614 roku, a także w kronice Hanslika, istotnie znajdował się przy Cmentarnej/Głębokiej. I chyba można uznać, że znajdował się dokładnie tam, gdzie szukał go doktor Polak.

Pośrednim dowodem na to, że już w siedemnastym wieku cmentarz istniał przy dzisiejszej Głębokiej, może być inny, dość dokładny plan, czyli Josephinishe Landesaufnahme 1763 - 1787 z mocno zaskakującą i tajemniczą plamą zieleni tuż przy wzmiankowanym już przeze mnie wcześniej łuku drogi. Proszę przyjrzeć się dokładnie. Spora, niezagospodarowana przestrzeń zdradzająca jednak jakąś szczególną regularność.

Idźmy dalej. W 1714 roku starosta Bełchacki przychylił się do próśb protestanckich mieszkańców Białej i wytyczył następny, tym razem protestancki cmentarz w centrum osady, w miejscu, w którym nieco ponad sześćdziesiąt lat potem stanie kościół Marcina Lutra. Cmentarz będzie funkcjonował do drugiej połowy osiemnastego wieku, potem, to znaczy w 1783 r. zostanie przeniesiony.

Kilka lat później, ok. 1717 roku również katolicy zdecydowali się na założenie nowej nekropolii wokół kaplicy Opatrzności Bożej. Od tej chwili cmentarz przy Cmentarnej zaczął tracić na znaczeniu (być może w świetle ostrego i przybierającego niebezpieczne formy konfliktu dwuwyznaniowość cmentarza stała się gwoździem do jego - nomen omen - trumny). Być może ekshumowano ciała, częściowo na cmentarz katolicki, częściowo na ewangelicki i prawdopodobnie dokonano tego na przestrzeni krótkiego czasu. Jednak ta spora "grepnica" jeszcze długo trwała w pamięci mieszkańców. I pewnie dlatego właśnie jeszcze w kronice Chamrata na początku dziewiętnastego stulecia ulica Głęboka biegła przez "tak zwany cmentarz".

__________________________________

Kiedy na wschód od starościńskiego dworu utworzono ok. 1770 roku nowy cmentarz (konfederacki), na który w 1784 roku przeniesiono zmarłych z cmentarza przykościelnego, pamięć o najstarszej nekropolii całkiem się zatarła. Miejsce porosła najpierw trawa, potem drzewa, wreszcie w zakolu drogi stanęły pierwsze budynki. O grepnicy nikt już nie pamiętał. Zapomniano, że w ogóle istniała.

Chociaż... właściwie czy naprawdę istniała?

2016-11-22 | Dodaj komentarz
Ryszard
2016-11-28 13:34:23
ystkich :) Lubie bardzo czytac Twojego bloga, bo czasami odkrywasz calkiem nowe, choc stare miejsca. Sam pochodze z Bielska jednak nie mieszkam juz tam ponad 20 lat. Ale dobrze do rzeczy. Jako mlody chlopak pamietam dorabialem na budowie jeszcze na poczatku lat 90tych. W miejscu o ktorym zaraz powiem byl cmentarz w przeszlosci. Pamietam z tego czasu byly to wczesne prace wykopkowe. To znaczy niwelowanie terenu i kopanie fundamentow. Dzialka z tego co pamietam byla pusta, ale glowy sobie nie dam uciąc.....moze stalo tam cos poprzednio......nie znam Bialej az tak dobrze. Fakt faktem pamietam to dobrze na skraju dzialki stal calkiem duzy drewniany krzyz.....mial ze 3 metry wysokosci. Z kamienicy na przeciwko czesto przychodzil do nas na budowe starszy samotny meżczyzna zeby sobie porozmawiac z kims i poopowiadac nam o czasach okupacji itd. Pamietam jak kiedys go zapytalem co oznacza ten krzyz? Czy stal tym miejscu kosciół moze ? Ów stary czlowiek opowiedzial mi ze w dawnych czasach byl tam cmentarz. Wydalo mi sie to dziwne .....kopanie fundamentow na cmentarzu? No, ale zwłoki mogly byc eskumowane, albo cmentarz byl tak dawno ze juz nikt wtedy o to nie dbal. A i przypomne ze byly to początki lat 90tych wiec wszystko dalo sie zalatwic :). Miejsce o ktorym mowie to blok ( no teraz tam stoi blok ) na rogu ulicy Ignacego Paderewskiego, a ulicą Szkolną. Pozdrawiam wszystkich czytelnikow bloga :)
Maciej P.
2016-11-29 12:29:00
Dziękuję za komentarz. Ryszardzie, piszesz o jednym z ciekawszych fragmentów tej części miasta. W dodatku ciągle jeszcze niezwykle tajemniczym. Przy ulicy Szkolnej, tuż przy murze budynku nr 23 do dziś stoi drewniana pięknie utrzymana pasja. Stoi dokładnie naprzeciwko "apartamentowca", o którym - jak sadzę - piszesz. Czy w miejscu tego nowego budynku mógł być kiedyś cmentarz? Jeśli tak, to stosunkowo niedawno. Być może był to cmentarz z czasów wojny (pierwszej lub drugiej) - nie wcześniejszy. Historia tego miejsca jest bardzo długa i sięga okresu lokacji Białej jako miasta. Pierwotnie dzisiejsza ulica Szkolna była tyczona jako ślepa ulica biegnąca po prostu równolegle do traktu na Kęty (dzisiejszej ul. Wyzwolenia). Dość długo miała charakter półwiejski i bardzo nieregularny. Opodal przepływał strumień, zwany Czarnym Przekopem. Jeśli wierzyć starym mapom i planom, dzisiejsze skrzyżowanie ulic Paderewskiego i Szkolnej jeszcze w I połowie XIX wieku było dość nieregularnym, sporym placem, ale akurat teren, o którym piszesz, czyli miejsce rzekomego cmentarza, był już wówczas dość ściśle zabudowany i dlatego sądzę, że istnienie tam cmentarza w XIX wieku lub wcześniej jest raczej wykluczone. Stan ten trwał wiele dekad i na żadnym z późniejszych planów mniej więcej do roku 1915 nie widać we wskazanym przez Ciebie miejscu nawet śladu cmentarza, czy choćby pustej przestrzeni. Jednakże faktycznie istnieją plany, wykorzystujące podkłady z lat czterdziestych, a więc z czasów okupacji, na których w miejscu stojącego dziś apartamentowca zaznaczony jest spory zadrzewiony kwartał. Być może w trakcie którejś z wojen powstał tam prowizoryczny cmentarz, jakich na terenie miasta było wiele. Ta pusta przestrzeń widoczna jest jeszcze na planie z 1987 roku. Oczywiście daleki jestem od podważania relacji świadków naocznych - wielokrotnie okazywało się, że to właśnie oni mają rację, a nie dokumentacja częstokroć niedokładna, czy celowo zafałszowana (w okresie komuny takie coś było na porządku dziennym). Jestem więc przekonany, że wspomniany przez Ciebie sąsiad nie kłamał. Pozdrawiam serdecznie.
Paweł
2017-01-12 19:53:01
Super artykuły!!! Kiedy następne??? Jaki był kiedyś przebieg Młynówki w Bielsku? Wiemy już, że łączy się z Niprem i gdzie się kończy. A gdzie miała źródło(a)? Czy brała się z potoku biorącego początek pod Dębowcem, czy może była odnogą Białki z okolic Folwarku???
Komentarzy (0)

Doktrynerów walka z wiatrakami

  

Dzisiejszy krótki wpis będzie raczej tylko uzupełnieniem poprzedniego.

Mam wrażenie, że w kwestii wyburzeń roku 1974 wszyscy bielszczanie (przynajmniej ci świadomi) są zgodni co do tego, że tzw. Wielka Destrukcja była czynem barbarzyńskim i absolutnie karygodnym. Co do tego nie ma chyba wątpliwości.

Warto przyjrzeć się jeszcze przez chwilę tamtym wydarzeniom, a raczej ich teatrowi. Plac Żwirki i Wigury był jedną z jego scen.

Początkowo powstały pomiędzy 1896 a 1908 rokiem plac był z urbanistycznego punktu widzenia pewnym prowizorium. Nie posiadał nawet swojej własnej nazwy (ten zakątek przez miejscowych potocznie zwany był Hirsewinkel, czyli Zakątek Hirsego). Budynki, które zajmowały tę przestrzeń przed 1896 rokiem tworzyły dość chaotyczny zbiór starych domów. Do tego czasu centralną część obszaru zajmowało kilka niewysokich realności (zakład blacharski Adolfa Ziegera, skład trumien pani Liss Stoklossa i gospoda, a także tzw. dom Wagnera, który stał najdłużej z nich wszystkich, bo aż do 1915). Budynki te zostały zburzone, powstał w ten sposób dość obszerny plac, którego wschodnią pierzeją stała się dotychczasowa uliczka Graben, którą jeszcze niedawno płynął odkrytym korytem potok Młynówka.
Potok przykryto, plac oczyszczono i urządzono na nim skwer.

Kryty czerwonym dachem niewielki dom na środku placu - to ostatni ocalały budynek, już niedługo zostanie zburzony.

Tak się jednak w owych czasach działo, że nawet, jeśli nie było jakiejś konkretnej, spójnej wizji przestrzennej (wbrew pozorom bywało tak nierzadko), to i tak to, co tworzono, nawet w ramach prowizorki, miało swoją niezaprzeczalną klasę. Po prostu sto lat temu nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby ta prowizorka, czy nie do końca zrealizowany plan, miały straszyć brakoróbstwem i fuszerą.

To dlatego plac, który powstał po wyburzeniach już w krótkim czasie stał się kolejnym reprezentacyjnym miejscem w mieście.


Na powyższym zdjęciu, prócz estetycznego skweru, widać doskonale zdobne fasady kamienic otaczających plac. Starannie dopieszczone i wysmakowane. Moją szczególną uwagę zwraca niepozorny budynek z charakterystycznymi obłymi wykuszami na drugim piętrze. Być może dlatego, że dziś po tej kamienicy nie ma już nawet najmniejszego śladu.
To kamienica Büttnerów, właścicieli firmy "Karola Büttnera Synowie".
Stanęła w miejscu wcześniejszej, mniejszej kamienicy, wybudowanej na gruntach Ferdynanda Napsa.

Kamienica wyraźnie odcina się od pozostałych - nic dziwnego, wybudowano ją w okresie największej popularności modernistycznego prądu zwanego funkcjonalizmem. Jest doskonałym przykładem modernizmu wysmakowanego, który symetrią i harmonią nawiązuje dyskretnie do poprzednich epok, ale również stanowczo dystansuje się do męczącego ówczesnych projektantów przerysowania formy. To zdecydowanie najnowocześniejsza kamienica w tej części miasta.
Bardzo nowoczesna...

Na tym zdjęciu lepiej widoczna jest część południowa kamienicy i brama wjazdowa na dziedziniec bardzo już rozbudowanego zakładu "Karola Büttnera Synowie".

Kamienica miała pecha. I to podwójnego.
Po pierwsze stanęła na drodze nowo tyczonej trasy na południe, a po drugie była młoda, miała zaledwie pięćdziesiąt lat... I o ile pierwszy powód był ważniejszy - wąskie gardło ulic Zamkowej i Partyzantów musiało zostać poszerzone - o tyle drugi tylko ułatwił i przyspieszył decyzję o rozstaniu z budowlą.

"Rozstanie" to jednak eufemizm. Widać to na powyższym zdjęciu. Kiepskiej jakości fotografia zamieszczona w Kronice Beskidzkiej ukazuje ostatnie chwile kamienicy, którą zdetonowano jako jedną z pierwszych przy Placu i przy ul. Zamkowej. Głęboka niechęć komuny do "reakcyjnych pozostałości architektonicznych II RP" skutkowała właśnie takimi, obfitującymi w spektakularne metody akcjami.

Cała operacja prowadzona była z pełnym zabezpieczeniem i w asyście fachowych służb. Tuż za smutnymi pozostałościami piętrzy się odsłonięty szczyt dawnej kamienicy Schimanka.

Mimo potężnej eksplozji, wykusze drugiego piętra, które runęły na gruzowisko, ocalały prawie w całości. Odarte ze stolarki okienne otwory zdawały się rozpaczliwie wołać o pomstę za ten barbarzyński akt. Bezskutecznie.

Potem poszło już łatwo.

Obrazy te mogłyby posłużyć za scenerię niejednego filmu wojennego, albo post-apokaliptycznej wizji. I kiedy patrzę na te zdjęcia, kiedy przyglądam się temu dziełu zniszczenia, wprost nie mogę uwierzyć, jak wiele zmieniło się w tym niewielkim zakątku miasta na przestrzeni wieków. Jak wielka skala zmian dotknęła ten umęczony fragment Bielska...

I zaczyna nurtować mnie dość szczególne pytanie: czy można szukać analogii pomiędzy wyburzaniem kamienic w latach 1896 - 1915, a destrukcją roku 1974? Czy te dwa akty mają ze sobą coś wspólnego?


Pozornie tak. I w jednym, i w drugim przypadku mamy przecież do czynienia z realizacją konkretnego planu przestrzennego, mającego na celu poszerzenie tego samego fragmentu miasta. Udrożnienie i "otwarcie" na południe. Teoretycznie więc Antoni Kobiela szedł tylko w ślady swych starszych kolegów Steffana i Hoffmanna i to w dodatku tymi samymi niemal metodami. On także, podobnie jak jego poprzednicy siedemdziesiąt lat wcześniej, wyrąbywał w tkance miasta "szerokie przejścia i chodniki". On także wietrzył miasto i unowocześniał...


Ale to tylko pozorne podobieństwo.
Różnica jest bowiem taka, że o ile na początku XX wieku burzono faktycznie stare, sypiące się dwustuletnie bez mała rudery, w których mieszkanie było nie tylko niezdrowe, ale one same częstokroć stanowiły zagrożenie, nie mówiąc już o kwestiach estetycznych (sądzę, że dla burmistrza Karola Steffana niezwykle istotnych), o tyle w przypadku manipulacji aparatczyków PRL-u mieliśmy do czynienia z likwidacją zabudowań zupełnie niestarych (i to nie był wówczas wyjątek - wystarczy, obok kamienicy Büttnerów podać za przykład modernistyczną kamienicę stojącą o rzut kamieniem, na zboczu Kozielca, którą także - wraz z sąsiadkami - w efektowny sposób wysadzono w kosmos). I to jest sedno!

I żeby chociaż - podobnie jak czyniono to dekady wcześniej - próbowano zastąpić czymś te rozpaczliwe blizny, uładzić prowizoryczną zabudowę, uczynić z placu na powrót piękne miejsce... Żeby choć z grubsza przywrócić placowi stan sprzed destrukcji. Nic z tego...

Mili Czytelnicy tego bloga doskonale znają moje zapatrywania na modernizm i wiedzą, że nie darzę go jakąś szczególną estymą, uważając, że w ścisłym centrum naszego miasta doskonale komponują się li i jedynie Aleje Sułkowskiego, pewnie dlatego, że tworzą genialną jednolitą całość. Nie jestem jednak doktrynerem i w tej konkretnej architektonicznej materii (i w każdej innej także) nie po drodze mi z ideologami socjalistycznych urbanistycznych czystek.

Tej architektury na Placu Żwirki i Wigury jest mi zwyczajnie i po ludzku szkoda.


_______________________________

Chciałbym zakomunikować, że kilka zamieszczonych w tym wpisie (i w poprzednim również) fotografii obrazujących destrukcję z lat siedemdziesiątych nabyłem w antykwariacie. Posiadam więc odbitki, ale - zgodnie z polskim prawodawstwem - praw autorskich do ujęć nie posiadam. Na odbitkach nie ma, niestety, nazwiska ich autora, gdyby więc rozpoznał on je na tym blogu, a nie chciał, aby były publikowane, lub przeciwnie - chciałby może podzielić się innymi posiadanymi - proszę o kontakt:

eduon@vp.pl

2016-10-14 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Józef F.]
Te zawstydzające pseudokonserwacje stają się niestety zjawiskiem powszechnym. Znane mi są wypowiedzi konserwatorów zabytków, którzy...
[Krzysztof Czyż]
Detale mają wrócić. Kiedy? Nie wiem. W kancelarii parafialnej zapewne mógł by się Pan dowiedzieć...
[Grzegorz]
Przeczytałem całego bloga od deski do deski ! re-we-la-cja ! same superlatywy ! Ale... czytałem...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 163921
Newsów: 86
Komentarzy: 304
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała