liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Wieżyczka, kopułka i spółka

  

Albo

Ten parszywy fą de siekl


Ci, którzy wieszczyli rychły upadek cywilizacji już w 476 roku, rzecz jasna, dalecy byli od prawdy. Ich racje, nie bezpodstawne zresztą, okazały się jednak zbyt wątłe w obliczu nadciągających zmian. Wprawdzie Ostrogoci - w myśl ówczesnych kanonów - byli barbarzyńcami, jednak Cesarstwo Rzymskie upadło przecież nie tylko z powodu ich najazdu.
Każda cywilizacja ma swoje kryzysy. Dzisiejszy świat także. Choć wydawać by się mogło, że podążamy ku świetlanej przyszłości, coś już od dawna zgrzyta w machinie, którą jest postęp, coś skrzeczy niemiłosiernie i daje znać o zbliżającym się przesileniu.
Przesada? Nie sądzę. Dowodów na to pełno wokół nas. Zapatrzeni w możliwości, jakie daje nam rozwój techniczny, zupełnie bezboleśnie przechodzimy do porządku dziennego nad stratami w innych, pozornie mniej istotnych dziedzinach...
Ale nie tylko my.


Pisałem już na tym blogu o kryzysie wieku XX i XXI. Dzisiaj nieco inaczej. Dzisiaj będzie o tym, co (nawet mnie) zawsze wydawało się kanonem, klasyką, niewzruszonym standardem. Ale, jak się okazuje, wcale nim być nie musi.

Związane z józefińską epoką odrodzenie przemysłu stało się jednocześnie grobem dla stylu. Bezwyrazowe, przysadziste, masywne formy (które dziś uznalibyśmy pewnie za modernę i pokazywali na blogach) rozpanoszyły się jak niezwyciężone C.K. Austrowęgry długie i szerokie. Jednakowe, mało ambitne, bezwyrazowe kamienice, manufaktury, folusze i farbiarnie budowane na jedno kopyto, z charakterystycznymi stromymi spadami dachów, zaokrąglonymi narożnikami i nudną linią takich samych okien stały się cechą charakterystyczną każdego miasta przemysłowego wielkiego mocarstwa.

Oto przykład takiego właśnie budownictwa. Dla nas, współczesnych, ma ono dużą wartość, ponieważ jest reprezentantem architektury pierwszej połowy XIX (w dodatku pomimo przysadzistości ciągle zawiera w sobie jakiś ukryty czar proporcji). Już w połowie XIX wieku natomiast styl ten był tylko konsekwencją utylitarnej, nastawionej na zysk tendencji budowania w sposób możliwie najprostszy i najoszczędniejszy (co nie znaczy, że bez dbałości o wykonanie). To przykład typowego domu u progu wielkiej rewolucji przemysłowej. Ale takie budynki mieściły nie tylko mieszczańskie gniazda, ale również kapitalistyczne fabryki, manufaktury i banki. Dzisiaj dla nas mają jakiś urok, ale w oczach współczesnych, którzy mieli do czynienia tylko z taką masywną architekturą, po jakimś czasie stały się one już zbyt ciężkie i pozbawione jakiegokolwiek blasku. (fot. jeszcze sprzed remontu)

Kiedy w połowie XIX wieku liniowy postęp architektoniczny, mający jak dotąd całkiem dobre tempo, a czasem i niezłe przyspieszenie, zaczął niepostrzeżenie zwalniać, kiedy w latach pięćdziesiątych tego stulecia uwiąd twórczy był tak dotkliwy, że ktoś wpadł na pomysł aby uczynić z niego skodyfikowaną zasadę, wówczas nadszedł pierwszy, naprawdę poważny kryzys od wieków.
Pojawił się historyzm.

Nie mam nic przeciwko samemu historyzmowi. Był zjawiskiem ożywczym, w kontekście nieco zapyziałych i nudnych form przestrzennych dziewiętnastowiecznego miasta, które zastąpił, a o których pisałem powyżej. Był reakcją na bezwyrazowe i bezideowe kształty, jakie zdominowały miasto w czasach romantyzmu. Miał za sobą pociągnąć ożywienie przez powrót do sprawdzonych, klasycznych form, nieco tylko przekształconych w duchu nowoczesności. W jakiś szczególny sposób widać to również i w architekturze Bielska i Białej.

A zmiana była potrzebna.


Niestety coś poszło nie tak. Pierwszym obiektem, jaki przebudowano w tym duchu był zamek. Już wcześniej pisałem o tej przemianie i o tym, z jakimi spotkała się reakcjami. Zamek przebudowany w manierze historycznej może się podobać i nie musi. Faktem jednak pozostaje, że była to przecież budowla zarówno o mocno osadzonych w historii tradycjach, jak i ze wszech miar reprezentacyjna. Modelowanie tej bryły w duchu historyzmu nie powinno być uważane za wielki błąd. Inna rzecz, że w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego stulecia Bielsko było jeszcze zabudowane małomiasteczkową architekturą, na tle której zamek bezdyskusyjnie dominował.


Jedyne, co można było zrobić, to zatrzeć to przeskalowanie. I tak zrobiono. Niestety ożywienie architektoniczne Bielska w pewnym momencie wymknęło się spod kontroli.

Dwie ostatnie dekady XIX wieku obfitowały w dość śmiałe formy architektoniczne, które w założeniu miały nawiązywać do form dawnych, klasycznycyh. Miasto zaroiło się więc od dużych neorenesansowych, i neobarokowych brył, lepiej lub gorzej wkomponowanych w rzeczywistość. W bryłach tych jednak czaiła się skaza. Poważny zalążek choroby, która zaczęła toczyć europejską architekturę od środka. W swoim dążeniu do klasyki, do form dawnych, w pogoni za pięknem zgubiono sens! Odwieczne (to wcale nie jest zbyt duże słowo) zasady, jakimi rządziła się ta sztuka, w imię końcowego efektu zostały podeptane.

Oto ulica Haasestrasse (dziś Dąbrowskiego) i zbudowana w 1890 roku Kamienica Kestela (ta z lewej). Z pozoru wszystko jest tu w porządku. Mamy lekką, mimo sporych rozmiarów, nieprzeciążoną bryłę, harmonijne i spokojne linie okien i gzymsów, mamy wreszcie świetnie wykorzystaną przestrzeń, która dzięki skrótowi perspektywicznemu ulicy nadaje budynkowi dodatkowej lekkości. Niestety. W tej konstrukcji jest coś, co wprawdzie nam, dzisiejszym, już raczej nie przeszkadza, ale współczesnych mocno niepokoiło. Tym czymś jest wieżyczka. Forma dotąd w budownictwie mieszczańskim zupełnie nieznana. Ba! Absolutnie nie do pomyślenia!

Miejska architektura i urbanistyka w ogólności przez całe wieki oparte były na pewnym prostym kanonie: wieża jest atrybutem kościoła, jako symbol łączności z Bogiem, czy też zmierzania ku Niebu. W budownictwie świeckim wieża zarezerwowana była li i jedynie dla budynków municypalnych, a więc de facto tylko dla ratusza, i była symbolem suwerennej władzy. Ten stan trwał przez całe wieki. Tej niewzruszonej zasady nikt nie starał się podważyć. Aż do końca XIX wieku.

Bóg jeden wie, co podkusiło Appeltów, Rostów, Kornów, i innych Mayrów i Walczoków do porzucenia obranej ścieżki, kanonu. Tak się jednak niewątpliwie stało. Maniera? Na tym ciekawym zdjęciu z roku 1918 widzimy miasto w swoim nowym kształcie. Zarówno kamienica Michla (w centrum kadru), jak i willa Sixta, oraz wystające zza tej ostatniej szczyt pseudowieżyczki kamienicy Hupperta, i hełm wieży kamienicy Zipsera zbudowane zostały w nowym kanonie, albo raczej wbrew staremu. Przybysz z przeszłości, niekoniecznie odległej, byłby bardzo zdziwiony ilością ratuszy w tym fragmencie miasta.
I to wszystko w jednym omalże kwartale.

Projekt kamienicy Teodora Sixta. Staram się patrzeć nań bez uprzedzeń. Nie potrafię. Na papierze jeszcze bardziej niż w rzeczywistości przypomina ratusz.

Historyzm - nie niszcząc piękna i harmonii, złamał jednak dużo bardziej podstawową zasadę, na której z dawien dawna fundowany był miejski porządek. W dodatku nie tylko w kwestii wieży.
Był jeszcze jeden, zarezerwowany dotąd tylko dla specyficznych form architektonicznych element - kopuła.
Od czasów średniowiecza kopuła symbolizowała zawsze uniewersalność i odniesienie do praw boskich i kosmicznych. Stanowiła zwieńczenie świątyń i budynków bogom poświęconych.
Oczywiście do czasu...
Epoka decadence bowiem wysadziła to wszystko w kosmos.
Podmuch eksplozji przeszedł także przez Bielsko i przez Białą.

Kamienica Feinera w Białej to świetny przykład. Wysmakowana, pełna majestatu i harmonii, łącząca z kosmicznym porządkiem kopuła wieńcząca... dom towarowy. Cóż, można i tak. W końcu nikt się nie domyśli.

Willa Rosta to także ciekawy przykład. Zbudowana w 1903 roku przepyszna budowla całą gębą śmieje się wprost w oczy kosmicznemu porządkowi i jak na złość przykrywa się aż dwiema kopułami.

W tym przypadku kopuła (odznaczająca się w dodatku klasycznym porządkiem złotego podziału) wydaje się bardziej na miejscu, niż w przypadku mieszczańskiej kamienicy... To jednak złudzenie. Budynek użyteczności publicznej - jakkolwiek nań patrzeć - nie pośredniczy pomiędzy obywatelem, a niebem. Chyba...

Trudno nie zadać sobie w tym miejscu pytania, które aż ciśnie się na usta. Jaka mądrość, albo jaka pycha kazała ówczesnym architektom i budowniczym porzucić stare, przetarte ścieżki, odwrócić się od dobrych wzorców i przedefiniować swój świat na nowo? Jaki trend, jaka idea napędzała ich do działania, które zreformowało, albo przynajmniej miało zreformować nasze postrzeganie rzeczywistości i przenicować krajobraz?


Czy wierzyli, że przyszłe pokolenia się nie zorientują? Czy może byli przekonani, że nie będzie to miało dla nas znaczenia? Chyba mieli rację i w jednym, i w drugim. Tak naprawdę bowiem ani nas to grzeje, ani ziębi. Patrzymy na formę, a o znaczeniu ideowym z chęcią zapominamy.
Może zresztą słusznie...


Forma bowiem - na całe szczęście - ciągle pozostawała na wysokim poziomie. Więcej: wspięła się naprawdę na wyżyny i przez najbliższych kilka dekad, aż do fatalnego modernistycznego upadku święciła tryumfy pozostawiając nam w spadku całą masę zwyczajnie pięknych projektów.

Projektów, których piękno zaczęło się od kontestacji zasad.

2014-11-01 | Dodaj komentarz
Angus
2014-11-03 14:53:03
Patrzę na te zdjęcia i czytam tekst i zazdroszczę przodkom tych "jednakowych, mało ambitnych, bezwyrazowych kamienic, manufaktur, foluszy i farbiarni budowanych na jedno kopyto". Zazdroszczę ulic niezastawionych samochodami, placów zabudowanych Biedronkami i Lindlami, a nawet parkanów niezalepionych szmatami reklamowymi. Zaprawdę żyjemy w czasach bardzo nieestetycznych.
Maciej P.
2014-11-04 07:12:09
Rozumiem doskonale. Ale jeśli mam być szczery, mną targają raczej sprzeczne odczucia. I już nawet nie chodzi o to, że w czasach, gdy w mieście królowała ta "postjózefińska" architektura nieskanalizowane ulice pełne były cuchnących rynsztoków, końskich, krowich i kozich placków, ściany oblepione były sadzą, a wozy z węglem, drewnem i szmatami parkowały równie bezsensownie, co dzisiaj auta klasy S. Nie, to nie w tym rzecz. W końcu każda epoka miała swój smród. Chodzi bardziej o to, że zaznawszy już wysmakowanej architektury przełomu wieków, chyba byłoby mi przykro mieszkać w mieście, które na projekty Kornów, Walczoków i Rostów musi jeszcze poczekać. Powyższy wpis to tylko taka przekorna próba zwrócenia uwagi na to, że wszystko ma swoje dwie strony. Nawet piękna architektura. Pozdrawiam ciepło.
Komentarzy (0)

Jest, ale nie ma...

  

czyli

Okruchy II

Czas jakiś temu zastanawialiśmy się nad uwarunkowaniami, które w tkance miasta powodują takie a nie inne zmiany i odciskają swoje piętno na późniejszych dekadach lub nawet wiekach. Mówiliśmy wtedy o Placu Smolki i potoku Niper. Dziś także odwiedzimy takie miejsce, które - choć trwa od wieków - w zasadzie nie istnieje.

Zaczynamy od małej zagadki

Co to jest?

Nie pytam rzecz jasna o miejsce, bo lokalizacja nikomu raczej nie sprawi problemu. Pytam o ten zapuszczony, zarośnięty zaułek, jaki wyłania się zza blaszanego parkanu. O ten wąski pas nieużytku tkwiącego między starą farbiarnią Schlezingerów, a parcelami przy ul. Nadbrzeżnej...

Zazwyczaj nie przywiązujemy wagi do szczegółów tego rodzaju, przechodząc najczęściej obok takich zapomnianych fragmentów miasta bez refleksji. A niesłusznie. Ten zakątek bowiem kryje w sobie pewną tajemnicę.

To, co dziś widzimy na zdjęciu i w rzeczywistości - pas dzikich zarośli wciśnięty pomiędzy mury i płoty - to pozostałości istniejącego tu od co najmniej XVI wieku, a więc w zasadzie od zarania osady Biała, prowadzącego wzdłuż rzeki Białej przekopu młyńskiego. Tutaj właśnie, w okolicach dzisiejszego mostu na rzece (w XVI wieku nie było tu żadnego mostu, rzecz jasna) brała swój początek odnoga Białej zasilająca znajdujący się na północ od wsi lipnicki młyn.

Młynówka jest dla nas dziś zjawiskiem co najmniej marginalnym, nawet jeśli wiemy, jak wielkie znaczenie miała niegdyś dla funkcjonowania młynów, foluszy i farbiarni, a co za tym idzie dla całego miasta. Nie doceniamy jednak jej roli w dziejach Białej i Lipnika. A niesłusznie. Bez niej i jej podobnych (w Bielsku i w Białej było ich kilka) niemożliwy byłby rozwój osady. W ogóle.

Obecnie po Młynówce nie ma już właściwie żadnego śladu, jeśli nie liczyć mało widocznego zagłębienia terenu. Ale tak się złożyło że właśnie ten początkowy, liczący ok 300 m. odcinek przekopy jest jeszcze do uchwycenia i dziś. Dzięki budowanym na przestrzeni wieków obiektom miejskim, które siłą rzeczy musiały uwzględniać przebieg kanału i dostosowywać się do niego, do dziś ciągle widoczny jest przebieg koryta cieku.

Wyruszmy więc na krótki, zaledwie dwukilometrowy spacer wzdłuż tego co pozostało po Młynówce sprzed stuleci.

W połowie XVI wieku tereny, przez które biegł kanał, były uprawnymi polami i łąkami należącymi do Lipnika. Prócz młyna nie było tu żadnych innych zabudowań. Biała dopiero powstawała, więc na zabudowanie brzegów Młynówki trzeba było poczekać do wieku XVIII. Tu, gdzie zaczynał się kanał, w latach 70-tych XVIII wieku Ernest Nitsch wybudował pierwszą farbiarnię.

Rzecz jasna sama Młynówka służyła jako napęd maszyn i źródło wody.Nad samym kanałem stały niewielkie zabudowania, zapewne ujęcie wody i odpływ ściekowy. Główne budynku farbiarni znajdowały się nieco bardziej na południe. Pan Ernest już w latach dziewięćdziesiątych sprzedał zakład Johannowi Fritsche, który rozbudował firmę na tyle, że stała się dumą rodziny. W 1864 roku farbiarnię przejęli Schlesingerowie (Schlesinger był u Fritschego kierownikiem produkcji). Potężne hale, które stoją do dziś są ich dziełem. W tym okresie miasto Biała rozrosło się już bardzo, zabudowania dotarły aż tutaj. opodal farbiarni biegła wygodna szeroka droga od centrum Białej do brodu na rzece i dalej do dworca i w kierunku Bielska.

Zabudowania farbiarni Schlesingera. W dwudziestoleciu międzywojennym była tu już fabryka sukna Rabinowitz & Syn.

Młynówka toczyła swe wody dalej na północny wschód. Tuż za farbiarnią wody cieku obmywały mur cmentarza ewangelickiego, który powstał tu w roku 1783, kiedy to przeniesiono go z terenu przykościelnego w centrum osady. Pierwotnie zmarłych chowano po zachodniej stronie, tuż przy farbiarni, z czasem nekropolię rozbudowano. Nigdy jednak nie osiągnęła wielkich rozmiarów. Dziś schowana między zabudowaniami, niedostrzegalna z ulicy, zapomniana, niszczeje.

A szkoda. Bo to naprawdę stary cmentarz. Znajdują się na nim najstarsze w mieście zachowane nagrobki i figury.
Tutaj pochowano burmistrza Białej Rudolfa Seeligera, przemysłowca i działacza społecznego Oskara Gulchera, czy Wilhelma Zipsera.


Północny mur cmentarza to jeden z nielicznych już w mieście fragmentów, które nieprzerwanie istnieją w tym samym miejscu od osiemnastego wieku. Zarośnięty dzikim winem, przycupnięty w sąsiedztwie farbiarni przetrwał niewzruszenie ponad 230 lat. I nadal stoi.


Za cmentarzem Młynówka gwałtownie skręcała na wschód i zbliżała się do traktu na Komorowice, gdzie ponownie skręcała na północ. Jej dalsza trasa wiodła przez dzisiejsze boisko Zespołu Szkół Ekonomicznych, aby po przekroczeniu linii dzisiejszej ulicy Towarzystwa Szkoły Ludowej dotrzeć do młyna lipnickiego.

Funkcjonujący od XVI wieku młyn posadowiony był między rzeką Białą a drogą na Komorowice. Dziś nie ma po nim śladu, w miejscu, gdzie stał, jest teraz salon meblowy.
Był to pierwszy młyn na Młynówce, ale nie jedyny. W XVIII wieku na tym kanale funkcjonowały cztery młyny i folusz.

To właśnie mniej więcej na terenie boiska szkolnego ZSE (gdzie widać nawet pozostałości nadbrzeżnych nierówności terenu) zanika ostatecznie jakikolwiek dotrwały do dziś ślad po Młynówce. Dalej mamy już tylko zwartą zabudowę, która nie daje nam szans na odgadnięcie przebiegu koryta młyńskiego cieku. Może jeszcze tylko w okolicy ulicy Zmożka i Rzeźniczej, w specyficznym ułożeniu budynków można dopatrywać się dalekiego echa dawnego ukształtowania terenu. Może jeszcze w podwójnym szpalerze starszych drzew rosnących tuż przy ulicy Komorowskiej (na wysokości ul. Tulipanów) można domyślać się niegdysiejszych nadbrzeżnych zarośli. I tyle.

Młynówka kończyła swój bieg ponownie łącząc się z Białą na terenie dzisiejszego zakładu Teksid, wpadając do rzeki łagodnym łukiem od wschodu.


Ciek istniał jeszcze na przełomie XIX i XX wieku. Intensywne prace budowlane w tej części miasta w pierwszej połowie dwudziestego stulecia błyskawicznie i właściwie prawie bez śladu zatarły o nim jakąkolwiek pamięć.

2014-10-24 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Na skrzyżowaniu szlaków

  

Kiedy 20 kwietnia 1781 roku oddawano do użytku pierwszy, wiodący do Bochni odcinek Szosy Cesarskiej, wśród mieszkańców Białej żywa była jeszcze pamięć o starych traktach handlowych i komunikacyjnych przebiegających przez miasto. Było ich kilka. Prócz tzw. Starej Drogi (o której pisaliśmy już wcześniej dokładniej) przez Białą przebiegały również takie trakty jak droga komorowicka, szlak do Lipnika, trakt oświęcimski, czy będąca przedłużeniem tego ostatniego droga żywiecka. Na Szlaku Żywieckim chciałbym się dziś na chwilę zatrzymać.
Dlaczego na nim? Bo w przeciwieństwie do pozostałych, których przebieg jest aż nazbyt czytelny (trakt hałcnowski to dzisiejsza ulica Wyzwolenia, droga komorowicka to ul. Komorowicka na całej swej długości, a szlak lipnicki to oczywiście ul. Lipnicka), droga na Żywiec choć nadal istnieje w tkance miasta, jest jednak zatarta na tyle, że już mało kto potrafi wskazać jej dzisiejszy przebieg.
A jest to możliwe.

Szlak hałcnowski i droga komorowicka biegnące z północy, spotykały się (przeciąwszy uprzednio biegnący dzisiejszą ulicą 11 Listopada szlak Kraków-Lwów) na placu kościelnym w Białej. Późniejszy Plac Deskowy był więc bardzo ważnym miejscem, bo to właśnie tutaj zbiegały się trasy podróżnych i handlarzy. I z niego ruszano w dalszą drogę. Z drugiej strony jest to trochę dziwne, bo zazwyczaj w takich przypadkach szlaki krzyżują się w centrum osady, przy miejskiej wadze, smatruzie i ratuszu. Tutaj było inaczej. Siatka tras handlowych była bardziej skomplikowana, by nie rzec chaotyczna.

Przebieg traktu żywieckiego można uchwycić i dziś. Wystarczy zapuścić się w ulicę Broniewskiego. Tutaj właśnie brał on swój początek. Nie biegł bowiem, tak jak dzisiaj, na wschód od kościoła p.w. Opatrzności Bożej, ale od zachodu. Droga prowadziła u stóp wzgórza zajętego przez dwór starościński (wzgórza dużo wyższego niż dzisiaj) i wiodła dalej na południe.

Przebieg szlaku łatwo uchwycić i dziś. Ulica Broniewskiego pokrywa się z nim w całości. Biegnie ona początkowo przez tzw. Dolny Dwór, czyli osadę dworską założoną w XVII wieku przez późniejszego burgrabiego krakowskiego, Jana Wizemberga młodszego. Tędy jechały pełne towarów wozy, tędy pędzono bydło i nierogaciznę na żywieckie targi. Ewentualnie z żywieckich targów wędrowano z wełną i skórami w drugą stronę.

Ulica Broniewskiego podąża dalej na południe. Po prawej stronie, tuż nad rzeką, rozłożył się bialski blich dworski, czynny jeszcze w latach osiemdziesiątych XVIII wieku (okolice ulicy Sempołowskiej). Gościniec biegł prosto na południe nie napotykając żadnych przeszkód. Dzisiaj nie jest już tak pięknie. Elektrociepłownia Złote Łany rozsiadła się na pradawnym trakcie jak kwoka na grzędzie przecinając drogę w pół.

Kiedyś była to jednak tętniąca życiem okolica. Dziś mało kto tutaj zagląda. Teraz ten fragment ulicy Broniewskiego tuż przy płocie elektrociepłowni to nieco zapomniany zaułek, w którym tkwią jeszcze relikty przedindustrialnych czasów. I tylko one przypominają o niegdysiejszej roli tego miejsca, roli, w którą dziś trudno uwierzyć.

Dalszy ciąg szlaku na Żywiec można uchwycić tuż za płotem elektrociepłowni, od strony południowej. Stara droga dzisiaj w niczym już nie przypomina handlowego traktu. A jednak dochodząca do torów linii kolejowej w kierunku Żywca ulica Gałczyńskiego i jej przedłużenie - ul. Leszczyńska to ciągle ulice biegnące dokładnie tym samym, liczącym kilka wieków ciągiem komunikacyjnym.


Dla rozwoju samej osady nie było to bez znaczenia. Wzdłuż szlaku, nawet na dalekich peryferiach miasta, skupiało się życie, budowano domy, powstawały karczmy, kuźnie, placówki spedycyjne i cała masa innych budynków zaplecza handlowo-transportowego. Wzdłuż dróg wylotowych rozrastały się przedmieścia dziś zupełnie nierozpoznawalne. Nowe bloki zatopionych w zieleni osiedli zatarły ten stary krajobraz, ale czasem, wśród nich można i dziś odnaleźć relikty tamtych lat.

Skoro więc było tak pięknie, można zadać pytanie, dlaczego ten szlak w ogóle popadł w zapomnienie? To sprawa dość złożona i przebiegająca na przestrzeniu wielu dekad.

Podróżni podążający z Krakowa lub Lwowa na Cieszyn i Wiedeń w XVII i w pierwszej połowie XVIII wieku musieli jechać przez Kęty. Do Białej docierali więc od strony północnej, kierując się albo do centrum osady tzw. Polską Drogą, albo omijając miasto i zmierzając drogą wśród pól (dzisiejszą ul. Wyzwolenia) do przeprawy na Niwce (plac Opatrzności Bożej). Ta sytuacja zmieniła się dopiero w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, kiedy wytyczono nową drogę do Krakowa - biegnącą ze wschodu na zachód Drogę Cesarską.

Nie była to jednak, wbrew pozorom, jedyna Droga Cesarska w mieście. W 1820 roku oddano do użytku nową drogę na Żywiec, która swój początek brała przy starej "Cesarce" (11 Listopada, w okolicy dzisiejszego przejścia podziemnego). Nazwano ją "drugą szosą cesarską".
Zaczynała się tutaj:

A biegła prosto, jak w pysk strzelił. Przez całe 150 lat. Dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku, podczas wytyczania nowej czteropasmówki, odcięto ten początkowy odcinek "drugiej cesarki" od reszty, czyli od dzisiejszej ulicy Żywieckiej.

Na tej współczesnej fotografii widać wyraźnie, że krótki brukowany odcinek nowej "cesarki" doskonale współgra osiowo z obecnie użytkowanym fragmentem ul. Żywieckiej. Od 1820 roku stąd właśnie wyruszano w kierunku Żywca. Po pótorawiecznym okresie świetności pełnej załadowanych wozów, gwaru podróżnych i krzątaniny obsługi licznych domów spedycyjnych i zajazdów, uliczka ta stała się podrzędnym zaułkiem. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku istniał tu postój taksówek bagażowych (całkiem chyba niechcący kontynuując spedycyjne tradycje tego miejsca).

W tym właśnie zakątku miasta mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego stary trakt żywiecki podupadł, a potem całkiem obumarł. To właśnie budowa nowej szosy cesarskiej na Żywiec sprawiła, że stary gościniec, ten, który opisano dokładnie powyżej, stracił swoje znaczenie. Na niegdysiejszym Dolnym Dworze zaczęto stawiać kamienice i domy, droga wylotowa z Placu Deskowego została odcięta, a stary trakt uległ całkowitemu zapomnieniu.

Od dawien dawna w tym miejscu miała swój początek Droga Żywiecka. Przez całe stulecia, aż do drugiej dekady XIX wieku był to jedyny trakt handlowy wiodący na południe po tej stronie rzeki Białej. To ciekawe, znalezione w sieci zdjęcie z lat 60-tych ma jeszcze jeden walor poznawczy. Przedstawia sytuację przed wyburzeniem części zabudowy Placu Deskowego. Dwa budynki widoczne po prawej stronie niebawem znikną z mapy miasta. Powstanie w ten sposób połączenie z ulicą Hettwerowej (Broniewskiego), a tym samym wróci stan sprzed wieku XIX kiedy podążały tędy ładowne wozy.

Od 1820 roku stary trakt żywiecki tutaj właśnie mający swój początek, stracił sens istnienia. W tej części miasta znikł zupełnie. Fizycznie. Zachowały się jego dalsze fragmenty, ale początek, punkt startu został zatarty przez burzliwą historię tej osady. Dopiero kolejne dziejowe zawirowania odsłoniły go na nowo, tym razem jednak bez jakiegokolwiek nawiązania do przeszłości.

Niestety.

2014-10-12 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Potoczyście

  

Czyli

O tym jak brud, smród i ciasnota kształtują przestrzeń. Czasem.


Wiele moich wpisów dotyczy istoty miasta jako założenia idealnego. Na przykładzie naszej bielsko-bialskiej rzeczywistości starałem się czasem bezpośrednio, czasem w sposób zakamuflowany, opisać ten - nie przeczę - idealny, a więc tylko teoretyczny zamysł, jaki przyświeca idei miasta.

Pisałem o mieście, jako uporządkowanej przestrzeni z prostymi ulicami, centralnymi placami i zielenią ujętą w surowe karby planowania. Taki idealny obraz miasta jest jednak najczęściej niemożliwy do osiągnięcia, zazwyczaj bowiem bywa tak, że zamierzony porządek natrafia na nieprzewidywalne i zazwyczaj trudne do usunięcia bariery. Przeszkody, które na przestrzeni wieków obrastają w miejską tkankę jak rana blizną i pozostają na zawsze, choć przyczyny tych "blizn" już dawno znikły nam z oczu.


W Bielsku i w Białej przykładów na to mamy całkiem sporo i najczęściej są to zjawiska, które spowszedniały nam bardzo i stały się niezauważalne. A czasem celowo zostały ukryte przed naszymi oczami.

Jednym z nich jest choćby przedziwne, z urbanistycznego punktu widzenia nieco absurdalne rozplanowanie Placu Smolki. Plac ten powstał w czasach nowożytnych jako alternatywa dla rynku staromiejskiego i już w XVIII wieku stał się dla niego konkurencją, a w połowie wiek XIX cały "ciężar właściwy" miasta przeniósł się właśnie tu, na dolne przedmieście. Wydawałoby się, że taki powstały od podstaw, na surowym korzeniu, aspirujący do miana wielkomiejskiego (a wtedy Bielsko do takiego właśnie miana aspirowało) "podzespół" urbanistyczny powinien mieć i wielkomiejskie rozmiary i kształty.

Gdy spojrzymy na ten teren z góry, dostrzeżemy jego nieregularność. Kształt założenia jest jakby mocno wymuszony. W istocie teren, na którym posadowiono Plac Giełdowy, bardziej przypomina szeroką ulicę, niż plac. Został on bezlitośnie wciśnięty pomiędzy dwie naturalne przeszkody terenowe. Od północy był to potok Niper (w połączeniu z Młynówką), który zasilał liczne farbiarnie na dolnym przedmieściu, a od południa niewidoczna już dziś, kiedyś jednak dość znaczna skarpa opadająca ku ogrodom zamkowym. Różnica terenu jest do uchwycenia i dziś, w uliczce, która opada dość stromo od ul. Wzgórze ku Placowi Fabrycznemu. Ta niedogodność terenowa, oraz istniejące tutaj już wcześniej zabudowania skutecznie utrudniły rozbudowę tej części miasta.
Inna rzecz, że z gospodarczego punktu widzenia (a raczej z handlowego), takie umiejscowienie placu miało sens bardziej niż w przypadku innych ewentualnych lokacji, ponieważ w XVIII wieku tutaj właśnie krzyżowały się dwie najważniejsze drogi - międzydzielnicowy trakt bity wschód-zachód i miejscowa droga lipnicka.

Potok Niper, o którym wspomniałem powyżej to dość szczególny ciek, który swym istnieniem nie tylko pobudził tę część miasta do rozwoju, ale też miejscami skutecznie powstrzymał przesadny jego rozrost.
Prawdopodobnie gdyby nie on, nie mielibyśmy dziś placu Chrobrego. To właśnie jemu najpewniej i innej "bliźnie" na ciele miasta zawdzięczamy Pigal.

Niper to potok, który na stałe wrósł w topografię Bielska, najpierw użyźniając dość strome pastwiska pomiędzy wzgórzem miejskim a późniejszym Syjonem, potem jako źródło wody dla licznych manufaktur, farbiarni i młynów. Nawet po 1863 roku, kiedy postanowiono rozprawić się z potokiem, omurowując jego koryto i przykrywając je nawierzchnią, nie zapomniano o nim, a sama ulica, którą od zawsze potok płynął, nazywa się teraz Nad Niprem.
Wpływ potoku na kształt tej części miasta był jednak dużo większy niż tylko onomastyczny.
Kształt Placu Garncarskiego, wcześniej znanego pod nazwą Smolnego wytyczał ów potok jeszcze na długo po tym, jak zniknął pod powierzchnią ziemi.

Jeśli przyjrzymy się powyższej fotografii, podobnie jak w przypadku placu Giełdowego, w oczy znów rzuci nam się przede wszystkim mocno nieregularna zabudowa. Kryte stromymi dachami budynki z lewej strony zdjęcia stoją w stosunku do pozostałych w przedziwnej konfiguracji, zupełnie tak, jakby coś zmusiło budowniczych do takiego, a nie innego posadowienia budowli. Tak właśnie było. Do połowy XIX wieku Niper płynął właśnie tędy, na skos przez zwartą tu zabudowę ( w miejscu, gdzie na zdjęciu parkują dorożki stały do 1870 r, dwa okazałe domy), a widoczne na fotografii domy ze stromymi dachami wznosiły się nad samym jego brzegiem.

Na planie katastralnym z 1836 roku widać wyraźnie, że ten fragment centrum był niezbyt przyjemnym, ciemnym, wilgotnym i chyba smrodliwym zaułkiem. Warto zwrócić uwagę, że na planie tym widać także owe wspomniane powyżej dwa budynki stojące w samym środku późniejszego Placu Garncarskiego (to te dwa z numerami 134 i 136).

W latach siedemdziesiątych XIX wieku, podczas budowy tunelu kolejowego pod Wzgórzem, postanowiono rozebrać je w obawie przed ewentualną katastrofą budowlaną. Decyzja ta była o tyle łatwa, że cały ten obszar, właśnie dzięki przepływającemu przezeń Niprowi, był tak niedbale zabudowany.

Owa niedbałość stała się więc dla władz miasta istotnym bodźcem do tego, by rozpocząć na tym obszarze prace porządkujące. Ostatecznym efektem tych działań jest dzisiejszy plac Chrobrego, który bez potoku Niper (który przecież skutecznie odstraszał od jakichkolwiek inwestycji w tym atrakcyjnym miejscu) nigdy by chyba nie zaistniał.

Akwarela Jerzego Wójcika

Takich miejsc w mieście, jak się rzekło, jest znacznie więcej. Podobnie ma się przecież sprawa z opisywaną już wcześniej na tym blogu ulicą Podcienie, czy z nieistniejącą już dziś bialską Dolną Młynówką.

Ale o niej powiemy sobie następnym razem.

2014-09-15 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Anatomia upadku

  

Albo

O nieuchronności pewnych zjawisk.

Poprzedni wpis traktował o problemach miejskiej zieleni w sposób ogólny. Dziś chciałbym odnieść się do pewnego szczególnego obszaru naszego miasta, obszaru, który mimo zmian, jakim podlegał, przez wieki pozostawał de facto niewzruszony w swej naturze.

Do czasu...
Mam na myśli nieistniejące już, niestety, Ogrody Zamkowe.

2 czerwca 1489 roku książę Kazimierz II dokonał transakcji handlowej, skupując z rąk mieszczan bielskich i komasując grunty położone w zakolu rzeki Białej. Tereny te zostały przeznaczone na ogrody zamkowe, ale istnieje podejrzenie, że do realizacji pomysłu założenia parku książę został zmuszony zapisami umowy. Bielszczanie zastrzegli sobie bowiem w dokumencie, że na sprzedawanych terenach nie zostaną nigdy wzniesione żadne budynki. Przezorni mieszczanie obawiali się po prostu powstania pod nosem konkurencyjnej osady (która koniec końców i tak powstała po drugiej stronie rzeki półtora wieku później), zatem wymusili na księciu taką właśnie klauzulę. Tak więc, nawet jeśli książę skupował pierwotnie grunty w celach budowlanych, ostatecznie musiał z planów tych zrezygnować.

Ogród, jaki powstał za Piastów, był ogrodem użytkowym. Dostarczał na dwór owoce, wawrzywa, zioła i kwiaty. Miał więc charakter stricte gospodarczy. Dopiero później, w miarę nasadzania coraz to nowych gatunków egzotycznych drzew i krzewów, ogród zaczynał zyskiwać charakter bardziej ozdobny.


Po przejęciu zamku przez mającego wieczne problemy finansowe Karola Promnitza, stan ogrodów, jak sądzę, nie uległ zmianie. Urbarz państwa bielskego z 1571 roku, a więc z okresu bezpośrednio przed przejęciem państwa bielskiego przez pana z Promnicy, wskazuje, że ogród był przede wszystkim sadem owocowym. Istniał obok również ogród chmielowy oraz łąki, ale z opisu tego wynika jasno, że ciągle nie miał on jeszcze charakteru parkowego. Można przypuszczać, że przez te siedem lat panowania właściciela Pszczyny nie dokonano żadnej radykalnej zmiany koncepcji ogrodu. Tym bardziej wierzyciele państwa bielskiego, nie byli chyba zainteresowani niczym więcej ponad zachowanie istniejącego stanu zarządzanych dóbr.
Sytuacja nie zmieniła się wiele, kiedy właścicielem stał się Adam Schaffgotsch, mimo, że ten na brak pieniędzy narzekać nie mógł. Niestety, władał dobrami bielskimi zbyt krótko, aby dokonać w kwestii ogrodów jakiejkolwiek radykalnej zmiany.
Ta ostatnia zaistniała dopiero po roku 1592 roku.

To wówczas, za Sunneghów, powstała najpewniej pierwsza koncepcja parku-ogrodu. Na przestrzeni wielu dekad, sukcesywnie powstawało wspaniałe, prawdowpodobnie renesansowe (jak cały zamek), a potem barokowe założenie, które w chwili przejęcia Bielska przez Sułkowskich mogło zachwycać swym pięknem.

Z fragmentarycznych, porozrzucanych po wielu dokumentach notatek można dowiedzieć się, że park w połowie XVIII wieku posiadał murowany pawilon, oranżerię z wieloma egzotycznymi gatunkami roślin, wielopoziomowe, połączone schodami trawniki z klombami, kompartymentami i inną zielenią parterową, alejki, groty i zacienione nisze. Istniał duży basen o średnicy 15 m. Park obsadzony był wielopiętrową roślinnością, a całość otoczona była solidnym murem.

Ogrody zamkowe otoczone były murem, który, wraz z bramą, mógł nawiązywać swoją architekturą do architektury zamku. Do roku 1876, a więc do momentu podjęcia prac nad poprowadzeniem linii kolejowej na wschód od zamku i nad drążeniem tunelu, wejście do ogrodu usytuowane było naprzeciw furty w murze zamkowym, mniej więcej tam, gdzie dziś znajduje się Plac Teatralny z fontanną. W XVIII wieku furta mogła wyglądać tak, jak na powyższej ilustracji.

W drugiej połowie XVIII wieku, Franciszek Sułkowski dalej rozbudowuje ogród przeznaczając na ten cel spore ilości pieniedzy. Zakłada efektowny labirynt i buduje łaźnię. Mniej więcej w tym czasie powstaje nowa koncepcja parku, który z uformowanego, uporządkowanego założenia o charakterze francuskim, przekształca się powoli w romantyczny park w stylu angielskim.


Już na przełomie XVIII i XIX wieku park zamkowy otoczony był ogrodzeniem przęsłowo-sztachetowym. Być może mamy do czynienia z tym samym, lub podobnym murem, który widać na powyższej ilustracji. Drzeworyt tan (z 1870 r.) przedstawia fragment zamku widziany z ogrodów, mniej więcej z miejsca, gdzie dzisiaj znajduje się budynek mieszkalny przy ul. Generała Grota-Roweckiego. Furta jest niewidoczna, znajduje się poza krawędzią ilustracji, po lewej stronie.

Park zamkowy stanowił miejsce dostępne nie tylko dla rezydentów zamku. Początek XIX wieku to czas, kiedy wśród zieleni, na tzw. Arenie organizowano przedstawienia teatralne bielskiego zespołu teatralnego Hornungsche Schauspieler-, Sänger- und Tänzergesellschaft (artyści wrócili do ogrodów jeszcze raz - po tragicznym pożarze w 1836 r., kiedy spłonął budynek teatru przy zamku).

W latach siedemdziesiątych XIX wieku w obrębie założenia ogrodowego zaczęły następować nieodwracalne zmiany urbanistyczne. Było to nieuniknione. Zamek i ogrody zamkowe znajdowały się przecież w samym centrum miasta. Każda, najdrobniejsza nawet ingerencja urbanistyczna miała, bo musiała mieć, radykalne konsekwencje dla tak sporych nieruchomości.


Budowa linii kolejowej i tunelu do błahostek nie należą, nic więc dziwnego, że ta inwestycja dosłownie i w przenośni przeorała okolice książęcych posiadłości. Dosłownie odcięła ogrody zamkowe od samej rezydencji, co już samo w sobie było zjawiskiem fatalnym. Więcej. Można przypuszczać, że to właśnie realizacja przedsięwzięcia kolejowego w tym, a nie innym miejscu stała się początkiem końca samych ogrodów zamkowych. Wprawdzie od 1877 roku, czyli od momentu zakończenia prac nad linią kolejową biegnącą przez środek miasta, a latami trzydziestymi, kiedy ogrody zamkowe ostatecznie zostały wykarczowane, zaorane, splantowane i zabudowane minęło 60 lat, jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa można uznać, że to właśnie oderwanie ogrodów od zamku pozbawiło je sensu istnienia. Wszak Max Fabiani projektował w tym miejscu osiedle już końcem XIX wieku! Zatem na rzeczy było coś już w dwadzieścia niespełna lat po zakończeniu inwestycji.

Po przeciągnięciu linii kolejowej do Żywca na wschód od zamku furta wejściowa do ogrodów została przesunięta bliżej Placu Giełdowego. Teraz do ogrodów wchodziło się nie w osi głównej alei, ale z boku, przejściem nad tunelem. Była to kolejna, deprecjonująca ogrody okoliczność.
Pod koniec XIX wieku ogrody podupadły. Coraz mniej w nich było tego świetnego i pysznego założenia ogrodowego, coraz mniej blasku i dotychczasowego kunsztu, choć ciągle próbowano wskrzesić dawną świetność tego zakątka miasta.

Układ przestrzenny ogrodów zmieniał się - jak już się rzekło - znacznie na przestrzeni wieków. Czasem diametralnie. Na planie katastralnym z 1836 roku widzimy ogród o wyraźnym, regularnym rysunku z główną aleją biegnącą od zamku ku rzece, dzielącą park na dwie części. Widzimy też nieregularne fantazyjne założenie z alejkami biegnącymi po obu stronach alei głównej. Podobny układ widać jeszcze na mapie Bielska z 1855 roku.


Radykalne zmiany urbanistyczne tego fragmentu miasta wymusiły jednak daleko idące zmiany w układzie przestrzennym parku. Deformacja osi symetrii parku jaka miała miejsce przy budowie linii kolejowej do Żywca, wymusiła zasadnicze przemodelowanie charakteru ogrodu. Aleja główna, prowadząca dotąd od bramy przestała mieć jakikolwiek sens, bo nie było już bramy, w ogóle nie było juz starego ogrodzenia. Z istniejącym od dekad rozplanowaniem pożegnano się definitywnie.

Na planie Pfistera z 1904 roku widać ogrody zamkowe już w całkiem nowym, odświeżonym rysunku, z koncentrycznym układem klombów i skwerów, z plątaniną tworzących nieregularny labirynt alejek. Podobnie prezentuje się ogród na planie Pharusa z 1914 roku.

Park w tym okresie - choć ciągle rozległy - był już w stanie krytycznym. Decyzja o jego sprzedaży na rzecz miasta była już w tedy raczej kwestią czasu.

Lata trzydzieste to dla ogrodów kres ostateczny. Podjęto wreszcie decyzję o zabudowaniu przestrzeni pomiędzy wkopem kolejowym, a rzeką. Projektów dostarczyli Alfred Wiedermann oraz projektanci z firmy Jüttner i Bolek. Na całe szczęście. Dzięki temu całe osiedle zachowało w miarę jednolity charakter i styl.
W krótkim czasie powstało kilkanaście budynków wśród dawnej parkowej zieleni, która kurczyła się nieodwołalnie.

Jedna z nielicznych fotografii przedstawiających ogrody zamkowe w trakcie zabudowywania. Niewiele tu jeszcze domów, więcej drzew, zapewne zabytkowych pozostałości po parkowym założeniu. W centralnej części zdjęcia widać dość rozległą, choć niewysoką budowlę z kominem. To tartak książęcy. Za nim hale fabryczne przy dzisiejszej ul. Inwalidów, wreszcie na trzecim planie masywny biurowiec mieszczący Bank Spółek Zarobkowych (róg dzisiejszych 1 Maja i K. Miarki).

Na tym sporym obszarze błyskawicznie powstało niebrzydkie, jednolite stylowo, wkomponowane w zieleń osiedle, które świetnie wtopiło się w otaczający krajobraz, stając się znakiem wielowiekowych przemian, jakie zaszły w zakolu Białej od czasów średniowiecza.

Można się zżymać na Księcia Sułkowskiego za podyktowaną względami finansowymi decyzję, można mu mieć ją za złe - dziś tak potężna enklawa zieleni w samym środku miasta byłaby nie do przecenienia. Pewnie tak.


Ktoś może jednak powiedzieć, że nawet, gdyby w latach międzywojnia nie podjęto dzieła zabudowy ogrodów, z całą pewnością w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych, w okresie budowlanego boomu, w tym miejscu na pewno coś zostałoby wybudowane. Nie przeczę.
Gdyby jednak tak się stało, to z całą pewnością mielibyśmy w tym miejscu do czynienia nie z wysmakowanym modernizmem, ale raczej z koszmarnym soc-real-destrukcjonizmem.

Z drugiej strony, gdyby w XV wieku książę Kazimierz nie wykupił od bielskich mieszczan tej ziemi, gdyby nie zagwarantował im na piśmie powstrzymania się od zabudowy, zapewne wcześniej czy później ten fragment miasta i tak zapełniłby się całą masą mieszczańskich domów, potem wysokich kamienic, albo, nie daj Boże, warsztatów i fabryk, to - kto wie - pewnie wyglądałby dziś podobnie jak dzisiejsze Żywieckie Przedmieście.

Szczerze mówiąc taki rozwój wypadków równie średnio mi odpowiada...

Może więc jednak dobrze się stało, że w zakolu Białej powstało takie osiedle, a budowę podjęto w takim, nie innym czasie? Może właśnie lata trzydzieste XX wieku były dla takiej inwestycji czasem najlepszym?

W całej - zdawałoby się - spornej sprawie ogrodów, czy raczej w sprawie ich zabudowania, jest jeden, przemilczany jak dotąd, ale w moim odczuciu niezwykle istotny element. Decyzja o pracach budowlanych na terenie od wieków niezabudowanym musiała wynikać z bardzo ważnego powodu - to nie ulega wątpliwości. I sądzę, że powodem tym wcale nie była pusta kasa księcia ordynata. A przynajmniej nie był to powód zasadniczy.


Myślę, że powodem głównym, dla którego zdecydowano się na likwidację ogrodu był fakt, że ogród ten... zaczął umierać.
Nie ma wprawdzie na to konkretnych dowodów, są jednak przesłanki, które każą uważać, że zieleń ogrodowa już w ostatnich dekadach XIX wieku mogła marnieć, a jej utrzymanie stawało się bezcelowe.


Powodem takiego obrotu spraw był głęboki, sięgający poniżej dna Białej wykop kolejowy, który przecinał teren ogrodów totalnie zaburzając stosunki wodne na dużym obszarze. Według relacji ówczesnych gazet i alarmujących raportów, już w latach siedemdziesiątych XIX stulecia studnie na Dolnym Przedmieściu zaczęły wysychać, a władze miasta podjęły decyzję o uruchomieniu podziemnego zbiornika na rynku, który w jakimś stopniu miał przeciwdziałać fatalnej sytuacji.


Można więc z dużą dozą prawdopodobienstwa uznać, że decyzja o zabudowaniu ogrodów była już tylko konsekwencją wcześniejszych działan, a wyrok na ogrody zamkowe zapadł - zupełnie zresztą bezwiednie - znacznie wcześniej.

Tymczasem o dawnej, nieodwołalnie utraconej rzeczywistości przypominają nam już tylko samotne relikty świetnej przeszłości tego miejsca, pozostałości idei, która zrodziła się ponad czterysta lat temu. Nieliczne dęby, jesiony, świerki...

(foto: Hanna Przybylska)

2014-06-18 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2014
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
@KLK. Bardzo dziękuję za miłe słowa. I za pogłębioną analizę dotyczącą nazwy ulicy także dziękuję....
[KLK]
Przyznaję, że bardzo dawno nie przeczytałem równie wartościowego eseju wiążącego się z B-B i abym...
[Maciej P.]
Rozumiem doskonale. Ale jeśli mam być szczery, mną targają raczej sprzeczne odczucia. I już nawet...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 27511
Newsów: 30
Komentarzy: 42
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała