liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Biersko

  

Albo

Krótka wycieczka tam, gdzie pełna beczka...

W mieście powoli robi się coraz cieplej. Już niedługo - jak twierdzą synoptycy - skwar będzie nie do zniesienia. Trzeba się więc ratować. Ponieważ jednak do wytęsknionego wyjazdu na jeziora zostało jeszcze kilka dni, muszę szukać innego ratunku. Równie przyjemnego na szczęście.

Chłodne, mroczne wnętrze niewielkiej kamieniczki wabi obietnicą odpoczynku od upału. Nie namyślam się długo i wstępuję w gościnne progi Miejskiego Browaru, żeby choć na chwilę uciec od spiekoty.
Już po kilku minutach tuż przede mną ląduje na stole solidny kufel pszenicznego Bielitzera, a ja z ulgą rozglądam się po znanym, choć nieczęsto odwiedzanym wnętrzu. Zazwyczaj raz do roku, w okolicach moich urodzin, wyprawiam się tu, aby skosztować tutejszego, naszego własnego piwa i kontynuować tak mi bliską tradycję miejsca. Chociaż właściwie nie do końca...

Browar miejski - dziś jedyny browar w mieście - jest w pewnym sensie ewenementem tak w kontekście geografii, jak i tradycji. Wprawdzie ulokowany dosłownie o rzut kamieniem od miejsca gdzie przez wieki funkcjonował dawny miejski browar (a nawet o rzut dwoma kamieniami od dwóch miejsc, gdzie znajdowały się dwa browary); wprawdzie w nazwie widnieje słowo "miejski"; wprawdzie znajduje się w rękach prywatnych - to w istocie nie kontynuuje w pełni bielskich tradycji piwowarskich. Raczej tych tradycji fuzję. Dlaczego?

Piwowarstwo w Bielsku ma swoją długą historię. Nie jest to może historia szczególna. Piwo - pospolity trunek, częściej chyba niż inne napoje używany do gaszenia pragnienia - nigdy nie było otoczone szczególną estymą, ot, po prostu napitek. Ale ze względu na swą codzienną niezbędność i nieustanną obecność w życiu człowieka na przestrzeni wieków oraz fakt, że było warzone, a więc (w przeciwieństwie do wody) wolne od chorobotwórczych bakterii, stał się - niejako z konieczności - jednym z najistotniejszych problemów egzystencji nowożytnego miasta. Również Bielska.

Średniowieczne browarnictwo w naszym mieście - podobnie jak we wszystkich okolicznych, większych i mniejszych miastach, uzależnione było od książęcego widzimisię. Browar w Bielsku należał do Księcia i to władca decydował o tym kto i kiedy kupował będzie piwo z jego browaru. Gwarantowało mu to powszechne wówczas na całym Śląsku - i nie tylko na Śląsku - prawo nakazujące mieszczanom bielskim bezwzględne zaopatrywanie się w piwo właśnie w książęcym browarze. Prawo było surowo przestrzegane, choć przecież zdarzało się, że mieszczanie wyłamywali się spod niego i pokątnie zaopatrywali w tańszy (ale też zazwyczaj gorszego sortu) chmielowy napój w bardziej lub mniej odległych karczmach i szynkach.


Oficjalnie jednak aż do pierwszej połowy szesnastego wieku bielszczanie większego wyboru nie mieli i skazani byli na niewielki, umiejscowiony w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła św. Mikołaja browar.

Sytuacja zmieniła się diametralnie w roku 1521, kiedy książę Kazimierz II postanowił odsprzedać browar miastu. Jednak to nie przejście warzelni piwa, leżakowni (i - być może - słodowni, choć te zazwyczaj lokowano oddzielnie) na własność Bielska była największą w tym względzie rewolucją. Dużo poważniejszą w konsekwencjach była decyzja zdjęcia z mieszczan obowiązku zaopatrywania się w browarze i - rzecz w Bielsku rewolucyjna - przyznania postulującym o to od długiego już czasu mieszczanom prawa warzenia piwa we własnych domach. Wzorem innych miast mieszkańcy Bielitz, ale tylko mieszkańcy domów wybudowanych w obrębie murów miejskich, uzyskali bardzo nobilitujący przywilej warzenia złocistego napoju osobiście i - co ważniejsze - sprzedawania go sąsiadom i okolicznym mieszkańcom. Aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli, ustalono, że codziennie piwo warzyć i sprzedawać będzie jedna rodzina. Dzięki temu każda z 79 rodzin miała możliwość zarobienia jakiegoś grosza ... raz na dwa i pół miesiąca. Było to może rozwiązanie mało dochodowe, ale całkiem sprawiedliwe. Szanse mieszczan na zarobek wyrównały się jeszcze bardziej, gdy zlikwidowano nierówności w limicie produkowanego piwa. Na początku bowiem część rodzin mogła warzyć dwie beczki, część tylko beczkę. Z czasem ujednolicono "kwoty piwne" (skąd my to znamy?) na poziomie jednej beczki dla wszystkich.


Czy to było opłacalne? Raczej nie.

W czasach, o których mowa, beczka piwa o pojemności ok. 160 l. kosztowała do 20 groszy. To niedużo, wziąwszy pod uwagę, że dzienne wynagrodzenie rzemieślnika - na przykład takiego cieśli miejskiego - wynosiło około 4 groszy.


Oznacza to, że taki cieśla rzeczone 160 litrów cienkiego piwa mógł sobie sprawić po zaledwie pięciu dniach pracy.
Z ceny piwa wynika, że za jednego grosza można było kupić koło 8 litrów tego trunku! Oczywiście z zarobionych pieniędzy majster musiał także opłacić czynsz, kupić jedzenie i dokonać wiele innych opłat, co oznaczało, że zapotrzebowanie na piwo musiało jednak oscylować w rozsądnych granicach litra, dwóch na dzień, a to oznacza także, że produkcja piwa wcale nie była kokosowym interesem. W dodatku sprawiedliwy podział pracy według grafika powodował, że ten marny zarobek trafiał się raz na dwa i pół miesiąca. Doprawdy nijak nie dało się na tym wzbogacić. A jednak mieszczanie w Bielsku bardzo naciskali, aby mieć możliwość warzenia piwa na własny rachunek. Dlaczego?

Bo mimo wszystko produkcja piwa we własnym zakresie dawała wymierne korzyści.
Po pierwsze bielszczanin nie musiał już zaopatrywać się w piwo w browarze książęcym, co w związku z częstymi podwyżkami cen piwa, było mocno uciążliwe ekonomicznie.
Po drugie dzięki zdjęciu obowiązku kupowania piwa w browarze księcia, można było całkiem legalnie i z zyskiem zakupywać napój u tańszych dostawców.
Po trzecie z możliwością warzenia piwa wiązał się jeszcze jeden, wzorowany na sąsiednich miastach, przywilej. Każdy mieszczanin mający prawo warzenia - co nam może się wydawać nieco dziwne - stawał się automatycznie wielkomieszczaninem i awansował tym samym do wyższej klasy, z której rekrutowali się członkowie władz miejskich, a to już nie przelewki.
Po czwarte tak naprawdę tylko niewielka część mieszczan warzyła piwo w domu. Pozostali - być może z oszczędności, być może z braku miejsca - wytwarzali piwo w... browarze, co było i wygodne, i tanie. Sam więc proceder piwowarstwa nie musiał wiązać się ani z poważnymi kosztami, ani z jakąkolwiek uciążliwością.


Warzenie piwa w szesnastowiecznym browarze. Dokładnie tak samo wyglądała produkcja chmielowego napoju w browarze bielskim. Przed kilka dekad wytwarzano w nim piwo nie tylko dla miasta, ale również użyczano go mieszczanom do produkcji własnej. (źródło: Wikimedia Commons)

Według wszelkiego prawdopodobieństwa pierwszy bielski browar stał na placu w południowej części miasta, tuż obok kościoła. Istniał tam aż do końca osiemnastego wieku. Kres tej lokalizacji przyniósł dopiero jeden z pożarów miasta. Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku w miejscu starego browaru (być może nawet wykorzystując jego fundamenty i część murów) stanął budynek miejskiej szkoły. Browar natomiast został przeniesiony i ulokowany w okolicach górnej bramy, gdzie funkcjonował od roku 1805 do 1870.

Imponująco wielkie i przestronne piwnice starego browaru istnieją do dziś. Znajdują się pod budynkiem położonym przy skrzyżowaniu ulic Piwowarskiej, Sobieskiego i Waryńskiego. To tutaj ulokowano browar w 1805 roku. (fot. Julia Przybylska)

Jednak browar przy kościele (później przeniesiony do budynku w linii murów miejskich) wcale nie był w czasach nowożytnych jedynym browarem w mieście. W szesnastym wieku produkcja w tym zakładzie stała się bardzo niewystarczająca. Mimo, że mieszczanie bielscy nie musieli się już zaopatrywać w piwo w browarze będącym własnością miasta, obowiązek zakupu piwa z tej warzelni spadł na okoliczne miejscowości - Jaworze, Jasienicę, Mikuszowice, Międzyrzecze i inne, położone w bielskim okręgu milowym. Zatem zapotrzebowanie na piwo wcale nie spadło, a wręcz przeciwnie - wzrosło. I to niepomiernie. Poza tym - jak się już rzekło - również wielkomieszczanie produkowali w browarze swoje piwo. Szybko więc stało się jasne, że warzelnia przy kościele nie sprosta potrzebom rynku. W 1571 roku powstaje więc nowy browar. W urbarzu państwa bielskiego z tego roku czytamy:

"Po pierwsze jest zamek w mieście Bielsku położony, całkowicie murowany, w nim 15 izb i pokojów, do tego 22 użytkowane sklepy w dobrym stanie, duże i małe, wraz z nowo wybudowanym browarem i słodownią, który poza obrębem zamku, lecz całkiem blisko jest położony..."

Z całą pewnością mamy więc do czynienia z zapisem dotyczącym stojącego pod murami zamku aż do 1881 roku browaru zamkowego. Tego, który zastąpiony został przez zburzoną w latach 70-tych XX wieku mieszkalną kamienicę Sułkowskich. Browar ten funkcjonował przez okrągłe trzy stulecia i na stałe wrósł w miejski krajobraz. Ale nie on jeden. Kiedy w 1870 roku zaprzestał działalności miejski browar przy dawnej górnej bramie, w Bielsku natychmiast rozpoczęto działania mające na celu utworzenie nowego, dużego browaru z prawdziwego zdarzenia. Już w 1875 roku fabrykant Adolf Mänhardt i piwowar Wilhelm Mähnel otworzyli Browar Bielitz. I już niedługo potem Lager Bier Dunkel czy Kaiser Bier na krajowych i międzynarodowych konkursach zaczęły odnosić spektakularne sukcesy.

Jednak historia tego wielkiego i zacnego browaru - smutna i dziś już zamknięta - to temat na osobną opowieść. Bo i rzeczywistość czasów wielkich fabryk i organizowania produkcji zgodnie z późnodziewiętnastowiecznymi standardami nie jest tematem tego wpisu. To już zupełnie inne realia.


Jak widać bielskie tradycje browarnicze to temat dość złożony. Jak się okazuje w naszym mieście piwowarstwo wędrowało różnymi, nie zawsze prostymi ścieżkami.


Można z całą pewnością stwierdzić, że browar Mänhardta i Mänehla, czyli późniejszy browar miejski przy ul. Browarnej na Górnym Przedmieściu kontynuował z powodzeniem tradycję zapoczątkowana w 1521 r, w chwili przejęcia browaru przez miasto. Można powiedzieć też, że dzisiejszy browar przy Piwowarskiej na starym mieście próbuje z kolei kontynuować tradycje prywatnego piwowarstwa wielkomieszczańskiego, które dla wielu bielszczan było wręcz przepustką do lepszego świata. I choć w nazwie tego browaru występuje przymiotnik "miejski", to raczej jako określenie miejsca, a nie własności.

Jednak z drugiej strony "Bielitzer" powstaje dziś w zupełnie nowych z punktu widzenia ekonomii warunkach. Powstaje w browarze prywatnym, a jednocześnie otwartym na bogatą spuściznę lokalnego "przemysłu piwnego". I za to należy mu się wielki plus. No i za dobry Bier. Piwo jest wprawdzie drogie, ale cóż... Czasy książęcego monopolu dawno juz minęły. Kto nie chce płacić w Browarze, może iść do sklepu. Tam jednak nie jest tak przyjemnie chłodno.

2015-06-25 | Dodaj komentarz
andrzej
2015-06-26 09:54:12
Cóż, po tej jakże smakowitej lekturze, wypada mi dzisiaj wypić za powodzenie autora-jubilata jakiegoś portera, których jestem smakoszem. Na zdrowie !!!!
Maciej P.
2015-06-26 18:13:06
Kłaniam się nisko i pięknie dziękuję. W Twoje ręce, Andrzeju!
Komentarzy (2)

Park wersja 2.0

  

W Parku Polskich Skrzydeł robią wreszcie schody! SMS takiej treści poderwał mnie na nogi. Mój ulubiony park, który został przeze mnie samozwańczo objęty honorowym patronatem medialnym, od wielu miesięcy stał nietknięty i czekał na zastrzyk środków, a także na sprzyjającą aurę. Dobrze się stało, że i jedno, i drugie zbiegło się w czasie, bo oznacza to, że już niedługo skończą się kłopoty z dostępem do jednej z najciekawszych i chyba najładniejszych miejskich enklaw zieleni. Nie czekałem długo. Wskoczyłem do auta i - wymuszając kilka razy pierwszeństwo (relacje z wideorejestratorów poszkodowanych użytkowników już niedługo na Wykopie i na Polskich Drogach) - pognałem na miejsce.


W istocie. W północno-wschodnim narożniku parku, w miejscu dość stromej skarpy, powstaje dogodne zejście ku położonej kilka metrów niżej alejce. To jest dokładnie to miejsce, które wzbudziło we mnie podczas jednej z poprzednich wizyt niemałe zdziwienie. Tak wyglądało to w marcu 2013 r.

Idealne, wydawałoby się, miejsce na schody, było dotąd skarpą nie do pokonania. Do teraz.


Prace w parku rozpoczęto od działań mających na celu udostępnienie kompleksu od strony północnej, a więc od głównej ulicy, od pętli autobusowej. Dostęp do zejścia będzie zarówno od strony ul. Tańskiego, jak i od strony Spółdzielców, dokładnie w miejscu, gdzie od dawna istniała dzika ścieżka ścinająca trawiasty narożnik parku.

Praca wre. Dogodna pochylnia z jednej i wystarczająco szerokie schody z drugiej strony. Może ciut za dużo zieleni zniknie pod infrastrukturą, ale coś za coś.

Ludzie starsi i niepełnosprawni będą zadowoleni. No i przede wszystkim: żeby znaleźć się w parku nie trzeba będzie dyrdać do zejścia od ul. Spółdzielców, czy od strony ul. Skarżyńskiego.

Ale też i jest do czego biec. Ten skromny park - powtórzę się - jest tego wart. Może nie jest to Cygański Las, ale kusi gęstą zielenią, cieniem i leśnymi aromatami. Takich miejsc, w których można naprawdę wypocząć, w naszym mieście cięgle jest za mało. A ten zaciszny, niemały park, choć pewnie nie wzorcowy, ma naprawdę spory potencjał.

I w dodatku ciągle coś się tu dzieje. Czekam na ciąg dalszy.

2015-05-30 | Dodaj komentarz
MarianS
2015-06-15 18:10:38
Czyż to nie w tym parku, po stronie południowej; tam gdzie zbiegają się dwie strugi potoku Lotniczego stoi drewniana kładka? Pamiętam jak była nowa w jej otoczeniu było dość uroczo. Trochę się do jej powstania przyczyniłem. Ale to nie jest tu istotne. Park (jak każdy) jest uroczy wówczas, gdy się nim zajmują. Byle zakątek zieleni, a musi być pielęgnowany - inaczej natura robi swoje - wtedy ludziom tam nie po drodze. Kłaniam się.
Maciej P.
2015-06-16 17:43:21
Tak, kładka stoi. Ale zakątek dziś raczej mało zaciszny. Być może dlatego, że mostek do niedawna jeszcze stanowił jedną z dwóch, dość uczęszczanych "bram" do parku. Mam nadzieję, że po wyfasowaniu nowych schodów od strony ul. Spółdzielców nie trzeba już będzie biegać naokoło od ulicy Skarzyńskiego. Być może dzięki temu zakątek z mostkiem znów będzie mniej uczęszczany, a przez to powróci tam zacisze... Kto wie? Pozdrawiam ciepło.
Komentarzy (3)

Echa tamtego świata

  

Kiedy pod koniec XVIII wieku, w wyniku wojen napoleońskich, zarządzono blokadę kontynentalną, kiedy do Europy przestały napływać świeże owoce, egzotyczne przyprawy, fantastyczne wina, stary kontynent został zmuszony do tego, by radzić sobie samemu. Na całe szczęście ówczesny świat pełen był ludzi przedsiębiorczych, którzy doskonale przystosowali się do nowych, nietypowych warunków.


Jak grzyby po deszczu wyrastały przedsiębiorstwa, które miały za zadanie radzić sobie z deficytem dostępnych dotąd, a teraz zablokowanych produktów pierwszej i drugiej potrzeby. We wszystkich miejscach kraju wyrastały sklepy, faktorie i dostarczające podstawowych produktów manufaktury - słowem - wszędzie plenił się niczym niezmącony kapitalizm.

Również w Białej znać było oddech wieków.

Nad Białą i Niwką natychmiast zaczęły powstawać nowe zakłady przemysłowe rozpoczynające skuteczny marsz ku przyjemności i wygodzie mieszkańców i krociowym zyskom właścicieli.


Tak się ciekawie złożyło, że jedną z najprężniej tu działających gałęzi przemysłu był przemysł spirytusowy. Na niezwykle małej przestrzeni, właściwie zupełnie po sąsiedzku i w ciągu krótkiego czasu, tuż przy głównej szosie - Cesarce, wyrosły trzy konkurencyjne fabryki spirytusu i likierów.
Pierwsza, której zabudowania istnieją do dziś (choć odkąd mury opuścił POLMOS są w marnym stanie) należała do Jakuba Grossa. Druga, umiejscowiona przy dzisiejszej ul. Krakowskiej, mniej więcej w miejscu skrzyżowania z ul. Lwowską, po której nie zostały chyba nawet marne resztki zabudowań - to gorzelnia Moritza Reicha. Trzecia, również należąca do obrotnej rodziny żydowskiej Fränklów, usytuowana była naprzeciw gorzelni Reicha, pomiędzy dzisiejszą ulicą Krakowską, Lwowską i Kazimierza Wielkiego, a część jej zabudowy na całe szczęście ocalała.

Piękny, pochodzący z przełomu wieków briefkopf z widokiem fabryki spirytusu i likierów Adolfa Fränkla.

Ta ostatnia fabryka zaciekawiła mnie najbardziej. Chociaż w porównaniu z fabryką Grossa przedstawiała się może niezbyt imponująco, to właśnie ona posiadała pewien specyficzny, oryginalny aspekt, który bardzo mnie zainspirował. Ale o tym za chwilę.

Gorzelnia Fränkla powstała w 1816 roku. Adolf Fränkel przejął zabudowania działającej tu uprzednio fabryki sukna Adlera i przystosował je do swoich potrzeb.


Kiedy przyjrzymy się gorzelni, w oczy rzucają się przede wszystkim niewielkie rozmiary samych budynków. Owszem, w południowej części założenia istnieje dość spora, wybudowana w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku wieża, dostawiona do budynku kotłowni, jednak jej masywność dostrzega się dopiero od tyłu, z płyty położonej dużo niżej stacji paliw. Od strony dziedzińca fabryki wieża nie robi już takiego wrażenia.


To nie przypadek, że zabudowania były tak niewielkie. W drugiej połowie XIX wieku technologia produkcji została zmodyfikowana na tyle, że budynki - niegdyś z konieczności spore - teraz mogły przyjąć bardziej dyskretne formy. Jeden z krakowskich mistrzów gorzelnictwa, Ludwik Zieleniewski w 1891 roku pisał: "Przy dzisiejszych udoskonalonych pompach, piętra dla nadania spadku płynom zacierowym nie mają już żadnej racji. Gorzelnia piętrowa musi być kosztowniejszą a przy tym nigdy ze względu na schody i brak przeglądu nie może być dogodną, i to też nie przemawia za budynkiem piętrowym, że powały i belkowania pięter skutkiem nieuniknionej wilgoci prędko niszczeją, utrzymanie budynków jest przeto o wiele kosztowniejsze."

Najwyraźniej więc likiernia Fränkla wcale nie była zakładem o niskich wskaźnikach produkcji. Przeciwnie - mogła śmiało konkurować z Grossem i z Reichem. A także z pozostałymi producentami spirytualiów w regionie. Główne budynki gorzelni - choć nieduże - mieściły przecież wszystko, co potrzebne było do produkcji wódek i likierów: spore pomieszczenie kadkarni czyli sali z kadziami fermentacyjnymi, słodownię, drożdżarnię, salę aparatową, zbiornik ziemniaków i salę pomp parowych przy kotłowni.

Kotłownia i budynek zbiornikowy. Cały ten kompleks można znaleźć na prezentowanej wyżej rycinie z papieru firmowego. Powstał w 1890 roku i zachował się niemal w całości, choć budowli od północy nie wieńczy już wysoki komin, a na niej samej, w jej prawym skrzydle przeprowadzono ostatnio jakąś katastrofalną operację przekucia dwóch paskudnych bram, które zupełnie zatarły charakter tego zabytku.

Zabudowania fabryki likierów to jedno. Jednak zakład Fränkla miał jeszcze jedną, niezwykłą, wyróżniającą go spośród innych cechę, która - jak wspomniałem wcześniej - zainspirowała mnie do napisania tej notki: na południe od gorzelni rozciągało się przepiękne, dwupoziomowe założenie parkowo-ogrodowe. Zajmowało ponad 85 arów i podzielone było na dwie części, z których jedna, północna, przylegająca bezpośrednio do zabudowań maszynowni i kotłowni, była dość regularnym założeniem z siecią prostopadłych ścieżek pomiędzy czworobocznymi, być może kompartymentowymi klombami lub trawnikami. Druga, większa i mniej regularna część ogrodu, położona na południe od zabudowań fabryki, przylegająca na południu do łożyska Niwki, liczyła ponad 60 arów. W połowie XIX wieku skomponowana była w stylu romantycznym, z masą nieregularnie tyczonych alejek, z wysokim zadrzewieniem parkowym i zacisznymi zakątkami pełnymi kwiatów i krzewów.

Z końcem XIX wieku założenie zmieniło nieco swój charakter i przekomponowano je na wzór ogrodów wielkomiejskich z wszystkimi ich atrybutami: szerokimi żwirowymi alejkami, zespołami połączonych ze sobą, kipiących kwiatami klombów, wreszcie wodą stojącą i tryskającą efektownie z fontann. Ogrody Fränkla doskonale widać na poniższej mapie katastralnej Lipnika z 1845 roku.

Kiedy patrzę na to pełne rozmachu założenie, na ten niemały przecież (dwa razy większy od obecnego parku przy ratuszu!) ogród, zachodzę w głowę, co kierowało Adolfem Fränklem, co popchnęło go do łożenia sporych sum na zagospodarowanie tak dużego szmata ziemi? Co powodowało, że obok przynoszącej zyski działalności, skupił się na absolutnie niedochodowej inwestycji, której jedyną zaletą było to, że jest piękna? Zachodzę w głowę i nieodparcie nasuwa mi się tylko jedna odpowiedź: Adolf Fränkel, Alfred Fränkel, a potem ich potomkowie i spadkobiercy byli ludźmi ulepionymi z zupełnie innej gliny. Byli ludźmi nie tylko swojej epoki, ale i pewnej idei. To byli ludzie pełni. Przedsiębiorczy i zapobiegliwi, ale jednocześnie wewnętrznie ukształtowani, wrażliwi i spragnieni piękna. Rozumiejący, że obok codziennej nieustannej szarpaniny z kontrahentami, wierzycielami, kasami pożyczkowymi i niesłownymi dostawcami surowca, jest jeszcze inny świat, świat spokoju, harmonii i ładu. I emanacją takiego właśnie świata był ten fenomenalny ogród.

Brakuje dziś takich dzieł. Brakuje takich ludzi.

Jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym droga krakowska gładko i bez przeszkód prowadziła prosto do centrum miasta. Stara Wiener Postroute, pamiętająca jeszcze cesarza Józefa II, była naturalnym przedłużeniem ulicy Głównej. Po lewej stronie ulicy wznosi się dumnie Fränklówka. Na przełomie XIX i XX wieku był to jeden z najbardziej reprezentacyjnych domów w tej części miasta. Witał wszystkich wjeżdżających do Białej od strony Krakowa. W jego sąsiedztwie ulokowały się podobne, choć niższe i mniej zdobne kamienice. Stojący przed domem przedsiębiorcy niski budynek kryty dwuspadowym dachem także należał do fabryki. Dzisiaj zarówno jego, jak i wszystkich innych sąsiadujących z Fränklówką domów już nie ma.

A co pozostało? Właściwie niewiele.


Można się cieszyć, że w ogóle udało nam się zachować część ze sporego dziedzictwa Fränklów, że jest budynek kotłowni, że mamy pozostałości zabudowań wzdłuż ulicy Kazimierza Wielkiego, gdzie w latach powojennych mieścił się zakład przetwórstwa owocowego, że do dziś pozostały resztki maszynowni i magazynów wykorzystywane dziś na noclegownię dla bezdomnych. Można cieszyć się, że przy wytyczaniu ulicy Lwowskiej - chociaż zburzono wówczas dużą część zakładu od strony zachodniej i północnej - zachowano jednak kamienicę, w której mieszkała rodzina Fränklów. Dziś ten dom wygląda jak rudera i obawiam się, że nie czeka go nic dobrego. Po ogrodach także - rzecz jasna - nie został nawet ślad. Po wojnie prawie cały teren wybetonowano, odbywały się tam targi, giełdy samochodów, dzieci korzystały z karuzel stojących tuż przy ulicy Kazimierza Wielkiego. Dziś funkcjonuje tam McDonald's i stacja paliw. Słowem: upadek.

Dom Fränklów jeszcze stoi. Kto wie jak długo. Wskutek wielkiej przebudowy duża cześć sąsiedniej zabudowy padła pod kilofami w imię drożności i przepustowości bielsko-bialskich ulic. Nie pozostał po niej nawet ślad. Obawiam się, że podobny los spotka już niedługo i kamienicę, i ocalałe jeszcze budynki gorzelni, bo pierwsze oznaki głębokiej destrukcji już widać.


A szkoda.

I tylko w głębi serca żal tamtych czasów, tego zapomnianego, poukładanego świata, który był nie tylko funkcjonalny, ale i piękny. Po ludzku żal.

2015-05-23 | Dodaj komentarz
andrzej
2015-06-02 09:43:52
W tonie nieco polemicznym- acz nie wiem czy słusznie- chciałem się odnieść do przynależności a może raczej do sprawstwa powstania opisywanego ogrodu. Dr J. Polak w swojej książce ”Zarys dziejów Lipnika” o wspomnianym założeniu pisze, iż przynależał do dworu Thomkego i on miałby być założycielem już pod koniec XVIII w. W załączonym w ww. książce szkicu tego terenu autorstwa P. Keniga (na podstawie mapy z 1845r.) jest wręcz użyta nazwa „ogród Thomkego”. Dla samego istnienia tej ciekawej przestrzeni nie ma to zasadniczego znaczenia, jednak może rzutować na przypisywanie wrażliwości wobec natury nieodpowiednim osobom. Pozdrawiam
Maciej P.
2015-06-02 19:38:52
@Andrzej. Uwaga jak najbardziej słuszna. W zachwycie nad "czasy ówczesnemi" pominąłem wspomniany przez Pana fakt założenia ogrodu przez Thomkego. Szczerze też mówiąc nie miałem pojęcia, gdzie szukać potwierdzenia tej informacji, stąd i mało profesjonalna luka we wpisie. Proszę o wybaczenie. Dysponując natomiast zawartymi w pracy pani Ewy Janoszek (Architektura przemysłowa Bielska i Białej) sugestiami odnośnie przynależności ogrodu do realności Fränkla, do niej automatycznie owo parkowe założenie przyporządkowałem. Być może nawet nie bez słuszności. Biorąc pod uwagę, że Jan Thomke - budowniczy zajazdu i założyciel ogrodów - zmarł na samym początku XIX wieku, a jego syn, Jerzy (który dwór i prawdopodobnie również ogrody odziedziczył) odszedł w 1840, zatem nazwa "ogrody Thomkego" na planie z 1845 roku jest już tylko nazwą zwyczajową. Posiadłość przejął bowiem zięć Thomkego Juliusz Köntzer. Czy z ogrodami - nie wiem. Tak czy inaczej zgadzam się, że niewiele to wnosi zmian do powyższego wpisu i bez względu na to, czy właścicielem ogrodów był Thomke, Köntzer, czy Fränkl, można właścicielowi tylko pozazdrościć podejścia. Panie Andrzeju, bardzo dziękuję za ten komentarz. I czekam na więcej. Bo ostatnie komentarze miłych Komentatorów dowodzą, że uważny Czytelnik tego bloga jest w stanie wnieść doń bardzo dużo. Co bardzo cieszy. Pozdrawiam.
MarianS
2015-06-15 17:51:02
Nie jestem bielszczaninem. Do BB zawitałem po ok.końca 1-szej połowy lat 70-tych. Gdzieś pod ich koniec uczestniczyłem w pracach prowadzonych w tym obszarze, tj w kwartale Żywiecka-Lipnicka (stara), Kazimierza Wielkiego i Krakowska. Przebudowa dotyczyła ulic i potoku Niwka. Na środku dużego placu na prawym brzegu Niwki rzucała się w oczy pięknie ocembrowana kamieniem rzędowym okrągła studnia średnicy ładnych kilku metrów - nie wiem jak głęboka - przykryta drewnianym pomostem. Ocembrowanie nie wystawało na połać placu. Powiem więcej, przypomniałem sobie, że niejako została odkryta w trakcie prac bo pomost się nieco złamał pod ciężarem jakiegoś urządzenia postawionego na nim, lub przejeżdżającej maszyny po nim. Dokładnie nie pamiętam gdzie leżała, lecz lokowałbym studnię w pn-wsch narożniku McDonalda. Jeszcze pamiętam, że dość szybko ktoś kazał ją zasypać. Zapewne tkwi tam do dzisiaj. Pozdrawiam i gratuluje blogu. Czytam go z zadziwiającym mnie samego zaciekawieniem. Żal, że dopiero teraz tego bloga zoczyłem.
Komentarzy (0)

Zamkowy aneks

  

Ciekawa uwaga w komentarzu AndrzejaN, odwołująca się do poprzedniego wpisu, rozszerzyła nieco sferę omawianych w tym wpisie spraw, a mnie dała do zrozumienia, że nie wszystko co istotne zdołałem w nim zawrzeć. Aby nie zmuszać czytelników stronki do błądzenia po notkach, pozwolę sobie zacytować ten komentarz, bo chciałbym się do niego odnieść nieco obszerniej.


AndrzejN pisze: "Wyburzony w 1973 r. dom narożny Wzgórza i Zamkowej, ten osłaniający Zamek, miał ciekawą cechę. Otóż gdy weszło się od Zamkowej (wejście było między apteką a księgarnią) i wspięło schodami na pierwsze piętro, to stamtąd można było wyjść na podwórze leżące przy murze zamkowym. Dziedziniec ten wybrukowany był obłymi kamieniami. Wychodziło się zeń przesmykiem na łuk Wzgórza, mniej więcej naprzeciw Orkana. Ciekawe, czy poziom tego podwórza wyznaczał stan pierwotny, czy też został ukształtowany w czasie prac, które opisałeś."

Na pytanie postawione w komentarzu dość trudno odpowiedzieć zdecydowanie i bez cienia wątpliwości. Teren, o którym mowa był poddawany wielokrotnym przebudowom, które mogły zatrzeć dawny charakter tego miejsca. Choć czy rzeczywiście?

Przede wszystkim jednak zacząć trzeba od tragicznego w skutkach pożaru z 1836 roku. Jest cezurą w dziejach Bielska i stanowi coś w rodzaju daty granicznej. To on pociągnął za sobą decyzje, które, można sądzić, nabrzmiewały już od dawna, a niszczący miasto kataklizm tylko je przyspieszył. Pierwszą z nich była właśnie przebudowa ulicy Wzgórze i całe związane z tym przedsięwzięciem budowlane zamieszanie. To był rok 1844. Wówczas przeprofilowano ulicę wylotową z miasta przy zamku, ale pozostawiono dość spory fragment u jego stóp.

Pamiętać trzeba, że roboty te w żaden sposób nie dotknęły browaru, gorzelni i domu Alberta Blocka, stojących od niepamiętnych czasów tuż obok północnej kurtyny murów warowni. Wprawdzie budynki podzamcza spłonęły w 1836 roku wraz z całym miastem, ale odbudowano je częściowo już w 1840. I jeśli się nie mylę odbudowano w dawnym, przedkataklizmowym kształcie. Te budynki, jak widać na planie katastralnym z 1836 roku (obszar zakreślony), posadowione były bardzo blisko zewnętrznego, nowożytnego muru miejskiego, a może nawet wykorzystywały go jako fundamenty (dowodu na to dostarczyło niespodziewane odkrycie w 2010 r. w ciągu ul. Wzgórze solidnego muru interpretowanego jako mur przeciwartyleryjski z XVI wieku). Na powyższym planie widać doskonale wolną przestrzeń między zamkiem i zabudowaniami, która to przestrzeń stanowiła od co najmniej XVIII wieku zewnętrzny dziedziniec zamkowy. Był to dziedziniec wysoki, to znaczy posadowiony był na poziomie przyziemia zamku, a więc na wysokości kilku metrów ponad poziomem ulicy Zamkowej. Tworzył on coś w rodzaju pierwowzoru dziedzińca, o którym pisze w komentarzu AndrzejN. Po pożarze i odbudowie podzamcza dziedziniec istniał nadal poszerzony o przestrzeń rozebranego południowego fragmentu gorzelni. Ponieważ zarówno w czasie przebijania ul. Wzgórze, jak i przez kilka najbliższych dekad zabudowania te zostały oszczędzone, należy sądzić, że dziedziniec północny także pozostał w 1844 roku nietknięty.

W latach 1855-1864 podjęte zostały prace mające na celu gruntowną przebudowę zamku, ale mimo tego radykalnego liftingu zamkowej elewacji, można sądzić, że północny stok wzgórza zamkowego pozostał raczej nietknięty, o czym świadczy fakt, że stojące ciągle u podnóża zamku, widoczne na poniższej starej ilustracji budynki browarniano-gorzelniane oszczędzono.

Oczywiście pewności nie ma. Ale to przecież w czasie tej właśnie przebudowy w północnym skrzydle zamku wybito znaną nam do dziś obszerną sień bramną, która łączyła wewnętrzny dziedziniec zamku z dziedzińczykiem na tyłach browaru. Ta sień ma dość istotne w dalszych rozważaniach znaczenie. Jej pojawienie się sugeruje oto, że mimo istnienia browaru, który zasłaniał zamek od północy, pomiędzy warownią i warzelnią ciągle istniał północny dziedziniec, wykorzystywany do komunikacji z miastem.

Na tej zamierzchłej rycinie z II połowy XIX wieku, przedstawiającej fragment starych zabudowań podzamcza, widać wyraźnie, że budynek browaru stoi, podobnie jak późniejsza zabudowa, przytulony do skarpy zamkowego wzgórza, a wręcz weń wnika, co powoduje, że w budynku tym na zapleczu rolę parteru pełni pierwsze piętro. Jednocześnie warto zauważyć, że zarówno stopień pochylenia zakosu drogi wiodącej wzdłuż północnej kurtyny zamku, jak i sama wysokość skarpy tuż przy warowni, nie różnią się od dzisiejszych.


Sprawa komplikuje się dopiero dekadę później. To wtedy bowiem, w roku 1877 zarówno browar, jak i gorzelnia oraz dom Blocka - w związku z budową tunelu kolejowego i wymuszoną przezeń kwestią bezpieczeństwa - przestają istnieć.


Co ciekawe, wszystko wskazuje na to, że wskutek tych wyburzeń, przez kilka lat północne stoki miejskiego wzgórza wyglądały bardzo podobnie jak dzisiaj. Świeciły pustką, być może wiosną pokryła je gęsta trawa, być może - w końcu cała awantura z zamkiem miała na celu uczynienie z tego obszaru miejsca reprezentacyjnego - jakoś je uporządkowano. W każdym razie nie jest nam trudno wyobrazić sobie tamten czas i miejsce, bo zagospodarowane musiało być dość zbliżone do dzisiejszego (pomijając może drzewa, których wówczas nie było). Stan ten trwał jednak niezbyt długo. Z polecenia księcia Sułkowskiego w miejscu, w którym jeszcze nie tak dawno temu stały zabudowania skupiające przemysł o charakterze piwno-wódecznym, w 1881 roku powstał reprezentacyjny, swoim obrysem z grubsza pokrywający się z linią dawnych fundamentów, budynek mieszkalny. A właściwie handlowo-mieszkalny.

Czy powstał całkiem na podwalinach poprzedników - nie wiadomo. Można jednak przypuszczać, że w partii przyzamkowej linia murów kamienicy pokrywała się z linią murów dawnej gorzelni, a może i z linią XVI-wiecznych murów miejskich.

To co jest tu najciekawsze, to fakt, że nowowybudowana kamienica powstała jako urbanistyczna kontynuacja dotychczasowych zabudowań. Dom Sułkowskich stanął bowiem dokładnie w miejscu, w którym uprzednio od dawna istniały gorzelnia, browar i dom Blocka. Konserwatyzm, albo rozsądny zamysł, kazały budowniczym zastąpić stare nowym, w tym samym nieomal miejscu. Czy chodziło o zwykły sentyment, czy może o wykorzystanie należącej ciągle do zamku działki, a może raczej o wzmocnienie nadwątlonej skarpy, która po zburzeniu browaru straciła stabilność? Nie wiem. Sądzę, że wszystko razem.


To zdjęcie, wykonane w pierwszej dekadzie XX wieku, najlepiej chyba pokazuje ukształtowanie terenu podzamcza w czasie, gdy Dom Sułkowskich prosperował w najlepsze. Proszę zauważyć, że stromizna podjazdu wiodącego ku północnej sieni nie zmieniła się do dziś prawie wcale. Omurowana skarpa stanowiąca oparcie dla zamkowej wieży (z prawej strony fotografii) także wydaje się mieć taką samą jak dziś wysokość. Oznacza to tylko jedno - żadne roboty niwelacyjne na przestrzeni wieków nie zmieniły wyglądu tej części miasta na tyle, by mówić o jakiejś radykalnej przemianie. Widać tu poza tym coś na kształt bramy i furty wiodącej na tyły domu Podzamcza, a jednocześnie na dziedziniec północny zamku, bo taką rolę ta przestrzeń ciągle pełniła. Warto też przyjrzeć się kamienicy Sułkowskich, bo tutaj znów, analogicznie jak w przypadku dawnego browaru, mamy do czynienia z sytuacją, kiedy przyklejona do wzgórza kamienica nie posiada parteru na zapleczu, a jego rolę pełni pierwsze piętro, wybiegające wprost na północny dziedzińczyk zamkowy.


Ukształtowanie tej części wzgórza nie zostało w żaden sposób zmienione podczas przebudowy w 1844; zapewne nie naruszono go (jeśli już, to w małym stopniu) w roku 1860, podczas przebudowy zamku; najpewniej także nie ingerowano w strukturę skarpy zamkowej w 1877, w trakcie budowy tunelu, ani w 1881, kiedy murowano dla księcia kamienicę. Dlaczego?

Powód był arcyprosty. Wzgórze zamkowe od północy zawsze było niestabilne. W XIV wieku z powodu niebezpieczeństwa osuwania skarpy rozebrano basztę narożną, w XVI wieku zaś miała miejsce podobna interwencja również w narożniku północno-wschodnim. Istnienie przez całe wieki u stóp zamku browaru i gorzelni, a potem kamienicy Sułkowskich nie było przypadkowe. Zabudowania po prostu stabilizowały zbocze i stanowiły gwarancję bezpieczeństwa. Jakiekolwiek ingerencje w strukturę wzgórza były zbyt ryzykowne. I ówcześni o tym doskonale wiedzieli. Dlatego nie ingerowali.


I pewnie dlatego przez całe wieki północny dziedziniec zamku pozostał w istocie nienaruszony. Do dziś. I do dziś poziom północnego dziedzińca tak naprawdę nie zmienił się nawet na cal.


fot. Marek Kocjan

Przepraszam za przydługi i pewnie przynudny wywód, ale pytanie Andrzeja było na tyle ciekawe, że nie mogłem przejść nad nim do porządku. Tym bardziej, że dotyczyło jednego z moich ulubionych zakątków miasta.

2015-05-16 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Góra harców

  

czyli

Przestrzeń obłaskawiona III

Do znudzenia będę powtarzał, że Bielsko to miasto o szczególnych walorach geograficznych. Wiedzieli o tym mądrzy ludzie, którzy - przybywszy w te strony całe wieki temu w celu osiedlenia - ten właśnie rejon obrali na swoją siedzibę. Okolica obfitowała w trudno dostępne miejsca, z których stromy, wyniosły cypel, na którym później stanął zamek książęcy był jednym pośród wielu.


Kiedy patrzy się na panoramę miasta na przykład ze wzgórza Trzech Lipek, albo ze szlaku wiodącego na jeden z okolicznych szczytów górskich, łatwo zauważyć, że miasto nasze rozłożyło się w ciągu wieków na kilku sąsiadujących ze sobą wzgórzach. Wprawdzie Rzym to nie jest, ale analogia nie taka znów chybiona.


Jednym z tych wzgórz - wyjątkowo ciekawym i nieco tajemniczym - jest Kozielec, sąsiadujący ze Stadtbergiem od południa. Jego dość znaczną wyniosłość od średniowiecznej części miasta oddzielała stromo opadająca ku wschodowi dolina (dziś ulica Sikorskiego). Południowe, bardzo strome stoki obmywał potok Sikornik, a wschodnią granicę wzgórza stanowił potok Młynówka. Tylko zachodnie zbocza opadały łagodnie ku polom i sadom rozłożonym w rejonie dzisiejszych ulic Św. Anny I NMP Królowej Polski.

Samo wzgórze - i jest to dla mnie pierwsza tajemnica tego miejsca - w pełni zabudowane zostało dopiero w XX wieku. Stało się tak mimo tego, że miasto rozrastało się na południe już od czasów średniowiecznych. W przedziwny sposób jednak przez całe stulecia rozwój i zabudowa omijały te obszary, jakby zapominając o nich lub lekceważąc. Czy to z powodu zbytniej stromizny, czy z innych względów, tereny te jeszcze w pierwszej ćwierci XX wieku pozostawały w połowie rolniczą enklawą. Jest to o tyle zadziwiające, że przecież z urbanistycznego punktu widzenia ten obszar umiejscowiony był niezwykle atrakcyjnie: blisko miasta, blisko blichu, miejskiego pastwiska, a nawet browaru i kościoła.

Jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku obszar zajęty dziś przez Zespół Szkół Techniczno-Handlowych przy ul. Lompy był ornym polem. Pozostałą zaś część wzgórza, opadającą w kierunku zachodnim, porastały zwarte zarośla, przydomowe sady i ogrody. Co sprawiło, że aż do początku XX stulecia na teren ten nie weszła (z małymi wyjątkami) planowa zabudowa miejska?

Wyjaśnienie tej zagadki może być dość proste. Otóż od najdawniejszych czasów wielką część Purzelbergu zajmowały grunty należące do... Kościoła. Na północnych stokach Kozielca, przylegających do głębokiej dolinki (którą biegła stroma uliczka, dzisiejsza ul. Sikorskiego), "od zawsze" istniały parafialne ogrody, w 1818 roku pięknie zagospodarowane przez proboszcza Dostala. Był to więc teren niejako urzędowo wyjęty spod wszelkiej działalności urbanistycznej. Oczywiście nie bezwarunkowo.

Od roku 1839 co najmniej, w centralnej części wzgórza istniała przecież fabryka sukna Karla Traugotta Förstera (jej pierwsze zabudowania pojawiają się na planie katastralnym z 1836 r.). Zwarty kompleks budynków, których część istnieje nadal, stanowił w tym miejscu przez długie lata poważną dominantę architektoniczną. Do dziś jest to wybitny, choć przez historię mocno poszatkowany fragment miasta. Część budynków fabryki zaadaptowano na miejskie targowisko, w północnym biurowcu przez długie lata funkcjonowała hala targowa, a na wewnętrznym dziedzińcu dawnej fabryki pchli targ. Główne budynki fabryczne stojące tuż przy ulicy Lompy (niegdyś Purzelberggasse) choć przebudowane, nadal funkcjonują - teraz jako Bielski Ośrodek Gimnastyki Korekcyjno-Kompensacyjnej im. Romana Liszki i szkoła.


W 1897 roku na północnym stoku wzgórza, staraniem sióstr De Notre Dame i Katolickiego Związku Kobiet wybudowano sierociniec. Okazała, wybudowana przez firmę Andrzeja Walczoka budowla, przetrwała szczęśliwie do dzisiaj. Kilka lat później, w 1908, tuż obok pobudowano gmach żeńskiej szkoły katolickiej.

Budynki sierocińca (z prawej) i szkoły dla dziewcząt na zawsze zmieniły charakter tego fragmentu bielskiej rzeczywistości. Puste i zadrzewione od niepamiętnych czasów stoki Kozielca zaczęły rozbrzmiewać dziecięcym szczebiotem i gwarem dobiegającym ze szkolnych okien.

I to właśnie sierociniec sióstr De Notre Dame stał się dla mnie w pewnym sensie inspiracją w poszukiwaniach zupełnie innego rodzaju. Zadałem sobie pytanie, które z pozoru wydaje się być pytaniem nieco dziwnym. Dlaczego Kozielec nazywa się właśnie tak a nie inaczej? Skąd wzięła się ta nazwa i dlaczego przetrwała aż do dziś?

No właśnie. Pisząc o Kozielcu, powinienem właściwie zacząć od tej dość szczególnej toponimicznej zagwozdki. To tutaj kryje się druga tajemnica tego miejsca. Otóż "kozielec" to pochodzące ze słowiańskiego słownika określenie, które w sposób prosty i oczywisty sugeruje, że źródło nazwy należy łączyć z zamieszkującymi ten teren w zamierzchłych czasach sympatycznymi domowymi rogatymi zwierzakami lub dzikimi sarnimi kozłami. Mogło tak być, zważywszy na półrolny, półleśny charakter tego miejsca. Tak czy inaczej mamy tu, podobnie jak w przypadku Sarniego Stoku, sprawę bezdyskusyjną. Ale tylko pozornie. Niemieckojęzyczny odpowiednik nazwy Kozielec brzmi Purzelberg. Ale o ile wiem, Purzel to wprawdzie koziołek, ale nie zoologiczny, tylko gimnastyczny! Popularny, choć nie do końca poprawny językowo dziecięcy "fikołek".

Góra fikołków! To zdumiewające. Oczywiście, biorąc pod uwagę, że od 1897 roku na Kozielcu istniał sierociniec, a później, w willi Wolfa funkcjonowało przedszkole, nazwa "Purzelberg", a więc "Koziołkowe Wzgórze" miałoby sens. Nie widzę przeciwwskazań do nadania pustemu dotąd wzgórzu nazwy odpowiedniej dla dziecięcego charakteru placówek na nim funkcjonujących. I o ile się nie mylę, stąd właśnie pochodzenie tej nazwy wywodzą niektórzy miłośnicy naszego miasta. Jest tylko jedno "ale".
Nazwa "Purzelberg" pojawia się zarówno na planie z 1836 roku, jak i na datowanym na 1801 r. drzeworycie Johanny'ego! W tym drugim przypadku mamy więc sytuację, gdzie do sierocińca nawiązuje się 96 lat przed jego powstaniem na Kozielcu. Jakim cudem, pytam się?!

Może zatem nazwa Purzelberg oznaczała w istocie coś nieco innego, może z dziecięcymi zabawami miała niewiele wspólnego, a słowo Kozielec jest tylko niefortunnym spolszczeniem już z czasów II RP?


Być może. Niemieckie słowo "purzeln" ma jeszcze co najmniej dwa, pokrewne znaczenia. Oznacza "spadać", a w niektórych gramatycznie uzasadnionych sytuacjach "staczać się". Czy można dopasować te dwa słowa do miejsca, o którym dziś mówimy? Cóż. Może po prostu strome stoki od zawsze służyły dzieciom do zabaw, szczególnie zimowych, a może nazwa wzięła się z obserwacji spadających i toczących się w dół owoców z księżego sadu?

Kto wie, być może... Nie wiem, czy jesteśmy w stanie to rozstrzygnąć, choć - tego wykluczyć nie można - gdzieś w przepastnych archiwach miejskich, lub w równie przepastnych głowach znawców dużo mądrzejszych ode mnie, takie wyjaśnienie już dawno może znalazło swoje potwierdzenie, a ja tylko wyważam te otwarte na oścież drzwi.

Przełom wieków był dla okolic Kozielca dość istotny z punktu widzenia zabudowy. Wtedy to bowiem otoczenie Kozielca zaczęło się zmieniać i to diametralnie.
Ta fotografia z lat trzydziestych pokazuje, jak bardzo przekształcono północno-wschodnie podnóże Kozielca. Pierwotnie w miejscu tym stało kilka niskich, chałup (podobnych nieco do tego niskiego domku ze stromym dachem widocznego w perspektywie ulicy), które w okresie międzywojennym ustąpiły miejsca bardziej okazałym kamienicom. Takim jak te na zdjęciu. Najniższy z budynków stojących u stóp Purzelbergu to budynek restauracji "Wyzwolenie" Loschnera, na lewo od niego modernistyczna kamienica, w której mieściła się drogeria "Pod Gwiazdą". Ostatnia, starsza, mniejsza, ale równie reprezentacyjna kamienica należała do Artura Schreibersdorfera, właściciela składu lakierów i farb.


Dziś po tych budowlach nie ma nawet śladu. Wyburzono je w latach siedemdziesiątych, za rządów Antoniego Kobieli, w trakcie prac mających na celu poszerzenie ulicy Partyzantów. Prac, które w nieoficjalnej nomenklaturze miłośników miasta zyskały miano Wielkiej Destrukcji. Nie bez powodu. Kamienice, wcale nie stare, ani zrujnowane, padły pod młotami i kilofami "naprawiaczy" spod obłudnego hasła "Szanując stare - tworzymy nowe". Zniknęły jak sen. Za to w ścisłym centrum miasta na nowo pojawiło się dziewiczozielone strome, porośnięte zwartą gęstwiną zbocze. Purzelberg ponownie zwrócił się ku miastu. Otrząsnął się z cywilizacyjnych narośli i - zrzuciwszy je z grzbietu - znów, jak przed wiekami, wystawił się ku słońcu, grzejąc w jego promieniach jak odpoczywający dzik. Albo kozioł...

Zbocze wzgórza wyłysiało, stało się dzikie, w rzeczywistości ścisłego centrum miasta trochę odrealnione. Znów, jak przed wiekami, pozostaje nietknięte. Choć tylko pozornie. Do dziś pod powierzchnią ziemi ciągną się w Kozielcu korytarze i pomieszczenia wykorzystywane niegdyś przez miejskie wodociągi. Do dziś od stromej skarpy odbija się zgiełk ulicy Partyzantów.

Zieleniące się zbitą gestwiną zbocza nie są też bezludne. Ciepłymi wieczorami zjawiają się na nich amatorzy tanich win i deliberują zawzięcie o ważnych sprawach, a wysączywszy do sucha co trzeba, tracąc władzę w nogach, bywa, staczają się w dół, kultywując tym samym bezwiednie tradycję miejsca. I nic dziwnego. Toż to przecież... Purzelberg.

2015-05-10 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2015
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
Kłaniam się nisko i pięknie dziękuję. W Twoje ręce, Andrzeju!
[andrzej]
Cóż, po tej jakże smakowitej lekturze, wypada mi dzisiaj wypić za powodzenie autora-jubilata jakiegoś portera,...
[Maciej P.]
Tak, kładka stoi. Ale zakątek dziś raczej mało zaciszny. Być może dlatego, że mostek do...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 45980
Newsów: 42
Komentarzy: 112
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała