liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Sztafeta pokoleń

  

albo

wykopki na Stadtbergu.

Ścieżki moich spacerów z aparatem i szkicownikiem biegną najczęściej po utartych, staromiejskich szlakach. Dawno już zauważyłem, że to, co znane i od dawna opatrzone, może - w sprzyjających okolicznościach - okazać się zupełnie nowym doświadczeniem, a przynajmniej takie wrażenie może sprawiać. Kilka dni temu w szary wczesny poranek odwiedziłem jeden z najstarszych zakątków Wzgórza Miejskiego. Miejsce, które przyciąga swoim klimatem i dość niecodzienną historią.


Ulica Schodowa to jeden z tych fragmentów miasta, który wabi "starożytnością", który mami - nie do końca szczerze - średniowiecznym charakterem. Oczywiście miejsce to ma bardzo średniowieczny rodowód, południowa krawędź wzgórza miejskiego zabudowana była, jak się sądzi, już w XV wieku. Chciałoby się wierzyć, szczególnie w taki poranek, że rzeczywiście mamy do czynienia z prastarą rzeczywistością.
Niestety, dobrze wiem, że jest inaczej. Mimo inspirującej wyobraźnię szaro-mokrej kwietniowej aury, trzeba obedrzeć ten fragment miasta z jego tajemniczości. Choć, kto wie, może nie do końca.

Średniowieczne Bielsko, co jest już dzisiaj bezsporne, otoczone było pasem umocnień. Głównym ich elementem był posadowiony na załomie miejskiej skarpy mur kamienny, który bronił dostępu do miasta. W części północnej i wschodniej jego relikty odnaleziono i potwierdzono jego istnienie bez wątpienia. W części zachodniej (najbardziej płaskiej, pozbawionej naturalnych przeszkód, a więc najbardziej narażonej na ewentualny atak) mur i brama miejska istniały także. Największą zagadkę stanowią do dziś południowe fragmenty Wzgórza Miejskiego i tak naprawdę do dziś nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć najbardziej zasadniczych tez.

Od dawna już wśród mieszkańców naszego miasta pokutuje pogląd, że znajdujący się po południowej stronie kościoła katedralnego św. Mikołaja mur oporowy oddzielający teren kościelny od położonej nieco niżej ulicy Schodowej, jest tożsamy z murem średniowiecznym. Oczywiście dziś wiadomo już niezbicie, że mur ten jest dużo późniejszy, ale jeszcze stosunkowo niedawno przypuszczano, że o ile nie zawiera on w sobie reliktów muru wcześniejszego, to być może przynajmniej posadowiony jest w miejscu tamtego najstarszego.

Dzisiejszy stan muru i ubytki będące tego stanu konsekwencją sugerują jednak, że mur ten nie ma ze średniowieczem wiele wspólnego.
Wyłaniające się spod elewacji okładzinowej kamienie i cegły są dość nowe i na pewno nie tworzą żadnego starodawnego wątku.

Pozostaje pytanie, czy ten późny mur przynajmniej stoi w miejscu, gdzie mógł stać jego XIV-wieczny poprzednik.

Badania istniejącego obecnie muru oporowego potwierdzają tezę, że mur ten nie ma średniowiecznej proweniencji. Raczej XIX-wieczną. Więcej: nie tylko nie zawiera reliktów XIV-wiecznego muru, ale w dodatku posadowiony jest w zupełnie innym miejscu. Mur ten, widoczny na powyższej fotografii znajduje się bowiem w miejscu, gdzie w średniowieczu umiejscowiona była... południowa fosa.

Żeby to unaocznić pokusiłem się o prosty szkic (proszę wybaczyć nieudolność rysunku) w oparciu o dokumentację przeprowadzonych latem 1996 roku badań wykopaliskowych, które sprawę średniowiecznego muru miejskiego, jaki miałby rzekomo przebiegać w tym miejscu, wyjaśniły dość wyczerpująco.

Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych w wykopie I/96 (stanowisko nr 32) w poprzek ulicy Schodowej, można stwierdzić, że dzisiejszy mur oporowy (1) posadowiony został na zasypisku utworzonym na wewnętrznym stoku fosy. Najgłębsza część fosy (mającej w tym miejscu szerokość ok. 11 m) i jej stok zewnętrzny przebiegają pod powierzchnią dzisiejszej ulicy Schodowej. Widoczne na schemacie zasypisko (2) stanowiące podwalinę pod mur oporowy wykonane zostało w XIX wieku i składało się z kamieni pochodzących z rozebranego muru obronnego spojonych zaprawą i brunatną gliną. Zaznaczony czerwonym kołem załom skarpy miejskiej, to miejsce, na którym według wszelkiego prawdopodobieństwa (i zgodnie z analogiami z północnych obszarów miasta) powinien znajdować się średniowieczny mur.

Dlaczego go nie znaleziono?


Powodów może być kilka. Rozważa się przede wszystkim hipotezę, która mówi o usunięciu stąd muru w trakcie dalszych prac w obrębie tej części wzgórza (XVI-XVIII w.) i splantowaniu częściowym terenu, na którym stał. Dziewiętnastowieczny mur oporowy, ten, który stoi do dziś, został przecież posadowiony na zasypisku utworzonym z materiału średniowiecznego właśnie. Można więc uznać, że ten pokruszony materiał to nic innego, jak pozostałość najstarszego muru, materiał, który wykorzystano po jego rozbiórce. To dość prawdopodobne szczególnie w świetle wyników badań przeprowadzonych w tym samym 1996 roku nieco bardziej na wschód, w pobliżu budynku plebanii, gdzie przecież jednak odnaleziono resztki muru średniowiecznego.


Relikt muru (budowanego w technice opus emplectum, polegającej na murowaniu wewnętrznej i zewnętrznej ściany muru przy użyciu kamienia ciosanego i wypełnianiu przestrzeni pomiędzy nimi kruszonym kamieniem spojonym zaprawą) miał szerokość 2,10 m w partii fundamentowej i około 1,80 w części nadziemnej. Mur ten, dzięki analogiom z ulicy Podcienie, datowany jest na pierwszą połowę wieku czternastego. Ze wskazaniem na pierwsze dekady tego wieku.
Tak więc teza o obecności muru na załomie wzgórza miejskiego jest dość oczywista, choć nie jest to teza jedyna.

Mocna jest też inna hipoteza, która - jak brzytwa Ockhama - ucina wszelkie spekulacje. Sugeruje, że muru tam... nigdy nie było. Wiem, trochę nam ta hipoteza nie pasuje do wizji bogatego miasta, które, jak miasteczko z bajki, czy z legendy otoczone jest pięknymi średniowiecznymi umocnieniami. Musimy jednak pamiętać, że takie wizje czasem z rzeczywistością miały niewiele wspólnego. W dodatku ukształtowanie terenu w tym miejscu sugeruje pośrednio, że obrońcy tezy "bezmurnej" mogą mieć rację. Stromy, południowy stok wzgórza miejskiego już z natury miał charakter obronny i inwestowanie w potężny mur nie było ani opłacalne, ani szczególnie konieczne.


Oczywiście z całą pewnością nie było wcale tak, że w tej części miasta w ogóle żadnych obwarowań nie było. Nie.
Gęsty drewniany częstokół mógł stanowić wystarczające zabezpieczenie od strony Kozielca i - jak uważają niektórzy - doskonale spełniał swoje zadanie. Dłuższy czas.
Potwierdzają to badania, jakie miały miejsce już w następnym sezonie badawczym. A szczególnie znalezione w wyniku tych prac drewniane umocnienia południowej skarpy miejskiej. Składają się z ukośnie wbitych w ziemię pali o średnicy 12 centymetrów i tarasów szalowanych drewnianymi dranicami. Możliwe jednak, że były to umocnienia nie tyle obronne, a bardziej miały charakter inżynierski.

Hipoteza o braku muru średniowiecznego w południowej części miasta - jakkolwiek solidna - blednie nieco w świetle odkryć archeologicznych w wykopie II/96 założonym tuż przy murze plebanii. Jak już wyżej napisałem, fragment muru południowego jednak wówczas znaleziono. Nie ma wprawdzie dowodów na to, że mur ten biegł przez całą długość korony wału południowego, ale rozmiary znalezionego reliktu pośrednio dowodzą, że jednak tak było. Konstrukcja była zbyt solidna aby sądzić, że mur w okolicach kościoła urywał się nagle, a funkcje obronne przejmowały konstrukcje drewniano-ziemne. Taką ewentualność zwyczajnie odrzucam, jako zbyt naiwną. Natomiast jak najbardziej słuszna wydaje mi się teza, że konstrukcje drewniane były formą przejściową lub prowizoryczną na czas budowy kamiennych obwarowań. Bardzo prawdopodobną jest też hipoteza, że obie formy umocnień mogły istnieć jednocześnie i wzajemnie się uzupełniały.

W świetle tych rozważań nasuwa się jednak jeszcze jedno, mniej może dla analizy problemu istotne, ale bardzo ciekawe pytanie. Czy przedstawiony na drzeworycie Samuela Johanny'ego mur biegnący na południe od kościoła to ciągle jeszcze mur średniowieczny (który, jak wiadomo, do 1783 r. był również południowym murem cmentarza), czy już nowy mur oporowy.

Zdaniem archeologów na rycinie widać już nowy, wybudowany na początku XIX wieku mur. Ja jednak mam wątpliwości. Kiedy patrzę na litografię mam wrażenie, że mur przedstawiony przez pana Samuela i kształt ma inny, i biegnie jakby bliżej kościoła, który był wtedy znacząco mniejszy... Słowem, nie sądzę, aby w 1801 roku Samuel Johanny odwzorował datowany przecież na początek XIX wieku obiekt. Wprawdzie dokładność panasamuelowego szkicu pozostawia dużo do życzenia, to mimo wszystko zaufałbym mu i - wziąwszy pod uwagę przebieg drzeworytowego muru i jego umiejscowienie względem plebanii - zaryzykowałbym stwierdzenie, że pan Johanny przedstawił jednak jeszcze stary, nieistniejący już dziś mur. Zapewne średniowieczny.


Niewątpliwie bielszczanie zawsze należeli do ludzi rzutkich i przedsiębiorczych. Zawsze kształtowali przestrzeń wokół siebie z niemałym rozmachem. Świadczą o tym nie tylko budowane umocnienia, ale i inne poważne prace inżynieryjne niekiedy bardzo mocno ingerujące w tkankę miasta.


Generalnie rzecz biorąc w Bielsku mamy do czynienia z dość ciekawą, obecną na przestrzeni wielu wieków przemożną tendencją
do opanowywania materii. Mieszkańcy miasta już bardzo wcześnie wyszli z założenia, że niezwykle korzystny z punktu widzenia obronności
charakter wzgórza osadniczego, ma również swoje wady. Duże różnice wysokości i uciążliwe - szczególnie zimą - stromizny bardzo szybko stały się utrapieniem bielszczan.


Mówiliśmy już kiedyś na tym blogu o poważnych próbach radzenia sobie z tymi problemami. W XVI wieku bardzo pochyły Rynek postanowiono wyrównać, obniżając jego płytę o pół metra. Mówiliśmy także o próbach udrożnienia w XIX w. drogi wylotowej z miasta w kierunku na północ i na wschód poprzez radykalne wyburzenia w okolicach dolnej bramy.

Te prace nie przeszły bez echa.


Kiedy spacerujemy dość malowniczą, choć dziś już mocno "nadpsutą" uliczką Podcienie, być może rzuca nam się w oczy jej specyficzny charakter. Opada ona od Rynku ku ulicy Wzgórze, pokonując na przestrzeni kilkudziesięciu metrów znaczną różnicę wysokości. Przyzwyczailiśmy się do tego i nie znamy innej ulicy Podcienie. Wydaje nam się, że spośród wszystkich ulic miasta ona właśnie ma najbardziej "historyczny", średniowieczny charakter. Oczywiście to tylko złudzenie. Ulica w średniowieczu zabudowana była przecież aż do połowy XVII wieku, do pożaru w 1659 r. budowlami drewnianymi, które w dodatku stały bardziej w głębi, dalej od osi ulicy.

Jednak patrząc dziś na stare elewacje kamienic Podcieni nawet nie wyobrażamy sobie, aby ulica ta kiedykolwiek mogła wyglądać inaczej. A wyglądała. I przy odrobinie wyobraźni można jej dawny wygląd odtworzyć.


Przede wszystkim jeszcze 160 lat temu nie była to ulica stroma. Bynajmniej. Pisałem o tym we wpisie o
"murcheologii stosowanej". Stromizna pojawiła się właśnie w 1844 r. w wyniku robót w ciągu ul. Wzgórze. Wówczas to postanowiono "wybić dziurę w murze" czyli otworzyć Stadtberg na świat. Tam, gdzie dziś, w bezpośrednim sąsiedztwie zamkowej mieży, biegnie ulica Wzgórze wyburzono mur miejski z bramą, powozownią i warsztatem ślusarza. Obniżając o kilka metrów krawędź wzgórza miejskiego, utworzono wygodną drogę ku miastu. O, tutaj widać ją w całej krasie.

Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Celowo posłużyłem się fotografią przedstawiającą ul. Wzgórze dokładnie sto lat po przebudowie, bo dopiero na tym zdjęciu (na którym brak już domu Szymona Tobiasa i budynków o numerach katastralnych 28 i 29 stojących na płycie dzisiejszego placu Chrobrego, które zaciemniałyby obraz) widać dokładnie, jak poważnego przedsięwzięcia podjęli się bielszczanie w połowie wieku XIX.

Wcześniej jedyna droga do miasta od północy biegła stromym podjazdem u stóp północnego muru zamku. Był to zakos podobny do tego, który znajduje się dziś przy baszcie na ul. Krętej. Bardzo niewygodny zakos. Wcięcie się we wzgórze miejskie, wyprostowanie zakosu i obniżenie poziomu ulicy wiązało się z całkowitą przebudową okolicy. Zakres robót był tak olbrzymi, że dosłownie przenicowano cały ten obszar wiele metrów w głąb, usuwając nawet (co dla mnie jest chyba największą w tej sprawie stratą - pisałem o tym niejednokrotnie) najgłębsze fundamenty dolnej bramy, przez co straciliśmy nie tylko możliwość odtworzenia jej kształtu, ale nawet pewność co do faktu gdzie dokładnie brama ta się znajdowała.

W wyniku robót obniżono poziom gruntu tuż przy zamku do tego stopnia, że - aby wyrównać poziomy sąsiadujących ulic - należało wciąć się również w początkowy fragment ulicy Podcienie. Inaczej z ulicy tej nie można byłoby korzystać. Można było wprawdzie obstalować piękne schody, jednak ulica Podcienie miała być dostępna nie tylko dla pieszych, musiała być także przejezdna. I to właśnie z tego powodu wybrano wówczas tony ziemi i odsłonięto kamienne piwnice.

Dolna kondygnacja kamienic stojących przy wschodnim wylocie ulicy Podcienie to tak naprawdę ich fundamenty. Dawny poziom ulicy zaznaczony został żółtą linią. Tajemnicą pozostanie dla mnie sposób, w jaki eksperci w latach czterdziestych XIX wieku ustalili, że pozbawiona oparcia mas ziemi stopa fundamentowa wytrzyma. Śmiem twierdzić jednak, że cokolwiek zostało tu obliczone, to tylko z wykorzystaniem kartki, pióra i gruntownej, rzetelnej wiedzy. Kamienice stoją do dziś i mają się świetnie. Pozazdrościć miastu ekspertów, a ekspertom wiedzy.

Do dziś możemy odtworzyć dawny poziom ulic Wzgórze i Podcienie. Spójrzmy na tę fotografię z lat dwudziestych XX wieku (choć i dziś w terenie można uchwycić te same charakterystyczne punkty). Odsłonięte przyziemia kamienic jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku były pod ziemią. Podobnie piętrzący się tuż pod zachodnią ścianą zamkowej wieży wał ziemny. On też jest pozostałością po dawnym przebiegu prowadzącej przez dolną bramę drogi miejskiej. Liniami zaznaczyłem poziom ulicy przed 1844 rokiem.

Kiedy spojrzeć na ten inżynieryjny wyczyn obiektywnie i z zachowaniem właściwej optyki (pamiętajmy - to połowa XIX wieku!), można się rozmachem tych ludzi naprawdę zachwycić. Ogrom pracy, jaki musieli włożyć w pokonanie opornej materii Wzgórza zadziwia. I wystawia ówczesnym niezłą opinię.

Wprawdzie dzisiaj mało nas obchodzą zmiany, jakie miały miejsce całe dekady, a nawet wieki temu. Wydaje się, że skoro nie dotyczą nas bezpośrednio, to mogą dla nas nie istnieć. To poniekąd prawda. Ale mimo to i tak - najczęściej zupełnie nieświadomie - poruszamy się w rzeczywistości aż gęstej od tych zmian. Kiedy wkraczamy na Wzgórze Miejskie, dosłownie każdy krok czynimy w ich towarzystwie.

Myślę sobie, że w istocie ci nasi poprzednicy, dawni mieszkańcy Bielska w swoich marzeniach, planach i determinacji w ich realizowaniu, tak naprawdę niewiele się od nas różnili.
No bo jaka jest różnica pomiędzy otwarciem ulicy Wzgórze na miasto z przerzuceniem niewyobrażalnej ilości ziemi a takim - dajmy na to - wykopaniem tunelu pod Hulanką? Jaka jest różnica pomiędzy budową potężnego, kilkumetrowej wysokości muru wokół całego miasta a poprowadzeniem wokół niego nowoczesnej obwodnicy? Jaka różnica, prócz skali?
Żadna. W sferze marzeń i projektów nie różnimy się od ówczesnych - średniowiecznych, czy nowożytnych mieszczan - absolutnie niczym. My też mozolnie i z uporem budujemy swoją rzeczywistość, zmieniając świat wokół siebie. A tym samym wpisujemy się w istniejący od wieków schemat, w nieprzerwaną ciągłość ludzkiej działalności.

Te dwa powyższe, może nie najistotniejsze z historycznego punktu widzenia, ale na przestrzeni wieków na pewno najbardziej spektakularne wydarzenia - miejski mur obronny i potężna inwestycja w ciągu ulicy Wzgórze - są najdobitniejszym tego dowodem.

Choć miła jest świadomość, że nasze czasy są - w porównaniu do tych zaprzeszłych - wybitne i szczególne, to jednak w istocie jest to tylko złudzenie. Nasze czasy są tylko kontynuacją, efektem tamtych odległych wydarzeń. Niczego nie zaczęliśmy i - powiedzmy to sobie szczerze - niczego tak naprawdę nie skończymy ostatecznie. Co najwyżej przekażemy naszym następcom do realizacji.


Warto o tym pamiętać.

2015-04-25 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Ulice wasze, pastwiska nasze...

  

czyli

Przestrzeń obłaskawiona II


Istnieją w naszym mieście takie obszary, które swój rodowód mogą z powodzeniem wywodzić ze średniowiecza, a mimo to są zapomniane i kojarzą sią raczej z wiekiem XIX-tym. Jest w tym pewna oczywistość, bo przecież nawet tereny włączone w obręb miasta w wiekach średnich, dopiero w XIX wieku ostatecznie rozwinęły się pod względem urbanistycznym i technologicznym. Dawne pastwiska, sady i ogrody okazały się doskonałym miejscem lokacji farbiarni, przędzalni i innych manufaktur i fabryk.
Jednym z takich miejsc jest dawne pastwisko miejskie, jedno z najstarszych, określanych egzotycznym określeniem - pastornak. Powinienem to pisać wielką literą, bo właśnie tutaj w Bielsku, ta nazwa stała się nazwą własną. Bardzo szczególną.

Pastornak (oczywiście nie jako ulica, ale raczej jako określony obszar) istniał już w wieku XVI, a może nawet i wcześniej. Tam właśnie, w bezpośrednie sąsiedztwo książęcych ogrodów pędzono miejskie bydło i chlewną trzodę. Pastwiska położone były na zachód od rzeki i na południe od książęcych ogrodów. Był to całkiem spory szmat ziemi graniczący od południa z terenem bielskiego blichu, a od zachodu z potokiem Młyńskim, zasilającym jeszcze w XVIII spore stawy hodowlane.


Polna, biegnąca ku rzece Białej przez ugory i pastwiska droga, w pierwszej połowie XIX wieku zwróciła uwagę władz miasta. Rozrastające się Bielsko potrzebowało przestrzeni. Południowy,
opisany już wcześniej obszar Blichu stawał się coraz ciaśniejszy, a tereny sąsiadujące bezpośrednio z ogrodami zamkowymi - to łakomy kąsek dla urbanistów. Nie dość, że blisko miasta - dosłownie o rzut kamieniem - to jeszcze w dodatku pusty i właściwie naturalnie zniwelowany. No, gratka!


Na planie katastralnym z 1836 roku widać dokładnie, że w tym okresie przy drodze stało ledwie kilkanaście nieruchomości. Między innymi dworek Mänhardta z ogrodem, magazyny księcia Sułkowskiego, a tuż przy wylocie tej drogi (jeszcze przecież nie ulicy) pod murami miejskimi, ogród i zabudowania należące do rodziny Bathelt.
Zabudowania stojące przy tej drodze to przede wszystkim budynki bardziej podobne w swym chrakterze do wiejskich chałup niż do miejskich domów wolnostojących.

Widoczny na fotografii niewysoki dom kryty dwuspadowym dachem, to jeden z najstarszych w tym fragmencie miasta obiektów. Można sądzić, że stał tutaj jeszcze zanim ok. 1822 roku wybudowano dla Mänhardta jego dworek (dzisiaj Dom Kultury Włókniarzy). Jego fasada, mocno wysunięta ku osi jezdni sugeruje, jak wąska była niegdyś ta droga. Budynek ten wyznacza więc starą linę zabudowy. Ale jest reliktem, który musi zniknąć.

Budowla ta, stojąca na terenie należącym do Buttnerów, nie była jedyną stojącą w tej linii zabudowy. Nieco powyżej, bliżej wylotu ulicy, stał podobny, również parterowy dom, który ok. 1898 roku został zastąpiony piękną, istniejącą do dziś budowlą, stanowiącą siedzibę filii Banku Austro-Węgierskiego. Ten parterowy domek stał bardzo blisko osi dzisiejszej jezdni, co dla rozwijajcego się przedmieścia stanowiło spory problem. Wraz z budynkami stojącymi naprzeciw, a widocznymi na powyższym zdjęciu, tworzył bardzo wąski przesmyk, który utrudniał ruch i sprawną komunikację.

Kolejne znane, powielane dziesiątki razy zdjęcie. Zazwyczaj przy takich okazjach dostrzegamy tylko główny, najbardziej reprezentacyjny motyw fotografii, a nie zwracamy uwagi na detale pozostające w cieniu, albo na dalszych planach. Tutaj mamy dość rzadką okazję oglądania budynków stojących przy Pastornaku, a pochodzących jeszcze z XIX wieku. Kryty stromym dachem budynek magazynów książęcych przy prawej krawędzi zdjęcia przybliża nam nieco epokę i odkrywa to Bielsko, które fotograf bardziej lub mniej umiejętnym kadrowaniem chciałby przed odbiorcą schować. Bielsko niskich, parterowych domów, o osiemnasto- i dziewiętnastowiecznym rodowodzie.

Nie dajmy się nabrać na te sztuczki fotografów. Podejdźmy bliżej, bo warto. Proszę przyjrzeć się tej fotografii. Ujęcie stanowi fragment większego zdjęcia z roku 1903. Widzimy na niej doskonale kilka "smaczków": słup linii tramwajowej, skręcające zgodnie z przebiegiem ulicy tory i fragment muru otaczającego dawny magazyn Sułkowskich. To jedyny dostępny mi wizerunek ukazujący z tak bliska nieistniejące od ponad stu lat ogrodzenie magazynów. Na mnie robi to ogromne wrażenie.


W połowie XIX wieku zaczęły następować na tej ulicy wielkie zmiany. Podobnie jak w pozostałych obszarach miasta, tak i tu przemysł zaznaczył swoje istnienie. W roku 1856 pojawiła się tu pierwsza przędzalnia Wolfów, a z czasem polna droga zaczęła nabierać miejskiego, a nawet wielkomiejskiego charakteru. W 1860 Karol Piesch wystawił swoją fabrykę sukna, której gmach, zamieniony w 1870 na kamienicę czynszową, szczęśliwie przetrwał do dziś. W niedługim czasie pojawiają się wille Erwina Bathelta i Karola Stefana oraz kamienice Berty Hauptig, Schulzów, Jana Scholza i Józefa Zaunera.

Dawna fabryka sukna Piescha stoi do dziś, służąc bankowi za siedzibę. Przeadaptowana, odmieniona. Ale to ciągle te same mury.

W 1895 roku właśnie przez Pastornak przeprowadzono linię tramwajową. Zanim jednak to nastąpiło, należało uprzednio ulicę nieco wyprostować i - przede wszystkim - połączyć ją z Placem Blichowym.

Bo jeszcze pod koniec XIX wieku Pastornak nie miał połączenia z tym placem. Ulica biegła prosto ku przeprawie na rzece, a dokładnie ku wyspie, którą tworzył na Białej fragment lądu odcięty od bialskiego brzegu kanałem młyńskim. Widać to doskonale na powyższym wycinku planu z ostatniej dekady stulecia.

Już kilka lat później szeroka Aleegasse (dzisiejszy odcinek 1 Maja od mostu do skrzyżowania z Partyzantów) wiodła od rzeki ku Blichowi. Jednak linię tramwajową - i muszę przyznać, że za takie urbanistyczne posunięcia ówczesne władze zwyczajnie podziwiam - poprowadzono nie brukowaną jezdnią, ale bokiem, zaciszną alejką ocienioną rozłożystymi kasztanowcami rosnącymi tuż przy parku.

Linia tramwajowa biegła nieomal tuż pod oknami budynków. Mieszkańcy domów widocznych po prawej stronie fotografii, szczególnie właściciele wysokiej kamienicy stojącej przy łuku torów - niejacy Fussgangerowie oraz rezydenci sąsiedniego domu robotniczego nie byli raczej z takiego obrotu sprawy zadowoleni. Hałaśliwe pojazdy, przetaczające się pod oknami z dużą częstotliwością musiały być uciążliwe. W sukurs przyszła im rzeka Biała, która podmywając okresowo brzegi i położone blisko koryta torowisko, w 1926 roku wymusiła na władzach miasta przeniesienie linii z Pastornaku na ulicę Zamkową. Stara ulica odetchnęła więc od hałasu i nieustannego ruchu. Mimo, że tory tramwajowe na Pastornaku pozostały jeszcze kilka lat i służyły jako tory wozów towarowych, ranga ulicy powoli zaczęła spadać, a okolica, mimo bezpośredniej bliskości centrum, powoli prowincjonalizowała się.

Z Pastornakiem, podobnie jak z Blichem, jest pewien problem. Nazwa - istniejąca od wieków - umyka dzisiejszym bielszczanom i wielu z nich raczej jej już nie kojarzy. O ile jednak w przypadku Blichu można jeszcze mówić o obecności tej nazwy w świadomości mieszkańców miasta, o tyle Pastornak jest już raczej C.K. egzotyką. Ciekawi mnie, dlaczego? Przecież swojsko brzmiąca nazwa, którą można wywodzić od pasternaku powinna zachować się wśród polskojęzycznych tubylców, tym bardziej, że na wydanym w 1890 roku w Wiedniu planie ulica Pastornak oficjalnie opisana jest właśnie "Pasternak". Czy rzeczywiście można wywodzić tę nazwę od bardzo popularnej już w średniowieczu rośliny? Czemu nie. Jej części nadziemniej używano jako paszy dla bydła. Doskonale koresponduje to z pastewnym charakterem tego obszaru i kto wie, może istotnie ta prastara nazwa jest jedną z niewielu, które w zdominowanym przez ludność niemieckojęzyczną mieście, zachowała się w swej pierwotnej, słowiańskiej formie.

Może warto do niej wrócić?

Dziś, kiedy mamy do czynienia z tak intensywnym zamazywaniem wielokulturowej bielskiej tradycji - a co za tym idzie - zastępowaniem niemieckojęzycznych nazw polskimi (czasem niemającymi zupełnie nic wspólnego z tradycją miejsca), takie prastare słowo, w dodatku od wieków przypisane konkretnej miejskiej rzeczywistości, jest naprawdę na wagę złota. I dowodzi, że polski żywioł zawsze miał w naszym "bielskim universum" swoje stałe miejsce.


To nie do przecenienia.

2015-04-17 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Vetus pons

  

czyli

Bajka o żelaznym wilku


Ze sfery hipotez i domysłów, które opanowały ostatnią notkę bez reszty, przenosimy się dziś do wymiaru jak najbardziej rzeczywistego, rzec można namacalnego. I o ile poprzednią "Niwkową" tezę niejeden trzeźwo myślący Czytelnik mógłby nazwać bajką o żelaznym wilku, to właśnie dzisiaj tak naprawdę zajmiemy się prawdziwie żelaznym konkretem.

Jedną z fotografii ilustrujących poprzedni wpis była ta przedstawiająca uregulowane koryto Niwki. Tak się złożyło, że po publikacji notki odezwał się do mnie jeden ze znajomych i - komentując wpis - całkiem mimochodem zwrócił moją uwagę na fakt, że do dzisiaj istnieje (i w dodatku jest w świetnym stanie) jedna z kładek przerzuconych niegdyś przez Niwkę. Nie, nie ta, którą widać na powyższej fotografii, ale inna, mniejsza. Piesza.

Zelektryzowany tą wiadomością przyjrzałem się rzeczonym kładkom nieco dokładniej. Pierwotnie na Niwce kładek było niewiele. Według dziewiętnastowiecznego planu sporządzonego przez inżyniera Rudischa, tylko dwie. Na Placu Deskowym i w okolicy dzisiejszych kamienic Stojałowskiego 33-35. Stopniowo, w miarę zapotrzebowania, przybywało ich i już ok. 1915 roku istniało pięć kładek - dwie większe - w osi ulicy Ratuszowej i w osi ulicy Szpitalnej (dziś Dmowskiego), jedna, piesza, na wysokości budynku Stojałowskiego 47 i dwie już na Placu Deskowym. Czy już wtedy mieliśmy do czynienia z kratownicowymi kładkami widocznymi na zdjęciach z lat dwudziestych - nie wiem. Wszystko przemawia za tym, że tak, choć na zdjęciu z 1908 roku wydaje się, że balustrada kładki w osi ulicy Szpitalnej ma jeszcze inny kształt.

W latach siedemdziesiątych zrealizowano ostatecznie postulowany jeszcze w roku 1899 przez Maximiliana Fabianiego projekt skanalizowania Niwki, przykrywając ją od ul. Ratuszowej do kościoła Opatrzności Bożej (potok od ujścia aż do ul. Ratuszowej przykryto już wcześniej, w 1916). Wówczas to zdemontowano kładki na potoku i - jak sądziłem - zezłomowano. Jak się jednak okazuje, nie wszystkie.

Sprawa bardzo mnie zainteresowała. Co ja piszę! To była prawdziwa rewelacja!
Zdaję sobie wprawdzie sprawę, że o istnieniu tej szczególnej, nitowanej, stuletniej konstrukcji wie, jak sądzę, co drugi miłośnik naszego miasta, ale tak się jakoś złożyło, że ja usłyszałem o tym pierwszy raz. I dla mnie to była bomba! Dlaczego?

Kiedy patrzy się na zdjęcie przedstawiające potok Lipnicki sprzed wieku, ma się jakieś dziwne wrażenie, że z tego sędziwego sztafażu, z tej zagubionej w czasie scenerii tak naprawdę pozostały tylko marne resztki. Kilka kamienic, zamykający perspektywę ulicy kościół. I to wszystko. Nawet potok zniknął pod asfaltem. W dodatku nadal nieprzerwanie trwa degradacja starej substancji kwartału poprzez wyburzanie kamienic, czy wtłaczanie pomiędzy zabytki nowoczesnych projektów.

Ulica Stojałowskiego to jeden z tych fragmentów miasta, który uległ największej chyba, nie: tragicznej (jak teren dzisiejszego Osiedla Śródmiejskiego), ale radykalnej zmianie na przestrzeni półwiecza.
Nic więc dziwnego, że cieszy każdy odnaleziony, nawet najmniejszy fragment tego świata, który odszedł.

Kolejna mucha w bursztynie, kolejny artefakt z przeszłości, który przetrwał zawieruchę i pojawił się w zupełnie innym miejscu. W dodatku ten bursztyn można dotknąć.

Zapaliłem się do pomysłu odnalezienia rzeczonej inżynierskiej roboty również i dlatego, że oto nadarzyła się okazja zobaczenia z bliska czegoś szczególnego. Czegoś, co przez długie dekady funkcjonowało jako urządzenie dnia powszedniego, wtapiając się w miejski krajobraz. Czegoś, co służyło na co dzień, niezauważane, pomijane, pogardzane. Czegoś, co pewnego dnia zwyczajnie zniknęło z publicznej przestrzeni i przez kolejne dekady można było podziwiać
jedynie na starych fotografiach. Tkwiło tylko w pamięci i wspomnieniach, mamiło sepią i zapachem zbutwiałego papieru, wydawało się zagubione, wymarłe, definitywnie zaginione. Tymczasem niespodziewanie powróciło z zaświatów.
Takiej szansy nie mogłem przepuścić.

Według niektórych ta właśnie piesza kładka przy kamienicy nr 47 ocalała i - co ważniejsze - nadal pełni swoją rolę.

Ustalenie lokalizacji stanowiło dużo mniejszy problem niż sądziłem. Według dostępnych informacji kładka znajduje się na Kamieniczance, potoku biorącym swój początek na stokach Dębowca. Przerzucono ją ponad korytem strumienia płynącego wzdłuż ulicy Kochanowskiego, na przedłużeniu ulicy Aleksandrowickiej.

Sam mostek nie sprawia raczej imponującego wrażenia, kiedy jednak ma się świadomość, że to nie byle jaki mostek, że to prawdziwy relikt z czasów, kiedy w tym miejscu, przy ulicy Kochanowskiego były tylko drzewa, chaszcze, śpiew ptaków i szum płynącej wody, wtedy sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Wprawdzie dzisiaj też jest tu cicho, ale to wynika raczej z faktu, że jest wczesny, sobotni poranek i prawdziwy ruch wokół okolicznej nowoczesnej developerki jeszcze się nie zaczął.

Kładkę widać z daleka. Pomalowana na żółto i zielono, mocno odcina sę od szarzyzny marcowego krajobrazu. Wydaje się być dużo krótsza niż ta na starym zdjęciu, ale zdaję sobie sprawę, że to może być zwykłe złudzenie. Przecież zarówno ta na fotografii sprzed wieku, jak i ta, którą widzę na żywo, posiadają osiem charakterystycznych kwadratowych kwater w balustradzie, co dość jednoznacznie przemawia za tym, że obecny kształt urządzenia nie został zmieniony od początku. Byłoby to przecież widoczne. Konstrukcja kładki bowiem jest dość specyficzna. To nie jest żadna PRL-owska fuszerka (do obejrzenia takich zapraszam nad Niwkę przy ul. Lipnickiej na przykład). To solidne rzemiosło. Mocne, wielokrotne nitowania, ukośne usztywniające zastrzały, gięte, dokładnie pasowane kształtowniki, precyzyjnie docinane skrzydła nitowe... Po prostu fachowa robota. I chociaż obiektywnie rzecz biorąc nie jest to konstrukcja, którą można określić mianem pięknej, bo z estetycznego punktu widzenia to rzecz jedynie poprawna, to przecież zachwyca tu przede wszystkim solidność i precyzja wykonania, zadziwia celowość i brak technicznej przypadkowości.

Wielokrotne, gęste nitowanie pozwala otrzymać bardzo szczelne połączenie, co w konstrukcjach narażonych na kontakt z wilgocią ma duże znaczenie z punktu widzenia niszczenia ich przez zamarzającą wodę. Ale przecież nawet precyzja i poprawność techniczna nie wykluczają estetyki.

Kładka na Kamieniczance otrzymała drugą młodość. Uniknęła losu swych sióstr i dotrwała do dziś.
A to, co w tej sprawie jest najbardziej fascynujące, to fakt, że to nitowane cudo inżynierii nie tylko przetrwało, nie tylko umknęło złomiarskiej śmierci, ale w dodatku zamiast polegiwać gdzieś w magazynie (tak jak niegdyś tramwaje na bazie MZK), zamiast tkwić w muzealnej hali, służy zgodnie ze swym określonym sto lat temu przeznaczeniem...


I oby służyło jak najdłużej.

2015-03-14 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (7)

The truth is out there

  

Czyli

Niwka w archiwum X

Dzisiejszy wpis będzie miał charakter "archiwumiksowy". Hipoteza, jaką chcę przedstawić, pojawiła się w historiografii naszego miasta juz bardzo dawno temu. Przywoływano ją - na podstawie dawniejszch źródeł - już na poczatku XX wieku. Chodzi o informację (którą przekazują tacy monografiści, jak Hanslik, Ganszer, Perzanowski, czy Kuhn), jakoby Potok Lipnicki w pierwszych latach lub dekadach istnienia osady Biała płynął zupełnie innym niż dzisiaj korytem. Według tych informacji Niwka pierwotnie kierowała się dzisiejszą ulicą Głęboką, a potem wzdłuż dzisiejszej ulicy Komorowickiej, aż do wylotu ulicy Towarzystwa Szkoły Ludowej.

Taką informację podaje również (i to całkiem wprost, bez cienia wątpliwości i najmniejszego komentarza) pani Ewa Chojecka w swojej pracy: "Miasto jako dzieło sztuki. Architektura i urbanistyka Bielska-Białej do 1939 r." Pani Chojecka pisze: "Miasto poczęło się rozrastać od placu Kościelnego wzdłuż potoku Niwki, prawobrzeżnego dopływu rzeki Białej. Koryto Niwki biegło wówczas inaczej niż współcześnie, wzdłuż ulic Głębokiej i Komorowickiej, wpadając do rzeki Białej na wysokości obecnej ulicy Towarzystwa Szkoły Ludowej. To stare koryto zostało z czasem zasypane, a potok skierowany bardziej na zachód, wzdłuż obecnej ul. ks. Stojałowskiego."

W ostatniej, monumentalnej monografii miasta, w jej tomie drugim, poświęconym historii Białej, ta hipoteza również się pojawia ale już w tym samym akapicie, w którym autor, pan dr Jerzy Polak ją przywołuje, deprecjonuje też jej prawdziwość i podważa jej prawdopodobieństwo. Używa przy tym - nie przeczeczę - całkiem rzeczowych argumentów.

Hipoteza jednak jest przeciekawa i chciałbym sie dziś przy niej chwilę zatrzymać.

Jak już napisałem dr Polak rozprawia się z hipotezą bardzo jednoznacznie. Jednak we mnie - odkąd ją usłyszałem - tkwi jakaś przemożna chęć polemiki w tej sprawie, polemiki z głosami krytykującymi tę teorię w czambuł.
Dlaczego? Bo jest kilka przesłanek, które mogą tę teorię uwiarygodnić.

Przede wszystkim archiwalia. Najstarsze źródła dotyczące Białej to zapisy lustracyjne (województwa krakowskiego) z 1564 r. Tak się dziwnie składa, że w zapisach tych (ale w nieco późniejszych dokumentach także), kiedy mowa o osadzie Biała, nie ma nawet najmniejszej wzmianki o potoku Lipnickim vel Niwce! Rzecz ciekawa i dość znamienna. Pytanie: dlaczego?
Wprawdzie najstarsza "monografia" Białej, pisana ok. 1810 r., kronika Wacława Chamrata bez cienia wątpliwości lokuje osadę w widłach Białej i Niwki, jednak Chamrat pisze raczej o początku XVII wieku, i w tym konkretnym "Niwkowym" kontekście nie odnosi się, jak pamiętam, do wcześniejszego półwiecza.


Sprawa komplikuje się nieco, kiedy sięgamy do powstałej w 1860 r. i bazującej na dawnych archiwaliach (choć wiele z dokumentów już wtedy było niedostępnych) kroniki mieszkającego w Białej Juliusza Alberta Kolatschka. Kiedy przedstawia on początki osady i próbuje opisać topografię terenu, w przedziwny sposób, odmiennie niż wszyscy inni późniejsi (Kuhn, Perzanowski) pierwociny wsi lokuje niespodziewanie na... lewym brzegu Niwki.
I znów pytanie: dlaczego? Czy mieszkaniec Białej, wychowany wręcz na wodzie z potoku Lipnickiego, mógł się tak fatalnie pomylić?

Spróbujmy to wyjasnić, łącząc te przesłanki w jedno. Załóżmy, że Kuhn, Perzanowski i Chojecka, obstając jednoznacznie i zdecydowanie przy teorii Niwki płynącej dawnym korytem, mieli rację. Czy nie tłumaczy to w takim razie braku wzmianki o Niwce w lustracji z 1564 r.? Przecież jeśli potok płynął dzisiejszą Komorowicką, to oznacza, że owe trzynaście pierwszych domów, będących zalążkiem osady, a posadowionych na Kamieńcu, wybudowano na tyle daleko od potoku, że w istocie nie było sensu uwzględniac go w topografii!

Patrząc na powyższy plan łatwo to zrozumieć. Jeśli pierwociny osady ulokujemy przy dzisiejszej ulicy Łukowej - a wszystko za tym przemawia - to do Niwki płynącej dzisiejszym korytem byłoby ok. 20 metrów, w najgorszym wypadku metrów 60 (a wówczas nazwa potoku w dokumencie z 1564 z całą pewnością pojawiłaby się), podczas gdy do potoku płynącego hipotetycznym korytem wzdłuż Komorowickiej będzie już ponad ćwierć kilometra. Kawał drogi przez pola. Czy to właśnie ten fakt sprawił, że opis lustracyjny nie uwzględnił Niwki w opisie osady?

Jest jeszcze jeden drobiazg. Kolatschek. Umiejscowienie Niwki w ciągu ul. Komorowickiej świetnie tłumaczy, dlaczego Kolatschek upierał się przy tym, że Biała wyrosła na lewym, a nie na prawym brzegu potoku.

Sprawa druga. Według dr. Jerzego Polaka, niemożliwym, czy też raczej nieopłacalnym, byłoby "przerzucenie" potoku z koryta Głęboka-Komorowicka do łożyska, w którym płynie obecnie. Zgadza się. Przesuwanie rzeki jako działanie od początku do końca planowe i realizowane sukcesywnie, byłoby raczej absurdem i mijałoby się z celem. Oczywiste prace regulacyjne, rzecz jasna, mogły i z całą pewnością musiały mieć miejsce, ale "zawracanie kijem Wisły" bez wątpienia można między bajki włożyć.

Inna rzecz, czy rzeczywiście mamy tu do czynienia z działalnością człowieka.

Nie od dziś wiadomo - a obecnie zakrojone na szeroką skalę badania dotyczące geomorfologii i dynamiki krajobrazu prowadzi Instytut Geografii i Przestrzennego Planowania przy PAN w Warszawie - że jedną z przyczyn takich zjawisk jak gwałtowne ruchy masowe gruntów przyrzecznych (choć ta przyczyna sama w sobie co do zasady nie występowała często), jest nakładanie się na siebie opadów o różnym charakterze: długotwałych opadów rozlewnych i gwałtownych ulew o charakterze burzowym, gdzie fala powodziowa i długotrwałe rozmiękczanie gruntów były dla rzeźby terenu katastrofalne i mogły w konsekwencji doprowadzić do całkowitej zmiany łożyska potoku. Szczególnie potoku o charakterze górskim. Tego typu zjawiska Instytut obserwuje jeszcze obecnie na całym obszarze fliszowym i dokumentuje skwapliwie.


Śmiem więc twierdzić, że to właśnie natura, a nie planowa ingerencja ludzka, jest właściwym powodem, dla którego Niwka, znarowiwszy się, przebiła sobie krótszą drogę do Białej. Ludzie - uznawszy z pokorą ten akt samowoli, mogli po nim tylko pozamiatać.
W dziejach osady powodzi było wiele. Również w XVI i w XVII wieku. Nie widzę więc przeciwwskazań, aby uznać, że zmiana koryta potoku nastapiła z przyczyn naturalnych.

Sprawa trzecia. Zdaniem dr. Polaka jest jeszcze jeden argument przemawiający za tym, że Niwka nijak nie mogła późniejszą ulicą Komorowicką płynąć i do Białej na wysokości ul. TSL wpadać.
Tym argumentem jest północna Młynówka. Tak, właśnie ta, o której
pisałem jakiś czas temu. Argument jest mocny. Rzeczywiście, gdyby Niwka płynęła tak, jak twierdzą Kuhn z Perzanowskim i wpadała do Białej gdzieś przy łuku Nadbrzeżnej, wówczas przecinałaby Młynówkę kilkadziesiąt metrów przed pierwszym młynem. A wiadomo, że to niemożliwe.
Zgoda. W takim układzie podobny przebieg Niwki nie byłby możliwy. Ale co, jeśli układ był zupełnie inny?

Pozwoliłem sobie przenieść z "Monografii..." fragment doskonałej mapy (mam nadzieję, że Autorzy i Redakcja nie będą mieli mi za złe tego bezczelnego aktu piractwa, czynię to bowiem pro publico bono) będącej próbą rekonstrukcji topograficznej z okresu lokacyjnego (1564). Niebieskim kolorem zaznaczono przebieg Młynówki. Wyraźnie widzimy dwa, dość dziwne zakręty kanału. Wyjaśnienie ich istnienia jest o tyle trudne, że przecież wówczas teren ten był zupełnie niezabudowany, z inżynieryjnego punktu widzenia nie było więc potrzeby takiego krętego przekopu. Wyjaśnienie może być inne.


Być może narażę się trzeźwo myślącym czytelnikom tej stronki, ale puszczę teraz wodze fantazji i pokuszę się o trochę karkołomną tezę. Załóżmy oto, że Młynówka Dolna, zwana też Północną, to nic innego, jak... Niwka właśnie. W swym dolnym biegu. Oczywiście nie na całej długości.

Kiedy patrzymy na powyższy plan Białej z wykreśloną linią domniemanego, ale przecież bardzo prawdopodobnego przebiegu Młynówki, w oczy rzuca się pewien ciekawy szczegół. Młynówka, pokonawszy wąskie gardło przy późniejszym cmentarzu ewangelickim, podążą na północ, aby nagle, zupełnie niespodziewanie skręcić na wschód (odcinek A-B), by znów ni stąd ni zowąd nienaturalnie, po kilkunastu ledwie metrach skręcić pod kątem prostym na północ. Proszę zauważyć, że ulica Komorowicka biegnie dosłownie kilka metrów na prawo od tego kanału.

Nienaturalne "meandry" młyńskiego potoku mogą sugerować, że w przeszłości cała ta sytuacja mogła być dużo prostsza. Proszę spojrzeć:

Tutaj mamy sytuację dużo klarowniejszą. Wzdłuż ulicy Komorowickiej płynie Niwka (kolor niebieski) i to ona napędza pierwszy lipnicki młyn w okolicy (1). Przebieg całego cieku jest równy i spokojny, bez szczególnych, niespotykanych w naturze zaburzeń przebiegu koryta. Do Białej wpada niewiele dalej, za młynem, w miejscu, gdzie na powyższej ilustracji zaznaczono kolejny nienaturalny meander (C) świadczący być może o kolejnej, późniejszej ingerencji w przebieg łożyska.

Załóżmy więc, że cała sytuacja wyglądała następująco. Potok Lipnicki pierwotnie rzeczywiście płynął ulicą Komorowicką i napędzał młyn. Wykorzystanie na ten cel istniejącego potoku to przecież bardzo rozsądne rozwiązanie, dużo rozsądniejsze, niż ręczne kopanie kanału od podstaw. Kiedy jednak - po jednej z katastrofalnych powodzi - potok niespodziewanie zmienił bieg, przedzierając się do Białej krótszą drogą na zachód (Stojałowskiego), stare, niepotrzebne już koryto Niwki zasypano. Ale nie całe. Szkoda przecież było nieźle prosperującego młyna. Zdecydowano się więc na kompromis. Część dawnego koryta potoku od A-B do C pozostawiono, a od rzeki Białej, od przeprawy w miejscu dzisiejszego mostu Włókniarzy koło Sfery, przekopano kilkusetmetrowy kanał i połączono go z dawnym łożyskiem Niwki (właśnie na wysokości A-B), aby młyn znów mógł działać. Czy taki scenariusz był możliwy? Sądzę, że nie tylko możliwy, ale i bardzo prawdopodobny.

Jest jeszcze jedna pośrednia przesłanka, świadcząca o tym, że u samego zarania osady Biała, potok Lipnicki wpadał do rzeki Białej w zupełnie innym miejscu. Ta przesłanka przyszła mi do głowy, kiedy przeglądałem stare zapisy dotyczące brodu na rzece.
Wiadomo, że przeprawa przez Białą znajdowala się na samym końcu ulicy Ku Kładce w Bielsku (dziś jest to ul. Stojałowskiego, nieco na prawo od mostu).

Kiedy przyglądam się starym planom Bielska i Białej, w oczy rzuca mi się szczegół, który trochę mi w całej tej sprawie nie pasuje. Sprawia, że zaczynam wątpić w zdrowy rozsądek naszych przodków.
Oto według oficjalnej wiedzy, przeprawa brodowa z Bielska do Białej, w absurdalny wręcz sposób kierowała się przez dwa potoki na raz!
Najpierw przecinała Białą, aby zaraz potem skręcić w dzisiejszą Łukową i... znów przeciąć potok, tym razem Lipnicki.


Bzdura! Żaden szanujący się szesnastowieczny podróżny nigdy nie przeprawiałby się w takim miejscu! Jeszcze podczas suszy - pal sześć, wszystko jedno. Ale w pozostałe pory roku - absolutnie nie! Jeśli tuż obok istnieje możliwość przeprawienia się tylko przez jeden potok, to po diabła ryzykować przeprawę przez dwa?
Sądzę więc, że pierwotnie bród w tym miejscu był tylko jeden. Na Białej. Dopiero potem Niwka, pokazawszy swój charakter, puszczając się skrótem, przecięła starą drogę zmuszając mieszkańców najpierw do bardzo niedogodnej przeprawy przez dwa potoki, a potem do szukania lepszych rozwiązań (przeprawa w osi dzisiejszej 11 Listopada).

Te dywagacje, to oczywiście moje domysły. Jednak hipoteza o innym przebiegu koryta Niwki to nie jest teoria wyssana z palca. Przecież od ponad stu lat, poważni naukowcy, historycy i archiwiści podnoszą ją, dzięki czemu żyje ona ciągle w świadomości mieszkańców miasta. I pobudza wyobraźnię.
Pytanie tylko, dlaczego i na jakiej podstawie ta hipoteza jest tak żywa? I skąd się w ogóle wzięła? Czy ma jakiekolwiek podstawy w faktach?
Myślę że tak.
Gdyby to była tylko legenda, nie przetrwałaby w annałach, nie trwałaby do dziś.
Przynajmniej tak mi się wydaje.


Inne koryto Niwki? I want to believe. :-)

2015-02-28 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2015-03-01 16:23:43
Bardzo ciekawa i przy tym wielce prawdopodobna analiza. Ze swojej strony dodam kolejny argument - Siła Coriolisa
andrzej
2015-03-02 13:10:35
Zastanawiam się czy ewentualne badania gruntu w domniemanym dawnym przebiegu koryta Niwki, mogłyby uwidocznić ślady dna potoku lub jego zasypiska. To byłyby raczej niepodważalne dowody. Gdyby tak przy okazji np. wykopów pod jakieś instalacje w tym rejonie zwrócić na to uwagę i sprawie się przyjrzeć?
Maciej P.
2015-03-02 19:38:55
@Ichabod Crane. No, szczerze mówiąc, takich rudymentów pod uwagę nie brałem. A kto wie, czy nie powinienem! :-) Warto tutaj jeszcze dodać, tytułem krótkiego komentarza, że już po napisaniu wpisu o Niwce, w ręce wpadł mi jeszcze jeden, geomorfologiczny tym razem argument. Podsunął mi go sam pan Jerzy Polak. To w sumie drobiazg niezbyt godny uwagi, ale dobrze uzupełnia teorię. Być może kiedyś będzie czas o tym napisać. @Andrzej. Sądzę, że szukanie ewentualnych osadów fluwialnych, czy choćby wtórnych nasypisk w osi ulic Głębokiej i Komorowickiej nieco mijałoby się z celem. Wprawdzie egzamin dyplomowy zdawałem z facji cechsztyńskich i tufów wulkanicznych, ale geomorfologia i geologia plejstocenu były moim "okołozawodowym" hobby. O ile się orientuję w mieście, w obszarze o tak intensywnym zurbanizowaniu, tego typu prace nie są prowadzone właśnie ze względu na totalne zaburzenia struktur i absolutną ich nieczytelność. Obawiam się, że ten wytworzony przez człowieka chaos, jaki panuje pod powierzchnią bruku, skutecznie odbiera nam możliwość pracy w tym kierunku. Inna rzecz, że właściwie nie ma się komu tym zająć. Zauważ, że nawet pieniądze na poważne prace archeologiczne oglądane są z każdej strony, zanim się je wyda. A nadzór archeologiczny przy miejskich pracach ziemnych, to już zupełnie inna bajka. Niewesoła.
andrzej
2015-03-03 10:34:02
Przy rozpatrywaniu za i przeciw możliwości zmiany koryta Niwki, nachodzi mnie następująca refleksja. Otóż, nazywa się to chyba meandrowanie rzeki, miało miejsce na terenie naszego miasta min. w dwu przypadkach. Dotyczy to Białki ( dla poprawności rz.Białej) na terenie Mikuszowic, w okolicy kościoła św. Barbary, który pierwotnie był po drugiej stronie rzeki. oraz w okolicy koszar na Leszczynach,czego pamiątką jest przynależność tego właśnie terenu do Bielska a nie Lipnika pomimo prawobrzeżnego położenia. Oczywiście to nie żaden dowód, ale analogie chyba właściwe a do tego natura nie potrzebuje tzw. opłacalności w swoich działaniach. Dlatego sądzę, że pierwotny przebieg ul. Głęboką i Komorowicką jest nie tylko możliwy, ale i prawdopodobny.
Maciej P.
2015-03-03 19:28:17
To prawda, jednak meandrowanie, nawet jeśli kończy się awulsją, czyli odcięciem i pozostawieniem starorzecza, jest procesem długotrwałym. Tutaj natomiast, w tym konkretnym, omawianym przez nas przypadku, mamy do czynienia raczej z procesem gwałtownym, katastrofalnym (oczywiście, jeśli przyjmiemy scenariusz naturalnej zmiany biegu potoku). Dodatkowo meandry są cechą cieków nizinnych. Ten ostatni element jednak, paradoksalnie, może do naszego modelu pasować. Bo to właśnie tutaj, w zachodniej części placu Opatrzności Bożej kończy się dość gwałtownym skłonem szeroka, opadająca stromo od wschodu terasa. Jej krawędź widoczna jest do dziś. Na południe od Placu OB widać ją biegnącą wzdłuż ulicy Broniewskiego, a na północ od placu - ciągnie się wzdłuż ulicy Wyzwolenia. Po pokonaniu tego naturalnego progu, zbudowanego z kredowych skał, Potok Lipnicki przestaje być de facto potokiem górskim, bo właśnie tu, na szerokiej płaszczyźnie doliny Białej, erozja boczna zaczyna przeważać nad erozją denną, a nurt uspokaja się. To w takich właśnie przełomowych miejscach najczęściej zdarzają się fakty przerwania brzegów i rozlania.
andrzej
2015-03-04 19:34:19
Nie da się ukryć, że powyższy temat „zainfekował” mnie i rozbudził nieco wyobraźnię. Co więcej wpadłem na proste wytłumaczenie poruszanych kwestii, obarczone tylko jedną wadą - mianowicie jest nie do udowodnienia. Żeby sobie uzmysłowić, co mam na myśli, wskazana o ile nie niezbędna jest mapa albo plan Bielska a raczej Białej ( im starszy tym lepszy). Trudno nie zauważyć w przebiegu Białki charakterystycznego zakola na wysokości pl. Ratuszowego, gdzie skręca ona ostro na zachód by potem łagodnie wrócić na północ. Moim zdaniem nie zawsze tak było, choć pewnie od czasów historycznych już tak. Wyobraźmy sobie, że w tym miejscu rzeka płynie na wprost, co chyba nie jest sensacją, bowiem to tutaj niszczyła brzeg przy powodziach i zalewała miasto. Co wtedy się okazuję? Płynęłaby nie gdzie indziej tyko ulicą Komorowicką i wpadała do obecnego koryta tam gdzie młynówka. W takim przypadku ujście Niwki do Białej jest logiczne na wysokości ulicy Głębokiej i wygląda naturalnie. Kiedy jednak, zapewne za sprawą natury Białka zmienia bieg na obecny, Niwka nadal płynie jej starym korytem, co tłumaczy jej skręt o 90 stopni na północ. Echa tego stanu rzeczy zawierają przekazy o jej dawnym przebiegu. Inna sprawa to fakt, że potem jej bieg się prostuje ( naturalnie bądź nie) i znajduje ponownie ujście w linii prostej do Białki w obecnym miejscu. Tak sobie to wykoncypowałem i niechaj mnie ktoś od tego teraz odwiedzie. Pozdrawiam.
Maciej P.
2015-03-07 09:58:27
Panie Andrzeju, wszystko jest możliwe. A że przy okazji jest też niesprawdzalne, nie ma szansy na potwierdzenie, czy obalenie teorii opartej na takich przesłankach. Inna rzecz, że z Pana analizy wynika (tak to zrozumiałem), że osada Biała lokowana byłaby na lewym, a więc habsburskim brzegu. Co kłóci się ze źródłami. Chyba, że mówimy o okresie znacznie wcześniejszym niż czas lokacji Białej. A wtedy to co innego. Pozdrawiam ciepło.
Komentarzy (6)

Milczenie murów

  

czyli

Glosa do dyskusji.

Poprzedni wpis wywołał bardzo ciekawą dyskusję. Stała się ona przyczynkiem do małego aneksu dotyczącego wzgórza, na którym usadowił się stary cmentarz ewangelicki. To dość ciekawy fragment miasta również i dlatego, że, jak się okazało, jego historia nie jest w pełni poznana.

Sama nekropolia powstała w latach trzydziestych XIX wieku. Wytyczono ją już na Górnym Przedmieściu, chociaż Bielski Syjon administracyjnie należał jeszcze do Przedmieścia Dolnego. Teren pod cmentarz odsprzedał niejaki Gottlieb Klimke, bielski mydlarz. Na marginesie warto zauważyć, że bielscy mydlarze (a na przestrzeni kilku wieków było w mieście kilka rodzin trudniących się tym fachem) z podziwu godnym uporem lokowali swoje manufaktury właśnie tu, w dolinie Nipru. Fiber, Wilke, Klimke... te nazwiska zawsze związane były z ulicą Parkową (dzisiejszą Listopadową), lub terenami bezpośrednio do niej przylegającymi.

Gottlieb Klimke był potomkiem Adama Klimke, który pięćdziesiąt lat wcześniej, w 1782 odsprzedał gminie ewangelickiej teren pod budowę szkół i kościoła - dzisiejszego Bielskiego Syjonu. W 1833 miasto wytyczyło więc nowe miejsce pochówku.

Pierwotnie cmentarz miał kształt kwadratu o boku 80 metrów. Brama - co bardzo ciekawe - umiejscowiona była w murze wschodnim, wychodziła więc nie tak jak dziś, na południe, w kierunku Syjonu, ale na oddaloną o jakieś 150 metrów Drogę Wrocławską. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można uznać, że do cmentarza biegła jednak dokładnie ta sama droga co dziś. Docierała do wschodniego muru i wzdłuż niego dochodziła do umiejscowionej w połowie jego długości bramy. Prawdopodobnie nie była tak reprezentacyjna jak obecna. Zapewne wyglądała całkiem zwyczajnie i niczym raczej nie różniła się od innych. Nowa, istniejąca do dziś brama pojawiła się dopiero ok. 30 lat później. I dopiero po rozbudowaniu cmentarza.

Na przełomie lat 50 i 60 XIX wieku poszerzono bowiem nekropolię o 1600 m2 od południa i o 6000 m2 od wschodu.
Dobudowano także dom grabarza, ogrodnika oraz kostnicę

Cmentarz w kształcie pierwotnym - lata 1833-1859 (kolor czerwony) i po rozbudowie (kolor żółty). Powyższy pobieżny szkic nie uwzględnia przesunięcia muru w latach osiemdziesiątych.

Cmentarz już na przełomie wieków stał się zbyt mały, miasto zaczęło więc rozważać ewentualność wybudowania nowej nekropolii. Ostatni pochówek miał miejsce jednak dopiero w 1953 roku, pochowano wówczas... mydlarza Viktora Wilke.

Chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do pierwszej bramy cmentarnej. Na pewno nie była ona tak duża i tak piękna jak ta, która stanęła w 1860 przy południowym murze. Musiała być ulokowana w połowie długości kurtyny wschodniej, ponieważ wiadomo, że dwie jedyne alejki w pierwotnym założeniu, przecinały się pod kątem prostym dzieląc cmentarz na cztery równe kwatery.
Po bramie tej nie ma dziś już nawet śladu (przynajmniej od strony zewnętrznej nic na to nie wskazuje). Jest wprawdzie w połowie wysokości muru zabity dziś prowizorycznie deskami spory ubytek, znajduje się jednak w jedenastym (jeśli dobrze liczę) przęśle, a więc zbytnio na południe. Stanowi więc nie tyle pozostałość bramy, ile smutne świadectwo braku zainteresowania zabytkiem w niedalekiej, PRL-owskiej przeszłości. Gdyby zachowały się jakiekolwiek pozostałości w piekielnie umęczonym przenosinami i starością murze, należałoby ich szukać raczej w okolicy dzisiejszego ósmego lub nawet siódmego przęsła, bo pod uwagę trzeba wziąć zmniejszenie długości ściany od północy w trakcie poszerzania ulicy Grunwaldzkiej.

I jeszcze jedna ciekawostka. Prócz drogi dojazdowej do cmentarza od strony Syjonu, od wschodu dochodziła doń jeszcze jedna. Widać ją na planie z 1855 roku - to polna droga, biegnącą od południowo-wschodniego narożnika cmentarza w kierunku wschodnim. Być może i ona stanowiła drogę dojazdową do cmentarza. Gdyby nałożyć ten stary plan na dzisiejszy plan miasta, droga ta przebiegałaby przez sam środek Książnicy Beskidzkiej. Myślę, że z chwilą rozbudowania cmentarza, droga przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, ale kto wie, może na krótkim, nigdy przecież niezabudowanym trawiastym odcinku powyżej bibliotecznego parkingu, jej relikty mogłyby być jeszcze uchwytne.

Powoli w obrębie połnocnej części Syjonu zaczyna się coś dziać. Inicjatywa "Ogrody Pamięci" zatacza coraz szersze kręgi i można mieć nadzieję, że ten wspaniały zabytek znów nabierze blasku.

Stary bielski cmentarz ewangelicki to jeden z tych zabytków miasta, które trwają w milczeniu od dekad popadając w ruinę. Paradoksalnie to właśnie nekropolie, przeciwnie do kamienic - odnawianych, remontowanych przebudowywanych i zamieszkiwanych ciągle przez coraz to nowych lokatorów - są najprawdziwszymi świadkami historii miejsca. W dodatku, dzięki nagrobkom, dokładnie opisanymi i skrupulatnie datowanymi świadkami.

Dobrze, że znalazł się ktoś, kto o tym pamięta. I próbuje przypomnieć innym.

2015-02-24 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2015-02-25 15:24:13
Stary cmentarz ewangelicki w Bielsku to bez wątpienia miejsce zjawiskowe żeby nie powiedzieć magiczne. Paradoksalnie o magii tego miejsca decyduje jego zapomnienie. Tak ogromny obszar w samym centrum miasta jest całkowicie odizolowany i niedostępny przez co tak intrygujący, Z ciekawością przyglądam się inicjatywie "Ogrody Pamięci" i zastanawiam się co mają na myśli jej twórcy w stwierdzeniu: "projekt koncepcyjny budowy na terenie cmentarza parku pamięci"? Czy ktoś chce coś tam budować? czy może jedynie rewitalizować ? Czasami lepiej zostawić coś w spokoju bo wyjdzie drugi Park Słowackiego.
Angus
2015-02-25 18:19:45
Każdy artykuł o tym miejscu cieszy. Trudno się jednak z Przedmówcą nie zgodzić. Z jednej strony żal, że to piękne miejsce zarasta i popada nie tyle w zapomnienie, co w dewastację. Nie tyle w coraz większą, bo ta już doszła do apogeum, ale w permanentną. Z drugiej strony - fakt - widmo Parku Słowackiego straszy rewitalizacją z wyłożonymi betonową kostką cmentarnymi alejkami i "lotniczymi" lampami. I tak źle, i tak jeszcze gorzej.
AndrzejN
2015-02-26 18:53:02
Pamiętam z lat 60., że wzdłuż sali sportowej BBTS, po jej północnej stronie, istniała droga prowadząca na zaplecze tego budynku, czyli w stronę cmentarza. Wyglądała jednak lepiej, niż byle alejka dojazdowa. To znaczy była jakby szersza, można się było dopatrzeć resztek jakiegoś utwardzenia, wzdłuż niej rosły dorodne drzewa; kilka z nich stoi do dzisiaj (thank you, Google Earth!). Czy był to może ślad po dawnej ulicy? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć...
Maciej P.
2015-02-26 19:40:15
@Ichabod Crane, @Angus. Proszę zerknąć na ostatni wpis na facebookowym profilu pana Dariusza Gajnego, który aktywnie udziela się w "Ogrodach Pamięci". https://www.facebook.com/dariuszgajny?fref=nf Tam znajdują się odpowiedzi na wiele pytań dotyczących przyszłości cmentarza. Panie Andrzeju, jak się okazuje, pamięć nie jest tak zawodna, jak się ją o to posądza. Dobrze chyba Pan kojarzy drogę koło sali BBTS. Nie można mieć pewności, że to ta sama droga, ale prawdopodobieństwo jest duże. Pozdrawiam ciepło.
Ichabod Crane
2015-03-02 22:02:16
@Maciej P. Dziękuję za link do wpisu Pana Dariusza Gajnego dotyczącego rewitalizacji starego cmentarza ewangelickiego. Muszę przyznać, że po lekturze owego wpisu mam bardzo mieszane uczucia co do tej inicjatywy. Z jednej strony mam ogromny szacunek do inicjatora tego przedsięwzięcia za próbę ocalenia tego miejsca, za koncepcyjne myślenie i podejście do tematu z wizją. Oby było w tym mieście więcej takich ludzi którzy do rozwiązywania problemów podchodzą z pasją i zaangażowaniem. Dlatego oddaje co należne tej inicjatywie ale czy będę za nią trzymał kciuki ... hmm ... nie jestem pewien. Istotą każdej rewitalizacji miejsca o znaczeniu historycznym powinno być postawienie się w miejscu architektów i twórców danej budowli lub założenia architektonicznego i próba odpowiedzi na pytanie co przyświecało jego autorom, co mieli na myśli, co chcieli zrobić, jakie mieli założenia lub jeszcze prościej co wykreślili w projekcie. Jeżeli chcemy dobrej rewitalizacji to wróćmy do początku, do pierwotnego założenia tego miejsca i od tego zacznijmy. W wizji przedstawionej przez Pana Gajnego kompletnie tego nie widzę, Widzę za to pewnego rodzaju hybrydę miejsca historycznego o dużym znaczeniu dla miasta i wspólnoty protestanckiej miasta z założeniami modnego parku na niedzielne spacery. To chyba nie o to chodzi. Nowoczesna koncepcja z historycznym obiektem nie może istnieć na zasadach hybrydy, a jedynie poprzez kontrast, który pozwala łatwiej zrozumieć i odróżnić to co stanowi dziedzictwo historyczne a co jest jedynie miejscem użyteczności publicznej.
Maciej P.
2015-03-03 18:07:42
Mam podobne wątpliwości. Napisał Pan samą prawdę i lepiej bym tego nie ujął. Projekt - choć niewątpliwie potrzebny - niepokoi zbytnim chyba uwspółcześnieniem zabytkowej przestrzeni. Zbyt daleko idącą ingerencją w tradycję miejsca. Na wizualizacji widzę już nie tyle "ogrody pamięci" ile tej pamięci laboratorium. Mam nadzieję, że rzeczywistość okaże się kompromisem pomiędzy prezentowanym projektem, a sytuacją obecną. A sama ingerencja będzie dużo bardziej dyskretna.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2015
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Bartek]
Tak jak wspomniał szanowny KLK, nasze miasto straciło ciągłość historyczną i Bielsko jakie znamy ze...
[Maciej P.]
Całkiem ciekawe spostrzeżenie, Panie Bartku. Szczerze mówiąc ja również penetrowałem Geoportal w tym kierunku, korzystałem...
[Bartek]
Wydaje mi się, że został jeszcze jeden ślad po młynówce a być może nawet po...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 39327
Newsów: 37
Komentarzy: 74
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała