liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Miejski szlag architektoniczny

  


Różnie to bywa... Czasem szwendam się po mieście z aparatem i - proszę mi wierzyć - zdarza się, że nawet nie wyjmę go z torby. Czasem jednak rzuca mi się w oczy coś, co sprawia, że krew się we mnie gotuje. Łapię wtedy za lustrzankę i uwieczniam kuriozum zagryzając przekleństwem.

Panorama. Odwieczna. Stara niczym samo miasto.... Przez wieki ulegająca niewielkim tylko przemianom. Domy trochę urosły, zhardziały kamiennymi, tynkowanymi licami, zarosły papą, gontem i dachówką... Ale poza tym wszystko tutaj do dziś pozostało takie jak dawniej. Te same ściany, te same dachy, taki sam bruk...
No, prawie taki sam.

XXI wiek to epoka cudów. Naprawdę. Nie przesadzam.
Wiemy więcej (prawie wszystko), umiemy lepiej, znamy się dokładniej, jesteśmy mądrzejsi, bardziej doświadczeni, lotni i pełni inwencji niż nasi zacofani, żyjący w prymitywie, brudzie i chłodzie przodkowie. Z troską patrzymy na zapyziały, szary, rozmyty świat przeszłości, z troską, która lubi niepostrzeżenie przemieniać się w protekcjonalne politowanie. W poczucie wyższości i bezczelnej megalomanii.


I to pewnie dlatego czujemy tak przemożną i niepowstrzymaną chęć wcinania się z tymi naszymi technologicznymi cudeńkami zawsze kiedy tylko nadarzy się okazja, wszędzie, gdzie się da, nawet w najstarszą panoramę miasta. O, tak jak tu!

Tak, tak. Nie mylą nas oczy. W dachu starego, liczącego sobie setki lat budynku ktoś wyfasował... okna dachowe. Piękne, błyszczące, zgodne z europejskimi normami i poczuciem estetyki troglodyty konstrukcje, które pasują do tego krajobrazu jak szyberdach do cesarskiej karety. I, proszę Państwa, to nie jest żaden żart. To nie jest fotoszop... To się dzieje naprawdę.


Chyba nie przypadkiem całkiem podobnie, ale w konsekwencji chyba jeszcze gorzej (bo jest to widoczne jak na dłoni) prezentuje się ta kamienica od frontu, od strony Rynku. Wyrosłe ni stąd ni zowąd facjatki na dachu, który nigdy ich nie posiadał, a także wielkie okna dachowe, wepchnięte w połać bez dbałości choćby o podstawowe zasady architektonicznej estetyki, kaleczą boleśnie i dach, i oczy patrzącego. I nawet jeśli co do sensowności umieszczenia w specjalnie do tego podniesionym dachu zabytkowej kamienicy facjatki można jeszcze dyskutować (odpowiednio zaprojektowana, wyważona w proporcjach i ledwie rzucająca się w oczy od biedy ujdzie), to tego typu idotyczne pomysły, jak okna połaciowe, wołają o pomstę do nieba! Noż do diabła, jak można!

Podobnie ma się sprawa w wielu miejscach miasta. Dźwigane z ruin (zaraz ktoś się przyczepi, że sugeruję jakoby Bielsko było w ruinie) rudery, stawiane na nowo, zyskują prócz nowych tynków i kolorów także nowe oblicza. Tak jest z kamienicami przy Rynku, pod nr. 30, czy w nowo odrestaurowanej kamienicy 18, tak jest na Celnej 10, tak jest też na Sobieskiego 28, w dawnej restauracji Herzyka.

Jeszcze w tym konkretnym przypadku, w kamienicy Rynek 19, facjatki jakoś się prezentują. Pobudowane w stylistycznej zgodzie z całą, nienagannie restaurowaną resztą, sprawiają wrażenie, jakby faktycznie były na swoim miejscu. Tutaj trudno się do czegoś przyczepić (może poza samym faktem dobudowania czegoś, co nigdy nie istniało). Gorzej jednak, jeśli mieli się staromiejska tkankę i pichci z tej mielonki mało strawne, pseudozabytkowe danie.

Teoretycznie mamy tu sytuację bardzo podobną. Kamienica Rynek 18 także, podobnie jak jej sąsiadka, odremontowana została z pełnym pietyzmem, z wykorzystaniem całego arsenału środków rewitalizacyjnych z przywracaniem detali i kolorów (bazującym na wnikliwych badaniach stratygraficznych nawarstwień malarskich). A jednak w tym wypadku nie ustrzeżono się przed zgrzytem dachowym. Okna połaciowe są tutaj tak samo na miejscu, jak rzeźbiony galion na dziobie dłubanki, albo weranda w malborskim zamku.

Nie, nie czepiam się. Doceniam, że w ogóle ktoś coś z tym bałaganem robi. Ale jednocześnie nie mogę znieść sposobu, w jaki to się odbywa. Zupełnie, jakby ktoś zrobił deal: "ja inwestuję w renowację kamienicy, w zamian za to miasto idzie na ustępstwa dotyczące pozwoleń." I o ile zgodnie z Art. 30. Prawa budowlanego, na wstawienie okien dachowych wystarczy tylko zgłoszenie w urzędzie, to już przebudowa konstrukcji dachu i wykonanie lukarny dachowej uzależnione są od pozwolenia na budowę. Sprawa z zabytkami jest jednak dużo bardziej skomplikowana, bo w tym wypadku wszelkie zmiany wprowadzone w konstrukcji zabytku obwarowane są nie tylko pozwoleniami na budowę, ale również pozwoleniem na prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru. To zaś pozwolenie wydawane jest przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Nie sądzę, aby prace w obrębie naszego najstarszego założenia miejskiego odbywały się z pogwałceniem prawa, natomiast śmiem twierdzić, że w wielu przypadkach pogwałcono przede wszystkim zdrowy rozsądek i dobry smak.

Przesadne hołdowanie utilitas w architekturze prowadzi czasem do sytuacji skrajnych. Dramatycznych. Oto przykład. Pochodzący z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku budynek starej szkoły katolickiej w Białej jest zabytkiem (A/128/76). Kilka lat temu zabytek odremontowano, jednak remont nie został zakończony, a sam budynek, nieużywany, niszczał imitując udaną inwestycję. Stosunkowo niedawno ktoś wydał pozwolenie (no chyba że odbyło się to bez żadnej decyzji, zupełnie samowolnie, to jeszcze gorzej) na przeprucie ściany frontowej "alkierza" budynku i wstawienia tam aluminiowych drzwi. Budynek stracił swą pierwotną formę, został oszpecony idiotycznym qui pro quo.

Czy zabytek A/128/76 przestał być zabytkiem? A jeśli tak, to kiedy i z jakiej racji? A może ta część budynku, ów charakterystyczny alkierz już zabytkiem nie jest? Nie wiem. Nie rozumiem. Nie mogę pojąć. Jak to się stało? Kto na to pozwolił? I dlaczego?

Dopiero patrząc od tyłu, od zaplecza na ten obecnie żałośnie okaleczony obiekt, choć obiektywnie jeden z ciekawszych w naszym mieście, można zrozumieć, w czym rzecz. To już istotnie nie jest żaden zabytek. To już faktycznie nie jest sól tej ziemi. To już zwyczajny developerski ochłap, może jakoś tam atrakcyjny, może w jakiś sposób pożądany. Ale jednak ochłap. Rozpadający się wrak, gnijący, umalowany trup. Truchło. Wystarczy spojrzeć... Tak nie wyglądają zabytki. Tak nie prezentują się budynki pod ochroną.

Na naszych oczach klimatyczny, starodawny świat odchodzi w niebyt, skażony trądem nowoczesności, ospą technologii, grzybicą obojętności i dżumą bezmyślności. I powiem szczerze, że zupełnie nie rozumiem, jak można być tak bezmyślnym, tak krótkowzrocznym, aby w tak bezceremonialny, bezrefleksyjny sposób pozbywać się z miasta i z własnej historii czegoś, co jest jej żywą pozostałością, co jest prawdziwym "gościem" stamtąd. Nie pojmuję, jak można z taką łatwością przepuszczać przez palce coś, za co inne miasta, oglądające swoją dawną świetność tylko na starych zdjęciach i rysunkach oddałyby wszystko? Nie wiem, jak to się dzieje, że tutaj, w Bielsku-Białej, zasobnej nie tylko w zabytki, ale przez to również i w świadomość ich wartości, że tutaj dochodzi do tak jawnych i bezczelnych gwałtów na tych zabytkach...

Sapiehówka od frontu wygląda wręcz imponująco. Wprawdzie trzy gible, dla osób pamiętających zabytek sprzed lat wydają się obcymi naroślami; wprawdzie zachowano - mimo ocieplenia i nowoczesnych tynków - charakterystyczne dla epoki józefińskiej łuki nadokienne. To wszystko pięknie. Tymczasem od tyłu...


Czasem myślę sobie, że to wszystko nie dzieje się przypadkiem. Że to nie jest tylko niefrasobliwe w swych konsekwencjach poszukiwanie tańszych może sposobów na inwestycję, może skuteczniejszych w swym technologicznym zaawansowaniu, może łatwiej dostępnych. Przeciwnie. Czasem mam przemożne wrażenie, że takie działania są inspirowane w jakimś konkretnym, nieznanym mi celu. Nie wiem - aby zmusić konserwatora zabytków, czy inne gremia decyzyjne do ustępstw, aby postawić je przed faktem dokonanym, może po to, aby po prostu celowo zniekształcić historyczny krajobraz kulturowy zohydzając go i pozbawiając najbardziej "wstecznej" cechy, jaką jest jego historyczność...

Ale nie dla samego niszczenia. Nie... Zabytek jest wrogiem, bo przepisy, które go chronią, nie pozwalają go zmieniać, zabraniają weń ingerować, stoją na straży jego nietykalności. A z punktu widzenia zuchwałego w tym względzie prawa własności, taka nietykalność jest nieopłacalna, bezsensowna, przynosi straty i... stoi na drodze wolności osobistej jednostki.

Jestem chyba coraz bardziej zmęczony i zniechęcony. I po trochu dzieje się tak dlatego, że wokół nas takich chorych, bezsensownych pomysłów na unowocześnianie bielsko-bialskiego krajobrazu, jak te, które opisałem powyżej, jest coraz więcej. A świadomość, że zwyczajni mieszkańcy na to wszystko nie mają żadnego wpływu tylko pogarsza sprawę.

I właśnie dlatego trafia mnie szlag. Architektoniczny szlag.

2016-04-03 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2016-04-13 13:09:12
Renowacje w Bielsku-Białej to nie jest temat prosty. Zdarzają się te zacne jak i te wołające o pomstę. Problemem generalnie są te które wykonane nieźle szpecą tym jednym elementem który kompletnie burzy odbiór całości. Mnie osobiście zawsze denerwowały te gible na rynku, kompletnie nie pasujące do całości. Albo te witryny sklepowe w postaci przeskalowanej szyby. Okna dachowe są do przecierpienia ale nie od strony frontu elewacji budynku.
Nikt
2016-04-17 22:31:11
Kolejnym przykładem zmieniającym oblicze na gorsze jest budynek dawnego przytułku św. Anny stojącego tuż przy kościele św. Trójcy...
Komentarzy (2)

Poczthalteria

  

czyli

przybliżanie horyzontu.

Rozgwieżdżone niebo wisiało nad piaszczystą drogą. Wszystko wokół skąpane było w srebrzystym księżycowym blasku, a rozjeżdżone koleiny traktu skrzyły się w świetle miesiąca jak pokryte śniegiem.

Było grubo po północy, kiedy na drodze wiodącej z Cieszyna pojawił się powóz zaprzęgnięty w dwójkę koni. Konie biegły stępa, robiły bokami, jakby brały udział w wyścigu, powóz, pokryty czarną, smołowaną ceratą, kiwał się na boki. Na wiodącym koniu siedział brodaty mężczyzna, poganiając zwierzęta krótkim bacikiem.


Zaprzęg minął pogrążony we śnie, schowany pod osłoną słomianych strzech Obervorstadt i starą, pamiętającą chyba czasy książąt piastowskich, wykładaną dylami drogą skierował się ku rynkowi. Przejechał przez posępny otwór bramy wciśniętej w nadwyrężony zębem czasu mur miejski i zagłębił się w krótką, wąską uliczkę wiodącą do Rynku.
Powóz przeciął płytę centralnego placu miasta, budząc zapewne turkotem wszystkich śpiących mieszczan i zatrzymał się przed zaopatrzoną w szeroki przejazd bramny piętrową kamienicą przy numerze 89. Na placu było pusto i cicho.


Szczęknął zamek, zaskrzypiały wierzeje bramy.
Niewysoki, pryszczaty, zaspany chłopiec wyjrzał ostrożnie i dostrzegłszy pocztyliona rzucił się ku koniom.
- Ale jakże to, miły panie, jak to tak szybko?! - wymamrotał nieprzytomnie.
- Co "szybko"? - woźnica rzucił chłopcu wodze i zeskoczył na bruk.
- No, toż, panie, mieliście być dopiero we czwartek po południu! Tu wszystko z pompą i orkiestrą miało czekać!
- Jaki czwartek?! - warknął mężczyzna i wetknął chłopcu w drugą dłoń bat. - Konie do stajni, a mnie jeść dajcie.
- Konie będą miały wygody jak u sułtana, dobry panie... Ale w kuchni już nikogo nie ma...
- Co, nie ma? Głodny jestem!
- Matuchna na pewno coś nagotuje - skulił się chłopak i skoczył do bramy. Zaparł się i otworzył ją na przestrzał. - Ale to potrwa. Mieliście być we czwartek!
- Alem jest, do diabła, we wtorek!
- Ale jest, do diabła, druga w nocy! Kuchnia zimna, panie!
Mężczyzna zmarszczył brwi, ale spuścił z tonu.
- Nie marudź, tylko koniom żryć daj. - warknął. - Ja sobie dam radę.
Brodacz odpiął od siodła podwójną skórzaną sakwę i zarzucił ją sobie na ramię. Zadudnił pięścią w ceratową budę, spod której dobiegało miarowe pochrapywanie.
- Jesteśmy na miejscu - wrzasnął, aż poniosło się po rynku i odbiło echem od przeciwległej pierzei. Z wozu najpierw doleciały jakieś niezidentyfikowane dźwięki, a potem ukazała się nalana twarz rozespanego pasażera. Patrzył na poczmistrza nieprzytomnie. Ten wskazał budynek poczthalterii.
- Bielsko, szanowni panowie. Nocleg! Mówiłem, że zdążymy przed świtem! - zarechotał z tryumfem. - Zaraz panowie spokojnie główki złożą w miękkiej pościeli.
- Chryste panie - jęknął podróżny gramoląc się spod budy. - Toż to niewyobrażalne tortury! Tyle godzin w jednej pozycji. Jeszcze chwila i wyskoczyłbym w biegu! Jak Boga kocham. Konam!
- Jeszcze chwila cierpliwości! Hej, pętaku, odstaw powóz z panami pod dach!
Chłopak chwycił wiodącego gniadosza tuż przy uździenicy i pociągnął zaprzęg w czerń bramy.
Mężczyzna obrzucił wzrokiem pogrążone w mroku niskie, ponure domostwa. Czarne dachy wisiały nad miasteczkiem jak skrzydła posępnego ptaka. Całość robiła dość odstręczające wrażenie.
- Wiedeń to to nie jest - mruknął do siebie z niesmakiem. Splunął i podążył w ślad za wyrostkiem.
- Mój Boże! Święci Pańscy! - drzwi w podwórzu otwarły się nagle, a ku pocztylionowi wyskoczył odziany w długą koszulę nocną i szlafmycę właściciel kamienicy, wąsaty Johann Dietzius. - Skąd o tej porze? Już dzisiaj? Czekaliśmy cię pojutrze.
- Pogoda dobra, droga sucha - mężczyzna poklepał poufale poczmistrza. - To i sprawiłem się szybciej niż potrzeba...
- Ale gala przygotowana dopiero na...
- Tak, wiem, na czwartek - ponownie poklepał pana Jana. - Jeść dajcie. Rano ruszam dalej.
- Jakie rano! We czwartek miałeś pan przyjechać! Masz pan ponad dwa dni! Z domu cię, człowieku, nie puszczę. Wyjedziesz jak trzeba! A w międzyczasie jesteś moim gościem.
Pocztylion uśmiechnął się szeroko i poprawił sakwę na ramieniu.
- Więzić mnie pan chcesz, panie poczmistrzu?
- Jakie więzić - Dietzius zamachał rękami w chaotycznym proteście. - Gościam większego nie miał. Toż to taka okazyja. Pierwszy dilligence w naszym mieście. Pierwszy raz w smutnym, szarym Bielitz.
- Smutnym... Tak, zauważyłem.
Gospodarz zbył ironiczną uwagę milczeniem. Chwycił stojącą na komodzie w sieni świecę, zakrzyknął w czerń korytarza i poprowadził gościa na piętro. Otworzył drzwi wiodące do jednego z pokojów i szerokim gestem wskazał pomieszczenie.
- Pokój cesarski dla pana.
- Niechże pan da spokój - uśmiechnął się gość pojednawczo. - Przecież ja zwykły pocztylion jestem, nic więcej. Podróżnym lepiej te wygody zostawić.
- Dla gości to ja mam pokój... gościnny, szanowny panie. Ani słyszeć nie chcę!
W tym momencie do pokoju wtoczyła się gruba kobieta, odziana w prostą spódnicę i byle jak zawiązaną zapaskę. W jednej ręce trzymała gliniany dzban, na którym balansowała deska z kawałem sera, a w drugiej nóż. Pod pachą dzierżyła chleb. Pół ogromnego bochna.
- Te wasze pany podróżne to jakieś takie lebiegowate - zamruczała niby do siebie. - Ledwie na piętro wliźć mogą.
Istotnie, na schodach za drzwiami rozległy się kroki, a właściwie poczłapywania przetykane głośnym pojękiwaniem.
Po chwili w drzwiach stało dwóch podróżnych. Obaj sprawiali żałosne wrażenie. Zmierzwione włosy, pomięte odzienie, bolesny wzrok.
- Panie Janie, pozwoli pan, że przedstawię naszych hojnych podróżnych - rzucił z udaną kurtuazją woźnica. - Pan Schutze...
Wysoki, chudy, odziany w czarny płaszcz mężczyzna skłonił się przed poczmistrzem.
- I pan Lutze... - mały czerwony grubasek także złożył ukłon, co wyglądało raczej jak cudem udana próba złapania równowagi.
- Ho ho, widzę, że podróż w istocie szybką była. - Jan Dietzius aż podparł się pod boki. - To i dobrze, zapraszam panów na chwilę, zanim moja kochana Hildzia przygotuje szanownym panom pokoik po drugiej stronie korytarza.
Mężczyźni wsunęli się nieśmiało do pokoju i z wyraźną ulgą usiedli za stołem naprzeciwko pocztyliona i pana Jana.
Ten ostatni znów zarżał jak kuc.
- Nie wiem, jak panowie, ale ja szczerze jestem kontent gościć tu panów. Toż to przecie wiekopomna chwila. Pierwszy dyliżans w Bielitz! Gruba sprawa!
Podróżni spojrzeli po sobie znacząco. Jeden z nich, masując się po plecach pokręcił głową.
- Z całym szacunkiem panie poczmistrzu... Z szacunkiem, ale biorąc pod uwagę cyrkumstancje najwyższej wagi... Zważywszy na niewątpliwy kuriozalny wyczyn pana woźnicy... Dodawszy osobliwe okoliczności samej rajzy...
Gospodarz spojrzał zdumiony na podróżnego, ale nic nie powiedział. Tamten zaś kontynuował:
- Ta całkiem ekstraordynaryjna sytuacja, która pchnęła nas do odbycia podróży... I wszystkie tej podróży towarzyszące szykany... Biorąc pod uwagę...
- Do diabła, kończ pan tę przemowę! - Dietzius nie wytrzymał i sapnął jak zeźlony pies.
- Wszystko to jasnym czyni sprawę, że ten cały wasz interes z dyliżansami w trzy tygodnie szlag trafi! - wysapał wreszcie Schutze...
- Cooo?
- No dobra, w cztery!
- Ale co pan, jak pan to rozumiesz?
- Ano właśnie - żachnął się drugi gość. - Tu się nie ma co unosić. Kolega rację ma. Marny to, widzi mi się, interes.
Spojrzał wymownie na woźnicę i kontynuował:
- Wiem, że z pana nie lada zawodnik i żeś pan chciał już za pierwszym razem taki rekord trasy ustanowić, żeby przez dwieście lat nikt go pobić nie mógł. Ale chyba trochę pan przesadziłeś. Bez urazy - skłonił się lekko. - Wytrząsłeś nas pan jak ziemniaki na wozie. Od tej podróży tylko odciski na sempiternach mamy. I dlatego... Od Krakowa inny transport wynająć będziemy zmuszeni, choćby i wóz drabiniasty, byle z dużą ilością siana... Żeby nam zadki od wybojów odpoczęły... Zaś do Krakowa... Tutaj gotowiśmy dopłacić, bylebyś pan jak ludzi nas wiózł, nie jak drewno z lasu...
Zapadła cisza. Słychać było tylko senne pobzykiwanie jakiejś obudzonej w środku nocy muchy i ledwie słyszalne skrzypienie dachowej więźby starej kamienicy. Jan Dietzius dłuższy moment wpatrywał się bez słowa w podróżnych, aby po chwili wyjąkać:
- Tegom się nie spodziewał...
- Dziękuję panom za uznanie - mruknął jakby nic się nie stało pocztylion. - Jednak co do pryncypiów mylicie się bardzo. Przed dyliżansami duża przyszłość stoi. Duża i zacna. I kto tego nie rozumie, ten dureń.
Może i trochę panów za mocno wytrząsłem, ale co zrobię, skoro o to przecie w całym tym ambarasie idzie, żeby u celu być szybciej niż zwykle. Czyż nie? Gdyby o to nie szło, tedy zamiast płacić za przewóz, wygodnie szlibyście panowie... na nogach.
- Ależ panie woźnico, tu nie tylko o szybkość, ale i o komfort chodzi!
- Nie, tu chodzi o sprawę! O wielką sprawę, proszę panów. Sto pięćdziesiąt lat czekaliśmy na to, żeby dzięki takim uwierającym wasze sempiterny wynalazkom
świat zmniejszyć i miasta do siebie przybliżyć.
- Pan tak mówisz, bo panu za takie gadanie płacą!
- Jakie "płacą"? - pan Lutze szturchnął łokciem kompana - Przecież to my zapłaciliśmy!
- Nie, ja tak mówię, bo taka prawda jest. Jeszcze nasi ojce o tym marzyli... A panowie narzekają, jak jakie panienki. Toż wy jesteście, drodzy wy moi, jak - nie przymierzając - Argonauci! Jak Kolumb i Magellan razem wzięci! Przecieracie nowe szlaki. O was, szanowni wy moi, w gazetach będą pisać! Piosenki śpiewać! Panowie chyba nie za bardzo zdajecie się rozumieć... Wy nie tylko jesteście świadkami wielkiej historii, wy tkwicie w niej po wasze wytrzęsione w drodze z Wiednia zadki!
Zarechotał rubasznie, aż echo poniosło ponad dachami śpiącego miasta.

____________

Pierwszy dyliżans z Wiednia przez Cieszyn dotarł do Bielitz o godzinie drugiej w nocy dnia 23 maja 1775 r. Rzeczywiście planowy przyjazd miał nastąpić dopiero 25 maja, jednak sprzyjające warunki pogodowe i zaskakująco dobry stan szosy spowodowały, że podróż z Wiednia do Bielska udało się skrócić o ok. 60 godzin. Tak, brodaty pocztylion miał rację. Dalekobieżna poczta okazała się strzałem w dziesiątkę. Fracht pocztowy stał się najpopularniejszą formą transportu korespondencji, przesyłek materialnych i... ludzi przez długie dziesięciolecia, aż do otworzenia linii kolejowej.

Historia poczty na tym terenie nie zaczęła się w osiemnastym wieku, jest znacznie dłuższa. Pierwsze przesyłki (listy spadkowe po śmierci królowej Bony) przewożono przez Bielsko już w połowie XVI stulecia. I chociaż była to poczta kursująca dość regularnie, nie stanowiła usługi powszechnej. Dopiero w grudniu 1632 roku, dekretem Komory Śląskiej, dopuszczono do obsługi pocztę prywatną.

Urząd pocztowy z prawdziwego zdarzenia utworzono w Bielsku w 1744 roku, kiedy w wyniku I wojny śląskiej do Prus przyłączono wielkie obszary Śląska, co spowodowało przecięcie i zablokowanie dotychczasowych tras pocztowych. W konsekwencji władze państwa postanowiły otworzyć nowe połączenie z Polską, które uwzględniałoby zaktualizowany przebieg granic. Taką trasą była linia Cieszyn - Kraków z dwiema dużymi stacjami pośrednimi w Skoczowie i Bielsku właśnie. A tak na marginesie: wojna to zło, ale znów tak się dziwnie złożyło, że to właśnie działania wojenne stały się bodźcem do rozwoju szczególnej gałęzi aktywności gospodarczej.

Pierwszym poczmistrzem w mieście był Kaspar Hofer. Transport poczty odbywał się wówczas konno. Przewoźnik pocztowy (w pierwszym okresie istnienia bielskiej stacji był to Jan Gretzke) troczył do siodła torbę z listami. Tylko w szczególnych przypadkach, kiedy korespondencja była bardzo obfita, stosowano jednoosiowe wozy pocztowe zwane kaleszami.

W roku 1762 bielski urząd pocztowy stał się stacją pocztową, a od 1767 przez Bielsko wytyczono szlak pocztowy przez Kraków do Warszawy. Ciągle jednak był to czas poczty konnej, na podobieństwo tej, z czasów Zygmunta Augusta.

Czas dyliżansów przyszedł nieco później. Kiedy w 1772 roku Austria dokonała aneksji Galicji, powstała konieczność utworzenia dużego połączenia Wiednia ze stolicą tego nowozajętego regionu - Lwowem. Komisarz pocztowy Zachariasz Cosa w 1772 r. zaprojektował, a kalkulator buchalterii gubernii Jan v. Kleinsorgen w 1773 roku ostatecznie uruchomił linię do Lwowa. Poczthalteria w Bielsku ekspediowała wysyłki dwa razy w tygodniu do Lwowa i dwa razy do Wiednia. W początkowym okresie były to kursy wyłącznie pocztowe i odbywały się na starych zasadach (poczmistrz konny).

Dnia 7 stycznia 1775 roku Maria Teresa zarządziła utworzenie na linii Wiedeń - Lwów obsługi dyliżansowej.


Jak już wyżej pisałem, pierwszy kurs dyliżansowy do Lwowa przez Bielsko miał miejsce w maju 1775 roku. Od tego znamiennego dnia, wbrew przewidywaniom uczestniczących weń pierwszych podróżnych, trasa przez Bielsko stała się niezwykle popularna.

Budynek przy Rynku pełnił funkcję stacji pocztowej prawie półtora wieku. Stanowił nie tylko rozdzielnię listów i paczek ale także rodzaj dworca, hotelu i jadłodajni. Spora brama zamyka wjazd do sieni wiodącej na tyły budynku, gdzie ulokowane były stajnie. W czasie funkcjonowania stacji pocztowej, w najlepszym jej okresie, przetrzymywano tam do dwudziestu czterech koni! Dziś po stajniach, rzecz jasna, nie ma nawet śladu, w ich miejscu stoi kamienica Wzgórze 5.

Lata siedemdziesiąte osiemnastego wieku przyniosły wielkie zmiany. Kompleksowy, systematycznie realizowany program budowy wygodnych, szerokich dróg objął również Księstwo Cieszyńskie. Droga z Cieszyna do Bielska, będąca częścią wielkiego traktu Wiedeń - Lwów powstała właśnie wówczas. Budowana długimi, prostymi odcinkami, obsadzanymi rzędami wysokich drzew inwestycja, ułatwiła znacznie komunikację. Nic dziwnego, zaanektowana do monarchii Galicja, wymagała przecież jasnych i szerokich arterii podboju...

Dzięki nowoczesnym ciągom komunikacyjnym znacznie wzrosła jakość obsługi tras pocztowych. Poprawiła się szybkość i komfort jazdy, spadły koszty przewozu (zużycie sprzętu, dzięki lepszej nawierzchni, stało się mniejsze).

Nagle okazało się, że dalekobieżna poczta może nie tylko spełnić swoje zadanie, ale nawet zarobić na siebie.


Również w Bielsku postanowiono wykorzystać tę passę. W celu wyprostowania traktu (który dotąd biegł starą, jeszcze średniowieczną trasą, czyli z Rynku dzisiejszą ulicą Celną), wyburzono mury miejskie w ciągu dzisiejszej ul. Cieszyńskiej i wytyczono nowy trakt na Wiedeń - ulicę Cesarską. Odtąd, czyli od lat siedemdziesiątych XVIII wieku biegła ona wzdłuż południowej pierzei Rynku, z pominięciem starej górnej bramy.

Pierwsze pojazdy pocztowe były dość prymitywne. Podróż nimi rzeczywiście mogła sprawiać spore uciążliwości. Biorąc w dodatku pod uwagę długość trasy (dystans na linii Wiedeń - Lwów to ok. 800 km.), podróże w pierwszych latach istnienia linii przewozowej dla podróżnych musiały być swoistym sprawdzianem hartu i wytrzymałości.

W miarę upływu czasu wozy pocztowe stawały się coraz bardziej komfortowe, obszerne i wygodne. Pojawiły się nowe rozwiązania techniczne podnoszące komfort jazdy i nośność samych pojazdów, co skutkowało większymi zyskami. Pierwotnie odkryte lub tylko częściowo osłonięte pojazdy z czasem zaopatrzone zostały w wysokie ściany (najpierw z brezentu, potem z drewna), solidne dachy, porządne trójpunktowe resory, które zastąpiły wcześniej używane w tym charakterze zwierzęce kiszki lub jesionowe listwy. Na bielskich drogach zaroiło się od landauerów, postkuczów, breków i pocztowych ambulansów. Na trakcie cesarskim mijały się ze sobą szybkie kurierki i dalekobieżne dormezy, ciężkie towarowe furgony i pędzące w kierunku Warszawy sztajnkellerki.

W roku 1838 Bielska placówka awansowała do miana urzędu rozdzielczego. Rozdzielnice pocztowe były urzędami, które obsługiwały skrzyżowania szlaków pocztowych w miejscu ich przecięcia. W przypadku Bielitz przez miasto biegło kilka tras. W roku 1833 do Wiednia biegły dwie drogi, jedna przez Opawę, druga przez Frydek. Na Lwów natomiast wiodły aż trzy drogi, dwie Krakowskie (od 1837), przez Myślenice i przez Podgórze, a trzecia, z pominięciem Krakowa, bo przez Żywiec, Jordanów, Nowy Sącz, Jasło i Sambor. Każdą z tych tras trzeba było obsłużyć osobno. Dodatkowo stacja w Bielsku pośrednio musiała obsłużyć trasy poboczne, od 1847 roku do Bogumina (przez Białą), od 1850 roku do Schönbrunn, od 1874 do Kęt i Ružomberoka, przez Żywiec.

Landauer w służbie C.K. Monarchii. Takie zgrabne, opatrzone dwugłowym cesarskim (tzw. małym) orłem pojazdy kursowały z powodzeniem na linii Wiedeń - Lwów, wożąc z roku na rok coraz większe ilości podróżnych. Były to pojazdy bardzo wygodne, lekkie i szybkie. Ich lekkość czasem uchodziła za zaletę - podróż trwała stanowczo krócej, niż w przypadku ciężkich Postkutschefurgon, a czasem za wadę - bo na wyboistych drogach takie landauery potrafiły z podróżnych wytrząść ostatni dech. Dlatego właśnie te dość delikatne, ale niezwykle szykowne konstrukcje pojawiały się raczej na traktach głównych, które oferowały stanowczo bardziej przyzwoity stan nawierzchni.

Rok 1874 to w naszym mieście kolejna znacząca zmiana. 1 marca tego roku przeniesiono siedzibę stacji pocztowej (oznaczonej numerem 1 - bo od 1869 istniał też drugi urząd pocztowy w mieście, przy dworcu) do narożnego budynku przy Rynek 32, do dawnego zajazdu Pod Złotym Lwem. Nie zagrzał tam miejsca zbyt długo, już dwanaście lat później, w roku 1886, z powodu doskwierającej ciasnoty, rozpoczęto poszukiwania innej, bardziej odpowiedniej siedziby. Na kilkanaście lat pocztę przeniesiono do budynku w Rynku 24, ale i stamtąd, po równie niedługim czasie, wyniesiono się. W 1898 ostatecznie siedzibę poczty przeniesiono do nowo wybudowanego gmachu na Pastornaku.

Te perypetie jednak są już udziałem zupełnie innej poczty. Raczej placówki spedycyjnej dla listów i paczek, która korzystała z usług kolei.
Czasy starej, dobrej poczty dyliżansowej - wydaje się - już wtedy bezpowrotnie odchodziły w mrok niepamięci.

Dziś kamienica nr 22 stojąca we wschodniej pierzei Rynku, to jeden z wielu niemych, ale jakże wymownych świadków historii naszego miasta. To tutaj właśnie od 1773 roku mieściła się stacja pocztowa obsługująca linię pocztową Wiedeń - Lwów. Budynek nie wygląda najlepiej. Jego fasada, remontowana ostatnio jeszcze chyba w poprzedniej epoce, nie imponuje. Zredukowany ornament i nieco niedbała architektonicznie nadbudowa o drugie piętro sprawiają smutne wrażenie.

Ten sam przejazd, te same odboje, na których strzępiły się drewniane koła osiemnastowiecznych powozów... Stare, liczące dziesiątki lat drewno bramy, pamiętające może ostatnie dyliżanse kursujące na trasie Wiedeń - Lwów. Te same mury i (prawie) ten sam bruk.

Dziś dostępu do bramy broni wysoki kamienny próg, ale pierwotnie nie wystawał on ponad poziom bruku, zatem nie stanowił przeszkody. Innym problemem mogło być wąskie światło samej bramy tuż przy ziemi. Wydaje się, że odległość między odbojami jest zbyt mała, aby zmieścił się tu jakikolwiek powóz z prawdziwego zdarzenia, o ambulansach pocztowych nie mówiąc. Jednak w istocie wcale nie jest tak źle. Rozstaw kół standardowego lando tuż przy ziemi wynosił ok. 130 cm, a to oznacza, że powóz swobodnie mieścił się w bramie naszej stacji pocztowej. Większe pojazdy albo parkowały przed stacją, albo wprowadzano do wozowni od strony dzisiejszych ulic Wzgórze i Zaułek.

Przejazd bramny. Od czasów C.K. Poczthalterii wiele się tu zmieniło, a jednak nadal czuć w tym kilkusetletnim, sklepionym wnętrzu oddech wieków. Mimo, że posadzka jest już wyrównana wylewką, mimo, że część ścian i sufit na nowo otynkowano i odmalowano, z tych murów ciągle tchnie żywa historia. I chyba nie jest to tylko zasługą odsłoniętych na wysokość 1,3 m starych, osiemnastowiecznych ceglanych ścian... Dzisiaj przejazd bramny nie prowadzi już na tyły kamienicy. Został zamurowany, a w powstałej ściance wstawiono dwuskrzydłowe drzwi wiodące na zaplecze budynku. W dalszej części sień jest już podzielona na mniejsze pomieszczenia, a podłoga wyłożona współczeną płytką. Całe szczęście, że chociaż zabytkowy krzyżowy strop zachował się bez zmian na całej długości dawnego przejazdu.

Schody wiodące na piętro też były kiedyś nieco krótsze i bardziej strome. Czy po takich stopniach wspinali się pamiętnej majowej nocy 1775 roku podróżni prowadzeni przez pana Dietziusa? Zapewne. Być może ściany były trochę lepiej utrzymane, ale podejrzewam, że ogólny klimat miejsca dzisiaj niewiele różni się od tego, co było tu dwieście pięćdziesiąt lat temu. Również wtedy wnętrza te, jako że spełniały pewną społeczną funkcję, nie były szczególnie przytulne. Może raczej w specyficzny, nieco chłodny sposób reprezentacyjne. Ale przecież takie miejsca jak to nie miały oferować wygód na miarę wiedeńskiego "König von Ungarn". Miały być czystym, ciepłym i bezpiecznym etapem w podróży. Takim, który choć na kilka godzin złagodzi niedogodności długiej trasy.

Dziś, kiedy mamy do dyspozycji tak wiele przeróżnych środków transportu, gdy największym problemem jest wybór pomiędzy drogą powietrzną, lądową i morską, te pierwsze, dziewicze lata, kiedy transport mienia i ludzi kształtował się dopiero i krzepł, są dla nas odległe i mało zrozumiałe. Przecieranie szlaków przez pionierów transportu pocztowego nie było pewnie eksploracją na miarę normańskich wojowników, Kolumba czy pierwszego lotu wahadłowca, być może brodaty pocztylion nadając tak wielkie znaczenie pierwszemu dyliżansowi, który przemknął przez Bielsko jak meteor, nie miał racji, ale na pewno otworzyło to jakiś nowy rozdział w dziejach transportu i w dziejach miasta. Zbliżyło ludzi, zmniejszyło świat, zmieniło odwieczną perspektywę. I sprawiło, że odległy dotąd horyzont był teraz dużo bliżej.

___________________________________
Specjalne i gorące podziękowania dla Pana Janusza Manterysa za udostępnienie materiałów. I za inspirację.

2016-03-20 | Dodaj komentarz
em
2016-03-21 11:42:13
Pamiętam, że przez wiele lat była w tym miejscu piekarnia, do której się szło właśnie przez owy przejazd.
m2
2016-03-23 20:42:07
Tak, pamiętam. Stało się długo w kolejce... a smak tych rogali maślanych, gorących, chrupiących do dziś mam w pamięci...
Komentarzy (7)

Po ciemnej stronie mocy...

  

Dziś chciałbym poruszyć sprawę szczególną i bolesną. Zjawisko, które swoim charakterem wykracza daleko poza granice Bielska-Białej, a nawet poza granice naszego regionu. Jednakże pretekstem do tej poważnej, a delikatnej dygresji stał się pewien mało znany, ale dość charakterystyczny punkt na mapie naszego miasta.

To było chyba w 1994 roku. Pracowałem w Cygańskim Lesie przy budowie domu jednorodzinnego. Wstawałem o piątej rano, bo nie uznawałem wówczas komunikacji miejskiej, a samochodu jeszcze się nie dorobiłem. Dyrdałem więc na piechotę spod "Bezalinu" do Cygańskiego Lasu godzinę albo i dłużej. Podczas jednego z takich marszobiegów, kiedy dla urozmaicenia sobie codziennego mozołu przebijania przez miasto zmieniłem trasę i zamiast ulicą Partyzantów, wspiąłem się ulicą Chłodną na południowy Troclik, w oczy rzucił mi się dość szczególny pomnik.

Wówczas jeszcze nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Uznałem, że Janina Drewniak to ofiara nieszczęśliwego wypadku, który wydarzył się gdzieś tutaj, w okolicy, a bliscy wystawili ten pomnik. Często przy drogach spotyka się podobne znaki pamięci. Wprawdzie zazwyczaj są to proste krzyżyki, co najwyżej z tabliczkami, dzięki którym wiemy, kogo na drodze spotkała śmierć. Tutaj jednak sprawa już na pierwszy rzut oka wydawała się dużo poważniejsza. Ktoś zadał sobie trud, aby opłacić wykonanie doprawdy imponującego pomnika z granitu z niezwykle ekspresyjną, poruszającą płaskorzeźbą. Takich rzeczy nie spotyka się często.

Wówczas, ponad 20 lat temu przeszedłem nad tą obserwacją do porządku dnia. O Janinie Drewniak zapomniałem, choć niezwykły pomnik tkwił w mojej pamięci jak zadra.

Wiele lat później sprawa powróciła dalekim echem. Niespodziewanie, przy okazji jednej z wystaw organizowanych przez IPN w Książnicy Beskidzkiej, przeczytałem o Drewniakównie. Natychmiast przywołałem z pamięci obraz pomnika. Zrozumiałem.

Choć, jeśli mam być szczery, nie do końca.


Był piękny rok czterdziesty piąty. Środowisko miasta, które zaczęło obrastać w coraz bardziej zideologizowane i upartyjnione struktury zawodowe, tuż po zakończeniu II wojny światowej, stało się terenem infiltracji AK-owskiego, zbrojnego podziemia. Partyzantka - wówczas jeszcze bardzo liczna, doskonale wyszkolona i świetnie zorganizowana, ciągle czynna bojowo (nic dziwnego, dla tych dzielnych chłopaków i dziewczyn wojna się nie skończyła) - działała nie tylko w lasach, ale przenikała masowo do państwowych organizacji administracyjnych, politycznych i kulturalnych.

Dziś, kiedy przegląda się dokumentację zawierającą imienne wykazy zakonspirowanych działaczy polskiego podziemia komunistycznego, aż trudno uwierzyć, jak sprawnie i profesjonalnie przenikali niebezpieczne już wtedy struktury partii. W Urzędzie Bezpieczeństwa w Białej zakonspirowanych było trzynastu oficerów AK (było to możliwe być może dzięki temu, że wicestarostą Białej był wówczas członek AK Julian Barszczewski), w Bielsku zaś, w biurze UB pracowało ich co najmniej 23!
Najskuteczniejszym chyba z działaczy podziemia był zakonspirowany w strukturach bialskiego PUBP agent Smaza, który przygotowywał akcje dywersyjne na placówki UB między innymi w Szczyrku i Buczkowicach.

Jednym z najodważniejszych Żołnierzy Wyklętych (o których jeszcze zbyt mało się dziś mówi) był urodzony w 1926 roku w Krakowie Zdzisław Kraus. Do oddziału "Boruty" wstąpił w 1942 roku, w 1944 został oddelegowany na teren czechowicki, do oddziału Bronisława Glapiaka "Rysia". W marcu tego roku przeniknął w struktury MO w Starym Bielsku i przez kilka miesięcy, jako funkcjonariusz, raportował dowódcy o stanie osobowym posterunku, przekazywał informacje o członkach PPR-u i... wykradał amunicję z milicyjnego magazynu, zaopatrując w nią podziemie. W lipcu nawiązał kontakt z oddziałem "Bartka" i - już jako "Andrus" - złożywszy przysięgę, został włączony do pododdziału Józefa Kołodzieja "Wichury", aby w październiku przejąć po nim dowództwo.

Józef Kołodziej ps. "Wichura"

Zdzisław Kraus ps. "Andrus". O jego szlaku wojennym już wkrótce opowiemy sobie obszerniej. Jest o czym.

Grupa "Andrusa" przez ponad pół roku wykonała wiele skutecznych akcji przeciwko funkcjonariuszom MO, UB i aktywistom PPR-u. Kraus aresztowany został 28 czerwca 1946 roku w Bestwinie. 27 listopada 1946 roku został skazany na karę śmierci (oskarżyciel Robert Otorowski z katowickiego WUBP, prokurator: Edward Gol, skład sędziowski: Mieczysław Janicki, Edmund Ronowicz, Franciszek Warchol). Wyrok przez rozstrzelanie wykonano 17 maja 1947 roku.

Ale wcześniej... Wcześniej był piękny rok czterdziesty piąty...

Jedna z siatek konspiracyjnych działała w samym Bielsku, w siedzibie świeżo powstałego bielskiego Związku Walki Młodych. Była blisko związana z powstałą w kwietniu 1945 roku grupą słynnego Jana "Prawego" Wadonia. Niestety działalność grupy została wykryta. Na ślad zakonspirowanych żołnierzy wpadła młoda ambitna sekretarka Janina Drewniak. Grupa została aresztowana i trafiła do piwnic katowni UB.W jednym ze źródeł omawiających historię działania powojennego podziemia dotarłem do informacji, że Drewniakówna wcale nie wpadła na trop grupy "Prawego" przypadkiem, ale z premedytacją, jako oddelegowana przez przełożonych agentka, przeniknęła w struktury podziemia, aby je rozpracować. Czy była to prawda?

W taj nagłej, gardłowej i dla reszty podziemia skrajnie niebezpiecznej sytuacji decyzja sztabu AK mogła być tylko jedna: likwidacja młodej działaczki.
Nastąpiło to 24 lipca 1945 roku. Janina Drewniak została zastrzelona opodal swojego domu, na prawym Trocliku. Wyrok wykonano szybko i bez zbędnych ceregieli.

Tak to się wówczas odbywało.


Historia powojenna pełna jest podobnych zdarzeń. Pełna podziałów brutalnych, rozrywających, bo przecież przebiegających przez sam środek miasta, przez sam środek wielu społeczności zawodowych i towarzyskich, przez sam środek rodzin. Pełna tragicznych decyzji i wzajemnych oskarżeń, których moc wraz z upływem lat nie malała, a wręcz przeciwnie - rosła coraz bardziej i bardziej.
Do dziś przecież na ziemi podhalańskiej i gorczańskiej niezwykle żywa i nieustannie dzieląca jest historia i echa działalności Józefa Kurasia "Ognia", którego z jednej strony ogłasza się - słusznie zresztą - bohaterem, z drugiej szczerze nienawidzi, nazywając bratobójczym mordercą. Takich historii, takich rozdzierających życiorysów nasza powojenna historia jest pełna.

To nie może dziwić. Ja wiem... Przecież ofiary skądinąd prawomocnych, bo wydanych przez podziemny, wojskowy sąd egzekucji, były przecież czyimiś dziećmi, braćmi, rodzicami. Mieli rodziny, sympatie, żony i mężów. Ich odejście musiało boleć. To nie może dziwić.

I dlatego jest tak trudne.

W wyniku dekonspiracji (materiały operacyjne Drewniakówny również odegrały w tym niebagatelną rolę), prowokacji i obławy, w sierpniu 1945 roku zlikwidowano niemal wszystkich partyzantów z oddziału "Prawego". Podobnie tragicznie skończył oddziały "Śmiałego" oraz "Bartka", które UB rozpracowało na jesieni 1946 roku. Ale słowo "zlikwidowano" jest tutaj eufemizmem. Część z nich z zimną krwią zastrzelono, część zamęczono w katowniach. Według tego samego schematu działano na całym obszarze Beskidów i Podbeskidzia. Bez wytchnienia tropiono oddziały "Bartka" i "Błyska". Zakładano na nich zasadzki (między innymi na Henryka Flamego w Straconce), montowano prowokacje. Partyzanci byli szczuci jak wilki, męczeni w nieludzkich warunkach i mordowani, a wielu z nich nie ma nawet mogiły. Miejsca ich prowizorycznych pochówków do dziś są nieznane. Ich szczątki nadal oczekują na odkrycie i godny, honorowy pogrzeb. Jak długo jeszcze?

Stosunkowo niedawno, wpadła mi w ręce zniszczona, utłuszczona i mało czytelna fotografia. Wycięty z jakiejś gazety fotos przedstawiał Janinę Drewniakównę. Piękną, młodą, uśmiechniętą dziewczynę o burzy gęstych włosów i zalotnym spojrzeniu. Patrząc na tę fotografię zadawałem sobie pytanie: czy ktoś taki jak Janka Drewniakówna, ktoś o tak ciepłym, pełnym inteligencji spojrzeniu i delikatnym uśmiechu rzeczywiście mógł przejść na ciemną stronę mocy z pełną świadomością, chłodną kalkulacją i całkowitym rozpoznaniem faktów i prawdy?

Nie zdecyduję się na odpowiedź.

Kiedy jednak pomyślę o wszystkich tych młodych, mądrych, odważnych i wspaniałych patriotach, którzy stracili życie, czasem w okropnych męczarniach, kiedy pomyślę, że urodą i inteligencją tych młodych zagubionych dziewcząt ubecka swołocz manipulowała dla swoich (i nieswoich, bo sowieckich) celów, nie potrafię też wykrzesać z siebie nawet odrobiny zrozumienia.

Kiedy stałem przy pomniku Drewniakówny, nie potrafiłem oprzeć się bolesnej myśli o tragicznym paradoksie historii: ci partyzanci, łączniczki i zakonspirowani w cywilnych strukturach miasta żołnierze - na długie lata i dekady wyklęci i zapomniani - częstokroć nie mają nawet zwykłego grobu, a ich szczątki rozsiane są po całej tej skrwawionej ziemi. Tymczasem...

___________________

Jak widać dawne czasy - wbrew moim dotychczasowym deklaracjom - wcale nie zawsze były takie lepsze. Raz po raz pojawiają się na horyzoncie moich poszukiwań zdarzenia, osoby i historie, które burzą sielankowy obraz czasów lepszych bo zaprzeszłych. Kiedyś było lepiej? Nic bardziej mylnego. Pokazuje to historia dzielnych chłopców z oddziałów "Prawego", "Bartka", "Bora", "Błyska", "Andrusa", "Wichury" czy "Rysia". Historia pełna zmagań ze złem, zdrady i okrucieństwa. Ale i poświęcenia, odwagi, honoru i miłości.

Zapyta ktoś, dlaczego w takim razie, dziś, w święto Żołnierzy Wyklętych, moją opowieść koncentruję wokół osoby będącej przecież zupełnie po drugiej stronie barykady, kobiety będącej - wydawałoby się - całkiem po ciemnej stronie mocy?
Tylko z jednego powodu: aby uzmysłowić, że ta ciemna strona mocy istniała realnie, miała twarz (i to nie zawsze była twarz ubeckiego kata, czy bezwzględnego sędziego), że działała, działa i działać będzie. I że nigdy o tym nie można zapomnieć.

Tak samo jak pamiętać musimy o Janie Wadoniu, Henryku Flame, Bronisławie Glapiaku, Mieczysławie Kozłowskim, Zdzisławie Krausie i o wszystkich znanych i nieznanych Bohaterach, rozpoznanych i bezimiennych Obrońcach Ojczyzny.

Cześć Ich pamięci!

2016-03-01 | Dodaj komentarz
Bart
2016-03-01 23:19:24
Pamietamy! Cześć ich pamięci..
Angus
2016-03-02 11:27:31
Solidny kawał artykułu-jak zwykle zresztą -zastanawiam się, skąd Pan czerpie wiedzę, bo tych danych próżno szukać w ogólnie dostępnych opracowaniach.
Xawery
2016-03-03 13:37:17
O Drewniakównie i zamachu na nią z "czerwonej" perspektywy pisał w "tamtych" latach Kalendarz Beskidzki. Tam też zamieszczono jej zdjęcie takie jak Pan umieścił. I tak jeszcze na marginesie, to była siostra Mariana Drewniaka...
Maciej P.
2016-03-03 14:17:41
Wiedzę o tamtych czasach czerpię generalnie z literatury. Wprawdzie nie jestem historykiem z wykształcenia, znam jednak nieco metodologię i wykorzystuję ją czasem. Kwerendy to najczęściej stosowany przeze mnie sposób na pozyskanie informacji. I to zarówno kwerendy prasowe w archiwum, jak i kwerendy dokumentalne. Tutaj dużą pomocą są nieprzebrane wprost i w znacznym stopniu niepoznane jeszcze archiwalne opracowania dostępne dla każdego chociażby w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej (ale nie tylko śląskiej - inne regiony również obfitują w ciekawą literaturę). Wreszcie dostępne w sieci niskonakładowe opracowania naukowe. Ostatnio nabyłem pracę Krzysztofa Prokopa "Księstwa oświęcimskie i zatorskie wobec Korony Polskiej w latach 1438-1513. Dzieje polityczne". Kopalnia informacji! Tego typu perełki pojawiają się czasem w sprzedaży i warto prowadzić ciągły "nasłuch". Zresztą pożyteczne informacje (a raczej ich odpryski, które trzeba mozolnie zbierać i układać) pojawiają się również na stronach takich instytucji jak IPN, czy archiwa wojskowe, a nawet parafialne (moje kontakty z czasów, kiedy parałem się genealogią przynoszą niespodziewane rezultaty). Tutaj jednak wyszukiwanie jest trudniejsze, piekielnie czasochłonne i nie zawsze mnie na nie stać... Natomiast unikam informacji ze stron nieprofesjonalnych, chyba, że da się je zweryfikować w innym źródle. Jeśli chodzi o fotografię Drewniakówny, to media lokalne, o ile wiem, dysponowały tylko jednym jej wizerunkiem, który kopiowały w razie potrzeb. Ta fotografia, którą znalazłem, pochodzi z Kroniki Beskidzkiej, z jednego z jubileuszowych wydań, ze środkowej wkładki. Nie wiem jednak, z jakiej okazji je tam zamieszczono, bo zapodziałem gdzieś sam numer. Pozdrawiam.
Paweł
2016-03-04 00:55:10
Podjął się Pan trudnego tematu, bardzo karkołomnego. Dziś modny, tak samo na topie są właśnie takie oceny. Niestety, bardzo czarno-biały opis tych czasów z tego wyszedł. Będę posądzany o sprzyjanie "czerwonym" itd. Ja jednak trochę Pana skrytykuję, zbyt to Pan spłaszczył. Czytając jednostronne dokumenty z tamtych czasów, czytał Pan je patrząc z perspektywy dzisiejszej, właściwej. Nie wszystko da się wyczytać z dokumentów. Nie znając tła, tego, co się działo tutaj w tym czasie, który nazywa "pięknym rokiem 1945", był rokiem armagedonu dla Bielska i okolic. Nie zapominajmy o tym. Ludzie, których nazywa Pan bohaterami walczyli, wydawali wyroki. W czyim imieniu? Bo chyba nie Rządu Londyńskiego? Armia Krajowa została rozformowana w styczniu 1945. To było prawdziwe bezkrólewie i dziki zachód. Walczyli z niepiśmiennymi pastuchami z biało-czerwonymi opaskami, na wyrost zwanymi milicją. PPR-owcami, nasłanymi tutaj przez nowe władze, UB i KBW? Nie zapominajmy tutaj o ludności cywilnej, która w dzień cierpiała on milicyjnych wizyt, w nocy od innych band, również od tych prawdziwych i nieprawdziwych partyzantów. Bardzo mnie ubawił kawałek o kradzieży amunicji milicjantom. Jakbym słyszał pewnego posła i jego wyczyny. Proszę pamiętać, to był rok 1945. Niemoty chodzące w kradzionych ubraniach z karabinami mieli amunicji jak grochu. Z opowieści starszych ludzi pamiętam, że w Starym Bielsku, Wapienicy, Aleksandrowicach było tego tyle, że nikt nie zwracał na to uwagi. Pamiętam również, co się mówiło o milicjantach i co mieli na sumieniu. Niejeden zasługiwał na kulę w łeb. Z czystej, ludzkiej wrażliwości na krzywdę. A ten kradł im naboje! Bez urazy, co miał raportować? Co ukradli, kogo pobili, kogo zabili? Stare Bielsko w tym czasie stało się wsią repatriantów. Pozostałych nielicznych mieszkańców wywoziło się na wschód albo zachód. Z racji swojej przeszłości Bielsko i okolice były bardzo łakomym kąskiem dla wszystkich. Pamiętajmy również i o tych, którzy cierpieli ze wszystkich stron. Pamiętajmy również o ludziach, których wtedy hurtem określało się Niemcami, niezależnie, jakim językiem mówili w domu. Takie były te piękne późne lata czterdzieste u nas. Jeszcze raz, bez urazy, ale te tematy u nas są bardzo niejednoznaczne. Troszkę więcej wyczucia. Rozumiem, że Pan, jako ktoś niezwiązany korzeniami nie ma pojęcia o pewnych sprawach. Proszę porozmawiać z kimś, kto ten czas przeżył tutaj, to zrozumie Pan, że to, co się w spojrzeniu ogólnopolskim białe, ma u nas jeszcze wiele odcieni, do czarnego włącznie. W tym kierunku, ale jeszcze bardziej pod prąd poproszę!. Pozdrawiam i czekam niecierpliwie na następne artykuły.
Maciej P.
2016-03-04 10:13:11
@Paweł. Zaręczam, że z mojej strony żadnego posądzania o sprzyjanie czerwonym Pan nie doświadczy. Mam wrażenie, że obaj jesteśmy na to zbyt poważni. Doskonale rozumiem, że odcieni szarości było wówczas więcej niż dziś kolorów w drogerii. Ale przecież właśnie o tym jest powyższy wpis. Mam nadzieję, że zarzut "spłaszczenia" tematu to z Pana strony tylko mała niezręczność. Że nie pisałem o ludności cywilnej i jej losach, że nie napomknąłem ni słowem o repatriantach w Starym Bielsku, że przemilczałem ludność niemiecką...? Bądźmy poważni. Nie da się w jednym poście zawrzeć wszystkiego! Zresztą nawet nie miałem takiego zamiaru. Ma Pan rację, że patrzę na to wszystko jednostronnie. W kontekście tych poważnych spraw zazwyczaj, kiedy już staję po jakiejś stronie, deklaruję się bez reszty. Nie lubię siadania na barykadzie okrakiem. Frazy typu "ale z drugiej strony...", "spójrz na to oczami zdrajcy...", czy "to nie jest takie oczywiste..." trącą mi mocno relatywizmem, czyli ubranym w pozory prawdy fałszem, a czasem nawet tchórzostwem. Problem z jednoznaczną oceną tamtych wydarzeń polega na tym, że zbyt długo relatywizowaliśmy je i patrzyliśmy ze zbyt wielu stron. Ta praktyka zemściła się na nas bardzo, a relatywizm w ocenie wypadków ciągnie się do dziś jak smród za wojskiem. I nie piszę tu wcale o relatywnej ocenie działań takich aktywistek jak Drewniakówna, czy ówczesne MO. Nie. Zresztą prawda jest taka, że od stycznia 1946 roku oddziały partyzanckie na naszym terenie miały zdecydowany i jasny zakaz atakowania milicjantów, uważanych za niegroźnych (dziś powiedzielibyśmy "pożytecznych idiotów"). Tylko UB-ecy i funkcjonariusze PPR traktowani byli jak świadomi wrogowie Polski. Problem w tym, że dzisiaj są i tacy, którzy próbują patrzeć "po ludzku" również na działania zdeklarowanych czerwonych drani z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Natomiast przyznam szczerze, nie rozumiem Pana pytania odnośnie "Andrusa". Pyta Pan: "co miał raportować? Co ukradli, kogo pobili, kogo zabili?" Czy jest to pytanie o działalność oddziału Krausa? Czy próba zdyskredytowania "niemoty w mundurze", który tylko kradł amunicję? Przecież to oczywiste, że nie tylko kradł amunicję. W lipcu 1945 roku oddział Krausa - funkcjonującego wówczas jeszcze pod ps. "Krakus" dokonał ataku na posterunek MO w Osieku. Wynik - rozbrojenie 13 funkcjonariuszy, sprzęt, amunicja i wyrok śmierci na UB-ku Daszyńskim; w październiku szereg akcji karnych między innymi na sołtysie z Roztropic, czy na działaczu PPR z Wapienicy, Strońskim, ale także w okolicznych wsiach, m.in. w Lipowej. W grudniu starcie na Prusowie. Wynik : 9 zabitych funkcjonariuszy UB i żołnierzy KBW. 4 grudnia wyrok śmierci wykonany na gestapowskim konfidencie, Byrdzie i na UB-ku Staworze z Bielska. W połowie grudnia kolejny wyrok na nieznanym z nazwiska konfidencie z Lipin i na kolejnym UB-ku ze Starego Bielska o nazwisku Mateja. Mordobić i kar konfiskaty, których było wielokroć więcej, nie liczę. A to wszystko tylko jeden "niemota", dziewiętnastoletni szczeniak z Czechowic. "Niemota"? Domyślam się, że mogłem nie do końca zrozumieć Pana komentarz w tym miejscu, ale chyba Pan przeszarżował. I jeszcze jedna uwaga odnośnie "Pięknego roku czterdziestego piątego"... To nie jest, bynajmniej, apoteoza. Proszę czytać między wierszami. Bardzo dziękuje za komentarz i pozdrawiam ciepło.
Krzysztof Czyż
2016-03-14 11:50:02
W temacie -moje małe ,,odkrycie'' z Rycerki w Beskidzie Śląskim. Pod zdjęciem dodałem historię tego pomnika jaką znalazłem na jednej ze stron. http://www.galeria.beskidia.pl/3228_beskid_zywiecki_w_walce_z_reakcyjna_banda_zdjecie.html Co do dyskusji chciałbym tylko dodać, że jest przynajmniej jedno środowisko dziennikarskie w Polsce, które bije rekordy wręcz w relatywiźmie oceniania historii. Nie jest to jednak zaskoczeniem jesli spojrzeć na to w kontekście historycznym. Moja babcia opowiadała mi jak to po wojnie kazano im sie wynosić z przydzielonego im mieszkania bo sposobało się ono nowym urzędnikom partii, do ,,niedawna chodzącym jeszcze boso góralom spod Magurki''. I tak sobie myślę, że to ,,środowisko'' patrzy właśnie na to w ten sposób: ,,No i co że nie walczylismy na wojnie? No i co że byliśmy sprytni? Jesteśmy gorsi? Chcieliśmy po prostu normalnie żyć a nowa władza nam to dała. Dała nam spokój i chleb''. Czy można winić ludzi za to, że chcieli normalnie żyć? Pewnie nie. Ale też trzeba nazywać rzeczy po imieniu, co (lub kogo!) trzeba było w zamian oddać partii i ile to normalne życie kosztowało, szczególnie w sferze moralnej.
Komentarzy (2)

Harmonia, rytm i rym

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

część druga


Architektura ciężkiej, mało ciekawej, niezbyt obfitującej w inwencję zabudowy przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku powoli odchodziła w niebyt. Była dla tambylców ciężarem, balastem, który ciążył w dół, do szarego dna miejskiej codzienności. Warto pamiętać, że nie tylko kształt brył, ale również i ich wzajemne osadzenie względem siebie miało niebagatelne znaczenie. Skupiona na małej przestrzeni, gęsta i zacieniająca wilgotne ulice zabudowa, tak charakterystyczna dla ówczesnych miast już za chwilę miała przeżyć swoją głęboką metamorfozę. Aby jednak choć przez chwilę poczuć ten zawilgocony, zagrzybiony, klaustrofobiczny klimat, warto przespacerować się na ulicę Sobieskiego, gdzie mniej więcej na wysokości wylotu Wyspiańskiego, nieco w kierunku Hulanki, można na własne oczy przekonać się o prawdziwym charakterze miasta przełomu wieków XVIII i XIX. Wprawdzie przedstawione na powyższym zdjęciu domy mogą być w swojej formie nieco późniejsze, to właśnie taki zagęszczony na metrze, "zamurowany" do granic charakter miało ścisłe centrum naszego miasta w tamtym czasie, szczególnie na jego górnym i dolnym przedmieściu, a konkretnie na tyłach stojących przy głównych ulicach domów. Ciemne, zagrzybione i zapleśniałe przesmyki, duszne śmierdzące zaułki, odrapane, łośluprane tynki z fasad domów (wiele z kamienic najczęściej w ogóle bez tynków - im dalej od centrum tym więcej), słowem - klimatyczne qui pro quo.

Jednakowoż... Poprzednią część historii bielsko-bialskiej architektury zakończyliśmy u progu jednego z najistotniejszych dla tej architektury wydarzeń - pojawienia się tego, co stanowi o dzisiejszym charakterze naszego miasta - historyzmu.


Nurt to często pogardzany, odsądzany od czci i wiary, nielubiany. A wszystko przez swoją pozorną wtórność. No dobra, nie pozorną, tylko faktyczną.
Rzeczywiście historyzm kopiował miast kreować, powielał, zamiast wymyślać, czerpał z historii, zamiast ją tworzyć.

Czy te oskarżenia - choć z formalnego punktu widzenia dość słuszne - są jednak na miejscu, zważywszy na fakt, że nawet ta rzekoma wtórność historyzmu dotyczyła jedynie formy? Czy mają rację krytycy nurtu twierdząc, że dla historii architektury był on kotwicą i rodzajem stylowego wstecznictwa? Najpierw zastanówmy się nad rzeczą dla całej tej sprawy najważniejszą. Czym tak naprawdę ów historyzm był?

Dzisiaj historyzm, który otacza nas zewsząd, błędnie odbieramy tylko przez mocno zniekształcający pryzmat estetyki i harmonii bryły, zapominając o założeniu całego nurtu, założeniu głębszym, bo dla kształtu tej architektonicznej bryły pierwotnym - o idei. Historyzm nie zaczął się tylko dlatego, że ktoś postanowił nadać projektowanemu budynkowi cechy historyczne. "A zbudujmy sobie klasycystyczny pałacyk, albo renesansową willę! A walnijmy na wzgórzu jakiś barokowy kościółek."
Nic z tych rzeczy. Owszem, pierwsze, nieśmiałe próby historyzowania mocno czerpały z okresu romantyzmu, a co za tym idzie charakteryzowały się głębokim indywidualizmem, ale ci pierwsi projektanci wcale nie wiedzieli, że było coś takiego jak romantyzm.
Nie! Wówczas niczego takiego nie było!

W połowie XIX wieku rzadko kiedy w ogóle używano takich określeń jak styl barokowy czy renesansowy, bo wówczas, tak naprawdę idea stylowości w architekturze dopiero kiełkowała. Dopiero powstawały zręby nauki o stylach, dopiero zaczęto dostrzegać i kodyfikować istotne różnice pomiędzy architektonicznym wyrazem poszczególnych epok. I dopiero na fali tej nowej wiedzy zaczęły rodzić się pomysły na powrót do dawnych, teraz już sklasyfikowanych form przestrzennych, z których każda dotyczyła jakiegoś innego wymiaru ludzkiej egzystencji.

Ale nawet wówczas sprawa wcale nie była taka prosta. Gotyk i styl romański łączono początkowo z duchowością i rezerwowano dla budowli sakralnych. Neoromańskie i neogotyckie były więc pierwotnie tylko kościoły (w niektórych rejonach Europy zachodniej tak zostało aż do pierwszych dekad XX wieku), styl neorenesansowy zarezerwowany był tylko dla mieszczańskich siedzib - nawiązując tym samym do charakterystycznego włoskiego i francuskiego renesansu mieszczańskiego. I nie chodziło tylko o formę dla niej samej, ale o pewną ciągłość, o zachowanie pewnego schematu, pewnej istotnej z cywilizacyjnego punktu widzenia kompozycji kształtu i symbolu. Formy neoklasycystyczne nawiązujące do klasyki starożytnej z kolei charakteryzowały obiekty miejskie, municypalne.

Neogotyckie cechy charakterystyczne dla budowli sakralnych, pojawiają się również i w Bielsku. Co więcej, nie było przecież tylko tak, że w historyzmie stawiano nowe budowle. Również już istniejące przebudowywano tak, aby były zgodne z architektoniczną ideologią. Ewangelicki kościół Zbawiciela na Syjonie był pierwotnie budynkiem w stylu klasycystycznym, od połowy XIX wieku posiadał neoromańską wieżę (prawda, że dziwne?),
jednak w 1881 roku zarówno bryła główna świątyni, jak i wieża zostały przebudowane w duchu modnego neogotyku.


Tak więc każdy z projektów zakładał nie tylko odrębną formę, ale i konkretyzował oczywistą, indywidualną, zależną od charakteru budowli treść. To niezwykle ważne bo unaocznia nam, że niegdyś projektowano nie tylko po to, żeby było ładnie, ale w bryle zamykano też jakieś konkretne przesłanie, jakiś stały porządek. I przywiązywano do tego naprawdę duże znaczenie.

Jednak - jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - te ogólne założenia porządkujące przestrzeń nie tylko fizyczną, zewnętrzną ale i wewnętrzną, ideową, szybko przestały obowiązywać. To znaczy w pewnym momencie zaczęły tracić na znaczeniu. Zepchnięto je do narożnika z napisem "formalizm" i pożegnano. Od tej chwili w architekturze zaczął się okres prawdziwego eklektyzmu, który wyrósł na gruncie głodu piękna i pędu ku przepychowi, zerwał z "dyktaturą znaczeń", pozostając jednak ciągle w ścisłym związku z historią i w łączności z prawdziwym kunsztem.

Neorenesansowy budynek oficerski koszar na Górnym Przedmieściu. Czy również w tym wypadku, przypisana obiektowi funkcja rzutowała na styl, w jakim został wybudowany? Śmiem uważać, że stanowczo tak. Renesansowa w swym charakterze stylistyka idealnie pasuje do mieszkalnej, a jednocześnie oficjalnej, reprezentacyjnej formy budynku. W dodatku jestem zdania, że ten niepozorny budyneczek, który dziś jest już tylko bladym odbiciem, echem tego, co widać na powyższej fotografii, był jednym z najpiękniejszych obiektów epoki w mieście. Jego doskonałe proporcje, lekkość i linia, wysmakowana dekoracja, nienachalny detal - wszystko to sprawia, że na Offiziersgabäude (a raczej na jego dawne przedstawienia) patrzę z zachwytem.

Ponieważ jest to subiektywna historia architektury, pozwolę sobie - w kontekście architektury, rzecz jasna - na jeszcze jedną, bardzo osobistą wycieczkę w głąb czasów zaprzeszłych i w głąb rzeczywistości bezpowrotnie minionej. Oto budynek, w którym od 1911 roku mieścił się tzw. Nowy Dom Polski, czyli siedziba założonego przez ks. Stojałowskiego towarzystwa patriotycznego. Nowy, bo stary, mniejszy znajdował się tuż obok, był jednak zbyt ciasny, w związku z tym w 1911 roku towarzystwo zakupiło ten piękny, neobarokowy dom mogący pomieścić i 400 osób. Jego niesymetryczna fasada z bogatym ale adekwatnym do wielkości budynku zdobieniem, z finezyjnymi obramieniami okien, z dyskretnym ryzalitem wejściowym wraz z palmetą w wolutowym portalu i wreszcie z wieńczącą całość i podkreślającą barokowy charakter centralną lukarną poddasza nad oryginalnym fryzem, sprawiały, że budowla plasuje się w pierwszej dziesiątce moich bielsko-bialskich architektonicznych hitów. Niestety, domu tego, jak wiadomo, już nie ma. W jego miejscu ciągnie się poszerzona ulica Partyzantów. Zanim jednak wyburzono ten dom i wszystkie stojące obok, przebudowano go, bezpowrotnie niszcząc ten specyficzny barokowy charakter budowli.


Historyzm, dzięki odniesieniom do wielu stylów, pozostawał nurtem wielce różnorodnym. W dodatku w późniejszej fazie nie zamykał się w wąskich ramach wybranego stylu, ale próbował syntetyzować je ze sobą, doprowadzając czasem do przeładowania detalem i formalnej przesady, które niweczyły estetyczny zamysł (ale przecież, dopóki w grę wchodziło zrozumienie zasad harmonii, takie kurioza zdarzały się stosunkowo rzadko).

Wysmakowany eklektyzm był jednak zawsze naszego miasta ozdobą. Budynek teatru, wybudowany w nurcie historycznym, neobarokowym, z przewagą neoklasycyzmu jest tego dowodem. Eklektyzm, jak widać, wcale nie musi kojarzyć się z pstrokacizną, chaosem, ze stylową graciarnią. Może stanowić doskonałą, zamkniętą, idealną całość. Jednak całość, która w dużej mierze da się jeszcze formować. Na fotografii widać bowiem budynek jeszcze sprzed przebudowy, która miała miejsce w 1905 roku. Po rozbudowie, która - oczywiście, jakże by inaczej - przeprowadzona była w ścisłym nawiązaniu do charakteru całości, teatr nadal imponuje czystością stylu i zwartym porządkiem. Zastanawiam się czasami, jak przebudowano by ten gmach, gdyby za remont wzięto się dzisiaj. Strach pomyśleć... Betonowe flanki, szklana winda zewnętrzna, plastikowe rynny... I deszcz nagród za modernizację roku.

Mimo to sam nurt był przecież nurtem wysoce estetycznym i jest to widoczne we wszystkich niemal budowlach tamtego okresu.

Tak się jednak składa, że i tutaj, również w Bielsku i w Białej, pojawiły się dość koślawe, wynikające z przesady wyjątki, epatujące nadprogramową porcją piękna. To może drobiazg, może rzecz nie warta wspomnienia, ale mimo wszystko dobrze jest mieć tego świadomość. Architektura to szczególna dziedzina, w której wszelkie przejawy przesady, nie dość, że są bardzo widoczne, to jeszcze mszczą się okropnie. Na twórcy, na inwestorze i wreszcie na świadkach, czyli na tych, którzy z tą architekturą muszą obcować. Nie eklektyzm, ale właśnie neobarok był w tym względzie bodaj najgorszy...

Przykład to może niezbyt oczywisty, ale w mojej historii subiektywnej zajmuje wysokie miejsce architektonicznej przesady, nadkompozycji i braku hamulców. Druga kamienica Burdy. Spory, neobarokowy budynek wystawiony dla cesarskiego radcy w 1905 roku i jego nadekspresyjny maszkaron w portalu nad wejściem od ulicy Cechowej. Przykuwa wzrok. Bez dwóch zdań, to prawda, ale przede wszystkim zadziwia formatem i jakimś takim "rokokowym" grande masacre calibre... Przyznam szczerze, mnie ten rozwrzeszczany koleś zawsze nieco śmieszył.

Oczywiście zjawisk tego typu mamy w mieście niewiele i procentowo, w ogólnym rozrachunku, są to ledwie promile. Bogu dzięki do historyzmu mamy szczęście, nawet do tego późnego. I wynika to właściwie tylko i wyłącznie z faktu, że mieliśmy szczęście do dobrych architektów. To byli specjaliści jak się patrzy, doskonale znali swój fach i wiedzieli z czym to się je. A przykłady takiej dobrej roboty można mnożyć bez końca.

Posłużmy się przykładem oczywistym. Znana wszystkim kamienica Neumanna, zbudowana mniej więcej w tym samym czasie, co wzmiankowany powyżej dom Burdy, nadaje się do tego wyśmienicie, mimo, że ten neobarokowy budynek jest dość późnym, raczej schyłkowym przejawem historyzmu.
Kiedy patrzy się nań od strony placu Wolności, można dostrzec charakterystyczny dla nurtu, ścisły, żelazny wręcz podział kondygnacyjny. Każde z pięter, w tym również parter, akcentowane jest na swój sposób. Jednak akcentacja nie jest chaotyczna, a poprowadzona w szczególnym, rzec można malejącym porządku. Parter i pierwsze piętro, dyskretnie boniowane na całej długości stanowią wizualną bazę. Tutaj okna (czyli najbardziej eksponowane w bryle elementy architektoniczne), jako, że są najbliżej patrzącego, obwiedzione są oszczędnie opaskami bez szczególnych zdobień. Tylko ponad skrajnymi oknami gzyms uformowany jest w oryginalne barokizujące woluty, które jednak nie psują spokojnej harmonii piętra, a wręcz są rodzajem estetycznej "zapowiedzi" piętra drugiego. Ono bowiem, mimo braku boniowania, jest jednak najbogaciej zdobionym piętrem budowli. Skrajne okna zamknięte zostały biegnącymi przez wysokość drugiego i trzeciego piętra pilastrami i zwieńczone wyróżniającymi się nadokiennikami, co nadaje fasadzie bardzo ciekawy efekt architektonicznego rymu. Rym ten powtarza się zresztą, dzięki pilastrowym portalom, także i w kondygnacji wyższej.


Mamy więc tutaj szczególną harmonię. Rytm zaznaczony jest w pionie poprzez zróżnicowanie poszczególnych pięter, w poziomie, poprzez zaakcentowanie skrajnych okien. Szczególnym zaś przejawem estetyki jest tu zaznaczenie fragmentów fasady w taki sposób, że układają się w dyskretny rym obecny - podobnie jak w wierszu - w odległych od siebie frazach.

Dziś tego już nie widać, bo dach budowli został nieco przebudowany, ale i on "rymował" się z pozostałymi częściami bryły. Pierwotnie bowiem, w połaci dachowej ponad trzecim i piątym rzędem okien (tam, gdzie dziś w dachu widnieją świetliki) istniały małe barokizujące lukarny, doskonale współgrające z barokowym charakterem wspomnianych nadokiennych gzymsów pierwszego piętra.

Efekt estetyczny, nawet bez szczególnej analizy, daje się odczuć już na pierwszy rzut oka. Piękno budynku leży wszakże w jego matematycznym rysunku, ale dostrzegalne jest intuicyjnie, bez potrzeby przykładania linijki i kątomierza.

Kamienica Neumanna jest szczególna z jeszcze jednego powodu. Dyskretnie i niepostrzeżenie łączy bowiem w jedno dwie epoki, dwa nurty, dwie formy. Stary, odchodzący do lamusa historyzm opisany w zewnętrznej bryle kamienicy i nowe, odkrywcze wręcz wnętrze, które stało się już wtedy czymś na kształt konieczności, jakiejś estetycznej potrzeby, przemożnym imperatywem zastąpienia historyzmu czymś, co byłoby (jak zawsze w takich sytuacjach) choć odrobinę świeższe. I - jak się już rzekło - nie dlatego, że sam historyzm był nieporozumieniem, koncepcyjnym błędem, ale dlatego, że pokolenie fin de siecle'u dorosło wreszcie do pracy kreatywnej. Dojrzało do nowych, świeżych pomysłów, nabrało ochoty na eksperyment, odwagi na wyzwolenie z jarzma schematu.

Pojawiła się secesja.


Prąd w istocie odmienny i - co ważniejsze - odmieniający oblicze miasta. I choć był to prąd krótkotrwały, miał niebywałą siłę i moc. Rozkwitł błyskawicznie (dosłownie - irysami, słonecznikami i sitowiem na fasadach domów), zatoczył szerokie kręgi, wzbudził potężną falę, przelał się przez krawędzie ram architektonicznych zapładniając malarstwo, rzeźbę i sztukę użytkową w stopniu dotąd niespotykanym i... zastygł jak lawa w ciągu kilku zaledwie dekad. W wyniku tego nagłego potopu powstały w naszym mieście dzieła oryginalne, śmiałe, czasem szokujące...

W tym właśnie kontekście secesja była eksperymentem bardzo poważnym i znamiennym. Była jak burza po dusznym dniu.
Ale czy rzeczywiście była architektoniczną rewoltą?


Zerwanie z kontekstem architektonicznym wywołało pierwotnie niepokój i sprzeciw. Niosło za sobą niebezpieczeństwo graniczącej z chaosem swobody. Nęciło i napawało strachem jednocześnie. Jednak z czasem lęki te okazały się zupełnie (lub prawie zupełnie) pozbawione podstaw. Dzisiaj w miejscu domu Kolbenheyera przy placu Smolki stoi potężna (w porównaniu z poprzedniczką) secesyjna kamienica. Stoi i zdaje się dowodzić, że secesja wcale nie była wyrodną córką historyzmu. Okazały, centralny portal okienny, festonowa dekoracja okien poddasza, dyskretne boniowanie piętra - to wszystko razem krzyczy: piękno, głupcze!

Jeszcze lepiej widać to na papierze, czyli na projekcie autorstwa Lindner/Schreier. Lepiej, bo linia rysunku jest bardziej wyidealizowana, a sam projekt czysty, nieskazitelnie secesyjny, pozbawiony jeszcze późniejszych, fatalnych naleciałości i zniekształceń, szczególnie tych w partii parteru, które odarły budynek z tego specyficznego, finezyjnego sznytu, "gęstego filigranu" typowego dla nowego stylu.

Tak było. Secesja była w opozycji do historyzmu ale tylko w koncepcji plastycznej powierzchowności. Założenia głębsze, kanoniczne były bowiem przecież nadal kultywowane i mimo, że secesję uznaje się za początek modernizmu, to tylko przez zupełnie nowatorskie podejście do detalu, a nie przez zerwanie z odwiecznymi zasadami.


Przy okazji dyskusji o nowatorstwie secesji rzadko się o tym mówi, a czasem nawet celowo pomija, zauważając w secesji tylko rozbuchaną oryginalność i rozciągając ją na cały styl, jakby w każdej najdrobniejszej nawet cząstce był pełną kontestacją i absolutnym przeciwieństwem stylów poprzednich. To nie tak. Nowa architektura, wchodząc z przytupem na ulice naszego miasta, w swym odmiennym entourage'u naruszyła wprawdzie "odwieczny" porządek, ale - o dziwo - nie złamała zasad harmonii. Przeciwnie, choć wielu widziało w niej estetyczną nowość, to przecież architektura secesji nie stworzyła nowej estetyki, nie uformowała nowego kanonu piękna. Ona tylko do starych zasad przystosowała nowe linie. Nic więcej. Proszę spojrzeć na powyższy projekt. On mówi sam za siebie. Symetria bryły jest poprowadzona z taką niezachwianą logiką i żelazną dyscypliną, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, jakby rysunek był ilustracją do "Elementów" Euklidesa. Fasada zachowuje doskonałe proporcje, z punktem środkowym płaszczyzny wypadającym dokładnie pomiędzy pierwszym a drugim piętrem, tam, gdzie projekt zakładał palmetę. Łuki, choć rzadkie - szczególnie w centrum bryły i w falującej linii okapu, komponują się bardzo harmonijnie i mam wrażenie, że jawnie zdradzają fascynacje złotym porządkiem.

Tego typu fascynacje wyzierają z każdego niemal secesyjnego kąta w naszym mieście.

Żeby daleko nie szukać. To ten sam plac, na którym puszy się kamienica Neumanna, plac Wolności. Spokojny, stonowany ornament, nieprzesadne, acz przecież wyraziste (i jakże odmienne od poprzedniczek) linie.

Tak, nie ma wątpliwości, to piękne linie.

Generalizując można powiedzieć, że tak naprawdę zerwanie z historyzmem pod koniec XIX wieku nie było żadną rewolucją. Było tylko próbą wymyślenia całkiem nowego kostiumu dla tej samej, ciągle przecież obowiązującej estetyki! Cóż z tego, że kamienice secesyjne nie posiadały już typowego boniowania, wolut, akantów, zwykłych portyków, supraport, pilastrów i gzymsów, cóż z tego, że nie miały prostych - klasycystycznych, czy rozchwianych - barokowych form...


Cóż z tego, skoro te nowe festony, bluszcze, kiście, arabeski, meduzy i mozaiki nadal wpisywały się w stary kanon piękna, nadal kurczowo trzymały się oczywistych zasad kształtowania przestrzeni w oparciu o harmonię, złoty podział i proporcje...

Secesja, choć formalnie uznajemy ją za awangardę moderny, od poprzedzającej ją epoki tak naprawdę niewiele się różniła. Hołdowała pięknu i harmonii.


Bo prawdziwa rewolucja, czy raczej krwawa rewolta pod postacią twardego i bezwzględnego modernizmu, miała dopiero nadejść.

I takiej bomby nie spodziewał się nikt.

CDN

2016-02-27 | Dodaj komentarz
Krzysztof Czyż
2016-03-14 11:35:04
Z dużą przyjemnością przeczytałem ten wpis. Oczywiście pochwała należy się, za takie przedstawienie rozwoju czy może bardziej zmian w architekturze, które sprawia, że czyta się to nie jak podręcznik, ale raczej jak ciekawą opowieść rozgrywającą się na przestrzeni dziejów BB. Czytało mi się ten wpis tym bardziej przyjemnie, że sam będąc urodzonym w ścisłym historycznym centrum miasta jego architekturę traktuję jako coś do czego odnoszę i porównuję wszystko inne. Z jednej strony uważam, że jest to szczęście dorastać w takim miejscu, z drugiej raz go opuszczając zawsze się za nim tęskni. Wiele wędrówek odbyłem kiedyś po Bielsku szukając nowych ciekawych obiektów, czy detali architektonicznych, czasami zapuszczając się bardzo daleko. Taką najlepszą, wręcz wzorcową ulicą dla ukazania rozwoju miasta trzeba chyba uznać ulicę 3 Maja, wzdłuż której powstawały wraz z upływem czasu i bogacenia się miasta coraz to nowe budynki. Mamy więc zamek - wczesny historyzm, dalej dojrzały dojrzały, secesję, modernizujący historyzm, modernizm, funkcjonalizm, klasycycyzujący modernizm, by skończyć wreszcie na powojennym moderniźmie dworca PKS i współczesnych pozbawionych jakiejkolwiek wartości artystycznych budynkach dealerów samochodowych, czy stacji benzynowych. I tak wędrując w kierunku dworca zawsze miałem to wrażenie, że im dalej, tym bardziej ta architektura jest jakaś prosta, uprymitywniona, mniej ,,bielska''. Może to moje przyzwyczajenie do starego dobrego BB i do jego historyzującego serca, a może rzeczywiście jest tak, że to co było, było lepsze i mimo większych pieniędzy czy rozwoju techniki, lepiej już nie będzie...
Maciej P.
2016-03-14 19:24:40
"Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury" dlatego właśnie stała się subiektywna, ponieważ był to jedyny sensowny sposób przedstawienia dziejów bez popadania w akademicki ton z jednej strony i wkraczania na obszary zbyt luźnej gawędy o wszystkim i o niczym z drugiej. Właściwie tak naprawdę chodziło o to, żeby kilkoma przykładami z mojej listy "top ten" architektury zilustrować całość jej dziejów w mieście. Tak się jednak składa, że w miarę jak przerzucam literaturę i wgryzam się w temat, liczba przykładów rośnie, a ja mam coraz bardziej palące poczucie, że powinienem poruszyć jeszcze całą masę problemów i zagadnień. Dlatego na razie mamy małą przerwę w SSHBBA. Przykład z ulicą 3 Maja doskonały. Myślę, że to świetny pomysł do wykorzystania przez przewodników miejskich. Mamy w mieście jeszcze kilka takich ulic samograjów: 11 Listopada (już, niestety, bez tej płynnej stratygrafii), czy Komorowicka (ta zaś to już raczej dość wyspecjalizowana ścieżka dydaktyczna: "architektura przemysłowa i architektura przemysłowców"). Tak, to prawda. Mamy naprawdę wielkie szczęście mieszkać właśnie tutaj. Również to doceniam.
Komentarzy (7)

Szkic o pięknym mieście

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

Część pierwsza

Czy jestem fantastą? Chyba tak. Gloryfikuję odległe czasy, idealizując je przesadnie. I nic na to nie poradzę. Inna rzecz, że ówczesny świat - choć przecież bezsprzecznie bardziej zacofany, prostszy, zakurzony, zasnuty sadzą i pełen dziwnych zapachów - był przecież w swej prostocie światem naprawdę o niebo lepszy.
I tego się trzymam.


Czasy i miejsca, które odeszły zamieszkiwali ludzie po stokroć bardziej mądrzy, prawdziwi i piękni. Mądrzy, bo rozumieli, że to, co ich otacza ma wielki wpływ na to kim są i jak żyją. Prawdziwi, bo nie gonili za mrzonkami, a otaczający świat konstruowali tak, aby był nie tylko pożyteczny, ale i solidny. Piękni, bo otaczali się rzeczami, formami i kształtami, które nadawały ich życiu blasku.

I o tym będzie dzisiejszy wpis.

Spojrzymy przez chwilę na miasto z trochę innej perspektywy. Z perspektywy... systematycznej. Proszę jednak nie brać słowa "systematycznie" zbyt poważnie, moje drugie imię to Chaos i zakładam, że mój wywód pełen będzie zbytnich uproszczeń, ocierania się o tematy mało istotne, przywiązywania wagi do kwestii drugorzędnych. Moje spojrzenie na architekturę Bielska i Białej jest dość specyficzne, a ponieważ nie jestem specjalistą, będzie to istotnie podróż bardzo subiektywna.

Spojrzymy na Bielsko i zapytamy, czy miasto, jako struktura może rozwijać się harmonijnie, mimo powolnego przenikania, a potem zupełnego pomieszania stylów. W pewnym sensie już w tej tezie zawarta jest odpowiedź na to pytanie, bo co drugi mieszkaniec naszego miasta doskonale wie, że architektura i rozplanowanie przestrzenne - zanim do głosu doszły chaos, egoizm i Karta Ateńska - miały się dużo lepiej niż dziś. Nawet wówczas, gdy pojawił się eklektyczny, rozbuchany historyzm.
Bo chyba tylko ktoś, kto naprawdę nie lubi historyzmu, a sam historyzm kojarzy jedynie z przeładowaniem detalem i "bezsensowną" wielostylowością, może mieć jakieś "ale".


Spróbujmy jednak popatrzeć na sprawę bez uprzedzeń i spojrzeniem odartym z narosłych wokół zagadnienia schematów i stereotypów.

O architekturze z perspektywy czasu pisaliśmy już tutaj kilkakrotnie, czasem dość pochlebnie, innym razem znów, trochę w tonie prowokującym. Ta rozbieżność, rzecz jasna, wynikała nie z mojego niezdecydowania, ale raczej z faktu że architektura to dość szczególne świadectwo estetyki, świadectwo płynne, podlegające zmianom, narastające i przybierające na sile, a czasem wybuchające niekontrolowaną erupcją projektów z ideowego punktu widzenia odważnych, wręcz zuchwałych, choć ciągle artystycznie i estetycznie wspaniałych.

Bielsko i Biała to miasta szczególnie mocno nasycone historyzmem i jest on w tej chwili ogólnym nurtem, który zdominował wygląd naszych ulic. Pierwszą budowlą przebudowaną w tym stylu był zamek. Nie trzeba było jednak czekać zbyt długo na kolejne emanacje tego nurtu. Ale przecież historia architektury, również w naszym mieście, nie zaczęła się w połowie dziewiętnastego stulecia. Warto więc zapytać: co było wcześniej?


Bielska architektura zazdrośnie strzeże tajemnic związanych ze swoimi początkami. Dopiero stosunkowo niedawno archeologom udało się uchylić nieco rąbka tych tajemnic. Spod grubych warstw ziemi, spod nienaruszonego, gromadzącego się od setek lat piasku, humusu i pyłu, wyłoniły się szczątki pierwszych, prymitywnych budowli posadowionych na późniejszy wzgórzu miejskim.

Akurat słowo "budowla", jakkolwiek technicznie poprawne, jest jednak w tym przypadku eufemizmem. Datowane na XII/XIII wiek konstrukcje przypominają raczej szałasy początkujących zuchów (w dodatku zmarzniętych i przerażonych pierwszą nocą w lesie), niż porządne siedziby ludzkie. Jednak z całą pewnością tak właśnie wówczas budowano. Świadczą o tym znaleziska z wielu stanowisk w okolicy. Zatem nie tylko grodzisko w Starym Bielsku (gdzie odnaleziono analogiczne, niemal identyczne pozostałości po chatach, w dodatku w pięknym o_mało_co_miejskim układzie), ale i Zdiar, Stare Hory, Tisova, Sekanka, Rýmařov... Cała okolica, szczególnie po Morawskiej i Czeskiej stronie (ale także i w Mołdawii!) nasycona jest identycznymi niemal konstrukcjami. Jak wyglądały te domostwa?

Być może tak właśnie, jak powyższa polozemnica ze skansenu w Děčínie. Lub bardzo podobnie. Kryta słomą lub sitowiem, budowana metodą szalunkową (do pionowych, narożnikowych słupów przybijano poziome łaty, do których z kolei mocowano pionowo deski pokrycia ścian), prosta dwuizbowa chałupa, datowana radiowęglowo i dendrochronologicznie na lata 1141 - 1210, była według naszych standardów bardzo prymitywna, a jednak stanowiła, jak można sądzić, podstawę dla rozwoju Bielska, bazę dla przyszłej osady.

Można domniemywać, że podobne półziemianki stanowiły zalążek przyszłego regularnego miasta i - podobnie jak na grodzisku w Starym Bielsku - tworzyły zwarte założenie w miejscu, w którym do dziś tkwi Stare Miasto. Pewności nie ma, ale jeżeli na bielskim grodzisku odnaleziono cały zwarty kompleks regularnej zabudowy skupionej wokół centralnego placu, tworzącej zespół do złudzenia przypominający lokowane miasta, nie widzę przeszkód, aby początki Bielska na Wzgórzu Miejskim postrzegać inaczej. Bo niby dlaczego? Skoro podobne konstrukcje sprawdzały się wszędzie dokoła, skoro półziemianki tego typu budowano na całkiem sporym obszarze od Wisły po Igławę, to skąd pomysł, że były złe? To właśnie takie domy były najpewniej początkiem Bielska, od nich zaczęła się historia tutejszej architektury - jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi...

W dodatku i na Wzgórzu przecież odkryto identyczne niemal relikty zabudowań. Dosłownie 75 metrów od płyty Rynku. I w dodatku - jakimś dziwnym trafem - zabudowania te zorientowane były niemal identycznie, jak późniejsze założenie miejskie. Przypadek? Nie sądzę...

Z drugiej strony, kiedy patrzy się na te konstrukcje, których relikty odnaleziono w ziemi, budzi się w człowieku wątpliwość, że były one siedzibami budowanymi z myślą o wieloletnim funkcjonowaniu. Ich delikatna, prowizoryczna konstrukcja wydaje się zbyt licha, by mogła ochronić przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi, wiatrami, deszczami, wilgocią, mrozami i śniegiem.

A jednak przez całe stulecia świetnie sobie radziła.

Półziemianka z dwuspadowym dachem stała się poniekąd protoplastą pierwszych drewnianych jeszcze, choć już czasem podmurowanych domów. Ten sam patent, te same rozwiązania, tylko na większą skalę. Konstrukcje drewniane pojawiły się w mieście w chwili jego lokowania. Stawiane na wąskich działkach, charakteryzowały się stromymi dachami, wąskimi oknami, generalnie małymi gabarytami izb mieszkalnych, gdzie zamiast wszerz, budowało się wzwyż. Wgłąb też. Czy zastanawialiście się, dlaczego tablicę pamiątkową z okazji fundowania miasta umieszczono na rynkowej kamienicy nr 23? Otóż był to najprawdopodobniej pierwszy murowany obiekt w mieście, jeszcze średniowieczny. Fakt ten potwierdza konstrukcja jego piwnic, które podobno należą do najstarszych na całym Starym Mieście.

Odkryte podczas prac archeologicznych na Rynku relikty najstarszej zabudowy starego miasta. Murowane, kamienne piwnice. Ten ciemny, wilgotny, zagrzybiony i zatęchły świat to dla mnie absolutnie niesamowity, tajemniczy kosmos, prawdziwy wehikuł czasu.

Do piwnic przy rynku mamy szczęście. Większość domów sadowionych jest na bardzo starych, pamiętających jeszcze wiek XVI lub nawet XV fundamentach. Do dziś w poczerniałych od czasu i węgla ścianach tych piwnic tkwią świadectwa dawnych przestrzennych układów, pozostałości sklepionych korytarzyków, przejść, okien i wewnętrznych zsypów.


Drewniane gotyckie domy - jeszcze nie kamienice z prawdziwego zdarzenia, ale już nie chałupy - to tak naprawdę osobny temat. Niewątpliwie na nowo wytyczonych działkach siedliskowych, wąskich, bo liczących tylko niespełna 6,5 metra, musiały stanąć siedziby dość szczególne. Z naszego punktu widzenia nieco karykaturalne W średniowieczu były powszechne jak diabli, wypełniały po brzegi wszystkie większe i mniejsze miasta w Europie. A mimo to trudno dziś rzec, jak wyglądały te nasze, rodzime.

Czy tak jak ta, na powyższej ilustracji, brugijska, typowa dla sporego obszaru starego kontynentu, czy raczej bardziej niemiecka, jeszcze powszechniejsza, szachulcowa, belkowana jak stodoła?

Większość "kamienic" przy Rynku stawiano w drewnie od czasów średniowiecza, aż po wiek XVIII. Upór we wznoszeniu ciągle drewnianych, a więc łatwopalnych domostw zadziwia. Jedynym wytłumaczeniem dla takich praktyk była oszczędność - było nie było drewno kosztowało zawsze mniej niż kamień i cegła. Dlatego też (i to także warto wziąć pod osąd) ówcześni inwestorzy, właściciele miejskich parceli, mając do wyboru budowanie w kamieniu lub w drewnie, woleli jednak budować w tym drugim tworzywie, bo spalenie domu w częstych wówczas pożarach było mniej dotkliwe finansowo. Zresztą murowanie domu w sytuacji, gdy wszystkie inne dokoła są drewniane nie miało żadnego sensu, bo wcale nie zabezpieczało przed pożogą. Gdy płonęło całe miasto, wypalał się także drogi murowany gmach.

Relikt z odległych czasów. Belka stropowa, która jest - jak mówi widoczna na licu data - rówieśnicą Białej jako pełnoprawnego miasta. Ale przecież ta belka, pochodząca z kamienicy Wzgórze 4 i funkcjonująca cały czas zgodnie ze swym przeznaczeniem (a więc nie polegująca w muzeum, ale dzielnie dźwigająca strop parteru) to wcale nie jakiś bielski ewenement. Stadtberg aż roi się od odobnych perełek, niejednokrotnie nawet dużo starszych. I byłoby ich stanowczo więcej, gdyby nie te nieszczęsne pożary, które wypalały do gołego kamienia drewnianą tkankę miasta.

Drewniane miasto - nie licząc tych sytuacji, kiedy szło z dymem - prosperowało jednak całkiem nieźle. Stanowiło dość pewny gwarant bezpieczeństwa i dobrobytu dla bielskich wielkomieszczan. Mogli się bogacić, obrastać w piórka, wybijać na okoliczne tuzy i szychy. Z czasem ich status był już niezaprzeczalny, a ich pozycja zaczęła odbijać się również i w architekturze. W mieście coraz częściej pojawiają się więc solidne domy murowane, budowane z kamienia i porządnej cegły. Z dachami krytymi ceramiczną dachówką, ewentualnie drewnianym gontem.

Bielsko przez całe stulecia nie różniło się architektonicznie od innych, podobnych mu miast. Forma zamykała się w funkcjonalnej prostocie, nadając miastu charakter dość nieuporządkowanej, estetycznie przypadkowej zbieraniny. Ale wznoszone wówczas budowle, nie musiały być wcale do siebie podobne, niektóre z nich posiadały ciekawe cechy charakterystyczne. Na powyższej ilustracji widać tego bardzo ciekawy dowód (jeśli wierzyć Konecnemu, autorowi grafiki opartej o przedstawienie Jahanny'ego - ale właściwie dlaczego nie wierzyć?). Ten umiejscowiony w okolicy dzisiejszej ulicy Barlickiego dom z wyraźnie zaznaczonym niesymetrycznie sadowionym ryzalitem, podkreślonym biegnącymi przez całą jego wysokość pilastrami lub lizenami, wygląda bardzo interesująco. Odcina się od szarego, nieciekawego tła sąsiadujących domów. Rodzi się pytanie: czy był to tylko przypadek, wyjątek od zasady, czy może właśnie obowiązująca w mieście reguła?

Wbrew pozorom przez całe dekady nasze miasto odznaczało się dość ciekawą architekturą. Oczywiście bez szaleństw - żaden tam Wiedeń, ani Wenecja północy, to prawda. Ale już powyższa ilustracja Konecnego sugeruje, że nie była to także żadna estetyczna pustynia. Zresztą wystarczy zastanowić się nad tym głębiej i natychmiast przywołamy z pamięci wiele przykładów na to, że już w XVIII wieku, pośród wąskich uliczek miasta wiele było obiektów pięknych, które odznaczały się wyjątkowymi walorami. Barokowe kamienice w Rynku, zespół barokowych kamieniczek przy Celnej, kościół Trójcy Przenajświętszej (niegdyś posiadający jeszcze bardzo czytelne formy późnogotyckie), kościół św. Mikołaja, kamienice Dolnego Przedmieścia (osiemnastowieczna kamienica Bartelmussa, znana dziś pod nazwą kamienicy Kałuży) i wiele innych. One wszystkie są dowodem na to, że przed wielkim boomem architektonicznym XIX wieku istniało życie! :-) Dość nawet bogate.

Fragment jednego z najstarszych fotograficznych przedstawień bielskiego rynku. W północno-zachodnim narożniku Ringu widać wyraźnie fragment pięknego, barokowego zwieńczenia kamienicy przy ul. Celnej nr 2. Podobnymi frontami mogły pochwalić się także kamienice nr 4 i 6 przy tej ulicy, a także - nie wiem tego na pewno, ale wierzę święcie - wiele innych kamienic w mieście. To, co dziś znamy tylko z elewacji kamienicy Kałuży było - jak się okazuje - zjawiskiem bardzo w mieście powszechnym. Niestety, domy powyższe, mimo że z kamienia, spłonęły tracąc piękne fasady.

Druga połowa osiemnastego wieku to szczególny rozkwit architektury klasycyzującej. Jednakże w Bielsku nie miała ona zbytniego wzięcia. Stricte klasycystycznych budowli było to stosunkowo niewiele. Do dziś pozostały tylko, jako budowle sztandarowe (i to raczej dzięki dekretom józefińskim), kościoły ewangelickie w Starym Bielsku i w Białej.

Charakterystyczne dla klasycyzmu proste, dostojne wręcz formy nawiązujące do antyku pojawiały się również i w naszym mieście. Jednak sporadycznie. Kościół ewangelicki Zbawiciela z 1790 r. jest (a raczej był, bo świątynia jeszcze w XIX w. została gruntownie przebudowana) jednym z nielicznych przykładów tego narzuconego świątyniom protestanckim przez cesarza Józefa II Habsburga stylu. Stylu chyba niezbyt przez to lubianego. W pewnym sensie szkoda - trochę brakuje w mieście tych spokojnych, klasycznych linii, pilastrów i frontonów; brakuje tej delikatnej, nieco chłodnej, bardzo wypracowanej harmonii.

Miasto nasze nie miało do klasycyzmu szczęścia. Ta specyficzna architektura była u nas raczej słabo obecna (ale kto wie, być może kamienica uwidoczniona na rycinie Konecnego była właśnie jednym z reprezentantów tego nurtu?). W zamian za to epoka józefińska wykształciła tutaj swój własny styl oparty o zredukowany w detalu, spokojny, stonowany późny barok zawierający zaledwie elementy architektury klasycystycznej. Takich budowli mamy w mieście naprawdę sporo (a mieliśmy jeszcze więcej). I to właśnie one stanowią element przejściowy pomiędzy barokiem, a pierwszymi formami historyzującymi.

Niestety z estetycznego punktu widzenia okres ten był okresem dość jałowym i "mrocznym" w bielskiej architekturze. Redukacja detalu postępowała tak dalece, że w pewnym momencie miasto zaczęły zaludniać formy coraz bardziej masywne, przysadziste i płaskie. Mdłe.

Ja wiem, bluźnię, przecież dzisiaj domy z końca XVIII wieku - dość licznie występujące w naszym mieście - są w skali kraju zjawiskiem co najmniej rzadkim, a ich ilości zazdrości nam niejeden Radom. Tak, to prawda. Wzniesiona w roku 1783 roku późnobarokowa kamienica (przy 11 Listopada)
to dziś perełka. Tak. Dziś. Jednak w epoce schyłku osiemnastego stulecia budownictwo tego typu, niejako "fabrycznie" pozbawione przesadnego detalu, było stanowczo nadreprezentatywne. Stało się pospolite i nudne. Monotonne i bez wyrazu. Dla współczesnych, rzecz jasna.

Oto dom Kolbenheyera, typowa kamienica z piętrem, stromym dachem, charakterystycznymi łukowymi naświetlami i masywnymi drewnianymi witrynami. Tego typu budowle były i domami mieszkalnymi, i kamienicami czynszowymi, i szpitalami, i budynkami użyteczności publicznej, i wreszcie siedzibami licznych manufaktur. Przez dziesięciolecia pełniły wszystkie możliwe funkcje.

Dom Tobiasa. Jeden z najbardziej znanych (choć już nieistniejący) bielskich przykładów klasycyzmu. Dopiero w zestawieniu z kamienicą Kałuży doskonale widać różnicę pomiędzy pełnym formy barokiem, a zwietrzałym bielskim klasycyzmem. Z jednej strony szlachetna linia, wymowa kształtu, harmonia, z drugiej masywność, niewyszukany, ograniczony do minimum detal... Mimo, że sama bryła zdradza cechy foremności i proporcji, nie dorównuje starszej sąsiadce.

Budynków tego typu było wiele. To musiało denerwować. Musiało być irytujące. I to musiało w końcu eksplodować twórczym niezadowoleniem. To, co my dzisiaj nazywamy przeładowanym, karykaturalnym, zmanierowanym historyzmem, gdzie bez opamiętania sięgano po dawne wzory, wówczas było odtrutką na estetyczną jałowiznę miast. Było świeże i pełne uroku!

Wiek dziewiętnasty to pole bitwy pomiędzy architekturą utilitas, promowaną przez pierwszych przemysłowców, architekturą prostą, tanią, biorącą swój początek w epoce józefińskiej, a nową, przepojoną jakimś niezwykłym światłem architekturą venustas, która zaczęła pojawiać się w połowie stulecia. Nieśmiało zaczęto tworzyć nawiązujące do historii formy (uznając chyba, że to, co stare, to lepsze), zaczęto przywiązywać szczególną wagę do detalu i wykończenia. Nagle zaklęta w kamieniu forma, nowa, pełna piękna architektura zaczęła cieszyć, zaczęła radować oko.

Na przecięciu tych dwóch walczących ze sobą światów, na styku dwóch ścierających się prądów, przez krótką chwilę tryumfował jednak schyłkowy nurt klasycyzmu, zwany Empire. Jego specyficznie klasycystyczne cechy, takie jak oszczędne zdobienie fasad nienachalnymi gzymsami i pilastrami o lekko podkreślonych głowicach, wykorzystanie płaskich ryzalitów i uskoków, wreszcie dyskretna, choć czasem rozbudowana ornamentyka przestrzeni międzyokiennych, pojawiły się w połowie XIX wieku w mieście. Ostatnim projektantem czerpiącym z ducha empirowego piękna był Emanuel Rost ojciec. Jego ostatni projekt w tej stylistyce domu przy Cechowej 12 zachował się do dziś.

Był to jednak łabędzi śpiew klasycyzmu. Oto bowiem na arenę dziejów, a więc na ulice miast wchodzić zaczęła zupełnie nowa jakość. Nowe tchnienie i świeży powiew.


Druga połowa XIX wieku była dla Bielska bardzo znamiennym okresem. W sensie architektonicznym, oczywiście. Miasto żegnało się ze starymi formami i witało zupełnie odmienne, nowoczesne, rzec można "światowe" idee. Na powyższej fotografii przedstawiającej Bahnstrasse (dziś Barlickiego) widać jeszcze stary świat. Lewa, zachodnia strona ulicy to niskie, charakterystyczne dla małych miasteczek kamienice pamiętające nierzadko poprzednie stulecie. W niczym nie sugerują wielkiego miasta, ośrodka handlu, przemysłu i włókiennictwa. Przypominają bardziej architekturę prowincjonalnej Białej. Niepozorne, omalże liche, jednak bardzo swojskie i bliskie domy są jakby żywcem przeniesione z okolic ul. Szkolnej, czy Komorowickiej. Tak wyglądało Dolne Przedmieście i całe Bielsko w przededniu wielkich zmian.

Zmian, o których opowiemy sobie już wkrótce.

2016-02-14 | Dodaj komentarz
gjp
2016-02-14 22:07:35
"Gloryfikuję odległe czasy, idealizując je przesadnie. I nic na to nie poradzę" - pod tym mogę się podpisać, dalej brakuje mi niestety wiedzy, więc czytam i zachwycam się tym bardziej ;)
Paweł
2016-02-14 23:47:10
Popieram to, co pisze i Autor i gjp. I ulga, nas, wariatów, którzy wierzą w ten lepszy, stary świat jest więcej! :) P.S. A może jednak był odrobinę lepszy?
dziadek
2016-02-17 16:05:29
Jak zwykle mnóstwo cennej wiedzy i masa cennych obserwacji. Gratuluję świetnych tekstów. Ja akurat też zaliczam się do entuzjastów architektury bielskiej z okresu "przedhistoryzującego", której wbrew pozorom zachowało się trochę w naszym mieście, często w nietypowych miejscach. Moją uwagę zwrócił parterowy "domek" na ul. Cechowej, pośród wysokich wielkomiejskich kamienic, nadproże z Okiem Opatrzności przy ul Stojalowskiego 2, należące jeszcze do osiemnastowiecznego wystroju kamienicy (swoją drogą ciekawe, że przetrwało nietknięte pewnie niejedną przebudowę), kamienica przy ul. Krasińskiego 10...Zastanawia mnie jeszcze domy przy ul Młyńskiej 20 i Partyzantów w okolicy placu Mickiewicza, kryty mansardowym dachem z lukarną. W tamtych czasach - w 18 i 19 wieku były to głębokie przedmieścia Bielska. Czy wiadomo coś Panu na temat tych domów?
andrzej
2016-02-17 21:26:46
Swego czasu, przy okazji przetargu na sprzedaż przez miasto kamienicy Rynek 20 w ramach tzw. godziny na oglądanie obiektu, skorzystałem z tej okazji. Odniosłem wrażenie, iż poziom poniżej parteru, czyli jak by nie było piwnica i przyziemie to jakby inny świat w porównaniu z resztą. I tu i tu widać wiele ingerencji na przestrzeni czasu, niektóre bardzo rażące. Jednak układ, materiały i klimat pochyłych, wąskich chodników i kamiennych przesklepionych podziemnych pomieszczeń robi wspaniałe wrażenie. Jeśli dobrze kojarzę obecnie trwa ponowna oferta przetargowa, bowiem kupca nie było. Z kolei przy remoncie jednej z kamienic przy południowej pierzei ( jest tam jakaś restauracja) nieuporządkowane naówczas piwnice, niesamowicie głębokie, z polepą zamiast posadzki, wilgotne, tchnące tą specyficzną stęchlizną, w której wyczuwa się miniony czas, sprawiały na mnie podobne odczucia przenikania wraz z poziomem gruntu do innej strefy czasowej. Taka metafizyka Rynku. Zdecydowanie nie czuć tego w nowszych budynkach np. tym obok byłej już apteki, gdzie też miałem okazję buszować. Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy.
Maciej P.
2016-02-18 11:39:34
@gjp i Paweł. Miło, że podzielacie moje zdanie. Przyznam jednak, że moje bezprzykładne idealizowanie miewa też swoją drugą stronę. Taką mniej romantyczną. Przekopując dokumenty i prasowe notki muszę czasem stanąć przed mało przyjemnym, czasem odrażającym obliczem Klio. Takie oblicza miewa ona również. To są chwile, które sprowadzają mnie na ziemię, ale - szczerze mówiąc - na krótko. Zdradzę jednak, że na łamach niniejszego blogu, 1 marca - również na chwilę - wspólnie staniemy przed tym innym, paskudnym obliczem. Ot tak, dla odmiany. Pozdrawiam Panów serdecznie.
Maciej P.
2016-02-18 11:40:56
@Dziadek. Wszystkie te budowle to faktycznie architektura przedhistoryzująca. Skromne domostwa wywodzące się czasem z osiemnastego wieku, wymurowane częściej w wieku dziewiętnastym. Cechowa 14, ów parterowy domek wśród wyższych kamienic, to pozostałość po prawdziwie starej, "przedpotopowej" zabudowie miasta. Zabudowie przedcechowej, charakterystycznej dla warsztatów jeszcze z jednymi krosnami, a więc sprzed dekretów terezjańskich... O kamienicy z "okiem Opatrzności" fenomenalnie opowiadał pan Jacek Proszyk w swoich cyklicznych spektaklach Fabryki Sensacji. Kamienica będąca fragmentem zabudowy dzisiejszego placu Smolki, była świadkiem dość szczególnego morderstwa, a jej wnętrze kryje jeszcze wiele ciekawostek - ślad po mezuzie na ościeżnicy, czy fantastyczne drewniane stropy. O "dworku" przy Krasińskiego 10 już niedługo będzie osobny wpis, bo fabryka sukna Henryka Mehlo z 1855 roku (choć budynek jest właściwie wiele starszy), to jedno z ważniejszych miejsc na mapie pierwszych manufaktur Bielska... I inspirujące, bo, mimo pozorów, architektonicznie niezwykle oryginalne. Kłaniam się nisko.
Maciej P.
2016-02-18 11:42:05
@Andrzej. I dlatego właśnie ścisły Stadtberg budzi moje wielkie emocje i rozgrzewa do białości moją chorą wyobraźnię. We francuskim filmie "Szczury Paryża", emitowanym w latach siedemdziesiątych, jeden z bohaterów, antykwariusz i paryzjanista, stojąc przed witryną sklepową, mówi do kogoś stojącego obok, że ten kamienny parapet ma z dwieście lat i on, dotykając go i mając świadomość, że przed nim dotykało go tyle pokoleń paryżan, czuje przyspieszone bicie serca... Cóż, gdyby zszedł do pierwszej z brzegu piwnicy na Rynku w Bielsku, pewnie dostałby apopleksji. Ja sam, tam pod ziemią, czuję się dość szczególnie. Pozdrawiam ciepło.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Nikt]
Kolejnym przykładem zmieniającym oblicze na gorsze jest budynek dawnego przytułku św. Anny stojącego tuż...
[Ichabod Crane]
Renowacje w Bielsku-Białej to nie jest temat prosty. Zdarzają się te zacne jak i te...
[m2]
Tak, pamiętam. Stało się długo w kolejce... a smak tych rogali maślanych, gorących, chrupiących do...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 86304
Newsów: 68
Komentarzy: 203
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała