liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (6)

The truth is out there

  

Czyli

Niwka w archiwum X

Dzisiejszy wpis będzie miał charakter "archiwumiksowy". Hipoteza, jaką chcę przedstawić, pojawiła się w historiografii naszego miasta juz bardzo dawno temu. Przywoływano ją - na podstawie dawniejszch źródeł - już na poczatku XX wieku. Chodzi o informację (którą przekazują tacy monografiści, jak Hanslik, Ganszer, Perzanowski, czy Kuhn), jakoby Potok Lipnicki w pierwszych latach lub dekadach istnienia osady Biała płynął zupełnie innym niż dzisiaj korytem. Według tych informacji Niwka pierwotnie kierowała się dzisiejszą ulicą Głęboką, a potem wzdłuż dzisiejszej ulicy Komorowickiej, aż do wylotu ulicy Towarzystwa Szkoły Ludowej.

Taką informację podaje również (i to całkiem wprost, bez cienia wątpliwości i najmniejszego komentarza) pani Ewa Chojecka w swojej pracy: "Miasto jako dzieło sztuki. Architektura i urbanistyka Bielska-Białej do 1939 r." Pani Chojecka pisze: "Miasto poczęło się rozrastać od placu Kościelnego wzdłuż potoku Niwki, prawobrzeżnego dopływu rzeki Białej. Koryto Niwki biegło wówczas inaczej niż współcześnie, wzdłuż ulic Głębokiej i Komorowickiej, wpadając do rzeki Białej na wysokości obecnej ulicy Towarzystwa Szkoły Ludowej. To stare koryto zostało z czasem zasypane, a potok skierowany bardziej na zachód, wzdłuż obecnej ul. ks. Stojałowskiego."

W ostatniej, monumentalnej monografii miasta, w jej tomie drugim, poświęconym historii Białej, ta hipoteza również się pojawia ale już w tym samym akapicie, w którym autor, pan dr Jerzy Polak ją przywołuje, deprecjonuje też jej prawdziwość i podważa jej prawdopodobieństwo. Używa przy tym - nie przeczeczę - całkiem rzeczowych argumentów.

Hipoteza jednak jest przeciekawa i chciałbym sie dziś przy niej chwilę zatrzymać.

Jak już napisałem dr Polak rozprawia się z hipotezą bardzo jednoznacznie. Jednak we mnie - odkąd ją usłyszałem - tkwi jakaś przemożna chęć polemiki w tej sprawie, polemiki z głosami krytykującymi tę teorię w czambuł.
Dlaczego? Bo jest kilka przesłanek, które mogą tę teorię uwiarygodnić.

Przede wszystkim archiwalia. Najstarsze źródła dotyczące Białej to zapisy lustracyjne (województwa krakowskiego) z 1564 r. Tak się dziwnie składa, że w zapisach tych (ale w nieco późniejszych dokumentach także), kiedy mowa o osadzie Biała, nie ma nawet najmniejszej wzmianki o potoku Lipnickim vel Niwce! Rzecz ciekawa i dość znamienna. Pytanie: dlaczego?
Wprawdzie najstarsza "monografia" Białej, pisana ok. 1810 r., kronika Wacława Chamrata bez cienia wątpliwości lokuje osadę w widłach Białej i Niwki, jednak Chamrat pisze raczej o początku XVII wieku, i w tym konkretnym "Niwkowym" kontekście nie odnosi się, jak pamiętam, do wcześniejszego półwiecza.


Sprawa komplikuje się nieco, kiedy sięgamy do powstałej w 1860 r. i bazującej na dawnych archiwaliach (choć wiele z dokumentów już wtedy było niedostępnych) kronice mieszkającego w Białej Juliusza Alberta Kolatschka. Kiedy przedstawia on początki osady i próbuje opisać topografię terenu, w przedziwny sposób, odmiennie niż wszyscy inni późniejsi (Kuhn, Perzanowski) pierwociny wsi lokuje niespodziewanie na... lewym brzegu Niwki.
I znów pytanie: dlaczego? Czy mieszkaniec Białej, wychowany wręcz na wodzie z potoku Lipnickiego, mógł się tak fatalnie pomylić?

Spróbujmy to wyjasnić, łącząc te przesłanki w jedno. Załóżmy, że Kuhn, Perzanowski i Chojecka, obstając jednoznacznie i zdecydowanie przy teorii Niwki płynącej dawnym korytem, mieli rację. Czy nie tłumaczy to w takim razie braku wzmianki o Niwce w lustracji z 1564 r.? Przecież jeśli potok płynął dzisiejszą Komorowicką, to oznacza, że owe trzynaście pierwszych domów, będących zalążkiem osady, a posadowionych na Kamieńcu, wybudowano na tyle daleko od potoku, że w istocie nie było sensu uwzględniac go w topografii!

Patrząc na powyższy plan łatwo to zrozumieć. Jeśli pierwociny osady ulokujemy przy dzisiejszej ulicy Łukowej - a wszystko za tym przemawia - to do Niwki płynącej dzisiejszym korytem byłoby ok. 20 metrów, w najgorszym wypadku metrów 60 (a wówczas nazwa potoku w dokumencie z 1564 z całą pewnością pojawiłaby się), podczas gdy do potoku płynącego hipotetycznym korytem wzdłuż Komorowickiej będzie już ponad ćwierć kilometra. Kawał drogi przez pola. Czy to właśnie ten fakt sprawił, że opis lustracyjny nie uwzględnił Niwki w opisie osady?

Jest jeszcze jeden drobiazg. Kolatschek. Umiejscowienie Niwki w ciągu ul. Komorowickiej świetnie tłumaczy, dlaczego Kolatschek upierał się przy tym, że Biała wyrosła na lewym, a nie na prawym brzegu potoku.

Sprawa druga. Według dr. Jerzego Polaka, niemożliwym, czy też raczej nieopłacalnym, byłoby "przerzucenie" potoku z koryta Głęboka-Komorowicka do łożyska, w którym płynie obecnie. Zgadza się. Przesuwanie rzeki jako działanie od początku do końca planowe i realizowane sukcesywnie, byłoby raczej absurdem i mijałoby się z celem. Oczywiste prace regulacyjne, rzecz jasna, mogły i z całą pewnością musiały mieć miejsce, ale "zawracanie kijem Wisły" bez wątpienia można między bajki włożyć.

Inna rzecz, czy rzeczywiście mamy tu do czynienia z działalnością człowieka.

Nie od dziś wiadomo - a obecnie zakrojone na szeroką skalę badania dotyczące geomorfologii i dynamiki krajobrazu prowadzi Instytut Geografii i Przestrzennego Planowania przy PAN w Warszawie - że jedną z przyczyn takich zjawisk jak gwałtowne ruchy masowe gruntów przyrzecznych (choć ta przyczyna sama w sobie co do zasady nie występowała często), jest nakładanie się na siebie opadów o różnym charakterze: długotwałych opadów rozlewnych i gwałtownych ulew o charakterze burzowym, gdzie fala powodziowa i długotrwałe rozmiękczanie gruntów były dla rzeźby terenu katastrofalne i mogły w konsekwencji doprowadzić do całkowitej zmiany łożyska potoku. Szczególnie potoku o charakterze górskim. Tego typu zjawiska Instytut obserwuje jeszcze obecnie na całym obszarze fliszowym i dokumentuje skwapliwie.


Śmiem więc twierdzić, że to właśnie natura, a nie planowa ingerencja ludzka, jest właściwym powodem, dla którego Niwka, znarowiwszy się, przebiła sobie krótszą drogę do Białej. Ludzie - uznawszy z pokorą ten akt samowoli, mogli po nim tylko pozamiatać.
W dziejach osady powodzi było wiele. Również w XVI i w XVII wieku. Nie widzę więc przeciwwskazań, aby uznać, że zmiana koryta potoku nastapiła z przyczyn naturalnych.

Sprawa trzecia. Zdaniem dr. Polaka jest jeszcze jeden argument przemawiający za tym, że Niwka nijak nie mogła późniejszą ulicą Komorowicką płynąć i do Białej na wysokości ul. TSL wpadać.
Tym argumentem jest północna Młynówka. Tak, właśnie ta, o której
pisałem jakiś czas temu. Argument jest mocny. Rzeczywiście, gdyby Niwka płynęła tak, jak twierdzą Kuhn z Perzanowskim i wpadała do Białej gdzieś przy łuku Nadbrzeżnej, wówczas przecinałaby Młynówkę kilkadziesiąt metrów przed pierwszym młynem. A wiadomo, że to niemożliwe.
Zgoda. W takim układzie podobny przebieg Niwki nie byłby możliwy. Ale co, jeśli układ był zupełnie inny?

Pozwoliłem sobie przenieść z "Monografii..." fragment doskonałej mapy (mam nadzieję, że Autorzy i Redakcja nie będą mieli mi za złe tego bezczelnego aktu piractwa, czynię to bowiem pro publico bono) będącej próbą rekonstrukcji topograficznej z okresu lokacyjnego (1564). Niebieskim kolorem zaznaczono przebieg Młynówki. Wyraźnie widzimy dwa, dość dziwne zakręty kanału. Wyjaśnienie ich istnienia jest o tyle trudne, że przecież wówczas teren ten był zupełnie niezabudowany, z inżynieryjnego punktu widzenia nie było więc potrzeby takiego krętego przekopu. Wyjaśnienie może być inne.


Być może narażę się trzeźwo myślącym czytelnikom tej stronki, ale puszczę teraz wodze fantazji i pokuszę się o trochę karkołomną tezę. Załóżmy oto, że Młynówka Dolna, zwana też Północną, to nic innego, jak... Niwka właśnie. W swym dolnym biegu. Oczywiście nie na całej długości.

Kiedy patrzymy na powyższy plan Białej z wykreśloną linią domniemanego, ale przecież bardzo prawdopodobnego przebiegu Młynówki, w oczy rzuca się pewien ciekawy szczegół. Młynówka, pokonawszy wąskie gardło przy późniejszym cmentarzu ewangelickim, podążą na północ, aby nagle, zupełnie niespodziewanie skręcić na wschód (odcinek A-B), by znów ni stąd ni zowąd nienaturalnie, po kilkunastu ledwie metrach skręcić pod kątem prostym na północ. Proszę zauważyć, że ulica Komorowicka biegnie dosłownie kilka metrów na prawo od tego kanału.

Nienaturalne "meandry" młyńskiego potoku mogą sugerować, że w przeszłości cała ta sytuacja mogła być dużo prostsza. Proszę spojrzeć:

Tutaj mamy sytuację dużo klarowniejszą. Wzdłuż ulicy Komorowickiej płynie Niwka (kolor niebieski) i to ona napędza pierwszy lipnicki młyn w okolicy (1). Przebieg całego cieku jest równy i spokojny, bez szczególnych, niespotykanych w naturze zaburzeń przebiegu koryta. Do Białej wpada niewiele dalej, za młynem, w miejscu, gdzie na powyższej ilustracji zaznaczono kolejny nienaturalny meander (C) świadczący być może o kolejnej, późniejszej ingerencji w przebieg łożyska.

Załóżmy więc, że cała sytuacja wyglądała następująco. Potok Lipnicki pierwotnie rzeczywiście płynął ulicą Komorowicką i napędzał młyn. Wykorzystanie na ten cel istniejącego potoku to przecież bardzo rozsądne rozwiązanie, dużo rozsądniejsze, niż ręczne kopanie kanału od podstaw. Kiedy jednak - po jednej z katastrofalnych powodzi - potok niespodziewanie zmienił bieg, przedzierając się do Białej krótszą drogą na zachód (Stojałowskiego), stare, niepotrzebne już koryto Niwki zasypano. Ale nie całe. Szkoda przecież było nieźle prosperującego młyna. Zdecydowano się więc na kompromis. Część dawnego koryta potoku od A-B do C pozostawiono, a od rzeki Białej, od przeprawy w miejscu dzisiejszego mostu Włókniarzy koło Sfery, przekopano kilkusetmetrowy kanał i połączono go z dawnym łożyskiem Niwki (właśnie na wysokości A-B), aby młyn znów mógł działać. Czy taki scenariusz był możliwy? Sądzę, że nie tylko możliwy, ale i bardzo prawdopodobny.

Jest jeszcze jedna pośrednia przesłanka, świadcząca o tym, że u samego zarania osady Biała, potok Lipnicki wpadał do rzeki Białej w zupełnie innym miejscu. Ta przesłanka przyszła mi do głowy, kiedy przeglądałem stare zapisy dotyczące brodu na rzece.
Wiadomo, że przeprawa przez Białą znajdowala się na samym końcu ulicy Ku Kładce w Bielsku (dziś jest to ul. Stojałowskiego, nieco na prawo od mostu).

Kiedy przyglądam się starym planom Bielska i Białej, w oczy rzuca mi się szczegół, który trochę mi w całej tej sprawie nie pasuje. Sprawia, że zaczynam wątpić w zdrowy rozsądek naszych przodków.
Oto według oficjalnej wiedzy, przeprawa brodowa z Bielska do Białej, w absurdalny wręcz sposób kierowała się przez dwa potoki na raz!
Najpierw przecinała Białą, aby zaraz potem skręcić w dzisiejszą Łukową i... znów przeciąć potok, tym razem Lipnicki.


Bzdura! Żaden szanujący się szesnastowieczny podróżny nigdy nie przeprawiałby się w takim miejscu! Jeszcze podczas suszy - pal sześć, wszystko jedno. Ale w pozostałe pory roku - absolutnie nie! Jeśli tuż obok istnieje możliwość przeprawienia się tylko przez jeden potok, to po diabła ryzykować przeprawę przez dwa?
Sądzę więc, że pierwotnie bród w tym miejscu był tylko jeden. Na Białej. Dopiero potem Niwka, pokazawszy swój charakter, puszczając się skrótem, przecięła starą drogę zmuszając mieszkańców najpierw do bardzo niedogodnej przeprawy przez dwa potoki, a potem do szukania lepszych rozwiązań (przeprawa w osi dzisiejszej 11 Listopada).

Te dywagacje, to oczywiście moje domysły. Jednak hipoteza o innym przebiegu koryta Niwki to nie jest teoria wyssana z palca. Przecież od ponad stu lat, poważni naukowcy, historycy i archiwiści podnoszą ją, dzięki czemu żyje ona ciągle w świadomości mieszkańców miasta. I pobudza wyobraźnię.
Pytanie tylko, dlaczego i na jakiej podstawie ta hipoteza jest tak żywa? I skąd się w ogóle wzięła? Czy ma jakiekolwiek podstawy w faktach?
Myślę że tak.
Gdyby to była tylko legenda, nie przetrwałaby w annałach, nie trwałaby do dziś.
Przynajmniej tak mi się wydaje.


Inne koryto Niwki? I want to believe. :-)

2015-02-28 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2015-03-01 16:23:43
Bardzo ciekawa i przy tym wielce prawdopodobna analiza. Ze swojej strony dodam kolejny argument - Siła Coriolisa
andrzej
2015-03-02 13:10:35
Zastanawiam się czy ewentualne badania gruntu w domniemanym dawnym przebiegu koryta Niwki, mogłyby uwidocznić ślady dna potoku lub jego zasypiska. To byłyby raczej niepodważalne dowody. Gdyby tak przy okazji np. wykopów pod jakieś instalacje w tym rejonie zwrócić na to uwagę i sprawie się przyjrzeć?
Maciej P.
2015-03-02 19:38:55
@Ichabod Crane. No, szczerze mówiąc, takich rudymentów pod uwagę nie brałem. A kto wie, czy nie powinienem! :-) Warto tutaj jeszcze dodać, tytułem krótkiego komentarza, że już po napisaniu wpisu o Niwce, w ręce wpadł mi jeszcze jeden, geomorfologiczny tym razem argument. Podsunął mi go sam pan Jerzy Polak. To w sumie drobiazg niezbyt godny uwagi, ale dobrze uzupełnia teorię. Być może kiedyś będzie czas o tym napisać. @Andrzej. Sądzę, że szukanie ewentualnych osadów fluwialnych, czy choćby wtórnych nasypisk w osi ulic Głębokiej i Komorowickiej nieco mijałoby się z celem. Wprawdzie egzamin dyplomowy zdawałem z facji cechsztyńskich i tufów wulkanicznych, ale geomorfologia i geologia plejstocenu były moim "okołozawodowym" hobby. O ile się orientuję w mieście, w obszarze o tak intensywnym zurbanizowaniu, tego typu prace nie są prowadzone właśnie ze względu na totalne zaburzenia struktur i absolutną ich nieczytelność. Obawiam się, że ten wytworzony przez człowieka chaos, jaki panuje pod powierzchnią bruku, skutecznie odbiera nam możliwość pracy w tym kierunku. Inna rzecz, że właściwie nie ma się komu tym zająć. Zauważ, że nawet pieniądze na poważne prace archeologiczne oglądane są z każdej strony, zanim się je wyda. A nadzór archeologiczny przy miejskich pracach ziemnych, to już zupełnie inna bajka. Niewesoła.
andrzej
2015-03-03 10:34:02
Przy rozpatrywaniu za i przeciw możliwości zmiany koryta Niwki, nachodzi mnie następująca refleksja. Otóż, nazywa się to chyba meandrowanie rzeki, miało miejsce na terenie naszego miasta min. w dwu przypadkach. Dotyczy to Białki ( dla poprawności rz.Białej) na terenie Mikuszowic, w okolicy kościoła św. Barbary, który pierwotnie był po drugiej stronie rzeki. oraz w okolicy koszar na Leszczynach,czego pamiątką jest przynależność tego właśnie terenu do Bielska a nie Lipnika pomimo prawobrzeżnego położenia. Oczywiście to nie żaden dowód, ale analogie chyba właściwe a do tego natura nie potrzebuje tzw. opłacalności w swoich działaniach. Dlatego sądzę, że pierwotny przebieg ul. Głęboką i Komorowicką jest nie tylko możliwy, ale i prawdopodobny.
Maciej P.
2015-03-03 19:28:17
To prawda, jednak meandrowanie, nawet jeśli kończy się awulsją, czyli odcięciem i pozostawieniem starorzecza, jest procesem długotrwałym. Tutaj natomiast, w tym konkretnym, omawianym przez nas przypadku, mamy do czynienia raczej z procesem gwałtownym, katastrofalnym (oczywiście, jeśli przyjmiemy scenariusz naturalnej zmiany biegu potoku). Dodatkowo meandry są cechą cieków nizinnych. Ten ostatni element jednak, paradoksalnie, może do naszego modelu pasować. Bo to właśnie tutaj, w zachodniej części placu Opatrzności Bożej kończy się dość gwałtownym skłonem szeroka, opadająca stromo od wschodu terasa. Jej krawędź widoczna jest do dziś. Na południe od Placu OB widać ją biegnącą wzdłuż ulicy Broniewskiego, a na północ od placu - ciągnie się wzdłuż ulicy Wyzwolenia. Po pokonaniu tego naturalnego progu, zbudowanego z kredowych skał, Potok Lipnicki przestaje być de facto potokiem górskim, bo właśnie tu, na szerokiej płaszczyźnie doliny Białej, erozja boczna zaczyna przeważać nad erozją denną, a nurt uspokaja się. To w takich właśnie przełomowych miejscach najczęściej zdarzają się fakty przerwania brzegów i rozlania.
andrzej
2015-03-04 19:34:19
Nie da się ukryć, że powyższy temat „zainfekował” mnie i rozbudził nieco wyobraźnię. Co więcej wpadłem na proste wytłumaczenie poruszanych kwestii, obarczone tylko jedną wadą - mianowicie jest nie do udowodnienia. Żeby sobie uzmysłowić, co mam na myśli, wskazana o ile nie niezbędna jest mapa albo plan Bielska a raczej Białej ( im starszy tym lepszy). Trudno nie zauważyć w przebiegu Białki charakterystycznego zakola na wysokości pl. Ratuszowego, gdzie skręca ona ostro na zachód by potem łagodnie wrócić na północ. Moim zdaniem nie zawsze tak było, choć pewnie od czasów historycznych już tak. Wyobraźmy sobie, że w tym miejscu rzeka płynie na wprost, co chyba nie jest sensacją, bowiem to tutaj niszczyła brzeg przy powodziach i zalewała miasto. Co wtedy się okazuję? Płynęłaby nie gdzie indziej tyko ulicą Komorowicką i wpadała do obecnego koryta tam gdzie młynówka. W takim przypadku ujście Niwki do Białej jest logiczne na wysokości ulicy Głębokiej i wygląda naturalnie. Kiedy jednak, zapewne za sprawą natury Białka zmienia bieg na obecny, Niwka nadal płynie jej starym korytem, co tłumaczy jej skręt o 90 stopni na północ. Echa tego stanu rzeczy zawierają przekazy o jej dawnym przebiegu. Inna sprawa to fakt, że potem jej bieg się prostuje ( naturalnie bądź nie) i znajduje ponownie ujście w linii prostej do Białki w obecnym miejscu. Tak sobie to wykoncypowałem i niechaj mnie ktoś od tego teraz odwiedzie. Pozdrawiam.
Komentarzy (6)

Milczenie murów

  

czyli

Glosa do dyskusji.

Poprzedni wpis wywołał bardzo ciekawą dyskusję. Stała się ona przyczynkiem do małego aneksu dotyczącego wzgórza, na którym usadowił się stary cmentarz ewangelicki. To dość ciekawy fragment miasta również i dlatego, że, jak się okazało, jego historia nie jest w pełni poznana.

Sama nekropolia powstała w latach trzydziestych XIX wieku. Wytyczono ją już na Górnym Przedmieściu, chociaż Bielski Syjon administracyjnie należał jeszcze do Przedmieścia Dolnego. Teren pod cmentarz odsprzedał niejaki Gottlieb Klimke, bielski mydlarz. Na marginesie warto zauważyć, że bielscy mydlarze (a na przestrzeni kilku wieków było w mieście kilka rodzin trudniących się tym fachem) z podziwu godnym uporem lokowali swoje manufaktury właśnie tu, w dolinie Nipru. Fiber, Wilke, Klimke... te nazwiska zawsze związane były z ulicą Parkową (dzisiejszą Listopadową), lub terenami bezpośrednio do niej przylegającymi.

Gottlieb Klimke był potomkiem Adama Klimke, który pięćdziesiąt lat wcześniej, w 1782 odsprzedał gminie ewangelickiej teren pod budowę szkół i kościoła - dzisiejszego Bielskiego Syjonu. W 1833 miasto wytyczyło więc nowe miejsce pochówku.

Pierwotnie cmentarz miał kształt kwadratu o boku 80 metrów. Brama - co bardzo ciekawe - umiejscowiona była w murze wschodnim, wychodziła więc nie tak jak dziś, na południe, w kierunku Syjonu, ale na oddaloną o jakieś 150 metrów Drogę Wrocławską. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można uznać, że do cmentarza biegła jednak dokładnie ta sama droga co dziś. Docierała do wschodniego muru i wzdłuż niego dochodziła do umiejscowionej w połowie jego długości bramy. Prawdopodobnie nie była tak reprezentacyjna jak obecna. Zapewne wyglądała całkiem zwyczajnie i niczym raczej nie różniła się od innych. Nowa, istniejąca do dziś brama pojawiła się dopiero ok. 30 lat później. I dopiero po rozbudowaniu cmentarza.

Na przełomie lat 50 i 60 XIX wieku poszerzono bowiem nekropolię o 1600 m2 od południa i o 6000 m2 od wschodu.
Dobudowano także dom grabarza, ogrodnika oraz kostnicę

Cmentarz w kształcie pierwotnym - lata 1833-1859 (kolor czerwony) i po rozbudowie (kolor żółty). Powyższy pobieżny szkic nie uwzględnia przesunięcia muru w latach osiemdziesiątych.

Cmentarz już na przełomie wieków stał się zbyt mały, miasto zaczęło więc rozważać ewentualność wybudowania nowej nekropolii. Ostatni pochówek miał miejsce jednak dopiero w 1953 roku, pochowano wówczas... mydlarza Viktora Wilke.

Chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do pierwszej bramy cmentarnej. Na pewno nie była ona tak duża i tak piękna jak ta, która stanęła w 1860 przy południowym murze. Musiała być ulokowana w połowie długości kurtyny wschodniej, ponieważ wiadomo, że dwie jedyne alejki w pierwotnym założeniu, przecinały się pod kątem prostym dzieląc cmentarz na cztery równe kwatery.
Po bramie tej nie ma dziś już nawet śladu (przynajmniej od strony zewnętrznej nic na to nie wskazuje). Jest wprawdzie w połowie wysokości muru zabity dziś prowizorycznie deskami spory ubytek, znajduje się jednak w jedenastym (jeśli dobrze liczę) przęśle, a więc zbytnio na południe. Stanowi więc nie tyle pozostałość bramy, ile smutne świadectwo braku zainteresowania zabytkiem w niedalekiej, PRL-owskiej przeszłości. Gdyby zachowały się jakiekolwiek pozostałości w piekielnie umęczonym przenosinami i starością murze, należałoby ich szukać raczej w okolicy dzisiejszego ósmego lub nawet siódmego przęsła, bo pod uwagę trzeba wziąć zmniejszenie długości ściany od północy w trakcie poszerzania ulicy Grunwaldzkiej.

I jeszcze jedna ciekawostka. Prócz drogi dojazdowej do cmentarza od strony Syjonu, od wschodu dochodziła doń jeszcze jedna. Widać ją na planie z 1855 roku - to polna droga, biegnącą od południowo-wschodniego narożnika cmentarza w kierunku wschodnim. Być może i ona stanowiła drogę dojazdową do cmentarza. Gdyby nałożyć ten stary plan na dzisiejszy plan miasta, droga ta przebiegałaby przez sam środek Książnicy Beskidzkiej. Myślę, że z chwilą rozbudowania cmentarza, droga przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, ale kto wie, może na krótkim, nigdy przecież niezabudowanym trawiastym odcinku powyżej bibliotecznego parkingu, jej relikty mogłyby być jeszcze uchwytne.

Powoli w obrębie połnocnej części Syjonu zaczyna się coś dziać. Inicjatywa "Ogrody Pamięci" zatacza coraz szersze kręgi i można mieć nadzieję, że ten wspaniały zabytek znów nabierze blasku.

Stary bielski cmentarz ewangelicki to jeden z tych zabytków miasta, które trwają w milczeniu od dekad popadając w ruinę. Paradoksalnie to właśnie nekropolie, przeciwnie do kamienic - odnawianych, remontowanych przebudowywanych i zamieszkiwanych ciągle przez coraz to nowych lokatorów - są najprawdziwszymi świadkami historii miejsca. W dodatku, dzięki nagrobkom, dokładnie opisanymi i skrupulatnie datowanymi świadkami.

Dobrze, że znalazł się ktoś, kto o tym pamięta. I próbuje przypomnieć innym.

2015-02-24 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2015-02-25 15:24:13
Stary cmentarz ewangelicki w Bielsku to bez wątpienia miejsce zjawiskowe żeby nie powiedzieć magiczne. Paradoksalnie o magii tego miejsca decyduje jego zapomnienie. Tak ogromny obszar w samym centrum miasta jest całkowicie odizolowany i niedostępny przez co tak intrygujący, Z ciekawością przyglądam się inicjatywie "Ogrody Pamięci" i zastanawiam się co mają na myśli jej twórcy w stwierdzeniu: "projekt koncepcyjny budowy na terenie cmentarza parku pamięci"? Czy ktoś chce coś tam budować? czy może jedynie rewitalizować ? Czasami lepiej zostawić coś w spokoju bo wyjdzie drugi Park Słowackiego.
Angus
2015-02-25 18:19:45
Każdy artykuł o tym miejscu cieszy. Trudno się jednak z Przedmówcą nie zgodzić. Z jednej strony żal, że to piękne miejsce zarasta i popada nie tyle w zapomnienie, co w dewastację. Nie tyle w coraz większą, bo ta już doszła do apogeum, ale w permanentną. Z drugiej strony - fakt - widmo Parku Słowackiego straszy rewitalizacją z wyłożonymi betonową kostką cmentarnymi alejkami i "lotniczymi" lampami. I tak źle, i tak jeszcze gorzej.
AndrzejN
2015-02-26 18:53:02
Pamiętam z lat 60., że wzdłuż sali sportowej BBTS, po jej północnej stronie, istniała droga prowadząca na zaplecze tego budynku, czyli w stronę cmentarza. Wyglądała jednak lepiej, niż byle alejka dojazdowa. To znaczy była jakby szersza, można się było dopatrzeć resztek jakiegoś utwardzenia, wzdłuż niej rosły dorodne drzewa; kilka z nich stoi do dzisiaj (thank you, Google Earth!). Czy był to może ślad po dawnej ulicy? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć...
Maciej P.
2015-02-26 19:40:15
@Ichabod Crane, @Angus. Proszę zerknąć na ostatni wpis na facebookowym profilu pana Dariusza Gajnego, który aktywnie udziela się w "Ogrodach Pamięci". https://www.facebook.com/dariuszgajny?fref=nf Tam znajdują się odpowiedzi na wiele pytań dotyczących przyszłości cmentarza. Panie Andrzeju, jak się okazuje, pamięć nie jest tak zawodna, jak się ją o to posądza. Dobrze chyba Pan kojarzy drogę koło sali BBTS. Nie można mieć pewności, że to ta sama droga, ale prawdopodobieństwo jest duże. Pozdrawiam ciepło.
Ichabod Crane
2015-03-02 22:02:16
@Maciej P. Dziękuję za link do wpisu Pana Dariusza Gajnego dotyczącego rewitalizacji starego cmentarza ewangelickiego. Muszę przyznać, że po lekturze owego wpisu mam bardzo mieszane uczucia co do tej inicjatywy. Z jednej strony mam ogromny szacunek do inicjatora tego przedsięwzięcia za próbę ocalenia tego miejsca, za koncepcyjne myślenie i podejście do tematu z wizją. Oby było w tym mieście więcej takich ludzi którzy do rozwiązywania problemów podchodzą z pasją i zaangażowaniem. Dlatego oddaje co należne tej inicjatywie ale czy będę za nią trzymał kciuki ... hmm ... nie jestem pewien. Istotą każdej rewitalizacji miejsca o znaczeniu historycznym powinno być postawienie się w miejscu architektów i twórców danej budowli lub założenia architektonicznego i próba odpowiedzi na pytanie co przyświecało jego autorom, co mieli na myśli, co chcieli zrobić, jakie mieli założenia lub jeszcze prościej co wykreślili w projekcie. Jeżeli chcemy dobrej rewitalizacji to wróćmy do początku, do pierwotnego założenia tego miejsca i od tego zacznijmy. W wizji przedstawionej przez Pana Gajnego kompletnie tego nie widzę, Widzę za to pewnego rodzaju hybrydę miejsca historycznego o dużym znaczeniu dla miasta i wspólnoty protestanckiej miasta z założeniami modnego parku na niedzielne spacery. To chyba nie o to chodzi. Nowoczesna koncepcja z historycznym obiektem nie może istnieć na zasadach hybrydy, a jedynie poprzez kontrast, który pozwala łatwiej zrozumieć i odróżnić to co stanowi dziedzictwo historyczne a co jest jedynie miejscem użyteczności publicznej.
Maciej P.
2015-03-03 18:07:42
Mam podobne wątpliwości. Napisał Pan samą prawdę i lepiej bym tego nie ujął. Projekt - choć niewątpliwie potrzebny - niepokoi zbytnim chyba uwspółcześnieniem zabytkowej przestrzeni. Zbyt daleko idącą ingerencją w tradycję miejsca. Na wizualizacji widzę już nie tyle "ogrody pamięci" ile tej pamięci laboratorium. Mam nadzieję, że rzeczywistość okaże się kompromisem pomiędzy prezentowanym projektem, a sytuacją obecną. A sama ingerencja będzie dużo bardziej dyskretna.
Komentarzy (10)

Weg aus Pleß

  

albo

O muchach w bursztynie.

Książęca kareta z głośnym mlaskaniem tonęła w głębokim błocie rozjeżdżonego gościńca. Czerwcowe deszcze przywitały pana na Pszczynie paskudnym topieliskiem, w którym koła pojazdu grzęzły po same osie. A z chwili na chwilę było coraz gorzej.
Konie szarpały uprząż i ledwo posuwały się naprzód, mimo że droga opadała w dół, w dolinę potoku, ku południowym rubieżom książęcych włości. Nowych włości.
Książę Karol nabył je był już jakiś czas temu, ale jak dotąd nie odwiedził jeszcze miasta, którego stał się nowym właścicielem. Mimo, że transakcja nabycia Bielska była największym i najbardziej nobilitującym w jego dotychczasowym życiu zakupem, spora odległość od Pszczyny skutecznie odstręczała go od podróży. Odwlekał ją więc jak długo mógł. Do czasu.
Ponaglany listami słanymi przez rajców, wyruszył wreszcie w drogę. W najgorszy - jak się okazało - czas.
Wychylił się przez okno pojazdu, zerknął na stojące już bardzo wysoko słońce i machnął na siedzącego na wysokim koźle woźnicę.
- Chłopcze pospiesz te leniwe chabety! W takim tempie nie zdążymy przed nocą.
Stangret, czterdziestoletni "chłopiec", zmiął tylko pod wąsem grube przekleństwo, splunął na ziemię i zdzielił konie po zadach batem.
- Nie ma powodów do niepokoju, książę. - westchnął siedzący naprzeciwko dostojnika gruby współpasażer, chrząkaniem próbując pokryć głębokie niezadowolenie z konieczności towarzyszenia księciu w tej szalonej wyprawie. - Zdążymy na pewno. Miasto już niedaleko.
Wychylił się przez okienko i wskazał rozległą panoramę z odcinającą się na tle zieleniejących gór sylwetką miasta. Rzeczywiście, stąd, ze wzgórza wszystko wyglądało bajecznie. Roziskrzone południowym słońcem pola, lasy i majaczące w dali dachy Bielska wyglądały jak wyjęte z bajki. Wystarczyło jednak rzucić okiem pod koła pojazdu i czar pryskał jak mydlana bańka.
- Mam nadzieję, że mają tam dobre piwo - sapnął grubas z niesmakiem.
Wóz stoczył się w dolinę potoku, zadudnił kołami na drewnianym mostku i tuż za starą, wyglądającą jak chłopska chałupa karczmą, znów zaczął piąć się pod górę.
- Podły kraj - westchnął Promnitz znużony. - Nie wiem, czy nie postąpiłem zbyt pochopnie zakupując to miasto. Jakaż paskudna okolica. Toż to prawie Alpy! Ciągle tylko w górę i w dół, w górę i w dół... Już mi słabo od tego bujania.
Książę zamknął oczy blednąc coraz bardziej. Wóz, zupełnie jak na złość, znów zaczął wspinać się na stromy stok, wśród wrzasku brudnej i bosej dziatwy, która wyległa z karczmy i obstąpiła karetę jak chmara komarów.
- I w dodatku ci... tubylcy! - westchnął grubas.
- A czy to już Bielsko?
- Nie, książę, To rozstaje. W prawo, o tam, droga biegnie do Starego Bielska, niewielkiej osady...
- Czy ją też zakupiłem?
- Oczywiście, jaśnie panie. I Nikelsdorf, i Kamitz, i
parę innych wiosek. Wszędzie taki sam bród i bieda...
- I ciemnota.
Kiedy osiągnęli kulminację książę westchnął i otworzył oczy.
- Powiem ci szczerze, mój kochany Constantine, że ci, jak ich zwiesz... tubylcy, już niebawem staną się naszymi sprzymierzeńcami.
- A jakimże to sposobem?
- Zamierzam oto nawrócić ten biedny kraj na prawdziwą wiarę...
- A tak, już pamiętam - Konstanty pacnął się w czoło. - W rzeczy samej! Podobnie było i w Pszczynie...
Książę zmarszczył brwi i spojrzała badawczo na
sekretarza.

- A było. I mi teraz gawiedź dziękuje. Żem się z proboszczami rozprawił. Żem ich na cztery wiatry pognał, że kościoły na zbory pozamieniał. Zresztą... Ty wiesz przecież, że ja na katolików wcale nie zajadły. Tylko mi w duszy co innego gra.
- Wiem, wiem... Ale wiem też, że w Bielsku nasza wiara już kwitnie.
- Poważnie? No, to tym lepiej! Trzeba się cieszyć. Czemu więc marudzisz?
- Bo mi w gardle zaschło i już tego bielskiego piwa doczekać się nie mogę.
- A ty znów tylko o jednym...
Kareta toczyła się powoli to w dół, to w górę, aż wreszcie przejechawszy dolinę potoku zwanego przez miejscowych Niper, wspięła się na stok miejskiego wzgórza, zapuszczając w zwartą zabudowę górnego przedmieścia.
Książę wychylił się z pojazdu i wskazując otoczony płotem ewangelicki cmentarz, tuż przy górnej bramie miasta, rzucił:
- No proszę, To jest bardzo dobre miejsce na dom modlitwy...
- Albo na browar... - westchnął sekretarz z ulgą witając widok miejskiej bramy.

*

Kiedy w 1572 roku Karol von Promnitz zakupił od księcia cieszyńskiego Wacława Bielsko wraz z okolicznymi wioskami, nic nie zapowiadało zmian, jakie szykowały się w nadchodzących latach. Ówcześnie nawet tak znaczne terytoria jak ziemie bielskie przechodziły z rąk do rąk bardzo często i tego typu zakupy nie były niczym szczególnym. Wyjątkowości tej transakcji należy upatrywać w czymś zupełnie innym. Karol von Promnitz był wielkim zwolennikiem protestantyzmu, czego dał wyraz kilka lat wcześniej w samej Pszczynie, w której zaprowadził - czasem nawet przymusem - luterański porządek. Katoliccy proboszczowie z miasta i okolic (prócz Lędzin) musieli opuścić swoje parafie, a w ich miejsce osadzano protestanckich predykantów. W krótkim czasie przychylna protestantyzmowi ludność miejska zmieniła wyznanie, a kościoły bez zwłoki przemianowano na zbory.

Podobnie książę Karol zamierzał postąpić i z Bielskiem i, podobnie jak w Pszczynie, napotkał dość ciepłe przyjęcie, tym bardziej, że jego poprzednik, Wacław, przygotował dobry grunt. Gmina protestancka rosła w siłę i - mimo, że Karol von Promnitz właścicielem miasta był raczej niedługo - luterańskie ziarno zasiane przez niego wzeszło i wydało stukrotny plon.

Jednak o powstaniu i rozwoju gminy protestanckiej w Bielsku opowiemy sobie nieco później. Już niebawem pojawi się cykl wpisów na ten temat, okraszony kilkoma oryginalnymi fotografiami, grafikami i jedną intrygującą tajemnicą. Tymczasem przyjrzyjmy się rzeczy stokroć bardziej marginalnej, o niebo mniej istotnej od kwestii wiary. Rzeczy wręcz trywialnej.

Karol von Promnitz, zakupiwszy Bielsko (w 1572 r.), zanim je utracił (w 1578), musiał je odwiedzić. To nie ulega wątpliwości. Aby je odwiedzić, musiał doń dojechać. I tutaj rodzi się pytanie: którędy? Jaka droga, jaki trakt do Bielska z Pszczyny funkcjonował w XVI wieku?

Według specjalistów droga wiodła z północy, z Czechowic, wzdłuż dzisiejszej ulicy Węglowej i Czechowickiej (obie są do dziś współosiowe - co z topograficznego punktu widzenia jest wskazówką o niebagatelnym znaczeniu). To jedyna droga, która prowadziła z Czechowic po tej stronie rzeki. Dalej wiodła dzisiejszą Filarową, brzegiem stromej skarpy, docierała do Kolumnowej, aby nią opaść ku dolinie potoku Starobielskiego. To tutaj znajdowała się owa pełna bosonogich dzieciaków karczma, strzegąca rozstajów starobielskich. Czy stała tu w istocie, trudno powiedzieć. Wszystko wskazuje na to, że tak. Tym bardziej, że jeszcze w XIX wieku funkcjonowała tu gospoda "Pod Dębem", której istnienie - wówczas przecież już na kompletnym "zapłociu" - mówi nam, że pewnych przyzwyczajeń się nie zmienia. Tradycja miejsca - rzecz święta.

Gospoda na rozstajach to rzecz stara jak świat. Jeśli rzeczywiście w szesnastym wieku (a pewnie i wcześniej także) tędy podróżowano z północy, ze Śląska i Wielkopolski, to zapewne właśnie tutaj rozdroże być musiało. Tradycja tego typu miejsc jest bardzo silna i raz założona oberża, zajazd, czy karczma, tkwiła przez wieki. Gospoda "Pod Dębem" widoczna na powyższej fotografii może być więc potwierdzeniem tej oczywistej reguły.

Droga następnie wspinała się dzisiejszą ulicą Listopadową, bardzo mozolnym podejściem pod górę, aby osiągnąć kulminację w okolicy skrzyżowania Grunwaldzkiej i Listopadowej i opaść w dolinę Nipru, docierając do miasta.

Do miasta książę wieżdżał najpewniej tą drogą. W 1572 roku był już tutaj cmentarz ewangelicki, zatem książę miał rację, sadowiąc w tym miejscu w swej wyobraźni dom modlitwy. Niewiele ponad trzydzieści lat później rzeczywiście stanie tu ewangelicki kościół - dzisiejszy kościół pw. Trójcy Przenajświętszej. Ale i Konstanty nie mylił się wcale, bo przecież opodal cmentarza, tuż przy bramie miejskiej, stał już (lub lada chwila miał stanąć) drugi w mieście, wielki, posiadający imponujące piwnice browar.

Z tej pobieżnej analizy wynika jasno, że dzisiejsza ulica Listopadowa na całej swej długości jest pozostałością jednego z najstarszych miejskich traktów wylotowych na północ. Tak przynajmniej dowodzą historycy.
Przebieg tego traktu, wykorzystującego górną bramę miejską, wydaje się sensowny. Dolna brama bowiem służyła raczej podróżnym ciągnącym na wschód. Pytanie, dlaczego trakt nie mógł przebiegać bliżej rzeki, tam, gdzie dopiero w XIX wieku przebito drogę ku dworcowi? Być może teren był już od dawna ciasno zabudowany? A może zbut podmokły i nieprzejezdny?
Nie wiem. Coś na pewno spowodowało, że droga z północy wiodła tak, a nie inaczej.

Na przestrzeni wieków jednak nie była to jedyna droga na północ. Kilka, kilkanaście dekad później, a więc w wieku siedemnastym lub osiemnastym, przebieg drogi z Pszczyny uległ pewnej korekcie. Na odcinku Węglowa/Czechowicka biegł jak dotychczas, lecz później - miast skręcać w prawo na stromą skarpę, biegł dalej, dzisiejszą ulicą Słowackiego, która charakteryzuje się dużo łagodniejszymi stromiznami, na całym prawie odcinku biegnąc nieco tylko pod górę.

Droga ta była trasą na Wrocław - zresztą niewiele później na długie dziesięciolecia zyskała ona nawet nazwę Drogi Wrocławskiej. Jej przebieg pokrywał się z grubsza z dzisiejszą ulicą Słowackiego. Z grubsza - bo nie była prosta, tak jak dziś. Na odcinku pomiędzy dzisiejszą ul. Modrzewskiego a Dąbrowskiego biegła łukiem, ponieważ zbocze wzgórza (na którym zbudowano później gmach centralnego budynku urzędowego, salę gimnastyczną, a jeszcze później budynek Książnicy Beskidzkiej) sięgało aż tutaj. Całe wieki Droga Wrocławska w okolicach dzisiejszego Zespołu Szkół Elektrycznych, Elektronicznych i Mechanicznych omijała więc dziś już nieistniejącą przeszkodę terenową odbijając mocno na wschód.

Łuk Drogi Wrocławskiej widać doskonale na planie miasta z 1855 roku. "W realu" istniał jeszcze dokładnie 40 lat, czyli do lat dziewięćdziesiątych. Ulicę definitywnie wyprostowano bowiem w 1895 roku, a więc dopiero dwanaście lat po zakończeniu budowy gmachu szkół średnich.

Wydawać by się mogło, że po dawnym przebiegu drogi nie pozostał nawet ślad. To prawda. Dziś już nic nie wskazuje na dawny, historyczny przebieg drogi. Pozostały nam tylko fotografie. Nie, nie dysponujemy zdjęciami przedstawiającymi starą, osiemnastowieczną jeszcze Drogę Wrocławską, mamy jednak kilka takich, na których doskonale widać jej pozostałości. Proszę spojrzeć na tę powyższą. Łukowaty przebieg alejki wytyczonej pomiędzy gęstymi, wypielęgnowanymi żywopłotami nie jest przypadkowy. Tak. To pozostałość po starej drodze omijającej jeszcze niedawno zbocze widocznego po prawej nasypu, w który wcięła się wyprostowana już ulica. Relikt. Zastygły jak mucha w bursztynie ślad po trakcie, który w XIX wieku był jednym z dwóch wiodących z Bielitz do Pszczyny i dalej, na Śląsk.

Miasto, mimo że skonstruowane jest z dość trwałej, kamienno-ceglano-betonowo-asfaltowej materii, jest tworem mimo wszystko elastycznym. Na przestrzeni lat, dekad i wieków, pod wpływem przeróżnych sił uginało się i kształtowało - z oporem wprawdzie, ale nieodwołalnie - odpowiadając na potrzeby mieszkańców. Spacerując po mieście bardzo często dajemy się nabrać na dzisiejszą "miastową" rzeczywistość, która skutecznie potrafi omamić nas swoimi prostymi, gładkimi ulicami i nieskazitelnie równymi liniami fasad, gzymsów, krawężników, klombów i trawników.
Zazwyczaj nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jak inna, jak odmienna była rzeczywistość jeszcze sto, czy nawet trzydzieści lat temu. Zapominamy o tym, łatwo przystosowując się do rzeczywistości aktualnej.

A przecież...
Z drugiej strony tylko w mieście ślady i tropy przeszłości potrafią odcisnąć się tak trwale, wyżłobić w kamiennej tkance tak głębokie koleiny, że dostrzegalne są w przestrzeni nawet po czterystu i pięciuset latach.

Kiedy ma się się tego świadomość, kiedy pamięta się o tym, przemierzając ulice miasta, spacer nabiera zupełnie innego wymiaru.

2015-02-15 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2015-02-17 19:33:48
Dziękuje za świetny wpis. Z pewnością wiosną postaram się ruszyć tym zapomnianym traktem podczas jednego ze spacerów.
Maciej P.
2015-02-18 07:06:56
Szczerze mówiąc ja też czekam na wiosnę. Zima w mieście ma swój urok, ale z mojego punktu widzenia ma również swoje mankamenty. Nie lubię jak mi palce grabieją na mrozie i lustro aparatu zachodzi mgłą po wymianie obiektywu... :-) Zresztą wiosna w Bielsku i w Białej to w ogóle ewenement, Niech więc już czym prędzej będzie. Pozdrawiam ciepło.
Andrzej N.
2015-02-18 19:20:53
Bardzo ciekawy tekst, gratuluję i dziękuję. BTW, jeszcze w latach 60. minionego wieku obszar wyrównanego wzniesienia naprzeciw rzeczonego budynku szkół na Słowackiego nosił potoczna nazwę "guthaj"; piszę to fonetycznie. Chodzi o teren pomiędzy i za budynkami dwóch sal sportowych, dzisiaj zajmuje go Książnica. Czy wie Pan może skąd wzięła się ta nazwa i co oznaczała? Pozdrawiam!
Maciej P.
2015-02-19 07:35:48
Witam serdecznie, panie Andrzeju. Z określeniem "Guthaj" spotkałem się tylko raz i to w gwarowej (albo raczej zniekształconej, spolszczonej) formie. Jej właściwym, poprawnym językowo odpowiednikiem mogła być forma Gutes Heu, czyli "dobre siano", forma zniekształcona później do postaci gutheu, albo nawet guthay. Czy to jest odpowiedź na Pana pytanie? Nie wiem. Nie wiem czy istotnie "dobre siano" może być tutaj właściwym tropem. Ale warto podrążyć. Odnośnie samego wzgórza z Książnicą i budynkami sal gimnastycznych... Otóż swego czasu, a konkretnie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, na tym terenie, a ściślej, między nowiutkim gmachem biblioteki, a murem cmentarza ewangelickiego, dokonywano makabrycznych znalezisk szczątków ludzkich. Z tego, co wiem, nie były to wcale sporadyczne przypadki, a kości i czaszki spoczywające płytko pod ziemią były bezczeszczone przez dłuższy czas. W świetle tego faktu mam tylko szczerą nadzieję, że nie to właśnie było przyczyną, dla której na wzgórzu było "dobre siano". Swoją drogą - niewiarygodne, jak wielkie bogactwo zdarzeń, wspomnień, tajemnic, nazewniczych ciekawostek i ukrytych znaczeń kryje się w każdym, nawet najmniejszym zakątku tego miasta! Dochodzę do wniosku, że każda dzielnica, każdy kwartał, szkoła, czy nawet ulica posiada swoje własne, nieznane szerzej "mapy pamięci". Warto może pomyśleć o czymś w rodzaju bielsko-bialskiej "Encyklopedii inaczej" gromadzącej takie - znane tylko w wąskich kręgach - perełki... Pozdrawiam ciepło.
Angus
2015-02-19 11:33:36
Refleksja do wyżej opisywanych (jak zwykle doskonale i przeciekawie) okolic. Świta mi, że przy okazji poszerzania ul. Grunwaldzkiej zmniejszany był obszar cmentarza ewangelickiego. Jeśli się nie mylę, musiałoby wówczas dojść do przesunięcia muru cmentarnego - co teoretycznie jest widoczne w rogu ogrodzenia. Być może jednak teoretyzuję, a sprawy nie potrafię zweryfikować. Może Pan ma jakąś koncepcję. A swoją drogą stan starego cmentarza ewangelickiego i sposób zmarnowania tego miejsca, tak doskonałego jako np. muzeum sztuki sepulklarnej w plenerze czy park, woła, nomen omen, o pomstę do nieba. Światełkiem w tunelu jest ostatnio pojawiająca się inicjatywa "oddolna" - Ogrody Pamięci.
Andrzej N.
2015-02-19 13:35:50
Panie Macieju, bardzo dziękuję za odpowiedź. To jedyna próba wyjaśnienia pochodzenia nazwy Guthaj z jaką się spotkałem, a skoro jedyna - to i najlepsza! Ponure wykopaliska w części bliższej cmentarza miały miejsce raczej w latach 70. Sam ten obszar dzielił się wyraźnie na dwie części. Mniejsza, pomiędzy salami sportowymi, dzisiaj zajęta przez Książnicę, miała tez charakter sportowy. Były tam resztki bieżni, skoczni i rzutni lekkoatletycznej. W latach 60. nie były już wykorzystywane i zarastały trawą. Część bliższa muru cmentarnego była większa, obejmowała też obszar za salami sportowymi. Była pokryta jakimś żwirkiem czy zużlem, mocno porośniętym trawą. Z rzadka ktoś tam kopał w piłkę, ale ogólnie nic się nie działo. Przy Słowackiego, bliżej sali BBTS, stał kiosk spożywczy i konsumenci piwa niekiedy korzystali z tych placów - cały czas mowa o latach 60.
Maciej P.
2015-02-19 19:27:26
Angus, dopiero kiedy czytałem Pana komentarz, dotarło do mnie, że i ja słyszałem kiedyś o zmianie przebiegu muru cmentarza. Czytałem o tym chyba u pana Piotra Keniga. O ile pamiętam jednak, przesuwano tylko północny mur, od strony Grunwaldzkiej, w głąb nekropolii. A szczątki ekshumowane z pasa cmentarza, który "zabrano" pod poszerzaną ulicę, pochowano ponownie w głębi cmentarza, nie poza nim. Poza tym szczątki odkopywane za salą gimnastyczną, jak ustalił powyżej Pan Andrzej, to lata siedemdziesiąte, prace drogowe zaś i przesuwanie muru miały miejsce w latach osiemdziesiątych. Skąd więc te szczątki na guthaju? Można tylko domniemywać. Teorii jest kilka: Albo mamy do czynienia z pochówkiem specjalnym - dawnymi czasy u protestantów samobójców również grzebano pod płotem cmentarza. Albo jest to pozostałość pochówków poepidemicznych. Albo wreszcie - co mnie wydaje się bardzo prawdopodobne - szczątki te to grzebane pospiesznie zwłoki ofiar zamordowanych przez milicję i ubecję. Mogę się mylić, ale nic innego do głowy mi nie przychodzi.
Maciej P.
2015-02-19 20:08:38
Panie Andrzeju, aż się prosi o szkic. :-) Z tego, co Pan pisze (skocznia i bieżnia już w latach 60-tych były na poły zarośnięte i nieużywane) można wnioskować, że były to pozostałości już nie tylko po placu sportowym, ale może nawet po C.K.Sportplatz. Kto wie? Cały teren skarpy należał zawsze do miasta. W 1891 miasto wybudowało najpierw prawą (patrząc od szkoły) salę gimnastyczną z przeznaczeniem dla szkół. Kilka lat później powstała lewa sala z przeznaczeniem dla B-B Towarzystwa Gimnastycznego. Nie widzę powodu, dla którego pomiędzy nimi, już za "Austryje" nie miałby powstać porządny plac sportowy.
Ichabod Crane
2015-02-20 12:22:23
Warto nadmienić, że trakt ten pozostaje niezmieniony na terenie Czechowic-Dziedzic i Goczałkowic. Na całej długości jest to ulica Legionów, która prowadzi poprzez Czechowicką Starą Gminę, Centrum dawnych Dziedzic aż do Uzdrowiska w Goczałkowicach gdzie jest głównym deptakiem i dalej łączy się z drogą nr 1. Widać to zwłaszcza w Goczałkowicach gdzie trakt jest obsadzony w charakterystyczny sposób drzewami. Na trakcie tym w Czechowicach Dziedzicach znajdowało się kilka cegielni (Przy MOSIR i CK Stara Kablownia), których właścicielami byli bielscy przedsiębiorcy budowlani.
Andrzej N.
2015-02-20 16:11:59
Panie Macieju, nadto Pan uprzejmy wobec mnie pisząc (w odpowiedzi dla p. Angusa), że ustaliłem pewne fakty. Ja tylko przywołałem sytuację z własnej pamięci, choć ufam, że mnie nie zawodzi. W latach 60. mieszkałem na Wzgórzu i chodziłem najpierw do podstawówki nr 7 mieszczącej się wówczas w południowym skrzydle opisywanego budynku szkolnego, a w końcówce dekady - do Kopernika. Guthaj i przyległe ulice nawiedzałem więc codziennie, dosłownie. I to jest jedyne źródło tego, co wiem. Mogę dodać, że większa część Guthaju, ta bliższa cmentarza, leżała nieco wyżej, dwie części dzieliła nieduża skarpa, chyba z resztką schodów, kilka stopni w trawie. Sportowy charakter części zajętej dziś przez Książnicę łączyłbym raczej z okresem międzywojennym i gimnazjum niemieckim w gmachu szkolnym - ale to tylko domysł. Grafiki nie podejmuję się zrobić, jestem niestety antytalentem plastycznym...

Dzisiejszy wpis będzie się nieco różnił od pozostałych. Został zainspirowany miłym komentarzem zamieszczonym przez "giepe" pod notką "Jest, ale nie ma...". Odpowiadam z dużym poślizgiem, za co przepraszam, ale w zamian pozwolę sobie na nieco dłuższy wpis, ponieważ szczerze mówiąc rzeczony komentarz zmusił mnie do pewnej refleksji natury ogólnej, która powinna chyba pojawić się tu już wcześniej.

Blog ten powstał jakiś czas temu w jednym konkretnym celu. Miał pokazywać mało znane, czasem niezrozumiałe procesy, jakie zachodziły i nadal zachodzą w naszym mieście na styku historii, architektury i urbanistyki. To one kształtują obraz miasta i nadają mu charakter. Spośród wszystkich czynników, jakie odciskają na jego tkance swoje piętno, najmniej docenianym jest czas. A w istocie ma on bodaj największe znaczenie. Jest nie tylko obecny w każdym procesie, w każdym działaniu ludzkim, ale również towarzyszy procesom przemiany i destrukcji tych działań, co w przypadku Bielska i Białej widoczne jest czasem aż zbyt wyraźnie.


Pewnie dlatego właśnie poświęcam mu tak wiele uwagi i ostatnio stał się głównym, choć nie zawsze widocznym "bohaterem" wpisów.

Można się zastanawiać po co w ogóle sięgać do przeszłości, po co analizować życie ludzi, którzy już dawno odeszli, a których myśli i działania przeminęły jeszcze szybciej, niż oni sami? Po co przywoływać te odległe, nieistniejące już byty? Rzeczywistość dzisiejsza toczy się już przecież swoim własnym torem, umyka od zakurzonych i pokrytych patyną przedmiotów, idei i zdarzeń. Zaciera się w wyobraźni i pamięci bezpowrotnie. Czyż nie?

Nie do końca.

Napisałem kiedyś, że historia jest w pewnym sensie wyzwaniem dla człowieka współczesnego. Stając w obliczu historii - i to nie tylko tej wielkiej, ale przede wszystkim tej małej, codziennej, zapomnianej, mało znanej - tak naprawdę stajemy w obliczu prawdy dla nas dużo istotniejszej od wszystkich wojen, bitew, zamachów, królewskich panowań, papieskich pontyfikatów i prezydenckich kadencji razem wziętych. Bo stając twarzą w twarz z codziennością sprzed lat, stajemy twarzą w twarz z samym sobą, uboższym jedynie w wiedzę o tym co wydarzy się później.


Ale poza tym nie różnimy sie wcale. Chodzimy tymi samymi ulicami, patrzymy na te same (choć nie takie same) ściany, dachy i wieże. Konstruujemy mozolnie swoją rzeczywistość w świetle tego samego dnia, pod tym samym niebem.

Codzienność dzisiejsza - pomijając zupełnie drugorzędne kwestie bytowe - niczym nie różni się od codzienności sprzed stu czy dwustu lat. Batheltowie, Kornowie, Rothowie, Schulzowie, Tobiasowie, Salomonowiczowie i inni mniej znani, a równie rzeczywiści, tak samo jak my dzisiaj brnęli przez ten bielski mozół i tak samo jak my dzisiaj codziennie funkcjonowali w obrebie wyznaczonym przez pewnien konkretny, istniejący do dziś schemat ulic i domów.

Codziennie rano widzieli ten sam pejzaż dachów, kominów i wież Stadtbergu, kluczyli tymi samymi uliczkami, potykali sie o te same niemal kamienie, zimą ślizgali na tych samych stromiznach Wzgórza klnąc przy tym na czym świat stoi. Wchodzili do sklepów (innych niz dzisiaj) przez te same drzwi, patrzyli na te same góry przez te same okna.
A przede wszystkim budowali wokół siebie przestrzeń, którą my odziedziczyliśmy właśnie po nich.

I to fascynuje mnie najbardziej.
I daje do myślenia.
I jest wyzwaniem właśnie. Bo tylko rozumiejąc powody, dla których oni budowali świat w takim, a nie innym kształcie, tylko wiedząc, jakie były tego przyczyny, znając ich inspiracje, jesteśmy w stanie realizować naprawdę sensowną wizję miasta.Tylko wówczas. Bo tylko wówczas istnieć będzie przynajmniej cień gwarancji, że patrząc przed siebie nie stracimy z oczu źródeł.


Nie powinniśmy więc traktować przeszłych czasów jako czasów gorszych, niedoskonałych, niepełnych, a których ostateczną emanacją i zwieńczeniem jesteśmy dopiero my. Nie powinniśmy traktować ich z góry, a przeciwnie - powinny stać się dla nas inspiracją i lekcją. Lekcją pokory, wiedzy i umiejętności patrzenia.


Warto szukać tych wartości od dawna zamkniętych w kamiennych formach naszego miasta, by przypomnieć sobie absolutne rudymenta, podstawy, o których zbyt łatwo zapominamy dzisiaj, próbując kształtować przestrzeń po swojemu.
Czy do tego celu może posłużyć i ten skromny blog, którego podtytuł brzmi przecież "W poszukiwaniu utraconego sensu"? Mam cichą nadzieję.

2014-12-09 | Dodaj komentarz
giepe
2015-02-17 20:00:50
Też z pewnym poślizgiem, ale cały czas zaglądam, wciąż z ciekawością i wciąż z nadzieję, że Pan nie przestanie. Grzegorz Pacek;) A wpis "Weg aus Pleß", a konkretnie jego zbeletryzowany wstęp bardzo przywodzi mi na myśl początek "Ksiąg Jakubowych" Olgi Tokarczuk. Nie wiem czy to zamierzony cel, czy zupełnie przypadkowy wynik, ale w każdym razie proszę tego nie poczytywać za ujemną ocenę, wprost przeciwnie.
Maciej P.
2015-02-18 07:17:13
Dziękuję. To miłe, chociaż kudy mi do Tokarczuk! Musiałbym lata pracować nad warsztatem. Rzecz jasna przestawać nie planuję. Wpisy umieszczam wprawdzie dość rzadko, ale - mam nadzieję - zmieni się to w niedalekiej przyszłości. Tematów przybywa, niestety nie przybywa czasu, a on jest jednak bardzo potrzebny. Każdy wpis chciałbym bowiem jak najlepiej udokumentować faktograficznie i - w miarę możliwości - ilustracyjnie. Nie chciałbym natomiast wysyłać w świat notek zabarwionych jedynie emocjami. Chociaż nie da się ukryć, że podczas tej pracy emocji mi nie brak. :-) Pozdrawiam ciepło!
Komentarzy (2)

Wieżyczka, kopułka i spółka

  

Albo

Ten parszywy fą de siekl


Ci, którzy wieszczyli rychły upadek cywilizacji już w 476 roku, rzecz jasna, dalecy byli od prawdy. Ich racje, nie bezpodstawne zresztą, okazały się jednak zbyt wątłe w obliczu nadciągających zmian. Wprawdzie Ostrogoci - w myśl ówczesnych kanonów - byli barbarzyńcami, jednak Cesarstwo Rzymskie upadło przecież nie tylko z powodu ich najazdu.
Każda cywilizacja ma swoje kryzysy. Dzisiejszy świat także. Choć wydawać by się mogło, że podążamy ku świetlanej przyszłości, coś już od dawna zgrzyta w machinie, którą jest postęp, coś skrzeczy niemiłosiernie i daje znać o zbliżającym się przesileniu.
Przesada? Nie sądzę. Dowodów na to pełno wokół nas. Zapatrzeni w możliwości, jakie daje nam rozwój techniczny, zupełnie bezboleśnie przechodzimy do porządku dziennego nad stratami w innych, pozornie mniej istotnych dziedzinach...
Ale nie tylko my.


Pisałem już na tym blogu o kryzysie wieku XX i XXI. Dzisiaj nieco inaczej. Dzisiaj będzie o tym, co (nawet mnie) zawsze wydawało się kanonem, klasyką, niewzruszonym standardem. Ale, jak się okazuje, wcale nim być nie musi.

Związane z józefińską epoką odrodzenie przemysłu stało się jednocześnie grobem dla stylu. Bezwyrazowe, przysadziste, masywne formy (które dziś uznalibyśmy pewnie za modernę i pokazywali na blogach) rozpanoszyły się jak niezwyciężone C.K. Austrowęgry długie i szerokie. Jednakowe, mało ambitne, bezwyrazowe kamienice, manufaktury, folusze i farbiarnie budowane na jedno kopyto, z charakterystycznymi stromymi spadami dachów, zaokrąglonymi narożnikami i nudną linią takich samych okien stały się cechą charakterystyczną każdego miasta przemysłowego wielkiego mocarstwa.

Oto przykład takiego właśnie budownictwa. Dla nas, współczesnych, ma ono dużą wartość, ponieważ jest reprezentantem architektury pierwszej połowy XIX (w dodatku pomimo przysadzistości ciągle zawiera w sobie jakiś ukryty czar proporcji). Już w połowie XIX wieku natomiast styl ten był tylko konsekwencją utylitarnej, nastawionej na zysk tendencji budowania w sposób możliwie najprostszy i najoszczędniejszy (co nie znaczy, że bez dbałości o wykonanie). To przykład typowego domu u progu wielkiej rewolucji przemysłowej. Ale takie budynki mieściły nie tylko mieszczańskie gniazda, ale również kapitalistyczne fabryki, manufaktury i banki. Dzisiaj dla nas mają jakiś urok, ale w oczach współczesnych, którzy mieli do czynienia tylko z taką masywną architekturą, po jakimś czasie stały się one już zbyt ciężkie i pozbawione jakiegokolwiek blasku. (fot. jeszcze sprzed remontu)

Kiedy w połowie XIX wieku liniowy postęp architektoniczny, mający jak dotąd całkiem dobre tempo, a czasem i niezłe przyspieszenie, zaczął niepostrzeżenie zwalniać, kiedy w latach pięćdziesiątych tego stulecia uwiąd twórczy był tak dotkliwy, że ktoś wpadł na pomysł aby uczynić z niego skodyfikowaną zasadę, wówczas nadszedł pierwszy, naprawdę poważny kryzys od wieków.
Pojawił się historyzm.

Nie mam nic przeciwko samemu historyzmowi. Był zjawiskiem ożywczym, w kontekście nieco zapyziałych i nudnych form przestrzennych dziewiętnastowiecznego miasta, które zastąpił, a o których pisałem powyżej. Był reakcją na bezwyrazowe i bezideowe kształty, jakie zdominowały miasto w czasach romantyzmu. Miał za sobą pociągnąć ożywienie przez powrót do sprawdzonych, klasycznych form, nieco tylko przekształconych w duchu nowoczesności. W jakiś szczególny sposób widać to również i w architekturze Bielska i Białej.

A zmiana była potrzebna.


Niestety coś poszło nie tak. Pierwszym obiektem, jaki przebudowano w tym duchu był zamek. Już wcześniej pisałem o tej przemianie i o tym, z jakimi spotkała się reakcjami. Zamek przebudowany w manierze historycznej może się podobać i nie musi. Faktem jednak pozostaje, że była to przecież budowla zarówno o mocno osadzonych w historii tradycjach, jak i ze wszech miar reprezentacyjna. Modelowanie tej bryły w duchu historyzmu nie powinno być uważane za wielki błąd. Inna rzecz, że w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego stulecia Bielsko było jeszcze zabudowane małomiasteczkową architekturą, na tle której zamek bezdyskusyjnie dominował.


Jedyne, co można było zrobić, to zatrzeć to przeskalowanie. I tak zrobiono. Niestety ożywienie architektoniczne Bielska w pewnym momencie wymknęło się spod kontroli.

Dwie ostatnie dekady XIX wieku obfitowały w dość śmiałe formy architektoniczne, które w założeniu miały nawiązywać do form dawnych, klasycznycyh. Miasto zaroiło się więc od dużych neorenesansowych, i neobarokowych brył, lepiej lub gorzej wkomponowanych w rzeczywistość. W bryłach tych jednak czaiła się skaza. Poważny zalążek choroby, która zaczęła toczyć europejską architekturę od środka. W swoim dążeniu do klasyki, do form dawnych, w pogoni za pięknem zgubiono sens! Odwieczne (to wcale nie jest zbyt duże słowo) zasady, jakimi rządziła się ta sztuka, w imię końcowego efektu zostały podeptane.

Oto ulica Haasestrasse (dziś Dąbrowskiego) i zbudowana w 1890 roku Kamienica Kestela (ta z lewej). Z pozoru wszystko jest tu w porządku. Mamy lekką, mimo sporych rozmiarów, nieprzeciążoną bryłę, harmonijne i spokojne linie okien i gzymsów, mamy wreszcie świetnie wykorzystaną przestrzeń, która dzięki skrótowi perspektywicznemu ulicy nadaje budynkowi dodatkowej lekkości. Niestety. W tej konstrukcji jest coś, co wprawdzie nam, dzisiejszym, już raczej nie przeszkadza, ale współczesnych mocno niepokoiło. Tym czymś jest wieżyczka. Forma dotąd w budownictwie mieszczańskim zupełnie nieznana. Ba! Absolutnie nie do pomyślenia!

Miejska architektura i urbanistyka w ogólności przez całe wieki oparte były na pewnym prostym kanonie: wieża jest atrybutem kościoła, jako symbol łączności z Bogiem, czy też zmierzania ku Niebu. W budownictwie świeckim wieża zarezerwowana była li i jedynie dla budynków municypalnych, a więc de facto tylko dla ratusza, i była symbolem suwerennej władzy. Ten stan trwał przez całe wieki. Tej niewzruszonej zasady nikt nie starał się podważyć. Aż do końca XIX wieku.

Bóg jeden wie, co podkusiło Appeltów, Rostów, Kornów, i innych Mayrów i Walczoków do porzucenia obranej ścieżki, kanonu. Tak się jednak niewątpliwie stało. Maniera? Na tym ciekawym zdjęciu z roku 1918 widzimy miasto w swoim nowym kształcie. Zarówno kamienica Michla (w centrum kadru), jak i willa Sixta, oraz wystające zza tej ostatniej szczyt pseudowieżyczki kamienicy Hupperta, i hełm wieży kamienicy Zipsera zbudowane zostały w nowym kanonie, albo raczej wbrew staremu. Przybysz z przeszłości, niekoniecznie odległej, byłby bardzo zdziwiony ilością ratuszy w tym fragmencie miasta.
I to wszystko w jednym omalże kwartale.

Projekt kamienicy Teodora Sixta. Staram się patrzeć nań bez uprzedzeń. Nie potrafię. Na papierze jeszcze bardziej niż w rzeczywistości przypomina ratusz.

Historyzm - nie niszcząc piękna i harmonii, złamał jednak dużo bardziej podstawową zasadę, na której z dawien dawna fundowany był miejski porządek. W dodatku nie tylko w kwestii wieży.
Był jeszcze jeden, zarezerwowany dotąd tylko dla specyficznych form architektonicznych element - kopuła.
Od czasów średniowiecza kopuła symbolizowała zawsze uniewersalność i odniesienie do praw boskich i kosmicznych. Stanowiła zwieńczenie świątyń i budynków bogom poświęconych.
Oczywiście do czasu...
Epoka decadence bowiem wysadziła to wszystko w kosmos.
Podmuch eksplozji przeszedł także przez Bielsko i przez Białą.

Kamienica Feinera w Białej to świetny przykład. Wysmakowana, pełna majestatu i harmonii, łącząca z kosmicznym porządkiem kopuła wieńcząca... dom towarowy. Cóż, można i tak. W końcu nikt się nie domyśli.

Willa Rosta to także ciekawy przykład. Zbudowana w 1903 roku przepyszna budowla całą gębą śmieje się wprost w oczy kosmicznemu porządkowi i jak na złość przykrywa się aż dwiema kopułami.

W tym przypadku kopuła (odznaczająca się w dodatku klasycznym porządkiem złotego podziału) wydaje się bardziej na miejscu, niż w przypadku mieszczańskiej kamienicy... To jednak złudzenie. Budynek użyteczności publicznej - jakkolwiek nań patrzeć - nie pośredniczy pomiędzy obywatelem, a niebem. Chyba...

Trudno nie zadać sobie w tym miejscu pytania, które aż ciśnie się na usta. Jaka mądrość, albo jaka pycha kazała ówczesnym architektom i budowniczym porzucić stare, przetarte ścieżki, odwrócić się od dobrych wzorców i przedefiniować swój świat na nowo? Jaki trend, jaka idea napędzała ich do działania, które zreformowało, albo przynajmniej miało zreformować nasze postrzeganie rzeczywistości i przenicować krajobraz?


Czy wierzyli, że przyszłe pokolenia się nie zorientują? Czy może byli przekonani, że nie będzie to miało dla nas znaczenia? Chyba mieli rację i w jednym, i w drugim. Tak naprawdę bowiem ani nas to grzeje, ani ziębi. Patrzymy na formę, a o znaczeniu ideowym z chęcią zapominamy.
Może zresztą słusznie...


Forma bowiem - na całe szczęście - ciągle pozostawała na wysokim poziomie. Więcej: wspięła się naprawdę na wyżyny i przez najbliższych kilka dekad, aż do fatalnego modernistycznego upadku święciła tryumfy pozostawiając nam w spadku całą masę zwyczajnie pięknych projektów.

Projektów, których piękno zaczęło się od kontestacji zasad.

2014-11-01 | Dodaj komentarz
Angus
2014-11-03 14:53:03
Patrzę na te zdjęcia i czytam tekst i zazdroszczę przodkom tych "jednakowych, mało ambitnych, bezwyrazowych kamienic, manufaktur, foluszy i farbiarni budowanych na jedno kopyto". Zazdroszczę ulic niezastawionych samochodami, placów zabudowanych Biedronkami i Lindlami, a nawet parkanów niezalepionych szmatami reklamowymi. Zaprawdę żyjemy w czasach bardzo nieestetycznych.
Maciej P.
2014-11-04 07:12:09
Rozumiem doskonale. Ale jeśli mam być szczery, mną targają raczej sprzeczne odczucia. I już nawet nie chodzi o to, że w czasach, gdy w mieście królowała ta "postjózefińska" architektura nieskanalizowane ulice pełne były cuchnących rynsztoków, końskich, krowich i kozich placków, ściany oblepione były sadzą, a wozy z węglem, drewnem i szmatami parkowały równie bezsensownie, co dzisiaj auta klasy S. Nie, to nie w tym rzecz. W końcu każda epoka miała swój smród. Chodzi bardziej o to, że zaznawszy już wysmakowanej architektury przełomu wieków, chyba byłoby mi przykro mieszkać w mieście, które na projekty Kornów, Walczoków i Rostów musi jeszcze poczekać. Powyższy wpis to tylko taka przekorna próba zwrócenia uwagi na to, że wszystko ma swoje dwie strony. Nawet piękna architektura. Pozdrawiam ciepło.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2015
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[andrzej]
Nie da się ukryć, że powyższy temat „zainfekował” mnie i rozbudził nieco wyobraźnię. Co więcej...
[Maciej P.]
To prawda, jednak meandrowanie, nawet jeśli kończy się awulsją, czyli odcięciem i pozostawieniem starorzecza, jest...
[Maciej P.]
Mam podobne wątpliwości. Napisał Pan samą prawdę i lepiej bym tego nie ujął. Projekt -...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 34297
Newsów: 34
Komentarzy: 68
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała