liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (1)

Dendrowstręt

  

albo

Miejski Operat Urządzeniowy

Kilka ostatnich tygodni to w naszym mieście czas intensywnej wycinki drzew. Pod piłami padło już kilkadziesiąt dorodnych topól, wierzb i klonów, a w planach są następne. Sprawa ta wzbudza w społeczeństwie wielkie emocje.

Kiedy przyglądam sie planowej wycince drzew w naszym mieście, gdy patrzę na potężne, wcale nie chore drzewa, które z łoskotem walą się w dno Niwki, na trawniki i osiedlowe parkingi, kiedy docierają do mnie wieści, że planem wycinki objętych jest ponad 300 drzew w całym mieście, rośnie we mnie coś na kształt buntu. A jednoczesnie jakaś przewrotna, nie do końca zrozumiała akceptacja dla tego planu. Dlaczego?

Blog ten ma w swoim podtytule sentencję "w poszukiwaniu utraconego sensu". Nie odnosi się to do mojej kondycji umysłowej, ale raczej do tego, czego w istocie dla dnia dzisiejszego poszukuję: starych (sądzę, że lepszych) form istnienia miasta jako zbiorowości, dawnych, pełniejszych, jaśniejszych i klarowniejszych zasad porządkowania życia wokół siebie, które mogą, a czasem powinny znaleźć swoją realizację i dzisiaj.

No bo w istocie jeśli zadamy sobie pytanie, czym de facto jest miasto, to - sięgając do podstaw, do najbardziej zasadniczych i rudymentarnych zasad - musimy na to pytanie odpowiedzieć równie zasadniczo: miasto to intensywnie zagospodarowana przestrzennie jednostka osadnicza o zwartej zabudowie, cechująca się niewielkim odsetkiem obszarów rolniczych.

Przyjmijmy tę encyklopedyczną tezę jako własciwą. Jawi nam się tutaj opis pewnych zależności, które już z zasady wyłączają z substancji miasta użytkowe przestrzenie zielone (w ich rozumieniu rolniczym). Od wieków bowiem tereny zagospodarowane agrarnie stały w opozycji do miasta i było to ogólnie akceptowalnym znakiem charakterystycznym zbiorowisk miejskich. Oczywiscie nie wynikało to z pierwotnego lęku przed dzikim życiem czyhającym na ludzi w lesie, bo tego typu obawy leżały być może u podstaw miasta jako idei, ale już dawno, w miarę postępu technicznego i cywilizacyjnego oświecenia, zostały zażegnane i są zwyczajnym anachronizmem.

Pytanie więc: dlaczego tak długo, bo aż do pierwszej połowy XX wieku idea zwartej zabudowy z minimalną, śladową wręcz obecnościa terenów zielonych w mieście była jedyną realizowaną w urbanistyce (nie licząc drobnych wyjątków-eksperymentów tylko potwierdzających zasadę)?

Dlaczego przestrzeń miejska przez całe stulecia uciekała od zieleni, a jeśli decydowała się na nią, to tylko w uformowanym, wręcz ściśle zamknietym układzie parków, skwerów, plant i starannie utrzymanych alei?
Można spekulować, że największe znaczenie miała tu typowa dla mieszkańców miast, a dekretowana miejskim prawem mentalność zamykająca sie w słowach: "Miasto to miasto, nie wieś, chcesz mieć drzewo, to idź do lasu, albo posadź u siebie na podwórku, pod oknem oficyny." Argumentacja dość logiczna i rzeczowo sprowadzająca problem do prostej dychotomii miasto - wieś.

Poza tym drzewa postrzegane były jako uciążliwe. Brudziły, sypały liśćmi, nasionami. Rzecz jasna rosły, a więc trzeba je było pielęgnować, przycinać, formować, zaniedbane zagrażały bezpieczeństwu, korzenie rozpychały bruki i chodniki, deformujac mury. Itd, itp.

Drzewa w mieście wybitnie nie pasowały do idei "uporządkowanej wygody", gdzie wszędzie miało być blisko, łatwo, bezpiecznie, słowem: wygodnie.

Jednak o ile takie podejście można jeszcze zrozumieć u ludzi XV, XVII, czy XIX wieku, gdzie polegało się przede wszystkim na własnych nogach, a odległość między punktami miasta liczona była w krokach i kwadransach drogi, to wydaje się, że dziś jest ono absolutnie pozbawione podstaw.

W dobie urządzeń pomagających pokonać każdą odległość czy to osobiście, czy wirtualnie, argument o koniecznej bliskości wszystkich ważnych punktów miasta traci na znaczeniu. Zaczął tracić już na początku XX wieku. To wówczas Towarzystwo Upiększania Miasta rozpoczęło zakrojoną na szeroką skalę działalność mającą na celu przemianę przestrzeni miejskiej na bardziej przyjazną - również, a może przede wszystkim - przez zwiększanie obszarów zielonych w mieście.

Zaczęły powstawać parki, skwery i całe aleje drzew. Chociaż nie da się ukryć, że początkowo walka z "miejską mentalnością" była dość uciążliwa.

Oto zdjęcie, które doskonale ilustruje, jak na początku XX wieku w Bielsku podchodzono do kwestii "obszarów zielonych". Mimo, że mamy tu do czynienia z wyjatkowo kiepskim retuszem, ten obrazek jednak stanowczo sugeruje gusta ówczesne, a więc szczególne zamiłowanie do niskich, kompartymentowych i trawnikowych form ozdobnych, gdzie krzewów wysokich, a tym bardziej drzew zwyczajnie nie widać. Wiązało sie to z koncepcją, która wprawdzie kilkanascie lat później została zarzucona, ale która obowiązywała jak dotąd całe wieki. Chodziło mianowicie o regułę niesadzenia wysokich drzew w przestrzeni ulicy. Miano na względzie oczywiście estetykęi bezpieczeństwo, ale priorytetem był tu przede wszystkim swobodny dostęp światła słonecznego do mieszkań, warsztatów i biur.

Naturalnie to, co obowiązywało w zwartym centrum i jego bezpośredniej okolicy, nie zawsze było zasadą na peryferiach. Kiedy w 1889 r. wytyczano nową drogę z dolnego przedmieścia do dworca kolejowego, obsadzono ją podwójnym szpalerem drzew, a właściwie drzewek. No właśnie. Były to niskie, formowalne drzewa, których utrzymanie było niewspółmiernie tanie i wygodne w stosunku do efektu, jakie przyniosło ich nasadzenie. To dość znamienne. Mimo, że drzewa siłą rzeczy rosną , to jednak ich wzrost przez lata był skutecznie spowalniany za pomoca zabiegów pielęgnacyjnych. Istnieje ilustracja z lat trzydziestych, na której widać drzewa o charakterystycznych grubych przyrostach u nasady korony świadczących o nieustannym przycinaniu konarów tuż przy pniu. Kiedy natomiast okazało się, że drzewa wybujały na tyle, że i dalsza ich pielęgnacja jest nieopłacalna, i zaczynają one stanowić element degradująco "podmiejski", pozbyto się większości z nich, nie czekając aż osiągną rozmiary dębu Bartek.

Na zdjęciu powyżej drzewka rosną pięknie. Równiutko, idealnie kuliste, jak od jednej formy. Na zdjęciach z 1920 roku te drzewka ciągle są, choć jest ich już coraz mniej, aby w latach trzydziestych ulec piłom i siekierom ostatecznie.

Oczywiście nie jest tak (i nigdy nie było), że miasto było jakąś jałową pustynią, którą latem prażyło niemiłosiernie słońce, a zimą przewiewały mroźne wiatry. W obszarach ścisłej zabudowy zawsze istniały enklawy zieleni wysokiej. I mam tu na myśli nie tylko założenia ogrodowe na tyłach kamienic, bo to jest zupełnie oczywiste - wszak były to obszary niepubliczne, prywatne i zagospodarowywane zgodnie z własnym widzimisię posiadacza. Chodzi mi bardziej o zarządzane przez miasto parki, skwery i mniejsze założenia, które - realizowane od drugiej połowy XIX wieku stanowiły dla mieszkańców naturalne miejsca azylu przed wielkomiejskim zgiełkiem. Wprawdzie jeśli spojrzymy na wydany w 1905 roku plan Pharusa, to łatwo zauważymy, że samo centrum miasta, ujęte w ramy starych murów miejskich z przylegającymi doń obszarami Blichu, rejonu Kaiserstrasse i Dolnego Przedmieścia aż do Synagogi to rzeczywiście ewidentnie suche pustkowie (nie licząc ogrodów zamkowych - rzecz jasna), ale przecież jeszcze 60 lat wcześniej, plan katastralny obrazuje tych zielonych obszarów nieporównywalnie więcej.

Na planie Pharusa park przy strzelnicy, założony w 1898 r. jest już w całej okazałości. Rok później powstał park na Blichu. Ciekawostką jest fakt, że na planie z 1905 roku można w przebiegu alejek parkowych dopatrzyć się dzisiejszego ich rysunku. Różnice są naprawdę niewielkie. Oznacza to, że przez ponad wiek park funkcjonował w kształcie prawie niezmienionym. Wielka, radykalna wręcz zmiana zaszła dopiero w czasach nam współczesnych i odbiła się negatywnie (nie tylko w kontekście estetycznym) na całym założeniu.


Ale tutaj uwaga dość istotna dla dalszych rozważań: te parki u samego ich zarania nie były wyspami dzikiej, nieujarzmionej przyrody w samym sercu ceglano-kamiennej pustyni. Również i one poddawane były pieczołowitym zabiegom, które miały nadać im konkretny, z góry założony plan. Owa przemożna chęć zapanowania nad zielenią i uczynienia z niej tworzywa to znamienny i charakterystyczny element zagospodarowania przestrzeni tamtych czasów. Architektura krajobrazu nie jest wymysłem XXI wieku, przeciwnie, mam jakieś przemożne wrażenie, że właśnie dziś to, co nazywamy "architekturą terenów zielonych" coraz mniej z tą architekturą ma wspólnego.

Innymi słowy przełom XIX i XX wieku to wielki boom dla parków i skwerów, gdzie zieleń traktowano jak swoiste plastyczne tworzywo nadając mu kształty pożądane i konstruując z jego pomocą regularne założenia architektoniczne.

Gęsta, wysoka, dzika zieleń. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, kiedy patrzymy na tę fotografię. To jednak pozór. Przycięta trawa, równe alejki, zabezpieczone drzewka o uformowanych koronach, stylowe barierki, kamień, rośliny i woda. Doskonałe połączenie prostoty, staranności i gustu, które w efekcie nadaje parkowi charakter do złudzenia przypominający najlepsze założenia pałacowe.


Ta koncepcja, mam wrażenie, zaczęła wyczerpywać się już w latach międzywojnia, kiedy - czy to z braku środków, czy z powodu przyjęcia nowej wizji - zarzucono ścisłą, konstrukcyjną, "opresyjną" wręcz kontrolę nad zielenią i pozwolono jej krzewić się w wielu miejscach z dużą swobodą.
Miało to swoje dobre strony, bo w wielkim stopniu dynamizowało krajobraz miejski. Proszę spojrzeć na dwa poniższe zdjęcia. Są wykonane mniej więcej w tym samym okresie.

Na pierwszym widzimy północną część Parku Blichowego, wydzieloną enklawę wokół pomnika Gabriela Narutowicza, zagospodarowaną zgodnie z najlepszymi wzorami architektury zielonej: symetryczne pola trawników okolone kompartymentami, przygotowane do nasadzeń kwiatów (sądząc z kwitnących kasztanowców przy dawnym torowisku tramwajowym, mamy do czynienia z majem), szerokie alejki, biegnące ku centralnej, dominującej bryle pomnika, wokół której półkoliście zasadzono krzewy i niższe drzewa, niebędące dla tej części założenia zbytnim wizualnym przeciążeniem. Wreszcie wysokie kasztanowce i platany stanowiące naturalną ramę współgrającą z całą resztą, zamykającą skwer w sposób najbardziej naturalny z możliwych. Harmonia, rytm, rym i zamysł...

Jednak już kilkadziesiąt kroków dalej ukazuje nam się obraz zgoła inny. Oto na drugim zdjęciu widzimy fragment nadrzecznej alejki w tym samym parku. Tutaj jednak zieleń objęła okolicę w niepodzielne władanie. Gęsty dach liści zamyka alejkę prowadzącą wśród gęstych traw, na wiodącej ku brzegowi Białej pochyłości krzewi się zbita gęstwa krzaków. Tutaj mamy do czynienia już nie tyle z parkiem, co omalże z lasem.

Te dwie różne od siebie rzeczywistości egzystują na bardzo niewielkiej przestrzeni, nadając jej wspomnianej dynamiczności i urozmaicając ten niewielki skrawek miasta w sposób doskonały.

I takie właśnie podejście bardzo mi się podoba. Różnorodność jest kluczem do piękna, również w wymiarze urbanistycznym.
Jednak tutaj rodzi się problem.
Aby bowiem konstruować "zieloną rzeczywistość" miasta, trzeba umieć z części tej rzeczywistości zrezygnować, trzeba umieć - paradoksalnie - poświęcić jej fragment dla utworzenia nowej przestrzeni, dla jej przebudowania.


Narażę sie pewnie niejednemu czytelnikowi, ale jestem zwolennikiem aktywnego konstruowania tkanki miasta, nawet, jeśli miałoby to za sobą pociągnąć dość radykalne działania. Jak się okazuje, na przestrzeni dziesięcioleci takie zjawiska były na porządku dziennym i przez cały ten czas zdawało to egzamin, nie widzę więc powodu, aby i dziś nie czynić podobnie.

Oczywiście niezbędnym tu jest (uprzedzę głosy protestu), aby miasto prócz samego pomysłu na pozbycie się kilkuset drzew miało w zanadrzu jakiś konkretny plan rewitalizacji tych okaleczonych obszarów.

Jeśli jest inaczej, to fatalnie. Rychło może się bowiem okazać, że dzisiejsza polityka Ratusza wpisuje się w ten przedstawiony pobieżnie powyżej proces zmiany wizji architektury zielonej miasta. Ale jako pierwszy w historii wpisuje się negatywnie oferując jedynie bielską masakrę piłą mechaniczną.


Oby to nie było złe proroctwo.

2014-04-13 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2014-04-14 15:25:54
W marcu ub. roku @liceummundi odwiedził park na oś. Polskich Skrzydeł i zamieścił ciekawą notatkę. Mimo braku postępów ze strony Ratusza w doinwestowaniu parku - nadal brakuje schodów i mostku - walczymy dalej o u utrzymanie stanu parku i jego zrównoważony rozwój. Pozdrawiam, (v-ce przew. RO Pś :) )
Komentarzy (2)

Przestrzeń obłaskawiona...

  

W naszym mieście od dziesięcioleci, a w niektórych przypadkach nawet od stuleci, funkcjonują ustalone i niczym niewzruszone topograficzne aksjomaty. W świadomości mieszkańców miasta - nie tylko tych rdzennych, ale i tych przybyłych (sam się do nich zaliczam) - funkcjonują pewne onomastyczne i terenowe stałe punkty odniesienia, których pojawianie się i istnienie jest regulowane koniecznością oswajania przestrzeni i budowania czegoś na kształt wewnętrznej, ale wspólnej dla wszystkich mieszkańców mapy otaczającego świata.

W najnowszym wydawnictwie BBTH "Bielsko-Bialskie prace historyczne" pan Jacek Warchala w kontekście funkcji nazw w obrębie miasta pisze o mieście jako o miejscu "udomowionej i obłaskawionej przez człowieka przestrzeni, która została wyodrębniona z przestrzeni anonimowej i doświadczana przez człowieka zarówno emocjonalnie jak i racjonalnie, i w jakimś sensie zawłaszczona przez niego >>dla siebie<<. Domy, ulice, parki, ogrodzenia, działki, chodniki, ścieżki są efektem aranżacji przestrzeni własnej, lub lepiej: pozyskanej na własność i swoistym znakiem zadomowienia, osadzenia, zasiedzenia przez kolejne następujące po sobie generacje".

Takich obłaskawionych przestrzeni każde miasto posiada olbrzymią, niezliczoną wręcz ilość, są jednak takie, które swą "udomowioną tożsamość" potrafią utrzymać przez całe stulecia i trwają niezmiennie mimo częstych, czasem nawet diametralnych zmian. Ba! Powstają nowe, na naszych oczach tworzą się niespotykane dotąd konstrukcje mentalno-przestrzenne, które wyznaczają zupełnie nowe horyzonty naszej rzeczywistości. Jeszcze przed dwiema dekadami słowo "Sfera", czy "Gemini Park" nie budziło w mieszkańcach miasta żadnych skojarzeń, a dziesięć lat temu były zaledwie nowymi hasłami w słowniku bielszczan. Dzisiaj funkcjonują jako odrębne jednostki topograficzne i spełniają podobne zadanie, jak niegdyś "Gallus", Folwark, czy Hulanka.

Rozpoczynamy dziś cykl prezentujący tego typu punkty znaczące naszego miasta, które będziemy analizować zarówno w kontekście geograficznym (czy raczej urbanistycznym), społecznym i - rzecz jasna - historycznym.

Kiedy zastanawiałem się nad tym, jaki punkt z długiej listy topograficznych znaków szczególnych Bielska-Białej wybrać na pierwszy z wpisów z cyklu, kiedy próbowałem wyodrębnić ten najbardziej charakterystyczny, stanąłem oto przed bardzo trudnym zadaniem. W grę wchodziło bowiem wiele propozycji, czarnych koni tych wyścigów - był Zamek, był Rynek, była Hulanka, park Słowackiego, park Włókniarzy, Pastornak, Aleje Sułkowskiego, Trzy Lipki, Widok, Obszary, Olszówka, Cygański Las, Leśniczówka w Lipniku, Konfirunek i wiele, wiele innych.


Mój wybór padł na nazwę, która nie tylko opiera się działaniu czasu i różnym wpływom, modom i tendencjom, ale stanowi również pewien ścisły miejski topos, rodzaj odnośnika, który jest odnośnikiem nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, a - jak się okaże - odciska swoje piętno również i na języku.

Tą nazwą jest Blich.

Ma ona w historii naszego miasta szczególne miejsce. Związana jest bowiem zarówno z bielskim rzemiosłem, jak i z samym tego miasta charakterem.

Blichowanie to specyficzny rodzaj pracy, która dziś jest nie tylko zapomniana, ale której charakter dla współczesnego (młodego) bielszczanina jest już po prostu niezrozumiały. Tymczasem bielenie płótna całe wieki wiązało się ze swego rodzaju widowiskowością. Na tym zdjęciu z przełomu XIX i XX wieku widać blich w całej swej okazałości. Jest to blich późny, jednak charakter pracy w wielu tego rodzaju zakładach od wieków nie ulegał zmianie i mimo postępów technologicznych, aż do XX wieku można było w wielu miastach oglądać tego typu obrazki.

Blich to położony nad brzegiem Białej (wcześniej Bystrej) obszar, który od XVI wieku zajmowała miejska ława do płukania płócien. To miejsce, gdzie bielono taniny najprostszą metodą, przez polewanie wodą i ekspozycję na słońcu. Wybielanie było tu prostym procesem fotochemicznym i stało się specjalnością bielszczan, a obszar zajęty pod ich warsztat powiększał się z dekady na dekadę. Z czasem blich, poszerzony o przyległe łąki, stał się miejskim znakiem rozpoznawczym. Przez wieki masowo bielono tu płótno. Charakter pracy związanej z blichowaniem odciskał na okolicy swoje piętno. Obszar przedmieścia przez długi czas był niezabudowany, rozległe tereny łąk nadrzecznych oddane były w wyłączne władanie blecharzy, którzy dla wybielenia płótna polewali je wodą specjalnie skonstruowanymi szuflami.

Blecharz przy pracy. Tak wyglądało polewanie wodą rozpiętych na nadrzecznej łące płócien. Tak pracowano także i na bielskim blichu. Fotografia z 1890 roku (źródło: Muzeum w Wuppertalu).

W XVIII wieku było to już spore przedmieście Bielska i już wtedy intensywnie wykorzystywano je gospodarczo. Podobno już książę Kazimierz II w XVII wieku założył tu stawy rybne, które świetnie prosperowały aż do XIX stulecia, kiedy to z powodu braku miejsca dla rozrastającego się przedmieścia i rosnącego apetytu na grunty, stawy zasypano (ostatni z nich funkcjonował jeszcze w XX wieku jako staw rekreacyjny, na którym można było pływać łódkami - znajdował się mniej więcej w miejscu dzisiejszych hal Befamy przy ul. Rejtana).


Blich bielski był jednym z najprężniej rozwijających się przedmieść. Jednak w osiemnastym wieku jego rola jako miejsca blichowania płótna, zmalała znacznie. W 1784 roku nastąpiła mała rewolucja w dziedzinie bielenia. Claude Louis Berthollet odkrył wybielające właściwości związków chloru. Od tego czasu bielenie płótna przez polewanie wodą powoli stawało się anachronizmem. Również samo rzemiosło ewoluowało coraz bardziej w stronę technologii opartych o chemię. Ale mimo to i wbrew pozorom przedmieście, mimo stopniowego wycofywania się bielenia jako rzemiosła, nie przestawało być Blichem.

Tym bardziej, że funkcjonowało tu wiele innych form rękodzieła, rzemiosła i przemysłu, które wykorzystywały okoliczne uwarunkowania geograficzne. Przede wszystkim cieki wodne, z których najważniejszą była Młynówka, biorąca swój początek ze stawu przy olejarni, przy dzisiejszej ul. Kustronia, płynąca otwartym korytem aż do 1883 roku wzdłuż ulicy Młyńskiej i Blichowej. Jej nurt musiał być dość silny, skoro budowano przy niej młyny. Innymi ważnymi potokami były Kamieniczanka, będąca granicą południową dla całej dzielnicy, czy potok Sikornik, stanowiący jej limes północny.

Dzisiejsza ulica Młyńska jest już tylko echem tamtych czasów, ale także mówi nam o pewnej rewolucji, jaka dokonała się na przełomie XVIII i XIX wieku, a która diametralnie zmieniła wygląd tego specyficznego rejonu.

W XIX wieku to tutaj właśnie rozlokował się bielski przemysł. Na Żywieckim Przedmieściu (taka nazwa zaczęła wówczas funkcjonować zamiennie) powstawały liczne zakłady przemysłowe. Na Blichu powstała przędzalnia lnu Wolfa (wprawdzie wcześniej od niej wystawił swą farbiarnię Mänhardt, jednak jego hale leżą nieco na północ od Blichu). W ślad za nią sypnęły się następne.

Zakład apretury i farbiarnia Wolfa. Wcześniej, od 1856 roku, mieściła się tu przędzalnia lnu. Pół wieku później na miejscu tego budynku stanęła pierwsza w mieście żelbetowa hala fabryczna.

Pojawiły się fabryki Graubnera, Piescha, Büttnerów, Batheltów, Josephy'ego... Dzielnica zatraciła swój pierwotny rękodzielny charakter, a mimo to ciągle przez mieszkańców zwana była Blichem. Tramwaj linii nr 1 jeździł do Cygańskiego Lasu przez Blich, na Blichu był park, przez Blich prowadziła (i nadal prowadzi) droga na Szczyrk, na Blich szło się na mecz rozgrywany na boisku "na górce", albo "na skarpie", przy ul. Widok...

Dzisiaj nazwa nieco już przybladła, jednak nie obumarła zupełnie. Co więcej, w świadomości mieszkańców - nawet tych młodszych - żyje ciągle i funkcjonuje niejako równolegle z pojęciami "ul. Partyzantów", "pl. Żwirki i Wigury", czy "park Włókniarzy". Można dziś zapytać młodego bielszczanina, czy wie, jak dojść na blich, a z dużą dozą prawdopodobieństwa wskaże właściwy kierunek.

Ale sprawa z bielskim blichem nie jest taka prosta. Ponieważ w XVI i XVII wieku bielenie płótna było tutaj rzemiosłem naprawdę dominującym, toteż i miejsc, gdzie ten proceder uskuteczniano, było więcej. Blichem był również obszar na północ od miasta, w rejonie dzisiejszych ulic Cechowej i Barlickiego. Wówczas były to tereny niezabudowane, przez całe dziesięciolecia pokryte płachtami białego płótnam i - tak samo jak na przedmieściu żywieckim - rzemiosło to kwitło tu niepodzielnie.

Tak się jednak złożyło, że ten obszar nigdy nie utkwił w świadomości bielszczan jako blich, nigdy nie wrósł z tym "piętnem" w topografię miasta, nigdy nie stał się jego częścią. Być może dlatego, że powstał później, a może dlatego, że w mieście takim jak Bielsko blich może być tylko jeden? Kto wie...?

Podobnie rzecz ma się z blichem bialskim. Tak, Biała także miała swój blich, ona również u zarania swych dziejów trudniła się tym rzemiosłem i ona bardziej niż Bielsko zawdzięcza swą nazwę tej właśnie czynności.
Bialski blich sytuować możemy w zakolu rzeki Białej, dokładnie tam, gdzie dzisiaj funkcjonuje park ratuszowy. Tam właśnie w XVI i XVII wieku bialscy rzemieślnicy bielili swoje płótna. W miarę rozwoju miasta powiększały się też tereny, na których rozpinano tkaniny i polewano je wodą z potoku. W drugiej połowie XVIII wieku funkcjonował już kolejny, potężny blich nad Białą, dokładnie naprzeciw blichu bielskiego, usytuowany na tzw. Kątach, w rejonie dzisiejszej ulicy Sempołowskiej, pomiędzy mostem w osi dzisiejszej ul. PCK i mostem w osi Leszczyńskiej.

Dziś nawet historycy rzadko kiedy utożsamiają przyratuszowy park z niegdysiejszym blichem.Tak mocno blich w Bielsku, na Żywieckim Przedmieściu wrył się w świadomość bielszczan, tak niepodzielnie zapanował w naszej wyobraźni, że słowo "blich" przestaliśmy utożsamiać ze zwykłym warsztatem pracy na otwartym powietrzu, jakich w całej Europie było wówczas bez liku, a zaczęliśmy traktować to słowo jako oryginalną, niepowtarzalną nazwę własną południowego przedmieścia Bielska.

Mimo postępu technologicznego, bielenie płótna - szczególnie w obszarach biedniejszych - nadal odbywało się według starych zasad, dlatego ciągle dla blichowania rezerwowano obszary usytuowane blisko cieków wodnych. Ale podobnie jak w przypadku bielskiego blichu północnego, tak i blich w Białej nie przetrwał w pamięci. Dlaczego?

Odpowiedź może być prosta. Tylko na bielskim blichu główna ulica przedmieścia otrzymała nazwę "Blichowa" (Bleichstrasse), a to w sposób walny mogło przyczynić się do utrwalenia pojęcia blich w świadomości mieszkańców. Tak mogło być w istocie, ale czy to jest tłumaczenie wystarczajace? Nie wydaje mi się, tym bardziej, że w tym fragmencie miasta nie była to jedyna ulica. Istniały tu takie ulice jak Manhardtgasse, Purzelberg, Graben, Pastornak. Ta ostatnia przez pewien czas była nawet ulicą dużo ważniejszą od Blichowej - tędy wiodła spod Zamku linia tramwajowa, tędy od połowy XIX wieku prowadzony był ruch kołowy w kierunku na Szczyrk.

W takim natłoku nazw i znaków blich mógł więc łatwo utonąć i popaść w zapomnienie.

Odpowiedź może być więc zgoła inna, choć równie oczywista. Zarówno na drugim blichu w Bielsku, jak i na blichach w Białej przez długie stulecia prócz łąki do bielenia nie zaistniało nic innego. Tam zawsze bielono płótno. Tylko.
Kiedy więc w miarę postępu technicznego weszły w życie nowe technologie, te miejsca - opuszczone przez blechaczy, niezabudowane, w żaden sposób niewykorzystane - popadały w zapomnienie, zwyczajnie obumierały, stawały się niepotrzebnymi nieużytkami, których nigdy w żaden sposób na nowo nie zagospodarowano, a skutkiem tego nie potrzebowano do ich funkcjonowania tworzenia żadnych żywych odniesień.

Ulica Blichowa. Na początku XX wieku dzielnica nabrała już tego charakteru, który znamy i my. Potężne hale fabryczne, kominy, gwar, ruch... Ale obok gigantów przemysłowych egzystują także ich poprzedniczki - fabrykanckie kamienice mieszczące już w pierwszej połowie XIX wieku tkackie i farbiarskie manufaktury. Zaś obok nich zupełnie już mikroskopijne warsztaty rzemiosła, ot, choćby ten, zegarmistrza Pawła Kleberta, do którego wejście widać w kamienicy po prawej stronie.

Tylko teren Żywieckiego Przedmieścia, który już w początkach XIX stulecia zaczęto zabudowywać nowymi fabrykami i warsztatami, jest wyjątkiem, bo tylko on nadal funkcjonował w świadomości bielszczan jako obszar żywy i obecny. Jeśli budowano fabrykę na Żywieckim Przedmieściu, to miejscowa ludność mówiła, że budowano ją na Blichu. Jeśli robotnicy chcieli zatrudnić się w zakładzie pracy Manhardta czy Batheltów, to kierowali się na Blich, słowem ciągle odnoszono się do tego fragmentu miasta, nieustannie funkcjonował w zbiorowej świadomości, ciągle potrzebowano odnośnika, indeksu geograficznego dla konkretnego miejsca. Inaczej niż pozostałe, zapomniane blichy, ten konkretny, na Żywieckim Przedmieściu bez przerwy żył. I żyje do dziś.

Pytanie, jakie rodzi się w tym kontekście, to: czy będzie żył i w następnych dekadach, czy przyszłe pokolenia będą o nim pamiętać?
Tutaj odpowiedź nie jest taka oczywista. Fakt, który przywołałem na wstępie wpisu, pewność, że większość z nas wie czym był i czym jest Blich, że potrafimy z większą lub mniejszą dokładnością wskazać obszar, jaki zajmuje, nie oznacza wcale, że nazwy tej używamy z pełną premedytacją, że chcemy tę rzeczywistość pieczołowicie kultywować.
Przeciwnie. Mam wrażenie, że coraz częściej pojęcie blichu wypierają inne pojęcia, zastępniki, rozmieniające tę starą nazwę na drobne: ulica Partyzantów, "przy Apenie", plac przy McDonaldzie (z onomastycznego punktu widzenia to jakieś horrendum)"skrzyżowanie z Michałowicza", czy "na Batorego"...

Być może jest to naturalny proces, którego nic nie powstrzyma, być może taki charakter ma miejska toponimia, że nazwy i pojęcia są z natury rzeczy nietrwałe i lubią być zastępowane nowymi, noszącymi rys tak dla młodych pokoleń atrakcyjnej świeżości... Być może wreszcie (w ślad za powyższą sugestią) powolna śmierć Blichu zaczęła następować w chwili, gdy ulicę Blichową przemianowano na Partyzantów...

Pewnie tak. I pewnie niejeden Czytelnik powie, że tak jest dobrze.

Ja jednak nie jestem wcale tego taki pewny. Dlaczego?

Obłaskawione, charakterystyczne i znane od pokoleń punkty topograficzne na mapie naszego miasta nie są tylko zwykłymi indeksami, zwyczajnymi punktami odniesienia, które pomagają nam poruszać się w przestrzeni (do magla na Folwark, do apteki pod Kasztany). Są nie tylko etykietami dla miejsc, one stają się swoistymi "punktami triangulacyjnymi" naszej zbiorowej wyobraźni, oswajają to miasto nie tylko dla każdego z nas z osobna, ale dla wszystkich. I to dla wszystkich jednakowo. To one - przez swój uniwersalny charakter - stwarzają nas bielszczanami, wspólnotą nie tylko miejsca, ale i tradycji, ale i historii.
Jeśli ich zabraknie - nie będziemy już wspólnotą, będziemy już tylko mieszkać po sąsiedzku.

2014-04-05 | Dodaj komentarz
jacob
2014-04-07 23:52:54
Zasadna zatem byłaby zmiana nazwy ulicy Partyzantów na Blichowa. A nie pamięta Pan dlaczego Partyzanci zastąpili Blich? Czym ten biedny blich podpadł władzom.
Maciej P.
2014-04-08 12:16:56
Nie znam powodu, dla jakiego władze miasta przemianowały ulicę, ale nawet gdybym znał - nie wierzyłbym weń zbytnio. :-) Praktyka denominacji jest stara jak świat, a na obszarach spornych politycznie szczególnie nasilona. Zresztą trwa od dawna. I nie ograniczała się tylko do nazw ulic. W latach dwudziestych, kiedy rozpisano konkurs na budynek Gimnazjum Polskiego (obecnego Liceum im. Kopernika), jeden z punktów regulaminu kończył się słowami: "styl gotycki wykluczony". Równie dobrze można było napisać wprost: "byle nie kojarzył się z Niemcami". W tym kontekście "Partyzantów" brzmi cokolwiek bardziej swojsko dla niektórych uszu niż "Blichowa", a z całą pewnością bardziej zrozumiale. Jeśli zaś chodzi o powrót do starej nazwy "Blichowa", to nie miałbym nic przeciwko, choć z drugiej strony cały ten mój wpis powyżej traktuje przecież o tym, że pamięć o dawnym charakterze ulic trwa jednak w świadomości powszechnej mimo oficjalnych nazw, czy też ich braku.
Komentarzy (0)

Poszukiwacze zaginionej furty

  


Dzisiaj znów zanurkujemy w odmęt czasu. Nie wnikniemy wprawdzie zbyt głęboko, bo te głębiny, w których bierze swój początek obiekt moich dzisiejszych zainteresowań, giną w mrokach dziejowego Rowu Mariańskiego. A ja nie posiadam odpowiedniego sprzętu na takie głębokości.
W dodatku te głębiny skrywają tak wiele szczegółów, że dzisiejszy wpis będzie raczej czymś w rodzaju hipotezy.
Punktem wyjścia dla niej niech będzie znana nam już rycina Samuela Johanny'ego.



Na ilustracji widać mur. Biegnie na lewo od kościoła św. Mikołaja, od strony południowej. To najpewniej pozostałość po średniowiecznych umocnieniach, kościół pobudowano przecież na placu usytuowanym w południowej części wzgórza miejskiego, zatem nic dziwnego, że na południe od świątyni biegnie mur. Jego przebieg pokrywa się z przebiegiem tych fragmentów muru średniowiecznego, który uchwyciły badania archeologiczne. Nie było ich dużo.

Południowa część placu została radykalnie zniwelowana w trakcie dziewiętnastowiecznych prac, zatem próżno dziś szukać reliktów umocnień.
I nie szukamy. Zresztą... Dla nas reliktem jest nawet ten drzeworytowy murek, którego przebiegu możemy się co najwyżej domyślać. I utożsamiać ze średniowiecznym murem obronnym. Inna rzecz, czy słusznie...

Natomiast dość często zapominamy o czymś niezwykle istotnym. Mianowicie o fakcie, że kościół dzisiejszy jest o wiele większy od dziewiętnastowiecznego. Przebudowana w 1910 roku świątynia rozrosła się znacznie i zajmuje dziś dużo większy obszar niż dwieście lat temu. Warto o tym pamiętać, tym bardziej, że relikty wewnętrznych, średniowiecznych murów odkryto pomiędzy plebanią a kościołem, co sugeruje, że dalszy ich ciąg biegnie (albo biegł - bo jego fundamenty zniwelowano przy owej rozbudowie) pod ścianą południową kościoła.

Kościół od samego początku - jak zawsze bywało w takich wypadkach - otoczony był cmentarzem. Do czasu. W 1783 roku, na mocy edyktu Józefa II Habsburga, zlikwidowano cmentarz na placu kościelnym i przeniesiono go poza obręb murów miejskich. Jednakże sam mur cmentarny pozostał. I stał aż do XX wieku. Z murem tym wiąże się dość ciekawy wątek bram cmentarnych.
Było ich trzy. Dwie widać na ilustracji Johanny'ego. Jedna z nich usytuowana jest na wysokości wieży kościelnej. Wystaje ona poza lico owego muru o średniowiecznej proweniencji i o niej jeszcze sobie opowiemy, bo skrywa w sobie pewną tajemnicę.

Druga brama, a raczej furtka znajduje się na prawo od kościoła i ma dość szczególny wygląd. Jest skośna. Przylega wyższym bokiem do muru jakiejś budowli. Widać ją bardzo dokładnie i widać, że tworzy z budynkiem całość. W istocie budynek ten to browar, stojący dosłownie kilka metrów od wejścia do kościoła. Stoi na miejscu, na którym po pożarze, w 1808 roku pobudowano gmach pierwszej szkoły miejskiej.
Trzeciej bramy na drzeworycie nie widać. Ale zapewne już istnieje. Jest zasłonięta budynkiem plebanii.
Mnie interesuje jednak pierwsza z bram. Dlaczego?

Kiedy przyjrzymy się planowi Bielska z oznaczoną linią średniowiecznych murów, szybko zdamy sobie sprawę z braku jakiejkolwiek bramy w południowych wałach. Tak, jakby była zupełnie niepotrzebna. Według obecnego stanu wiedzy bramy, ani nawet furty rzeczywiście tam nie było. I jest to dość stanowcze stanowisko archeologów, mimo, że zupełnej pewności w tej kwestii oczywiście nie ma. I nigdy nie będzie, bowiem obszar, na którym brama mogła stać, jest dzisiaj bezpowrotnie utracony dla jakichkolwiek badań archeologicznych i prób uchwycenia jej reliktów. Tutaj mamy do czynienia z niemalże identyczną sytuacją, jaka miała miejsce w przypadku bramy dolnej, tej przy zamku, której relikty zniszczono plantując obszar dzisiejszego wylotu ul. Wzgórze na plac Chrobrego. Również tutaj - podczas prac niwelacyjnych mur prawie całkowicie został usunięty aż do fundamentów. Skąd więc wiadomo, że w ogóle istniał? W 1996 roku, podczas modernizacji placu katedralnego odkryto jego relikty. Znajdowały się mniej więcej w okolicy schodów wiodących z ulicy Sikorskiego ku katedrze. Odnaleziono także fragment szerokiej na 11 metrów fosy biegnącej wzdłuż dzisiejszej ulicy Schodowej, dokładnie pomiędzy kościołem a klasztorem.
Czy brama (względnie furta) w murach południowych istotnie była zbędna? Czy faktycznie mieszkańcy miasta, aby udać się na południowy blich, czy tzw. Pastornak korzystali z dolnej, albo górnej bramy miejskiej? Z górnej - rozumiem. Była bardziej wygodna, choć przecież odległa. Po jej przekroczeniu, podążający na pastwiska (na późniejszym Pastornaku) kierowali się wzdłuż muru i fosy, dzisiejszą ulicą św. Trójcy, przecinali Cieszyńską, docierali do obecnego placu św. Mikołaja i - mając mury miejskie po lewej stronie - przecinając plac przez sam środek, podążali stromo w dół, wzdłuż dzisiejszej ulicy Sikorskiego, ku Młynówce płynącej dzisiejszą Partyzantów.
Dolna brama zaś nie nadawał się do tego w ogóle. Jaszcze bowiem na planie katastralnym z 1836 r. droga u stóp zamku, dzisiejsza ul. Zamkowa, przedstawia się jako kompletnie nieprzejezdna. Pomiędzy gęsto zabudowanymi budynkami od biedy mogli przecisnąć się piesi, ale już z całą pewnością żaden wóz z bielonym płótnem, nie mówiąc już o dwóch, które chciałyby się wyminąć.

Czy z tego płynie więc jakiś konkretny wniosek?
Raczej pewna ciekawa hipoteza.
Wróćmy jeszcze raz do ryciny pana Samuela. Widać na niej tuż obok kościelnego muru pewną konstrukcję. Uznaliśmy, że to brama, czy raczej furta w murach. Czy słusznie?

Przecież ta zwieńczona dwuspadowym dachem sylwetka budynku z szerokim czarnym otworem do złudzenia przypomina stojące przy rynku kamienice z podcieniami. Czarny otwór łudząco podobny jest do łukowo sklepionych arkad. Czy to możliwe, abyśmy mieli w tym wypadku do czynienia z wolno stojącą kamienicą z podcieniem?
Sądzę, że raczej nie. Z urbanistycznego i architektonicznego punktu widzenia taka lokalizacja bezokiennej kamienicy z podcieniem to niczym nieuzasadniony absurd.

Czy zatem budynek ten nie jest jednak bramą z szerokim przejściem?
Cóż... Pytanie jest z gatunku tych niegłupich. Przekonamy się o tym, kiedy spojrzymy na pewną ciekawą, trochę niewyraźną, ale przecież czytelną fotografię:



Widzimy na niej kościół św. Mikołaja (a raczej jego wieżę) przed przebudową w 1910 r., budynek dawnej szkoły katolickiej i tzw. górną bramę cmentarną wraz z budynkiem bramnym. Cały ten zespół urbanistyczny wiązany jest z dawnym cmentarzem i pozostałościami po nim. Ale skoro mur cmentarny biegnący na południe od kościoła był jednocześnie murem miejskim, to czy brama cmentarna w tym murze nie była kiedyś furtą miejską?
Ktoś może powiedzieć - patrząc na rycinę Johanny'ego - że bramy miały raczej swoje otwory przebijane prostopadle do murów, a tutaj mamy otwór i drogę biegnące wzdłuż umocnień.

Nie do końca. Przecież przejazd bramny leżącej na przeciwnym krańcu murów furty (tej przy ul. Krętej) także biegł pod kątem prostym. Dlaczego więc nie założyć, że i w dolnym, i w górnym biegu umocnień istniały dwie bliźniacze furty o podobnej konstrukcji i identycznej funkcji?
Czy na potwierdzenie tej tezy mamy jakieś argumenty? Tylko jeden (no, może dwa).
Jeśli spojrzymy na jakikolwiek dawny plan miasta, dostrzeżemy pewną ciekawą rzecz.



Otóż furta w północnym pasie murów, ta, która niedawno została częściowo zrekonstruowana, posadowiona była na linii ulicy miedzuchowej (dzisiaj zwanej Krętą). To oczywista i częsta praktyka w urbanistyce średniowiecznej. Ówcześni ludzie byli niezwykle praktyczni, jeśli drogę można było poprowadzić prosto, tak ją prowadzili. Była dzięki temu krótsza. Czy można sądzić, że również południowa furta osadowiona była na linii jakiejś ulicy? Przypatrzmy się temu.

Jeśli pociągniemy linię prostą od podcieni rynku i wzdłuż ul. Kościelnej, to na przedłużeniu tej linii, niemalże na przecięciu jej z linią średniowiecznych murów miejskich (W miejscu, gdzie na planie katastralnym dostrzec można przedziwne, a zastanawiające w świetle naszych dociekań załamanie linii umocnień) pojawi się miejsce, w którym jeszcze w początkach XX wieku stała ... cmentarna górna brama! Zatem...

Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną przesłankę, która każe nam domyślać się w tym miejscu jakiejś bliżej nieokreślonej średniowiecznej konstrukcji. Patrząc na ten fragment planu katastralnego z 1836 r. możemy dostrzec, że linia murów (która przecież w XVIII i XIX wieku nie ulegała korekcji, a co najwyżej etapowej destrukcji) ulega załamaniu, dokładnie w miejscu bramy cmentarnej i wykazuje anormalny przebieg, a mur po obu stronach budynku bramnego nie zbiega się liniowo. Podobne załamania widać w północnej części obwarowań, tuż przy baszcie łupinowej.


Czy znana nam z XIX-wiecznej fotografii górna brama cmentarza, wraz z budynkiem bramnym nie były czasem pozostałością średniowiecznej południowej baszty łupinowej? Powiedzieliśmy już sobie przecież o pragmatyzmie naszych przodków. Jeśli ktoś kiedyś zbudował w murze furtę, od furty biegła droga, wzdłuż drogi stały chaty i warsztaty, to ten układ urbanistyczny musiał mieć swoje konsekwencje również w wiekach późniejszych, bo z takich układów łatwo się nie rezygnuje. Możliwe więc, że brama cmentarna widoczna na zdjęciu jest naturalną konsekwencją furty w murach obwodowych i najzwyczajniej w świecie przejęła ona fukcję swej poprzedniczki, choć już w ogranicznym, bo cmentarnym zakresie...

To nie jest wcale niemożliwe (choć najbardziej prawdopodobne będzie stwierdzenie, że brama i budynek nie są pozostałością, ale że raczej posadowiono je na reliktach furty). I bardzo bym chciał, aby tak było. Niestety. Dzisiaj tego się już nie dowiemy. Przeszłość w tym wypadku odeszła bezpowrotnie, zostawiając nam tylko domysły i hipotezy. Południowy stok wzgórza, wraz z fosą i średniowiecznym murem obronnym został splantowany, zrównany z ziemią i rozkopany pod fundamenty nawy rozbudowującego się kościoła św. Mikołaja.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że uda się kiedyś odkryć, pozostający być może do dziś głęboko w zapomnianych archiwach dokument, który wykaże i dowiedzie, że Bielsko miało jednak starą, południową furtę.
Na odkrycia terenowe raczej nie ma już co liczyć.

2014-03-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Okruchy

  

Albo

czego można dowiedzieć się ze starej, nudnej fotografii

Oto fotografia wykonana zapewne jeszcze w XIX wieku. Stara, szara, nudna. Można by nad nią przejść do porządku dnia, gdyby nie kilka szczegółów, które, jak sądzę, zainteresują każdego uważnego obserwatora.

Fotografia wykonana jest z dachu hotelu Kaiserhof w kierunku zachodnim. Jak tylko wpadła mi w ręce (a raczej w oczy - znalazłem ją w sieci), natychmiast zadałem sobie pytanie, czy można precyzyjnie określić datę jej powstania.

Pierwsze co rzuca się w oczy to kościół ewangelicki Zbawiciela przy placu Marcina Lutra. Jego sylwetka nieco odbiega od tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Kościół nie posiada bowiem jeszcze wysokiego zwieńczenia wieży zaprojektowanego przez Fryderyka i Karola Schultzów. Widać jednak dwie boczne wieżyczki, które są efektem wcześniejszej przebudowy wg projektu Heinricha von Ferstla z roku 1881. Oznacza to, że mamy do czynienia z przedziałem czasu 1881-1895.

Czy można tę fotografię wydatować jeszcze dokładniej? Można.

Po prawej stronie zdjęcia widać szeroką połać dachu kamienicy doktora Wilhelma Münza stojącej przy ul. Franciszka Józefa. Ta piękna kamienica powstała dokładnie w 1889 roku. Nasze ramy czasowe zawężają się więc coraz bardziej. Najistotniejszym jednak elementem układanki jest ... sam hotel. Jego budowę ukończono w roku 1893. Wynika z tego, że zdjęcie zostało wykonane pomiędzy rokiem 1893 a 1895, a więc po wybudowaniu hotelu, a przed rozpoczęciem remontu kościelnej wieży.

Sama fotografia zawiera kilka ciekawych "smaczków".

Na pierwszym planie, na lewo od kamienicy Münza widzimy wysoki komin i dach niepozornego parterowego domku wciśniętego między wielkomiejską zabudowę ulicy Franciszka Józefa. Budynek będzie tam stał jeszcze jakieś sześć, siedem lat. W 1901 roku w jego miejscu stanie bowiem jeden z najbardziej charakterystycznych budynków ulicy - kamienica kantora synagogi, Fischera (a raczej wdowy po nim, Grety Fischer).

Kamienica Grety Fischer. Jeden z najbardziej charakterystycznych budynków dzisiejszej ulicy 3 Maja. Choć, tak naprawdę, cała ta ulica zabudowana jest jedynymi w swoim rodzaju budowlami. Obok niej, po prawej, widać kamienicę Münza, która powstała w 1889 r. To ciekawe, ale przed tym rokiem ktoś, kto chciałby przespacerować się tą ulicą, daleko by nie doszedł. Kończyła się ona właśnie na wysokości kamienicy Münza. Dalej nie było nic prócz pól, działek i drzew. Do dworca wiodła zupełnie inna droga. Zabawne, ale dzisiejsza ulica 3 Maja, która wydaje nam się w oczywisty sposób odwieczną i niewzruszoną arterią, liczy sobie zaledwie 125 lat. Jak na miasto o średniowiecznym rodowodzie to śmiesznie mało.

Powyżej małego domku z pierwszego zdjęcia jaśnieje szczytowa ściana kamieniczki (czy raczej oficyny), której dzisiaj już nie ma. Został po niej zaledwie plac (ul. Kącik) z resztką trawy i lichym murkiem.

Po lewej stronie kadru, u góry, widać kościół św. Trójcy, jeszcze przed przebudową, a poniżej niego dostrzec można charakterystyczny, przysadzisty budynek z mansardowym dachem.

To dawna fabryka braci Bathelt, wybudowana w 1809 roku nad nieskanalizowanym jeszcze wówczas Niprem. Teraz, z końcem XIX wieku jest to już zwykły dom mieszkalny, ale aż do 1860 roku w murach tej budowli rozbrzmiewał hałas maszyn tkackich.

Fabryka braci Bathelt, a właściwie ojca i synów, pierwotnie nosiła przecież nazwę "Bathelt i synowie". Prawdziwa manufaktura, jedna z pierwszych w mieście. Warto dodać, że okolica ta w początkach XIX wieku to ciągle jeszcze zabłocone, niezabudowane, pełne kóz, kur i świń przedmieście. Płynący tędy z okolic dzisiejszej ul. Listopadowej potok Niper nie groził wprawdzie nagłym wiosennym czy jesiennym przyborem wody, ale z całą pewnością niósł błoto i wilgoć. Tymczasem to właśnie tu Batheltowie postanawiają założyć swoją fabrykę. Dlaczego? Bo tanie grunty? Bo w bezpośrednim sąsiedztwie potoku? Bo rzut kamieniem od miasta, a jeszcze bliżej do kościoła ewangelickiego i szkoły? Być może, kapitalizm ówczesny i dzisiejszy niewiele się różnią. Liczył się zysk, jak najmniejszy wkład i tania siła robocza. No i oczywiście wygoda...

Stare fotografie to istna kopalnia wiadomości i wiedzy. Ale stare fotografie trzeba umieć czytać. Czasem to, co zapisane na fotografii umyka zmysłom. Tak właśnie jest z poniższym zdjęciem.

Oto ulica Ku kładce lub, jak kto woli, Nad ścieżką (podobno są jeszcze tacy, którzy uparcie piszą nazwę tej ulicy "Nad ścieszką"). To nie jest zwykła ulica. To znaczy kiedyś nie była zwykłą ulicą, bo dzisiaj ledwie co z niej zostało. Dzisiaj trudno się nawet zorientować, że to jeszcze kilka dekad temu była naprawdę pełnoprawna ulica, a nie tylko fragment placu Smolki.

Na powyższej fotografii widać to dobitnie. Ulica z kamienicami z prawdziwego zdarzenia po obu stronach, z brukiem, z porządnymi chodnikami... Krótko mówiąc - wielkie miasto!

Kiedy jednak patrzy się na to zdjęcie i ma w pamięci topografię miasta, kiedy wie się, że ulica ta kończyła sie tak nagle, nie sposób nie zadać sobie pytania: dokąd tak naprawdę prowadziła?!

Ku rzece?

Tak! Właśnie tak. Biegnąca stromo w dół ulica Ku kładce jest przecież pozostałością po najstarszej chyba w tej części miasta drodze wiodącej ku brodowi na rzece Białej. W miejscu, gdzie niegdyś, jeszcze w latach trzydziestych XX wieku istniała skośnie budowana kładka łącząca Bielsko i Białą, w XVI wieku (a na pewno i wcześniej) funkcjonował bród, przeprawa przez potok w kierunku Krakowa. Uliczka Ku kładce nie jest więc niczym innym, jak reliktem prastarego szlaku, niedocenianym i niezauważanym świadectwem dawnych czasów.

Plac Giełdowy od wschodu zamknięty był krótą pierzeją zwieńczoną szczytem jednej kamienicy. Droga na wschód wiodła albo w lewo, za narożnik domu cechowego i dalej w prawo na trakt cesarski, albo prosto, ulicą Ku Kładce (kiedyś pewnie "Ku Brodowi") i przez rzekę Białą w kierunku miasta Biała. Ten drugi szlak jest dużo starszy. Był wykorzystywany jeszcze zanim na Kamieńcu pojawiły się pierwsze chaty Białej, jeszcze zanim lipniczanie postanowili osiedlić się w tym żyznym miejscu.

I jego relikty pozostały do dziś.

2014-03-13 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

De - konstrukcja

  
Przestrzeń miejska to zjawisko, które wykracza swą istotą daleko poza zwykłą fuzję kształtów i funkcji. Przestrzeń miejska to nieustanny proces, bardzo podobny swym charakterem do żywej tkanki, która mimo nieustannego postępowania ku chaosowi, potrafi odnowić się i utrzymać w stanie chwiejnej równowagi.
Oczywiście są pewne symptomy zdradzające chorobę, lub dysfunkcję wywołaną niewłaściwym prowadzeniem. Czasem te symptomy nabierają znamion poważnej, śmiertelnej choroby. Wyleczenie - o ile jest w ogóle możliwe - wymaga radykalnych i bezwzględnych działań.

Tak właśnie jest w przypadku miasta. Również w przypadku Bielska-Białej.


Miasto - jak powiedziano na samym wstępie - to coś więcej, niż tylko siatka ulic i budynków ze złożoną infrastrukturą. To również strefa nakładających się na siebie wpływów i interesów. To sieć zależności społecznych, ekonomicznych i dopiero na końcu estetycznych. Urbanistyka jest czasem wobec takiej hierarchii zupełnie bezradna.

Widać to doskonale w wielu miejscach miasta. Poczynając od zupełnego chaosu reklamowego w obrębie starego miasta, który kłuje w oczy i w sposób skandaliczny zaciera charakter elewacji zabytkowych budowli, skończywszy na całych, pozbawionych jakiegokolwiek sensu, założeniach.

To prawda, że jestem zwolennikiem form dawnych, jednak nie odnoszę się do nich z nabożną i bezkrytyczną czcią. Wiem doskonale, że miasto w całej swej historii, nie tylko dziś, narażone było na postępujący chaos, a walory estetyczne, a więc te, do których dziś przywiązuje się dużo większe znaczenie, często były pomijane w planowaniu przestrzennym. A najczęściej walory te przegrywały już w trakcie funkcjonowania założenia, gdzie użytkowość i wygoda nabierały cech pierwszorzędnych.

Chaos w przestrzeni miejskiej jest zjawiskem wtórnym. Miasto zaczyna się przecież formą pierwotną, tyczoną na bazie prostych, jednolitych miarowo jednostek (w przypadku Bielska był to tzw pręt), a zaburzenia w prostocie pojawiają się dopiero w miarę przestrzennej ekspansji urbanistycznej.

Warto zauważyć, że chaos ten pojawia się wówczas, gdy mamy do czynienia z nałożeniem się na siebie wielu funkcji użytkowych w obrębie jednego fragmentu miejskiej rzeczywistości, albo tam, gdzie te funkcje są nie do końca jasne.

To oczywiście truizmy i powtarzając je czuję się trochę niezręcznie, ale dla nakreślenia całości problemu są one niezbędne.

Przyjrzyjmy się jednemu z takich fragmentów naszej miejskiej przestrzeni.

Stare Miasto, rynek, zabytkowe kamienice... Ale nie tylko. Prócz tego beton, stal, szkło, fatalna podróbka Neptuna, drzewa jako relikt zieleni, świąteczne ozdoby i stylizowane (na niewiedomoco) latarnie. A poza tym bruk różnej proweniencji, muzeum, estrada, rowerowe parkingi i światła w ziemi...

Przykład - można powiedzieć - sztandarowy.


Obecnie mamy tu do czynienia z obszarem absolutnie nieuporządkowanym, mimo, że w zaprowadzenie na nim ładu zainwestowano naprawdę sporo czasu i środków. Obecnie Rynek jest nie tylko z funkcjonalnego, ale i architektonicznego, czy zwyczajnie estetycznego punktu widzenia zlepkiem kilku różnych form i stylów urbanistyczych, nijak ze sobą nie współgrających.

Podczas dyskusji na temat remontu Rynku, twórcy obecnej idei bronili jej używając mocnych - zdawałoby się - argumentów logicznych i emocjonalnych, bazujących przede wszystkim na wielorakości zastosowań włączonych w obręb Rynku instalacji. Teraz jednak wiadomo już, że ta mozaika funkcji była błędem.

Na głośne protesty tych, którym ostateczny projekt nie przypadł do gustu, odpowiadano demagogicznym: "czasy się zmieniają".
Dlaczego uważam to za demagogię?

Rynek miasta już w swej definicji jest obszarem użytkowym i wszelkie jego funkcje podporządkowane są potrzebom mieszkańców. Jednak na przestrzeni setek lat, o takim, a nie innym wykorzystaniu tej przestrzeni decydowały de facto tylko potrzeby mieszkańców i tylko do nich dostosowywano zarówno zabudowę, jak i wystrój centralnego placu miasta. Potrzebna była miejska waga? Pojawiła się na rynku. Konieczny był odwach - stanął. Zbiornik wodny, figura św. Jana Nepomucena, studnia? Wszystko pojawiało się w miarę potrzeb i w miarę tych potrzeb zanikania również i obiekty znikały z przestrzeni miejskiej.

Rynek miasta nigdy nie był przestrzenią, w której realizował się jeden twórca, nigdy nie formowała jej jakaś fantazmatyczna odgórna idea. Zawsze był odpowiedzią na potrzeby mieszkańców i realizował konkretne zadania. Dziś już tak nie jest.

Tymczasem dziś to nie potrzeby Bielszczan, ale widzimisię projektanta i jego chęć wprowadzenia zmian są głównym elementem decydującym. Podano nam na tacy pewne gotowe rozwiązania, które okazały się fatalną pomyłką, bo nie wynikały z autentycznych potrzeb Bielszczan, ale przeciwnie - miały te potrzeby kształtować, czy raczej wymuszać.
Zgodnie z odgórnym planem.

Powoływanie się w tym kontekście na "zmieniające się czasy" jest więc raczej co najmniej nadużyciem.

Takie działanie jest jak rozchylanie płatków kwiatu na siłę, a efekt takiego działania - podobny. Miast przestrzeni harmonijnej, tworzonej powoli, stopniowo, z uwzględnieniem potrzeb i priorytetów mieszkańców, powstało niemal natychmiast złożone, wielofunkcyjne qui pro quo, gdzie na niewielkim przecież obszarsze zaserwowano nam przestrzeń wystawienniczą, koncertową, muealną, wypoczynkową i handlową...


Czy w związku z tym można się dziwić, że coś tu nie gra, coś nie pasuje?

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa tych fragmentów tkanki miejskiej (a jest ich całkiem sporo), które powstały lub zostały zagospodarowane jako pełne i harmonijne formy, ale na przestrzeni lat i dekad, w toku przemian społecznych i gospodarczych, nie na skutek jakiegoś konkretnego planu, ale właśnie z powodu jego braku (albo braku konsekwencji w jego realizowaniu), wyrodziły się w urbanistyczne koszmarki straszące o każdej porze dnia i nocy.


Przykłady można mnożyć bez końca. Pisałem już na blogu o głównych przedstawicielach tej grupy: przenicowanym śrómieściu Białej, okaleczonej ulicy Stojałowskiego... Ale mamy tego w mieście więcej. Jest ciąg ulicy Partyzantów, w okolicach skrzyżowania z ul. Michałowicza, ze zmasakrowaną, a niegdyś harmonijną zabudową przedmiejską z przełomu wieków. Jest zaniedbana ul. Komorowicka, całkiem odmieniona ulica Cieszyńska. I wiele, wiele innych.

Ulica Sobieskiego kilka dekad temu. Czy mamy tu do czynienia z harmonią? Z pięknem? Pozornie nie. Mamy nierówną (wywołaną różnicą poziomów i krzywizną ulicy) linię domów i mocne zróżnicowanie architektoniczne, gdzie obok wolnostojących domów o dziewiętnasto- i osiemnastowiecznej proweniencji widać dominujące, łamiące jednolity ciąg zabudowy kamienice z przełomu XIX i XX wieku. Jednakże jest to jednak dysharmonia wpisana w niejednolity z definicji charakter miasta, jako substancji. Klasysystyczne i secesyjne wielkomiejskie kamienice nawet w sąsiedztwie zabudowy starszej, charakterystycznej raczej dla przedmieść nie rażą jednak, bo ich istnienie wynika z naturalnego biegu i rozwoju miasta w kierunku "na zewnątrz". Obie formy zabudowy współistnieją tu na tych samych warunkach. I rozwój miasta jest tu rozumiany jako zastępowanie, nie zaś niwelowanie form istniejących.

Tutaj diagnoza, rzecz jasna, nie jest już taka prosta, a powody, dla których sytuacja w przypadku tych ulic jest taka, jak jest, to najczęściej efekt wielu, nagromadzonych na przestrzeni lat zjawisk natury ekonomicznej, społecznej i technicznej.


I tutaj - paradoksalnie - łatwiej niektóre z decyzji usprawiedliwić. Łatwiej zrozumieć, że mieliśmy do czynienia z charakterystyczną dla minionej epoki działalnością "linii najmniejszego oporu", gdzie z technicznego punktu widzenia łatwiej było zburzyć zamkowe bazary i ciąg ulicy Zamkowej, niż wytyczyć obwodnicę, kierując ruch z dala od centrum.

Daleki jestem od udprawiedliwiania tych działań, a już na pewno nie zamierzam im przyklaskiwać. Zestawiając obok siebie te dwa zjawiska urbanistyczne - to twórcze i to destrukcyjne, zwracam tylko uwagę na fakt, że dekonstrukcja jako zjawisko negatywne wiąże się nie tylko z burzeniem i karczowaniem, ale także (jak w przypadku Rynku) z niewłaściwym tworzeniem nowych form przestrzennych.

Miasto jest jak żywa tkanka i każde nieprzemyślane działanie może skończyć się martwicą, albo, w najlepszym razie, paskudną blizną.

Tworząc przestrzeń miejską, czy to od podstaw, czy gospodarując tym, co już jest, cągle powinniśmy mieć tę prawdę na uwadze.

2014-02-24 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2014
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[bogdanbo]
W marcu ub. roku @liceummundi odwiedził park na oś. Polskich Skrzydeł i zamieścił ciekawą notatkę....
[Maciej P.]
Nie znam powodu, dla jakiego władze miasta przemianowały ulicę, ale nawet gdybym znał - nie...
[jacob ]
Zasadna zatem byłaby zmiana nazwy ulicy Partyzantów na Blichowa. A nie pamięta Pan dlaczego Partyzanci...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 15016
Newsów: 25
Komentarzy: 38
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała