liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Wpis oficynalny

  

czyli

Szybujemy dalej

Stare panoramy miasta mają tę zaletę, że nie ukazują szczegółów. Ogólne widoki kryją wszechobecny wówczas - niestety - brud i budowlany chaos (nic nowego, dziś nie jest wcale lepiej). Ale kryją także to, o czym zazwyczaj, wędrując głównymi traktami i przetartymi ścieżkami, nie mamy pojęcia: oficyny, które z czysto pragmatycznego punktu widzenia były zazwyczaj miejscami drugiej, albo i trzeciej kategorii, ale w których czasami kiełkowały fantastyczne idee i powstawały wspaniałe dzieła, ogrody, w których wypoczywali mieszczanie i ich rodziny, wreszcie zwyczajne, niepozorne zaplecza, pomocnice szarego mieszczańskiego życia.

Tak się jednak składa, że o tych szczególnych miejscach, a właściwie o ich dawnym obliczu, nie wiedzielibyśmy nic, gdyby nie panoramy właśnie. Dzięki nim możemy przeskoczyć ponad dachami i choć na chwilę zagłębić się w świat niedostępny dla naszych oczu, przyjrzeć się odrobinę temu zamkniętemu uniwersum podwórek, zapleczy i oficyn.

Kontynuujemy więc naszą podróż ponad dachami, posuwając się na wschód, wzdłuż koryta Niwki. Oto dość rzadka panorama Białej wykonana z dachu hotelu Pod Czarnym Orłem. Łatwo rozpoznać tu charakterystyczne punkty miasta, takie jak sylwetę zamku, wieżę bielskiego kościoła ewangelickiego, dach Banku Gospodarstwa Krajowego, czy fasadę kinoteatru Wanda wyłaniającą się zza czarnego pulpitu dachu dawnej szkoły katolickiej, zajmującej lewy brzeg kadru... Ale widać też kilka innych, mniej znanych budowli.

Masywna, jasna ściana w samym centrum kadru to tylna elewacja kamienicy przy ulicy Ratuszowej, wybudowanej w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku dla Augusty Fritsche. W tym właśnie budynku przyjmował w latach trzydziestych laryngolog, Maksymilian Statter, który w 1933 roku, przy asyście dentysty dr. Rudolfa Gerbera i aptekarza bielskiego, Juliusza Drancza, operował ropne zapalenie zatok u Witkacego, bawiącego "na gościnnych występach" u Kazimiery Alberti i jej męża.

Oficyna, której dach widoczny jest na pierwszym planie, to oficyna kamienicy stojącej przy ul. Główniej 28 (11 Listopada 46). W oficynie tej mieścił się zakład fotograficzny "Globus" z dużym atelier, prowadzony przez Józefa Tyrasa. Było to w okresie międzywojennym najpopularniejsze atelier fotograficzne w Białej. Józef, a właściwie Aaron Joseph Tyras, żyd pochodzący z Żywca, w 1914 roku przejął "Globus" i rozbudował oraz unowocześnił zakład.

Tyras był fotografem wszechstronnym, fotografował nie tylko w atelier, dokumentował także bielsko-bialską rzeczywistość. Wiele znanych fotografii przedstawiających miasto, architekturę i wnętrza, wyszło właśnie z jego zakładu. Miał także zacięcie fotoreporterskie, to właśnie dzięki niemu posiadamy chociażby dokumentację fotograficzną z uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego pomnika Gabriela Narutowicza na bielskim Blichu.

Dziś oficyna kamienicy przy 11 Listopada 46 wygląda prawie tak samo, jak sto lat temu. Właściwie niewiele się tu zmieniło. Szarość, cisza i spokój. Wąskie przejścia, niedbała zabudowa, na balkonie, podobnie jak niegdyś suszy się bielizna. Słowem: constans. Nawet drzewo z ogrodu ostało się jakimś cudem, a dzisiaj drzewo w centrum naszego miasta, szczególnie w ciasnych podwórkach na tyłach kamienic to raczej rzadkość, kiedyś - sytuacja dość powszechna.


Na starej fotografii w samym jej centrum widać korony wysokich drzew. Rosną one w ogrodach dwóch sąsiadujących ze sobą kamienic.

Na tym zjęciu widać je lepiej. Wyższe drzewa, te, widoczne na tle wysokiego muru oficyny, stoją w ogrodzie doktora Eisenberga (zdjęcie wykonano w 1915 r. - mecenas Alojzy Eisenberg nie żył już od dwóch lat), te niższe rosną na gruntach prowadzącego wyszynk wina Johanna Ochsnera. Proszę zwrócić uwagę na krytą łamanym, czterospadowym dachem altanę w samym centrum zdjęcia, pośród drzew ogrodu Eisenberga.

Z tej budowli, rzecz jasna, do dzisiaj nie został ślad, ale przecież na mapach katastralnych do dziś istnieje wyodrębniona działka, która jest pozostałością po tej niewielkiej konstrukcji.

Ogrodów było tu więcej. Drzewa owocowe rosły także na tyłach posesji Hugona Budila, który w kamienicy przy ul. Głównej 30 (dzisiaj pięknie odnowiony budynek przy 11 Listopada 48) prowadził skład lamp, żyrandoli, szkła i kryształu, a także zakład witrażowy.

Z pracowni na tyłach tej właśnie kamienicy w latach 1894 - 1897 wyszły witraże dla kościoła p. w. Opatrzności Bożej. Budil był w ogóle niezwykłą osobistością. Wprawdzie zagorzały niemiecki nacjonalista, jednak dość szczególny działacz. Pan Hugon (prócz tego, że pełnił funkcję dowódcy oddziału pożarniczego, a potem dochrapał się funkcji zastępcy komendanta bialskiej straży pożarnej) był - o czym wie niewielu - miłośnikiem motoryzacji, co w okresie międzywojennym miało swoje, nie zawsze korzystne konsekwencje. Całkiem przypadkiem natknąłem się na zamieszczone w Krakowskim Dzienniku Wojewódzkim ogłoszenie starosty bialskiego, dr. Albertiego, dotyczące konieczności udostępnienia pojazdów mechanicznych na potrzeby wojska w czasie pokoju. Budil figuruje w tym zestawieniu także (obok takich osobistości jak dr Drobniewicz, farbiarz Kerger, stolarz Józef Łysoń, czy właściciel młyna parowego Neumann), jego pojazd o nieokreślonej marce miał nr rejestracyjny KR 96346.

Tuż przy dolnej krawędzi zdjęcia dostrzec można połać dachu budowli stojącej na tyłach kamienicy przy ul. Głównej 32 (dziś 11 Listopada róg Głębokiej). To hala dawnej fabryki kamgarnu. Zarówno kamienica, jak i hala należały do Rudolfa Fuchsa.


Tutaj widoczna jest dość wyraźnie. Posiada jeszcze wyniosły komin i charakterystyczne łukowo zwieńczone okna. Hala powstała w drugiej połowie XIX wieku. Ale na planie karastralnym Białej z 1872 roku pacela w tym miejscu jest jeszcze pusta.

Na planie tym widać jednak stojący do dziś - i podobnie jak dziś połączony z kamienicą - budynek oficyny (dziś Głęboka 2). Można wnosić, że produkcja początkowo odbywała się właśnie w tej oficynie.

Hala (także istniejąca do dzisiaj, przebudowana i zadaptowana na restaurację) powstała później. Do budynku tego Rudolf Fuchs przeniósł produkcję sukna. W 1907 roku fabryka przeszła na własność braci Kohn, którzy uruchomili w niej linię produkcyjną kapeluszy. Pierwotnie zakład otoczony był dość zwartą zabudową. Na planie katastralnym Białej z roku 1872 (ale także na planie Schwarza z 1892 r.) wokół Tuchfabrik Fuchsa widać cały kompleks parceli i budynków. Pamiętajmy, że w 1872 roku dzisiejszej ulicy Konfederatów Barskich nie było, dojazd do zakładu istniał tylko od ulicy Głębokiej, zaś piesza ścieżka wiodła pomiędzy domami Batscha i Mücklera od ul. Nad Niwką.

Na tym znalezionym w sieci zdjęciu, również wykonanym z gmachu Hotelu Pod Czarnym Orłem, przedstawiającym południową część interesującego nas kwartału, z prawej strony widać fragmenty kamienicy pani Fritsche i oficyny z fotozakładem Tyrasa, a u dołu kadru część zabudowy zupełnie nowej ulicy.

W 1912 roku postanowiono przebić się od strony Hauptstrasse i Tiefegasse do Niwki. W tym celu wyburzono domy Batscha i Mücklera, zniwelowano pozostałości ogrodów na tyłach tych posesji i wytyczono nową, krótką, dość szeroką ulicę. Wzniesiono przy niej kilka domów, między innymi i tę kamienicę, którą widać tuż przy dolnej krawędzi powyższej fotografii. Dziś kamieniczka, po gruntownej przebudowie, próbuje tę starszą nieudolnie imitować. Zresztą cała ulica Konfederatów Barskich to jakieś urbanistyczne qui pro quo. Od paru dekad nie ma na nią żadnego sensownego pomysłu. I nadal straszą tu nie całkiem historyczne ułamki zabudowy.

_____________________________

Czasami przeglądam te stare zdjęcia nie mogąc oprzeć się przemożnemu wrażeniu, jak szczególne było to miasto. Poplątana siatka ulic, placów kamienic, oficyn, suteren i parceli; gęsta sieć ścieżek, kładek i płotów... I to wszystko było w jakiś szczególny sposób tłem dla równie skłębionej, zagęszczonej na kilometrze kwadratowym plątaniny ludzkich losów i namiętności. I sprzeczności! W jednym miejscu (choć nie zawsze w jednym czasie), po sąsiedzku, dosłownie przez płot mieszkali niemiecki nacjonalista Budil i aktywny w ruchu propolskim Eisenberg; rzemieślnik Brosmann i artysta Tyras; poseł na sejm galicyjski i fryzjer; lekarz i fabrykant...
Ot, miasto.

2016-09-22 | Dodaj komentarz
Angus
2016-09-23 08:31:15
Gdy tak Pana czytam, to powraca do mnie marzenie, aby kiedyś przeczytać powieść o Bielsku i Białej, osadzoną w tych dawnych czasach. Coś, jak książki Stefana Chwina o Gdańsku czy kryminały Krajewskiego z Wrocławiem w tle. Może by się Pan podjął. Czytelników nie zabraknie. Liczyłem kiedyś na p. Pałygę, ale odpłynął w teatr.
Maciej P.
2016-09-23 18:59:35
@Angus Bohater Meissnerowskiego "Pilota gwiaździstego znaku", porucznik Stanisław Latwis, zwykł był powiadać: "Zamiar, o którym wie zbyt wiele osób jest już na poły chybiony". To prawda. Dlatego powinienem milczeć. Powiem tylko, że pewien projekt majaczy w ciemnościach nieśmiało jak światła lokomotywy w tunelu pod Wzgórzem. Ze szczególnym naciskiem na "majaczy", bo do tego potrzeba czasu, czasu i jeszcze raz czasu. To znaczy czegoś, czego mam najmniej. :-) Pozdrawiam.
Komentarzy (3)

Druga twarz

  

czyli

Szybujemy ponad miastem

Czasami miasto, zupełnie niespodziewanie, odkrywa przed nami swoje inne - zazwyczaj skrzętnie chowane - niespodziewane oblicze. Mało reprezentacyjne, pozbawione wielkomiejskiego blasku, suterenowo-oficynowe. My, całkiem podświadomie wiemy, że każde miasto taką drugą twarz posiadało, ale kiedy przeglądamy albumy złożone z wyselekcjonowanych dawnych fotografii, prezentujących miasto od jak najlepszej strony, czasem zapominamy, że to tylko fasada, za którą kryje się zupełnie inny świat.

Ta dość szczególna panorama, wykonana została jak sądzę z dachu lub z ostatniej kondygnacji gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, czyli dzisiejszego gmachu banku PeKaO S.A.. Uwagę zwraca przede wszystkim skanalizowany potok Lipnicki.

Ten fragment ulicy zdaje się nie odbiegać zbytnio od stanu dzisiejszego. To oczywiście tylko złudzenie. Wystarczy przyjrzeć się uważnie, aby dostrzec szczegóły precyzujące datację zdjęcia, ot, choćby kamienny murek, barierę wieńczącą nabrzeże rzeki Białej. Ulica nie przekracza potoku. Oba brzegi spina w tym miejscu jedynie niewidoczna, bo schowana za narożną kamienicą Blechnera piesza kładka - na połączenie drogowe trzeba będzie poczekać jeszcze jakieś czterdzieści lat.

Przy samej ulicy widać kilka ciekawych, krytych dwuspadowymi dachami, pamiętających zapewne koniec osiemnastego wieku domów, które przez parę stuleci stanowiły jedyną architektoniczną dominantę tego starego fragmentu miasta. Mamy więc stojącą szczytem do ulicy chałupę Natana Berhanga, mamy bliższy, zaopatrzony w trzy szczytowe okna dom Josha, mamy wreszcie istniejący do dziś budynek z ocalałą także do naszych czasów oficyną - oba widoczne tuż przy dolnej krawędzi zdjęcia. Zabudowania wcinają się w gęstą zieleń ratuszowego parku.

Tymczasem samo miejsce jest dość szczególne. Jest jednym z najstarszych fragmentów Białej. Tutaj właśnie, to znaczy w miejscu ratuszowego parku i jego przyległości, usytuował się w czasach zamierzchłych pierwszy bialski blich. Ten zapomniany.

Z czasem jednak ten miejski zaułek - z powodu przyrastającej tkanki miejskiej, czyli nawarstwiającej się zabudowy - zaczął robić się coraz ciaśniejszy i jego blichowy charakter szybko zatracił się pomiędzy powstającymi tu zabudowaniami, aż wreszcie bialski plac blichowy został zlikwidowany i przeniesiony bardziej na południe. Ta część osady jednak - i to jest bardzo zastanawiające - nigdy nie została zabudowana zupełnie, aż do brzegu rzeki.

Wprawdzie z końcem XIX wieku na samym brzegu Białej powstała piękna, reprezentacyjna, istniejąca do dziś kamienica niejakiego Blechnera, która w sposób znaczący podniosła wizualnie status zaułka, to jednak moją uwagę zwróciły zupełnie inne zabudowania - te, które z domem Blechnera bezpośrednio sąsiadują.

Na tyłach domów Berhanga i Josha Widać dość pokaźną oficynę krytą łamanym dachem. To jedna z pozostałości po rzeźni spółki Uherek, Linnert i Sommer. Ta budowla ma swoją ciekawą hitorię.

Od 1842 roku wraz z pozostałymi budynkami kwartału spełniała zadania głównego budynku cechu rzeźników. Pamiętajmy, że Biała od samego początku swego istnienia była silnym ośrodkiem handlu bydłem i nierogacizną, nic więc dziwnego, że miasto szczególnie dbało o ten rodzaj rzemiosła. U schyłku stulecia budowla przeszła na własność trzech wzmiankowanych wyżej przedsiębiorców, którzy zmonopolizowali rynek mięsny w Białej, a powiedzenie "Iść do Uherka" było równoznaczne z wizytą w rzeźni i tak samo rozpoznawalne i niebudzące wątpliwości, jak dzisiejsze "Idę do Kasperka".

To jedno z najstarszych zdjęć przedstawiających ten fragment miasta. Wykonano je u schyłku XIX wieku, a więc w czasach, gdy widoczny na fotografii budynek znajdował się prawdopodobnie jeszcze w rękach trzech wspólnków. Prosperował doskonale.

Kiedy jednak w grudniu 1902 roku, dzięki staraniom władz miasta, wystawiono przy ulicy Komorowickiej nową, dużą przemysłową rzeźnię, stara masarnia przestała być opłacalna. Właściciele pozbyli się jej zatem, zbywając nieruchomości na rzecz miasta. Nie znam sumy, jaką za nieruchomości otrzymali, ale mam wrażenie, że nie mogła być mała. Ów Zaułek, mimo, że położony jakoś tak peryferyjnie i opłotkowo, należał chyba do łakomych kąsków. Oto już w 1903 roku budynki rzeźni przeszły na własność bialskiej gminy żydowskiej, która tutaj, to znaczy w tym niepozornym domku krytym czerwoną dachówką, urządziła siedzibę gminy.

Unikatowa fotografia, prezentowana pierwotnie w opracowaniu "Życie według wartości" autorstwa pana Jacka Proszyka (któremu z całego serca dziękuję za uprzejmość i zgodę na umieszczenie jej na łamach mojego bloga) przedstawia właśnie ten fragment miasta. Mamy tu więc budynek będący siedzibą gminy żydowskiej, który na parterze mieścił halę uboju rytualnego dla drobiu, dwie kuchnie i dwie jadalnie, na piętrze znajdowała się sala posiedzeń i kancelaria, a w piwicy mykwa z basenami wypełnionymi wodą deszczową.

Sama budowla przeszła gruntowny remont, została przebudowana więźba dachowa, zmieniono pokrycie dachu, powiększono też okna na parterze.
Warto zwrócić uwagę na niski budynek stojący tuż za siedzibą gminy, prostopadle do niego. Nie wiem, czy od samego początku należał do gminy żydowskiej, czy też został
zakupiony później, jedak i on stał się później własnością kahału.

Na tej późniejszej fotografii, wykonanej przed 1914 r. (fotografii również pochodzącej ze zbiorów pana Jacka Proszyka - dziękuję!) budynek przylegający bezpośrednio do jatki jest już dwupiętrowy i zaopatrzony jest w wysoki komin.

Oczywiście po budynkach samej gminy nie ma dziś śladu. Znikła jatka mięsna i niemal wszystkie zabudowania w jej bezpośrednim sąsiedztwie, pozostał tylko wysoki, stojący tuż nad brzegiem Białki, obecnie przebudowany przez developera, dwupiętrowy budynek z wysokim kominem, budynek, który - jak widać na powyższych zdjęciach - nie zawsze był dwupiętrowy.

Kiedy patrzy się na te wszystkie fotografie ma się wrażenie, że ten fragment miasta był mało ciekawym, zapuszczonym zaułkiem pełnym archaicznych zabudowań, oblepionych szopami, kamórkami, schowkami, pakamerami, klitkami, spiżarkami, składzikami i nie wiadomo czym jeszcze. Bieda brud i beznadzieja.

Cóż... Naprawdę? Każdy kto tak twierdzi, powinien przespacerować się w to miejsce dzisiaj...

Jednakże jeszcze i dziś, przynajmniej wirtualnie, możemy doszukać się śladów po budynkach sprzed ponad stu lat. Na mapie katastralnej tego obszaru, do dzisiaj istnieją pozostałości po dawnych, nieistniejących już w realu granicach działek. Jest także i działka, która interesuje nas szczególnie (288/2 z zakreślonym zarysem budynku jatki). Jak widać muchy w bursztynie przybierają czasami całkiem niespodziewaną postać.

____________________________

Kiedy patrzę na pierwszą fotografię, tę z 1933 roku, nasuwa mi się pewna refleksja. Ta panorama jest skadrowana bardzo sprytnie. My dzisiaj trochę narzekamy na to, że ktoś kiedyś skanalizował Niwkę, a przecież mogłaby ona - odsłonięta i wolnopłynąca - stanowić doskonały walor turystyczny i regionalny wabik na miarę cieszyńskiej Wenecji. Kiedyś jednak zapatrywano się na to nieco inaczej.

Jeszcze w pierwszej dekadzie XX wieku pocztówki ukazujące odkrytą Niwkę były dość częste. Później, kiedy do Bielska i Białej wszedł wielki świat, ten obszar miasta stał się już nie malowniczym zaułkiem, a wstydliwym piętnem, które trzeba przed światem ukrywać.

Ta tendencja utrzymała się aż do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, z których pozostała nam może pewna ilość zdjęć prywatnych, ale pocztówki? Kilka zaledwie nieśmiałych ujęć! Ale jakże ciekawych!

A więc już za kilka dni poszybujemy ponad dachami dalej, na wschód, aby przyjrzeć się innym, zazwyczaj dyskretnie ukrywanym, mało reprezentacyjnym fragmentom Białej...

2016-09-10 | Dodaj komentarz
Paweł
2016-09-13 13:35:39
Witam Panie Macieju. Poszukuje informacji na temat historii budynku przy ulicy Aleksandrowickiej 5, czy mógłby Pan wskazać jakieś zródło wiedzy lub instytucje, która się tego typu sprawami zajmuje ? Pozdrawiam. Paweł
Maciej P.
2016-09-14 09:38:56
Panie Pawle, przepraszam za zwłokę, ale mam teraz naprawdę gorący okres. Niestety, nie będę zbyt pomocny, bo o interesującym Pana domu wiem niewiele, prócz tego, że jest obiektem zabytkowym. Wybudowany w dość charakterystycznym stylu zwanym czasem niesłusznie "starobielskim" (niesłusznie, bo wbrew powszechnej opinii nie jest to zabudowa typowa tylko dla naszego obszaru - tego typu domy z charakterystycznymi łukowymi wejściami i tzw. "wysiadami", albo jak kto woli "wysiodkami" spotkać można na całym obszarze Śląska Cieszyńskiego i nie tylko, a także w ścisłej zabudowie miejskiej - choćby w Bielsku). Już w 1992 r. w zaktualizowanym przez Państwową Służbę Ochrony Zabytków Spisie obiektów zabytkowych, dom przy ul. Aleksandrowickiej 5 pojawia się jako obiekt zabytkowy. Z tego co się orientuję, to wyczerpujący opis tego budynku znajduje się w opracowaniu pod redakcją B. Krasnowolskiego pt: "Studium Historyczno-Urbanistyczne Bielska i Białej" (1992 - 1994) opracowanym w Pracowni Konserwacji Zabytków w Krakowie. Niestety głowy nie dam, bo opracowania nie posiadam, ale myślę, że albo Wydział Urbanistyki i Architektury przy UM w Bielsku, albo Biuro Rozwoju Miasta mogą służyć informacjami. Może też ktoś z Czytelników mógłby pomóc? Pozdrawiam.
Paweł
2016-09-14 14:22:15
Dziękuje i pozdrawiam Panie Macieju.P
Komentarzy (5)

Szaro, buro, łyso...

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

część czwarta


Po II wojnie światowej - z wiadomych względów - musiało minąć sporo czasu, zanim architektura na nowo odnalazła siły i radość tworzenia. Oczywiście to nie było tak, że zaraz po wojnie się nie budowało. Owszem, nawet niemało. Jednak w dziejach architektury pierwsze lata powojenne nie zapisały się raczej niczym szczególnym. Również w Bielsku. Dopiero powolny wzrost zamożności kraju, przyrost ludności, wreszcie mozół wydobywania z chaosu zakończony nieco inaczej, niż chciał ogół, przyniosły efekt w postaci nowej myśli budowlanej.

Zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych obywateli stało się dla partii celem najwyższej rangi (oczywiście zaraz po krzewieniu idei socjalistycznej). Zaangażowano do pracy tęgie głowy (tutaj już bez kpin - polscy specjaliści, architekci i inżynierowie, to byli ciągle fachowcy pierwszej wody), zaczęły powstawać dobre projekty, skutkiem czego, nawet mimo niesprzyjających warunków polityczno-społecznych, udało się stworzyć całkiem znośną rzeczywistość, która mieszkańcom miast polskich posłużyła za bezpieczne schronienie przed szalejącym za oknami komunistycznym zamordyzmem.

Pierwsze oznaki powojennych koncepcji były widoczne już przed wojną. To w latach trzydziestych - jak się już rzekło - powstawały wizje, które znalazły zrozumienie i szacunek nie tylko w latach czterdziestych, ale i dzisiaj cieszą oko i poczucie estetyki (vide osiedle w ogrodach Sułkowskich zwane Tel-Awiwem).

Sama koncepcja nie była zła. Miasto jako zbiór samowystarczalnych osiedli... Nawet mnie, który zna już wszelkie negatywne konsekwencje takiego założenia - gdzieś tam, głęboko w duszy ta wizja się podoba... Bo to jest koncepcja atrakcyjna. Nie ma co się oszukiwać. I w naszym mieście takie koncepcje też powstawały. Przyjrzyjmy się bliżej jednej z nich.

Osiedle Grunwaldzkie, którego trafność proporcji i stonowane wysmakowanie docenić można dopiero po latach, było przedstawicielem ostatniej już fali koncepcji architektonicznych przemyślanych od początku do końca, które pojawiły się w mieście przed ostateczną katastrofą. Stanowiących zwartą, zamkniętą, zatopioną w zieleń całość. Było zjawiskiem z estetycznego punktu widzenia systemowo zredukowanym do minimum, ale wybroniło się doskonale. Proszę tylko spojrzeć.

To jedno z moich ulubionych osiedli.

W połowie lat dziewięćdziesiątych byłem tu częstym gościem. Zazwyczaj rano, po nocnej zmianie w Prefabecie, zmęczony i bez ochoty na cokolwiek. To było trochę irracjonalne, bo zamiast wsiąść do autobusu pełnego niedobudzonych pasażerów, rozpoczynających dopiero dzień, zamiast jechać do domu i rzucić się na wyrko, wolałem wrócić do domu piechotą. Właśnie tamtędy. Czy winne temu było rześkie poranne powietrze, czy ciepłe blaski wstającego właśnie słońca? Nie mam pojęcia. W każdym razie - wiem, trochę to dziwne - spacer pomiędzy tymi szarymi budynkami sprawiał mi zawsze jakąś trudną do wytłumaczenia przyjemność.

No bo przecież w tej architekturze nie było raczej żadnego uroku, w tych monotonnych liniach żadnej finezji. A jednak.

Osiedle Grunwaldzkie to przykład typowego wczesnego PRL-owskiego osiedla mieszkaniowego, jakich pełno w wielu polskich miastach. Powstało w latach pięćdziesiątych, a więc dosłownie w przededniu wielkiego boomu betonowej płyty. Być może właśnie dlatego wzniesiono je jeszcze w pewnym urbanistycznym porządku. Budynki składające się na osiedle są dość niskie, nawet jak na ówczesne standardy. Architekci i urbaniści, autorzy projektu, słusznie uznali, że trzy kondygnacje (wliczając w to parter) to zupełne optimum jak na zatopiony (w przyszłości) w zieleń kompleks mieszkalny.

Na efekt trzeba było czekać dość długo. Dopiero w latach osiemdziesiątych osiedle, dzięki rozsądnie zaplanowanej zieleni, zaczęło stawać się przytulnym miejscem zamieszkania.
Wcześniej?
Wcześniej było naprawdę nieciekawie. Osiedle Grunwaldzkie na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych miało najgorszą chyba prasę pośród miejskich osiedli. Fatalny stan czystości, brak porządku, przepełnione śmietniki, wszechobecny brud i smród... I terroryzujące mieszkańców szczury. Wszystko to było na porządku dziennym. Nawet ludzka tragedia. Na początku lat siedemdziesiątych, w jednym z dołów, czy też raczej rowów, które przecinały w te i wewte całe osiedle, zasypało człowieka. Na śmierć.
Dzisiaj jest to jedno z mniejszych, ale i spokojniejszych osiedli (nie licząc wieczorów, kiedy na sąsiadującym stadionie gra TS Podbeskidzie, rzecz jasna).

Grunwaldzkie jest czymś w rodzaju nigdy nie zaginionego brakującego ogniwa pomiędzy modernistyczną, typowo śródmiejską zabudową, a nowoczesnym blokowiskiem. Jest jak pomost pomiędzy starym porządkiem a... nowym bezładem.

Jednakże jeśli chcemy patrzeć na historię architektury, powinniśmy zachować ścisły porządek. Również chronologiczny.
Przecież w międzyczasie (czyli pomiędzy moderną, a wielką płytą) architektoniczną rzeczywistość naszego umęczonego kraju opadła kolejna zmora - socrealizm. I tutaj chciałbym zauważyć, że w naszym mieście, na całe szczęście, socrealistyczny zakichany patos nie znalazł sobie miejsca. Wprawdzie osiedle Grunwaldzkie w jakiś sposób może aspirować do roli reprezentanta tego zadekretowanego oficjalnie w 1949 r. nurtu, to jednak w istocie pod wieloma względami jest mu przeciwne, stanowiąc na tle socrealistycznych wykwitów szczególny i piękny przykład (bo obok soc-patosu to osiedle nawet nie leżało).

Stało się tak również i dlatego, że Bielsko nie zostało w czasie wojny zniszczone, dzięki czemu ideolodzy soc-realnej architektury nie mieli gdzie wtrynić tego swojego monumentalnego chłamu - a przedmieścia i peryferia leżały poza zainteresowaniem przesiąkniętych stalinowskim duchem pseudo specjalistów. I całe szczęście, że tym aparatczykom nie przyszło do głowy wyburzyć bielskiego starego miasta (a dlaczego by nie?!) i zabudować je w nowym, lepszym, socrealistycznym warszawsko-nowohucko-stalowowolskim duchu. Gdyby tak się stało, zamiast zamku mielibyśmy monumentalny Pałac Historii, zamiast Rynku Plac Wieców z figurą krzepkiej chłopki ze snopem świeżo zżętego zboża, mój ulubiony Antykwariat Staromiejski zdobiłby łuk tryumfalny z gwiazdą, a galeria "Wzgórze" Franka Kukioły witałaby nas spracowanym hutnikiem nad wejściem. Albo górnikiem z kilofem w sękatej dłoni.
Dobrze, że tak się nie stało.

Widok z dachu Hotelu "President" na zabudowę Białej. Poszerzona ulica 11 Listopada z imponującą zabudową mieszkalno-usługową i torowiskiem tramwajowym linii 3 do Lipnika. Na pierwszym planie dachy bloków przy Cechowej, w tle kominy elektrociepłowni "Złote Łany". Tak miało wyglądać nasze miasto.

To oczywiście żart. Powyższe zdjęcie to widok Nowej Huty, jednak ta wizja wcale aż tak daleka od rzeczywistości nie jest. Powojenni rekonstruktorzy (czy raczej dekonstruktorzy) przestrzeni mieli na nasze miasto olbrzymią chrapkę i gdyby nie ich tchórzostwo i wewnętrzne partyjne spięcia, skończyło by się to naprawdę źle. O zamiarach ówczesnych władz i ich nieliczącym się z niczym i nikim sposobie myślenia przestrzennego świadczą omawiane już na łamach tego blogu szaleństwa wyburzenia przy zamku czy w śródmieściu Białej. Na całe szczęście w wielu innych przypadkach stanęło tylko na zmianie nazw ulic...

Tymczasem "rekonstrukcja" przestrzeni, ominąwszy historyczne centrum, zapłonęła wielkim ogniem na peryferiach. I na osiedlach.
Powołano do życia wielką płytę.

*

Kiedy mówi się o blokach z wielkiej płyty, przychodzą zazwyczaj na myśl mocno pejoratywne skojarzenia i górę biorą emocje z pogranicza histerii i depresji. Ale chyba nie do końca słusznie (naprawdę to napisałem?).
Główne dwa zarzuty, jakie czyni się wielkiej płycie, to to, że była monstrualna i szara. Z monstrualnością pogodziliśmy się z konieczności - brak mieszkań z jednej strony i pojemność takich gigantycznych szaf z drugiej, szybko uzasadniły istnienie w miejskiej przestrzeni kilkunastopiętrowych molochów (osiedle Karpackie to przecież bez mała 3600 mieszkań).

Jeśli zaś chodzi o szarość, do dziś nie potrafimy sobie poradzić z tym problemem. I wcale nie mam na myśli tego, że powinniśmy wreszcie z tą szarością coś zrobić (bo od kilku lat robi się z nią rzeczy naprawdę niewyobrażalne i absolutnie karygodne), ale raczej to, że szarość - niestety - jest dla wielkiej płyty JEDYNĄ rozsądną alternatywą.
Dlaczego?

Już tłumaczę. Kiedy w latach pięćdziesiątych, w odpowiedzi na gorączkę mieszkań, zaczęto projektować budynki, które byłyby tych potrzeb zaspokojeniem, uznano, że dwóch dominant: rozmiaru i koloru nie da się pogodzić. Już sam rozmiar jest zbyt przytłaczający, aby dopychać jeszcze kolorem! Koniecznym było więc, aby z któregoś z nich zrezygnować.
Tak, drodzy Państwo. Szarość naszych blokowisk była celowa i miała konkretne, sensowne i logiczne uzasadnienie!

Filip Springer w swojej fenomenalnej książce "Wanna z kolumnadą" puentuje ten fakt niezwykle celnie:


"To między innymi dlatego kolorami modernistów, którzy wymyślili wielkie bloki, była biel i szarość. Uważali, że wielkie domy dominują w przestrzeni na tyle, że dodawanie do nich silnych akcentów kolorystycznych byłoby już wizualnym barbarzyństwem. Wielka elewacja miała być jedynie tłem dla życia osiedla, a nie jego głównym elementem. Rozumieli to w większości projektanci polskich blokowisk, zapomnieli ci, którym przyszło te osiedla modernizować."

Nie jest więc prawdą, a przynajmniej nie jedyną, że PRL-owska szarość wywołana była brakiem farb w sklepach i deficytem poczucia piękna w głowach architektów.

Tym bardziej zdumiewa fakt, że dziś próbujemy radzić sobie z monotonią blokowisk poprzez galopującą pastelozę, mając jakieś złudne, nie wiem skąd wynikające, przeświadczenie, że jak na fasady napaćkamy od metra odcieni żółci, cynobrów, fuksji i grynszpanów, to osiedla ożyją, staną się bardziej znośne do życia i weselsze.


Nie. Będą estetycznie niestrawne, żenująco zinfantylizowane, żywcem wyjęte ze snu szalonego kolorysty. Staną się nie do zniesienia. Już są nie do zniesienia!

A wszystko tylko dlatego, że szarość po prostu źle się niektórym kojarzy. I że to fatalne skojarzenie próbują oni jakoś przepracować. Ale czynią to w sposób idiotyczny. I rękami pań sekretarek z zarządu (bo przecież nikt nie zna się na kolorach lepiej niż pani Krysia z ADM-u, czy Strzechy).
A potem powstają takie szkaradzieństwa.


Z przerażeniem obserwuję, co dzieje się na odcinku bielsko-bialskich blokowisk i czasem aż oczy przecieram ze zdumienia.
Kiedyś nasze miejskie osiedla otrzymywały nagrody za koncepcje urbanistyczne, za kształt i formę. Tak, tak, te szare, wielopiętrowe molochy, budowane w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, chwalono i nagradzano za umiejętne wkomponowanie w krajobraz i nawiązanie do beskidzkich szczytów, będących dla tych mrówkowców tłem (wiem, wiem - jakie czasy takie nagrody...).
Jednak dziś na siłę rozwesela się je, stosując karygodne techniki kolorowankowe. Dziś, próbuje się naprawić coś, co wydaje się złe, a w konsekwencji wychodzi jeszcze większa bieda.
Chyba czas powiedzieć: dość!

Tutaj architektura jeszcze walczy. Kiedy patrzę na ten obrazek uchwycony na bialskim osiedlu Śródmiejskim, mam wrażenie, że ta potężna szara bryła toczy rozpaczliwy, srogi bój o godność, tragiczną bitwę o zachowanie resztek dumy i honoru, próbując powstrzymać kroczącą infantylizującą całą przestrzeń publiczną "wesolutką" manię kolorowania.

Patrzę i zaciskam pięści. Z wściekłości i niemocy.


Kiedy patrzy się na historię architektury, również tę, która realizowała się tysiącami projektów w Bielsku i w Białej, dopada człowieka smutna refleksja o swoistym uwiądzie tej dziedziny ludzkiego życia. Wydaje się, że mamy do czynienia z katastrofą, ku której zmierzała od samego zarania, od form idealnych, doskonałych, przez wysmakowane, coraz prostsze, ale niepozbawione harmonii, aż do coraz bardziej zindywidualizowanych, idących pod prąd projektów... Stylowa ewolucja, a raczej dewolucja zamknięta mocnymi, pustymi akordami nieuporządkowanej choć przecież prostej (prostackiej) myśli, wydaje się być kompletnym fiaskiem idei piękna i harmonii na rzecz użyteczności i solidności. Ciekawe jest natomiast to, że ten uwiąd jest zjawiskiem dotyczącym właściwie tylko ostatniego stulecia. To dwudziesty wiek wprowadził w architekturze zmiany idące tak daleko, że w tej chwili ich ogrom wydaje się przytłaczający, a konsekwencje nieodwracalne.


Czy da się dzisiaj temu zaradzić? Czy możliwe jest jeszcze, aby architektura jako nauka i sztuka odrodziła się w projektach, których nowoczesność nie jest alternatywą dla harmonii, a jej uzupełnieniem? Mam nadzieję, że tak.
Gorąco w to wierzę.

_______________________


Moją subiektywną historię bielsko-bialskiej architektury - szkic z oczywistych względów niepełny, może schematyczny, a być może i kulawy - zakończę właśnie tutaj. Nie napiszę nic o architekturze współczesnej, tej, która wyrasta na naszych oczach. Powód jest prosty - ona nie jest już historią, a teraźniejszością właśnie. Zajmą się nią, mam nadzieję, w obiektywny sposób pokolenia przyszłe. I wierzę, że znajdą dla niej duże pokłady wyrozumiałości. Będzie im potrzebna.

Natomiast z całą pewnością wkrótce pojawi się mały dodatek o architekturze przemysłowej, której w "stronniczej i subiektywnej..." zabrakło, a której brak jest zwyczajnie karygodny.

2016-07-30 | Dodaj komentarz
Angus
2016-08-01 09:01:07
Ucieszył mnie ten fragment o osiedlu Grunwaldzkim. To rzeczywiście przemyślana koncepcja architektoniczna, szczególnie ciąg bloków wzdłuż Rychlińskiego z "pasażowym przejściem" . Inna sprawa, to standard mieszkań - gomułkowski - cóż, takie czasy były. A osiedle znam doskonale, bo spędziłem tam całą niemal podstawówkę. Natomiast Śródmiejskie to niestety architektoniczny wrzód na żywej tkance naszego miasta.
Maciej P.
2016-08-01 11:29:10
@Angus. Grunwaldzkie musiało się pojawić, bo do tego fragmentu miasta - prócz tego, że jest po prostu osiedle kompletne - mam sentyment. Osiedle Śródmiejskie natomiast, to już nie jest wrzód (bo nie da się go przeciąć), to zarośnięta paskudna blizna, która zostanie na wieki. Pozdrawiam ciepło.
Pseudonim
2016-08-05 13:55:13
Tak, miasto szczęśliwie zostało ominięte przez budynki socrealizmu. Chociaż...w takim właśnie duchu wybudowano biurowiec BPBP przy ul. Warszawskiej oraz Zespół Szkół im. S. Żeromskiego na wspomnianym Tel Avivie...
Lucy
2016-09-16 11:58:51
Na moje zdziwienie na temat kolorów bloków na os. Karpackim pan z działu technicznego spółdzielni odparł: "żeby było weselej"... Komu weselej, temu weselej...
Maciej P.
2016-09-16 20:31:09
@Lucy. O właśnie! To tylko potwierdza diagnozę Filipa Springera: o rzeczywistości, w której żyjemy decydują ignoranci, pięknoduchy i - czasami - wichrzyciele. Ci ostatni celowo dekonstruują świat wokół nas, ale tych jest akurat najmniej i nie są groźni (poza tym prędzej, czy później z tego buntu w końcu wyrosną), natomiast coraz więcej mnoży się tych pierwszych. I to jest przerażające, bo oni nawet nie zdają sobie sprawy z błędów, które dekretują swoimi działaniami i "powagą swych stanowisk". Ale z drugiej strony... czego się spodziewać w czasach, gdy księgarnie sprzedają więcej kolorowanek dla dorosłych, niż klasyki literatury... Pozdrawiam ciepło.
Komentarzy (4)

Czytelnicy mnie uduszą

  

czyli

Tak, wracam na skrzyżowanie. To skrzyżowanie!


Kolejny raz przekonałem się (czy też raczej do takiej refleksji i konkluzji zmusiła mnie moja głupota i krótka pamięć, ale także konieczność chwili), że porządny katalog zapisanych na dysku zdjęć, z precyzyjnym datowaniem i pełnym otagowaniem to sprawa nie do przecenienia. Obrazki należy dokładnie opisywać i katalogować, żeby nie dochodziło do takich sytuacji! Jakich?

Oto na rzeczonym dysku znalazłem fotografię, która zresztą na tym blogu była już publikowana, a która prezentuje najczęściej przeze mnie ostatnio poruszany, wzmiankowany i analizowany fragment miasta. Ubzdurałem sobie, że ze skrzyżowaniem Partyzantów, Michałowicza i 1 Maja związana jest swego rodzaju tajemnica, która tłumaczy taki a nie inny przebieg dawnej ulicy Blichowej i trzymam się tego jak pijany płotu. To znaczy trzymam się tezy, że tam jest jakaś tajemnica.

Szukałem więc potwierdzenia tego pomysłu, który z każdym dniem zaczął mi się wydawać jakoś tak średnio potwierdzalny (przynajmniej w świetle mojej wiedzy i dostępnej ikonografii).

Tymczasem ni z tego, ni z owego natrafiłem niespodziewanie na tkwiącą na dysku mojego komputera (gadzina ukryła się w folderze "Blich" - prawda, że diablo nieprzewidywalnie?) datowaną na rok 1919 fotografię, na której skrzyżowanie Blichowej i Górskiej widoczne jest jak na dłoni.

Oto widok od południa, w kierunku centrum miasta. Fotograf robiący to zdjęcie znajdował się najprawdopodobniej na piętrze, w oknie kamienicy Fussgängera, której cień widać na bruku ulicy Blichowej na pierwszym planie. Po prawej stronie, tuż przy krawędzi zdjęcia można się domyślać wylotu uregulowanej już pięknie ulicy Alleegasse. Dalej, także po prawej stronie widzimy kryty stromym dachem, charakterystyczny dla bielskich przedmieść dom wolnostojący. Takie domy, jeden przy drugim, stały przy wszystkich drogach wylotowych z miasta, przez długie wieki. Przypuszczam, że ten konkretny legitymuje się rodowodem sięgającym początków XIX wieku, lub nawet jeszcze wcześniejszym. Perspektywa ulicy Blichowej zamknięta jest zabudowaniami fabryki Mänhardtów. Ale najciekawsze jest w centrum i po lewej stronie zdjęcia.

Tak, tak! Widoczny od szczytu, kryty naczółkowym dachem dom, to nie kto inny, ale bohater wielu naszych wpisów! Stojący w osi ulicy Blichowej budynek, który od dłuższego już czasu zaprząta moją uwagę, jest tu widoczny w całej niemal okazałości, wprawdzie, jak już napisałem - od szczytu, ale przecież bardzo wyraźnie.


Patrzę więc na niego uważnie, usilnie badam każdy milimetr sfotografowanych murów, rozpaczliwie próbuję wyłapać w nich coś, co wyjaśni mi, dlaczego, do diaska, ten dom tak długo stał w poprzek drodze, dlaczego był taką świętą krową Blichu, że przez dekady, a może i wieki nikt nie był w stanie go stamtąd usunąć. A wraz z nim prostopadłej doń oficyny...
Patrzę więc, i patrzę, i, niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że jak na złość nie ma w tej budowli nic szczególnego. Ot, zwykły dom mieszkalny odchodzącej, niemodnej epoki. Relikt pradawnych czasów, kiedy miasta formowano z takich właśnie, na wpół wiejskich chałup, które tym tylko od wiejskich się różniły, że kryte były tanią papą. Jedyne, co udało mi się ustalić, to to, że w tym konkretnym domu, w czasach komuny mieścił się niewielki sklepik mięsny.

Jednak to, co w tym zdjęciu przykuło moją uwagę najbardziej, to obszar na lewo od rzeczonego domu - średnio zagospodarowana przestrzeń za wysokim parkanem, tuż przy ulicy.

Trudno orzec, czy mamy tu do czynienia z ogrodzonym terenem przyszłej budowy, warsztatem, ogrodem, czy z tzw. wiecznym nieużytkiem (a wiec obszarem, którego właściciel, ogrodziwszy go uprzednio solidnym płotem, postanowił przeczekać złą powojenną koniunkturę i zamrozić nieruchomość w oczekiwaniu na lepsze czasy).

Jednakże sama przestrzeń za ogrodzeniem wydaje się być intensywnie użytkowana, o czym świadczą koleiny i jakiś surowiec składowany pod wiatą... Mamy więc być może do czynienia z warsztatem wymagającym dużej przestrzeni.

Doskonale pasuje tutaj zakład obróbki drewna, bo przecież przez parcelę, jeszcze do niedawna, przepływał Sikornik, który w zamierzchłych, niezelektryfikowanych czasach mógł napędzać piłę (na tym zdjęciu ponad skanalizowanym już potokiem przechodzą właśnie, widoczne na pierwszym planie, kobiety w śnieżnobiałych zapaskach). Żeby było śmieszniej, ulicę Blichową w tym miejscu, tylko nieco dalej na północ, zaledwie dwadzieścia lat wcześniej przecinał jeszcze jeden potok - Młynówka. Ta sama młynówka, która napędzała młyn przy ul. Młyńskiej i która potem łączyła się z Sikornikiem (gdzieś w okolicy dzisiejszego przejścia dla pieszych przez ul. Młyńską, tuż przy stacji paliw) i która kilkaset metrów dalej obmywała zamkowe mury, aby ostatecznie połączyć się z Niprem i zakończyć swój żywot wysączając się z piwnic kamienicy radcy Burdy wprost do Białki.

Którędy płynęła Młynówka? Na tym zdjęciu, gdyby było zrobione ćwierć wieku wcześniej, widzielibyśmy ją spływającą od lewej, mniej więcej wzdłuż płotu, przy którym stoją kryte skośnymi dachami szopy na ogrodzonej parceli, skosem przecinałaby ulicę i kierowałaby się wzdłuż parkanu drewnianej chałupy widocznej przy prawej krawędzi zdjęcia.

Mamy więc nie jeden, a dwa cieki, które mogły być niegdyś naturalnym napędem dla miejscowego przemysłu.

Zatem tartak?
Całkiem możliwe, choć głowy nie dam.
Może zakład kamieniarza?
A może jatka, skoro w pobliskim domu udało się zlokalizować istniejący jeszcze pół wieku później sklep mięsny?
A wcześniej folwark?

A może jeszcze coś innego?


Tak czy inaczej, jedno jest pewne: coś było na rzeczy. I być może wcale niekoniecznie tartak, kamieniarz, czy inna, chroniona przez magistrat firma ogólnej użyteczności.

Może faktycznie zwyczajne wyprostowanie drogi było zbyt kosztowne? Jeśli dokładnie przypatrzymy się lewej stronie fotografii, zauważymy, że zarówno grunt za parkanem, jak i linie okien i dachów budynków stojących tuż przy wylocie ulicy Górskiej (ich dachy i tylne ściany widoczne są dość wyraźnie ponad trzema drewnianymi szopami) biegną w górę, sugerując, że ogólny przebieg warstwic w tym "fyrtlu" jest dość gęsty, a więc teren wznosi się w kierunku zachodnim. Być może jest to właśnie bezpośredni dowód na to, że na samym środku dzisiejszego skrzyżowania, całkiem jeszcze niedawno tkwiła trudna (i wcześniej nieopłacalna) do niwelacji przeszkoda w postaci wyniesienia. Łatwiej i taniej było tę przeszkodę ominąć, niż wcinać się w nią generując koszty.

W pewnym sensie to oczywiste, bo przecież na zachód od Blichu zawsze było wyżej. Procesy geomorfologiczne w dolinie Białej utworzyły tu wybitne wzniesienia, których dominantami są Kozielec i Młyńskie Wzgórze. A jednak dzisiaj, kiedy cały obszar skrzyżowania jest równy i płaski jak stół, trudno wyobrazić sobie, że jeszcze kilka dekad temu było inaczej.
I dlatego tak bardzo chciałem znaleźć jakiś dowód, że w istocie ulica Blichowa była krzywa właśnie z winy tego konkretnego pagóra. Albo z jakiegoś innego powodu.

A nie, że była krzywa, bo tak!

Czy mi się udało?
Nie wiem. I pewnie się nie dowiem.
Ale temat zostawiam - tym razem już naprawdę. Być może kiedyś, w dalekiej przyszłości znów znajdę na swoim własnym komputerze jakieś zdjęcie, które sprawę wyjaśni. I zważywszy na bałagan, jaki panuje na moim dysku, wcale bym się nie zdziwił, gdyby to zdjęcie już dziś tkwiło w folderze zatytułowanym "Wyjaśnienie zagadki skrzyżowania - zdjęcia, relacje świadków, wycinki prasowe, unikatowe dokumenty i archiwalne ujęcia z drona".

Taaa.... Na dziś dość.
Jutro wracam wpisem o historii architektury.

2016-07-29 | Dodaj komentarz
gjp
2016-08-01 09:33:06
To zdjęcie dość niedawno było opisane tutaj - http://www.historia.beskidia.pl/modul/wehikul/typ/wehikul/id/4909_bielsko_-_biala_niech_sie_swieci_dzien_pierwszego_maja!_status_quo_ante_i_post_ante/index.html, wraz ze współczesnymi fotografiami. Wklejam tu także z uwagi na zawarte tam pytanie - gdzie szyny trakcji tramwajowej?
Maciej P.
2016-08-01 11:18:02
Tak, wiem. Kilka dni temu pokusiłem się nawet o mały komentarz do tego zdjęcia, w którym sugeruję rozwiązanie zagadki braku torów tramwajowych.
gjp
2016-08-01 22:57:24
a gdzie można przeczytać ten komentarz?
Maciej P.
2016-08-01 23:07:48
Mój komentarz jest pod linkowanym zdjęciem na Beskidii. Autor - farestart. :-)
Komentarzy (2)

Dwa zamki, trzy biblioteki

  

Czyli

Kolejna szalona hipoteza

Stali Czytelnicy mojego blogu doskonale wiedzą, że w dziedzinie bielicjanów istnieją takie tematy, które rozpalają moją wyobraźnię do białości. Jednym z nich jest sprawa zaginionego (chyba bezpowrotnie), powstałego na początku osiemnastego wieku księgozbioru niejakiego Frölicha.

Sprawa, choć właściwie powszechnie znana, kryje kilka tajemnic. Ich odkrywanie jednak - tutaj muszę wszystkich Czytelników uczciwie ostrzec - będzie się w niniejszym wpisie odbywało z tak bezprzykładnym łamaniem wszelkich zasad i gwałceniem naukowej metodyki, że wszystkich bardziej wrażliwych na takie haniebne akty intelektualnego barbarzyństwa upraszam o nieczytanie tej notki.

Tymczasem ad rem.
Zygmunt Frölich, syn Andrzeja Frölicha, bielski patrycjusz, był pisarzem, a właściwie dyrektorem zamkowej kancelarii na dworze właściciela państwa bielskiego, Juliusza Gottlieba Sunnegha. Zygmunt przez lata pracy na urzędzie zgromadził pokaźny księgozbiór, bibliotekę składającą się przede wszystkim - jak twierdził Reginald Kneifel w 1804 roku w swojej "Topografii Cesarsko-Królewskiej części Śląska" - z pozycji prawniczych, ale również i z książek "do czytania".

26 października 1720 roku Frölich, na mocy testamentu, przekazał swój bogaty księgozbiór miastu, tworząc tym samym pierwszą na Śląsku Austriackim bibliotekę publiczną. Wsparł też jej powstanie sporą jak na owe czasy sumą 400 florenów.

W roku 1804, w Brnie wydana została "Topografia Cesarsko-Królewskiej części Śląska". Jej autor dość dokładnie przedstawił Bielsko wraz z jego instytucjami i budynkami. Poświęcił też spory akapit bibliotece Frölicha, o której wzmiankę umieścił przed akapitem traktującym o towarzystwie strzeleckim i przed rozdziałem o obronności miasta.

Jedynym oryginalnym dokumentem, jaki zachował się do dziś jest odpis testamentu Frölicha (kancelista zmarł 29 listopada 1720 r.). Natomiast nie dotrwał do naszych czasów żaden dokument mówiący choćby ogólnie o charakterze księgozbioru, żaden pisany ślad (prócz wzmianki Kneifla), który rzucałby choć odrobinę światła na jego specyfikę, jego ducha i formę. Można więc tylko wierzyć panu Reginaldowi, że nie były to pozycje li i jedynie jurystyczne. Skoro bowiem biblioteka miała być publiczną, skoro z librarium mieli korzystać wszyscy mieszczanie, nie mógł to być zbiór stricte fachowy.

Co się stało z biblioteką Frölicha? Można przypuszczać, że przez prawie sto lat doskonale funkcjonowała (inaczej Reginald Kneifel nie umieściłby jej pochlebnego opisu w swojej "Topografii..."). Z całą pewnością służyła spragnionym słowa pisanego mieszkańcom miasta. Pierwotnie biblioteka Frölicha przechowywana była na zamku, jednak władze miasta, w trosce o lepszy dostęp bielszczan do księgozbioru, zawnioskowali o przeniesienie woluminów do ratusza. Początkowo były to próby nieskuteczne, radca prawny zamkowej kancelarii nie zgodził się na ekspedycję książek w ratuszowe mury z powodu kiepskiego stanu budowli.


Ostatecznie przeniesienie biblioteki nastąpiło w lipcu 1793 roku. Miasto wyznaczyło nawet osobę odpowiedzialną za opiekę nad zbiorem. Bibliotekarz Paweł Schubut sprawował tę funkcję prawdopodobnie aż do smutnego końca biblioteki, czyli do fatalnego dnia 6 czerwca 1808 roku, kiedy to w tragicznym pożarze spłonęło miasto, a wraz z nim prawdopodobnie i księgozbiór.

Piszę "prawdopodobnie", bo cały czas mam nadzieję, że jednak udało się książki przerzucić w bezpieczne (jak wówczas sądzono) miejsce, na przykład na zamek. Że nie zaginął ten unikalny w skali środkowej Europy zabytek myśli, kultury i cywilizacji.

Najpewniej są to z mojej strony zwyczajnie pobożne życzenia - o bibliotece bowiem słuch zaginął nie tylko w realu, ale także i w "mediach", to znaczy od chwili pożaru, przez ponad trzydzieści lat, o dziedzictwie Frölicha źródła milczą.

W 1843 roku w dokumentach miejskich pojawiła się wzmianka o pozostałości kapitału fundacji Frölicha. Oznacza to, że w świadomości mieszkańców miasta pamięć o bibliotece była ciągle żywa. Rozpoczęto nawet starania o wskrzeszenie biblioteki, jednak ta, w swej pierwotnej formie, stworzonej przez dyrektora zamkowej kancelarii Frölicha, już się nie odrodziła.


Jestem niepoprawnym romantykiem. Cały czas zadaję sobie pytanie, czy prócz pieniędzy zachował się jakiś nikły strzęp, jakaś resztka księgozbioru, jakiś cień dawnej bibliotecznej świetności miasta?

Dziś na ten temat możemy już tylko spekulować.

Więc ja z wielką przyjemnością oddam się spekulacjom.

Ale zaczniemy z zupełnie innej beczki.
Czy wiedzieliście, że w Bielsku było więcej zamków niż jeden, ten powszechnie znany? No dobra, trochę przesadziłem. W istocie (podobnie jak w dowcipie o złodziejach samochodów w Moskwie) prócz zamku Sułkowskich był jeszcze tylko jeden, w dodatku nie do końca w Bielsku, no i niezupełnie zamek...


Kiedy w 1836 roku wybuchł w mieście najstraszniejszy w historii pożar, kiedy spłonęło całe zasadnicze miasto a także duża część przyległych przedmieść, kiedy wypalone pierwsze i drugie piętro zamku przestały nadawać się do zamieszkania, młody właściciel bielskiego dominium, Ludwik Jan Sułkowski, który powrócił do miasta na stałe w 1840 r. przeniósł się do leżącego w Kamienicy, niewielkiego Wilhelmshofu.
Wybudowany przez Fryderyka Wilhelma Haugwitza w latach czterdziestych osiemnastego wieku folwark stał się dla młodego właściciela dóbr bielskich domem na lata.

Dzisiaj nic nie wskazuje na to, że budowla stojąca na terenie Zarządu Zieleni Miejskiej pełniła kiedyś funkcję "zamku zastępczego". Tak jednak było w istocie. Po pożarze bielskiego zamku i przez lata jego remontu, a potem przebudowy, Ludwik tutaj właśnie rezydował prowadząc sielskie życie u stóp Beskidu.

Oczywiście w połowie dziewiętnastego wieku ten budynek wyglądał zupełnie inaczej. Był to podmurowany dom drewniany o mansardowym dachu krytym gontem.

Jeszcze pod koniec XIX wieku folwark Wilhelmshof wyglądał niemal tak samo, jak wówczas, kiedy hrabia Haugwitz wznosił go półtora wieku wcześniej. Zadziwiające, że księciu Sułkowskiemu wystarczała taka chałupina! Dom wprawdzie był dość obszerny ale raczej jak na dzisiejsze standardy i na potrzeby czteroosobowej rodziny. Tymczasem przez kilka lat była to stała siedziba nie byle kogo - księcia na Bielsku, szlachcica herbu Sulima, syna księcia i baronówny Luizy z Lariszów... Cóż, mówi się, że ród Sułkowskich to rodzina oryginałów. Tak. Coś w tym jest.

Rodzina Sułkowskich na krótko utraciła folwark. Franciszek Sułkowski, dziad Ludwika, sprzedał tę nieruchomość i najpewniej dokonałaby ona swego żywota zapuszczona i zaniedbana, gdyby nie starania Aleksandra Józefa, syna Franciszka, a stryja Ludwika. Wykupił on jeszcze przed 1804 rokiem Wilhelmshof, który ostatecznie - zgodnie z życzeniem ojca i po jego śmierci - otrzymał młodszy syn Franciszka, Jan Nepomucen.
Widoczny na powyższej fotografii Wilhelmshof to już budynek po rozbudowie przeprowadzonej w początkach XX wieku.

Również z początków XX wieku pochodzi ta mapa. Aż trudno uwierzyć, że przez kilka lat, do 1849 roku, to niepozorne domostwo, te skromne zabudowania, stanowiły siedzibę księcia i jego rodziny.

Dlaczego w ogóle piszę o folwarku w Kamienicy? Dlaczego czynię to w kontekście biblioteki Frölicha?


Już tłumaczę.

Kilka dni temu wpadło mi w ręce intrygujące opracowanie autorstwa pani Weroniki Ćwiertni pt. "Biblioteki publiczne w Bielsku w latach 1720 - 1939". Książka wydana w 1969 roku, opisująca losy bielskich księgozbiorów i wypożyczalni na przestrzeni ponad dwustu lat, wydaje się być stosunkowo słabym źródłem informacji, biorąc pod uwagę postęp w zdobywaniu wiedzy na temat dziejów naszego miasta, jaki się dokonał od lat sześćdziesiątych. Pięćdziesiąt lat bez mała to naprawdę olbrzymi szmat czasu.

A jednak...

W napisanej przez doktora Ryszarda Kincla (autora kapitalnego "Kłopotliwego księcia Sułkowskiego") recenzji, będącej swoistym uzupełnieniem publikacji pani Ćwiertni, natrafiłem na niezwykle interesujący ślad, który mnie - niepoprawnego romantyka i tropiciela sensacji - zainteresował szczególnie. Oczywiście największe emocje wzbudziła część dotycząca biblioteki Frölicha, ale przecież nie tylko - emocje związane z Frölichem opadły już nieco. Zresztą o księgozbiorze dyrektora zamkowej kancelarii nie można już chyba więcej powiedzeć, natomiast można próbować naświetlić los innych księgozbiorów, które przewijały się przez ręce związanych z Bielskiem znamienitych person.

Oto pan Kincel przedstawiając los biblioteki Sułkowskich, pisze o zdeponowanym przez Ludwika w Folwarku Wilhelma olbrzymim zbiorze książek, z których dużą część stanowiły pozycje dotyczące geografii (Ludwik już wówczas, to znaczy na początku lat czterdziestych, poważnie myślał o emigracji do Ameryki). W biblioteczce znajdowały się więc pozycje typu: "Ameryka w obrazach", czy "Niemcy w Ameryce". Zbiór liczył 475 książek i zawierał także pozycje polskojęzyczne, np. "Polskie pieśni ludowe".

Właściwie nic w tym dziwnego, skoro książę Ludwik mieszkał w folwarku, oczywistą oczywistością jest, że miał tam wszystko, czego potrzebował do życia, zatem również swoje książki. Ciekawsze w tym wszystkim jest co innego. Otóż nieco wcześniej - jak twierdzi Ryszard Kincel - inny księgozbiór, w dodatku znacznie większy, znajdował się na... bielskim zamku.

Zainicjowana w latach siedemdziesiątych osiemnastego wieku przez żonę Franciszka de Paula Sułkowskiego (dziadka Ludwika) biblioteka była, jak sądzę, biblioteką prywatną. Składała się z 837 tytułów, biorąc jednak pod uwagę, że wiele z nich było dziełami wielotomowymi (np. Dzieje Francji to 23 tomy, a pełne wydanie dzieł Woltera - 61), szacuje się, że cała biblioteka liczyła ponad 1000 woluminów.

O ile się orientuję, zachował się do dziś wykonany ręką księżnej Judyty Sułkowskiej spis książek z jej biblioteczki. "Katalog moich książek sporządzony pierwszego sierpnia 1796 roku" zawiera wykaz kategorii, na jakie podzielono książki. Mamy tutaj więc pozycje geograficzne, historyczne, encyklopedie, poezję, powieści, listy, komedie, dzieła wojskowe, mapy...

I znów trzeba przyznać, że sprawa nie powinna raczej wzbudzać żadnych podejrzeń (prócz jednej wątpliwości, o której za chwilę), bo prywatne księgozbiory poszczególnych członków rodzin książęcych nie były żadną osobliwością i pozostawały raczej na porządku dziennym.

Sprawa komplikuje się jednak, kiedy wczytamy się w tekst pana doktora Kincla. Ze zdumieniem bowiem zuważymy, że przytacza on informację o... jeszcze jednym, trzecim już z kolei księgozbiorze, który w tym samym czasie istniał i funkcjonował w Bielsku! Na zamku!

Sporządzony 26 listopada 1853 roku "Katalog dzieł znajdujących się w książęcej bibliotece zamkowej" zawierał 541 pozycji! W dodatku co najmniej dziesiąta część tej biblioteki to były księgi, które dziś musielibyśmy nazwać prawdziwymi rarytasami. Kilkadziesiąt pozycji pochodziło z szesnastego, i siedemnastego wieku (najstarsza książka datowana była na 1502 rok!).

W bibliotece tej znajdowały się także polonika. Na przykład ta krytyczna analiza źródeł historycznych autorstwa Andrzeja Załuskiego.


W kontekście zaginionej biblioteki Frölicha (mimo, że zniszczenie jej w pożarze jest raczej faktem, wolę używać słowa "zaginięcie" - ono daje więcej nadziei) rodzi się pytanie, które od dłuższego już czasu stawiam sobie, kiedy pochylam się nad zagmatwaną sprawą bielskich księgozbiorów: czy możliwe jest, aby któraś z tych obszernych, dobrze opisanych bibliotek książęcych mogła mieć coś wspólnego z księgozbiorem Frölicha? Czy istnieje choćby cień możliwości, że książki gromadzone przez Sułkowskich były jakimś dalekim echem fundacji zamkowego kancelisty sprzed wieku?

Zaznaczam od razu, że nie dysponujemy żadnym, absolutnie żadnym dowodem, ani nawet przesłanką, które mogłyby uprawniać do odpowiedzi na to pytanie. W świetle faktów bowiem musimy jasno i zdecydowanie odrzucić sugestię, jakoby jakakolwiek pozycja z któregokolwiek książęcego księgozbioru mogła pochodzić z najstarszej na Śląsku biblioteki.


Tym bardziej, że w naszych rozważaniach bierzemy pod uwagę tylko dwa księgozbiory, spośród trzech wymienionych powyżej - ów spisany w 1853 roku, zawierający masę starodruków i rękopisów oraz ten drugi, "geograficzny", pozostający w Kamienickim folwarku pod opieką Ludwika. Trzeci prywatny księgozbiór, ten liczący ponad 1000 pozycji, opisany przez księżnę Judytę, żonę księcia Franciszka de Paula Sułkowskiego, musimy chyba wyłączyć z tych spekulacji. Wiadomo, że prawdopodobnie (wbrew temu, co twierdził Ryszard Kincel) pod koniec osiemnastego, albo na początku dziewiętnastego wieku został on w całości wywieziony do Wiednia. W każdym razie znika on z rejestrów zamkowych.
Wydaje się więc, że próba skojarzenia księgozbiorów książęcych z fundacją z 1720 roku nie ma żadnych podstaw.


A jednak... W toku analizy poznanych faktów rodzą się przecież liczne zastrzeżenia, które osłabiają pewność, a zasiewają wątpliwości.

Pierwsze pytanie, jakie rodzi się w tym względzie, to pytanie dość oczywiste. Skoro w latach trzydziestych i czterdziestych dziewiętnastego wieku mieszkanie na zamku było raczej niemożliwe, a oficjalną siedzibą księcia stał się odremontowany Wilhelmshof, dlaczego w takim razie główny zasób biblioteczny zawierający przecież dzieła Wergiliusza, Liwiusza i Horacego(!) nadal pozostawał na zamku? Czy oznacza to, że był tam jednak bezpieczny? Czy może raczej... nie do końca należał do księcia?
Skąd to przypuszczenie?

Jest oto jedna, bardzo ciekawa, budząca nadzieję przesłanka. Z zamkowego rejestru z roku 1853 wynika jasno, że większość pozycji w bibliotece (a właściwie lwia część), to łacińskie pozycje prawnicze, teologiczne, polityczne i historyczne. W dość szczególny sposób współbrzmi to z notatką zawartą w przytaczanej już dziś na samym wstępie "Topografii Cesarsko-Królewskiej części Śląska". Przecież pan Reginald Kneifel pisze tam:


"Jest zaszczytem dla tak małego miasta, jakim jest Bielsko posiadanie biblioteki publicznej. Przypuszczalnie zawiera ona głównie prawnicze dzieła, ale książki do czytania chyba także."

Zdumiewająca zbieżność, prawda? Zbieżność rodząca podejrzenie, że ta przepiękna i bogata książęca biblioteczka z 1853 roku, pozostająca w zniszczonym, przygotowywanym do przebudowy zamku może mieć coś wspólnego z najstarszą Frölichową wypożyczalnią... Że nie służyła Ludwikowi jestem niemal pewien, bo jej zawartość o charakterze prawno-teologicznym, w dodatku po łacinie, sugeruje, że szykującemu wyprawę za ocean, a przygotowanemu do służby w administracji księciu (służby, z której zresztą bardzo wcześnie dobrowolnie zrezygnował na rzecz kariery wojskowej) nie była do niczego potrzebna. Potrzebne książki to on trzymał przy sobie w Kamienicy.

Czy to nie dziwne? Jedna część książęcego librarium została wywieziona przez księżnę Judytę do stolicy, druga znalazła swoje miejsce kilka dekad później w tymczasowej siedzibie księcia Ludwka w Folwarku Wilhelma. Tymczasem zamek zdążył w międzyczasie spłonąć dwa razy. Jak to się stało, że w latach pięćdziesiątych w zamkowym rejestrze pojawia się ów fenomenalny z naszego punktu widzenia, pełen szesnastowiecznych białych kruków księgozbiór, do którego nikt tak naprawdę się nie przyznawał. Skąd on się tam wziął? Co tam robił?

Czy możliwe jest, aby biblioteka ta, a może raczej jej część, miała jakiś związek ze zbiorem Zygmunta Frölicha? Czy możliwe, aby w tym pełnym przeciekawych pozycji spisie znalazły się książki z pierwszej bielskiej biblioteki? Czy możliwe, aby zupełne zaginięcie księgozbioru miejskiego (zarówno w źródłach, jak i rzeczywistości) wiązało się nie z pożarem, ale ze zwykłym przejęciem cennego zbioru przez Sułkowskich? Albo nie "przejęciem", tylko uratowaniem? Bo może w książęcej bibliotece znalazły się tylko resztki zbiorów uratowanych z pożogi i stały się częścią, zalążkiem nowej kolekcji, której echem i skutkiem była imponująca kolekcja opisana w spisie z 1853 r.?


Pytanie: kto w takim razie, w roku 1808 mógł pokusić się o uratowanie pozostałości z nadpalonego librarium? Po śmierci Aleksandra Józefa Sułkowskiego w 1804 roku zamek przeszedł pod zarząd rządowych kuratorów, ale przecież w Wiedniu żył ciągle Jan Nepomucen Sułkowski oraz... jego żona Judyta, znana nam miłośniczka literatury!
Przipadek?!

Tak, wiem, teza już nie tylko śmiała, ale wręcz szalona. Zupełnie nieuprawniona.
A jednak wcale nie taka niemożliwa...

Poszukiwania biblioteki Frölicha - wbrew pozorom - nie ustają. W dobie Internetu są one nawet dość intensywne. Wiem skądinąd, że co jakiś czas wznawiane jest przeszukiwanie sieci, antykwariatów i archiwów pod tym kątem. Jak dotąd jednak nie udało się znaleźć nawet najmniejszej wskazówki, która dawałaby nadzieję na odnalezienie choć śladu po bibliotece pana Zygmunta, żadnego wpisu, żadnego ekslibrisu, żadnej wzmianki...

Czy to oznacza, że jej nie ma? Chyba tak. Raczej tak. Z całą pewnością tak.

A może szukamy ciągle nie tam, gdzie trzeba?

2016-07-23 | Dodaj komentarz
andrzej
2016-07-27 23:06:35
Bardzo żałuję, ale nie mam ciekawych koncepcji na rozwikłanie tej tajemnicy. Nachodzą mnie natomiast różne pytania i refleksje. Ciekaw jestem, co stało się z księgozbiorem z zamku po tym spisie z połowy XIX wieku? Czy są na ten temat jakieś wzmianki? Dysponuję tekstem p. Ćwiertki , niestety bez wspomnianej recenzji Kincla. Czy mógłbym prosić o podanie wydawnictwa, w którym się ona znajduje? No i chyba to, co płynie z tego wpisu a zawarte jest miedzy wierszami. Odnoszę wrażenie, iż więcej współczesnych bielszczan a może raczej mieszkańców Bielska ma jakieś bardziej lub mniej mgliste pojęcie o bibliotekach Cieszyna a żadnego o naszej najstarszej Frolicha. To oczywiście zasługa odpowiedniego podejścia do własnej historii i zadbania o jej odpowiednie przedstawienie. No po prostu marketing. Trzeba się umieć chwalić tym, co się ma. Tak mi się w głowie roi, iż byłaby to godna rzecz, gdyby obok wejścia głównego do Książnicy lub w holu zawisła tablica odwołująca się do tej pięknej tradycji i tego zacnego bielszczanina. No i ten cytat : "Jest zaszczytem dla tak małego miasta, jakim jest Bielsko posiadanie biblioteki publicznej...". Pozdrawiam.
Maciej P.
2016-07-28 10:37:25
Andrzeju, księgozbiór Sułkowskich, w dwudziestoleciu międzywojennym obficie uzupełniany o coraz to nowe zbiory, uległ rozproszeniu w 1945 roku. Część wyjechała do Pszczyny jako zbiór przejęty przez Państwowe Zbiory Archiwalne, inna część biblioteki została natomiast wywieziona do Katowic. Problem w tym, że księgozbiór zamkowy zimą 1945 roku został pozbawiony katalogów, skutkiem czego nie za bardzo wiemy, czego poszukiwać, o co się dobijać. Pozostałe na zamku książki stały się zalążkiem nowej kolekcji uzupełnianej do dziś. Jeśli chodzi o recenzję Kincla, to tutaj mam problem. Zawarte w moim wpisie informacje pochodzą z jego obszernej bardzo i entuzjastycznej recenzji dotyczącej pozycji pani Ćwiertni, ale nie z oryginału, tylko z mojego odpisu sprzed lat. Sporządziłem wówczas w czytelni bardzo dokładną kopię tej recenzji, ale oczywiście (o, stupido!) nie oznaczyłem źródła. Sprawa przepadła. To dlatego właśnie we wstępie notki napisałem o metodologicznym barbarzyństwie. Na pocieszenie mogę tylko powiedzieć, że podobna, choć - o ile się nie mylę - okrojona recenzja Kincla, pojawiła się w Kronice Beskidzkiej na początku lat osiemdziesiątych. Pozdrawiam.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
@Angus Bohater Meissnerowskiego "Pilota gwiaździstego znaku", porucznik Stanisław Latwis, zwykł był powiadać: "Zamiar, o którym...
[Angus]
Gdy tak Pana czytam, to powraca do mnie marzenie, aby kiedyś przeczytać powieść o Bielsku...
[Maciej P.]
@Lucy. O właśnie! To tylko potwierdza diagnozę Filipa Springera: o rzeczywistości, w której żyjemy decydują...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 116625
Newsów: 80
Komentarzy: 255
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała