liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (3)

Szaro, buro, łyso...

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

część czwarta


Po II wojnie światowej - z wiadomych względów - musiało minąć sporo czasu, zanim architektura na nowo odnalazła siły i radość tworzenia. Oczywiście to nie było tak, że zaraz po wojnie się nie budowało. Owszem, nawet niemało. Jednak w dziejach architektury pierwsze lata powojenne nie zapisały się raczej niczym szczególnym. Również w Bielsku. Dopiero powolny wzrost zamożności kraju, przyrost ludności, wreszcie mozół wydobywania z chaosu zakończony nieco inaczej, niż chciał ogół, przyniosły efekt w postaci nowej myśli budowlanej.

Zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych obywateli stało się dla partii celem najwyższej rangi (oczywiście zaraz po krzewieniu idei socjalistycznej). Zaangażowano do pracy tęgie głowy (tutaj już bez kpin - polscy specjaliści, architekci i inżynierowie, to byli ciągle fachowcy pierwszej wody), zaczęły powstawać dobre projekty, skutkiem czego, nawet mimo niesprzyjających warunków polityczno-społecznych, udało się stworzyć całkiem znośną rzeczywistość, która mieszkańcom miast polskich posłużyła za bezpieczne schronienie przed szalejącym za oknami komunistycznym zamordyzmem.

Pierwsze oznaki powojennych koncepcji były widoczne już przed wojną. To w latach trzydziestych - jak się już rzekło - powstawały wizje, które znalazły zrozumienie i szacunek nie tylko w latach czterdziestych, ale i dzisiaj cieszą oko i poczucie estetyki (vide osiedle w ogrodach Sułkowskich zwane Tel-Awiwem).

Sama koncepcja nie była zła. Miasto jako zbiór samowystarczalnych osiedli... Nawet mnie, który zna już wszelkie negatywne konsekwencje takiego założenia - gdzieś tam, głęboko w duszy ta wizja się podoba... Bo to jest koncepcja atrakcyjna. Nie ma co się oszukiwać. I w naszym mieście takie koncepcje też powstawały. Przyjrzyjmy się bliżej jednej z nich.

Osiedle Grunwaldzkie, którego trafność proporcji i stonowane wysmakowanie docenić można dopiero po latach, było przedstawicielem ostatniej już fali koncepcji architektonicznych przemyślanych od początku do końca, które pojawiły się w mieście przed ostateczną katastrofą. Stanowiących zwartą, zamkniętą, zatopioną w zieleń całość. Było zjawiskiem z estetycznego punktu widzenia systemowo zredukowanym do minimum, ale wybroniło się doskonale. Proszę tylko spojrzeć.

To jedno z moich ulubionych osiedli.

W połowie lat dziewięćdziesiątych byłem tu częstym gościem. Zazwyczaj rano, po nocnej zmianie w Prefabecie, zmęczony i bez ochoty na cokolwiek. To było trochę irracjonalne, bo zamiast wsiąść do autobusu pełnego niedobudzonych pasażerów, rozpoczynających dopiero dzień, zamiast jechać do domu i rzucić się na wyrko, wolałem wrócić do domu piechotą. Właśnie tamtędy. Czy winne temu było rześkie poranne powietrze, czy ciepłe blaski wstającego właśnie słońca? Nie mam pojęcia. W każdym razie - wiem, trochę to dziwne - spacer pomiędzy tymi szarymi budynkami sprawiał mi zawsze jakąś trudną do wytłumaczenia przyjemność.

No bo przecież w tej architekturze nie było raczej żadnego uroku, w tych monotonnych liniach żadnej finezji. A jednak.

Osiedle Grunwaldzkie to przykład typowego wczesnego PRL-owskiego osiedla mieszkaniowego, jakich pełno w wielu polskich miastach. Powstało w latach pięćdziesiątych, a więc dosłownie w przededniu wielkiego boomu betonowej płyty. Być może właśnie dlatego wzniesiono je jeszcze w pewnym urbanistycznym porządku. Budynki składające się na osiedle są dość niskie, nawet jak na ówczesne standardy. Architekci i urbaniści, autorzy projektu, słusznie uznali, że trzy kondygnacje (wliczając w to parter) to zupełne optimum jak na zatopiony (w przyszłości) w zieleń kompleks mieszkalny.

Na efekt trzeba było czekać dość długo. Dopiero w latach osiemdziesiątych osiedle, dzięki rozsądnie zaplanowanej zieleni, zaczęło stawać się przytulnym miejscem zamieszkania.
Wcześniej?
Wcześniej było naprawdę nieciekawie. Osiedle Grunwaldzkie na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych miało najgorszą chyba prasę pośród miejskich osiedli. Fatalny stan czystości, brak porządku, przepełnione śmietniki, wszechobecny brud i smród... I terroryzujące mieszkańców szczury. Wszystko to było na porządku dziennym. Nawet ludzka tragedia. Na początku lat siedemdziesiątych, w jednym z dołów, czy też raczej rowów, które przecinały w te i wewte całe osiedle, zasypało człowieka. Na śmierć.
Dzisiaj jest to jedno z mniejszych, ale i spokojniejszych osiedli (nie licząc wieczorów, kiedy na sąsiadującym stadionie gra TS Podbeskidzie, rzecz jasna).

Grunwaldzkie jest czymś w rodzaju nigdy nie zaginionego brakującego ogniwa pomiędzy modernistyczną, typowo śródmiejską zabudową, a nowoczesnym blokowiskiem. Jest jak pomost pomiędzy starym porządkiem a... nowym bezładem.

Jednakże jeśli chcemy patrzeć na historię architektury, powinniśmy zachować ścisły porządek. Również chronologiczny.
Przecież w międzyczasie (czyli pomiędzy moderną, a wielką płytą) architektoniczną rzeczywistość naszego umęczonego kraju opadła kolejna zmora - socrealizm. I tutaj chciałbym zauważyć, że w naszym mieście, na całe szczęście, socrealistyczny zakichany patos nie znalazł sobie miejsca. Wprawdzie osiedle Grunwaldzkie w jakiś sposób może aspirować do roli reprezentanta tego zadekretowanego oficjalnie w 1949 r. nurtu, to jednak w istocie pod wieloma względami jest mu przeciwne, stanowiąc na tle socrealistycznych wykwitów szczególny i piękny przykład (bo obok soc-patosu to osiedle nawet nie leżało).

Stało się tak również i dlatego, że Bielsko nie zostało w czasie wojny zniszczone, dzięki czemu ideolodzy soc-realnej architektury nie mieli gdzie wtrynić tego swojego monumentalnego chłamu - a przedmieścia i peryferia leżały poza zainteresowaniem przesiąkniętych stalinowskim duchem pseudo specjalistów. I całe szczęście, że tym aparatczykom nie przyszło do głowy wyburzyć bielskiego starego miasta (a dlaczego by nie?!) i zabudować je w nowym, lepszym, socrealistycznym warszawsko-nowohucko-stalowowolskim duchu. Gdyby tak się stało, zamiast zamku mielibyśmy monumentalny Pałac Historii, zamiast Rynku Plac Wieców z figurą krzepkiej chłopki ze snopem świeżo zżętego zboża, mój ulubiony Antykwariat Staromiejski zdobiłby łuk tryumfalny z gwiazdą, a galeria "Wzgórze" Franka Kukioły witałaby nas spracowanym hutnikiem nad wejściem. Albo górnikiem z kilofem w sękatej dłoni.
Dobrze, że tak się nie stało.

Widok z dachu Hotelu "President" na zabudowę Białej. Poszerzona ulica 11 Listopada z imponującą zabudową mieszkalno-usługową i torowiskiem tramwajowym linii 3 do Lipnika. Na pierwszym planie dachy bloków przy Cechowej, w tle kominy elektrociepłowni "Złote Łany". Tak miało wyglądać nasze miasto.

To oczywiście żart. Powyższe zdjęcie to widok Nowej Huty, jednak ta wizja wcale aż tak daleka od rzeczywistości nie jest. Powojenni rekonstruktorzy (czy raczej dekonstruktorzy) przestrzeni mieli na nasze miasto olbrzymią chrapkę i gdyby nie ich tchórzostwo i wewnętrzne partyjne spięcia, skończyło by się to naprawdę źle. O zamiarach ówczesnych władz i ich nieliczącym się z niczym i nikim sposobie myślenia przestrzennego świadczą omawiane już na łamach tego blogu szaleństwa wyburzenia przy zamku czy w śródmieściu Białej. Na całe szczęście w wielu innych przypadkach stanęło tylko na zmianie nazw ulic...

Tymczasem "rekonstrukcja" przestrzeni, ominąwszy historyczne centrum, zapłonęła wielkim ogniem na peryferiach. I na osiedlach.
Powołano do życia wielką płytę.

*

Kiedy mówi się o blokach z wielkiej płyty, przychodzą zazwyczaj na myśl mocno pejoratywne skojarzenia i górę biorą emocje z pogranicza histerii i depresji. Ale chyba nie do końca słusznie (naprawdę to napisałem?).
Główne dwa zarzuty, jakie czyni się wielkiej płycie, to to, że była monstrualna i szara. Z monstrualnością pogodziliśmy się z konieczności - brak mieszkań z jednej strony i pojemność takich gigantycznych szaf z drugiej, szybko uzasadniły istnienie w miejskiej przestrzeni kilkunastopiętrowych molochów (osiedle Karpackie to przecież bez mała 3600 mieszkań).

Jeśli zaś chodzi o szarość, do dziś nie potrafimy sobie poradzić z tym problemem. I wcale nie mam na myśli tego, że powinniśmy wreszcie z tą szarością coś zrobić (bo od kilku lat robi się z nią rzeczy naprawdę niewyobrażalne i absolutnie karygodne), ale raczej to, że szarość - niestety - jest dla wielkiej płyty JEDYNĄ rozsądną alternatywą.
Dlaczego?

Już tłumaczę. Kiedy w latach pięćdziesiątych, w odpowiedzi na gorączkę mieszkań, zaczęto projektować budynki, które byłyby tych potrzeb zaspokojeniem, uznano, że dwóch dominant: rozmiaru i koloru nie da się pogodzić. Już sam rozmiar jest zbyt przytłaczający, aby dopychać jeszcze kolorem! Koniecznym było więc, aby z któregoś z nich zrezygnować.
Tak, drodzy Państwo. Szarość naszych blokowisk była celowa i miała konkretne, sensowne i logiczne uzasadnienie!

Filip Springer w swojej fenomenalnej książce "Wanna z kolumnadą" puentuje ten fakt niezwykle celnie:


"To między innymi dlatego kolorami modernistów, którzy wymyślili wielkie bloki, była biel i szarość. Uważali, że wielkie domy dominują w przestrzeni na tyle, że dodawanie do nich silnych akcentów kolorystycznych byłoby już wizualnym barbarzyństwem. Wielka elewacja miała być jedynie tłem dla życia osiedla, a nie jego głównym elementem. Rozumieli to w większości projektanci polskich blokowisk, zapomnieli ci, którym przyszło te osiedla modernizować."

Nie jest więc prawdą, a przynajmniej nie jedyną, że PRL-owska szarość wywołana była brakiem farb w sklepach i deficytem poczucia piękna w głowach architektów.

Tym bardziej zdumiewa fakt, że dziś próbujemy radzić sobie z monotonią blokowisk poprzez galopującą pastelozę, mając jakieś złudne, nie wiem skąd wynikające, przeświadczenie, że jak na fasady napaćkamy od metra odcieni żółci, cynobrów, fuksji i grynszpanów, to osiedla ożyją, staną się bardziej znośne do życia i weselsze.


Nie. Będą estetycznie niestrawne, żenująco zinfantylizowane, żywcem wyjęte ze snu szalonego kolorysty. Staną się nie do zniesienia. Już są nie do zniesienia!

A wszystko tylko dlatego, że szarość po prostu źle się niektórym kojarzy. I że to fatalne skojarzenie próbują oni jakoś przepracować. Ale czynią to w sposób idiotyczny. I rękami pań sekretarek z zarządu (bo przecież nikt nie zna się na kolorach lepiej niż pani Krysia z ADM-u, czy Strzechy).
A potem powstają takie szkaradzieństwa.


Z przerażeniem obserwuję, co dzieje się na odcinku bielsko-bialskich blokowisk i czasem aż oczy przecieram ze zdumienia.
Kiedyś nasze miejskie osiedla otrzymywały nagrody za koncepcje urbanistyczne, za kształt i formę. Tak, tak, te szare, wielopiętrowe molochy, budowane w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, chwalono i nagradzano za umiejętne wkomponowanie w krajobraz i nawiązanie do beskidzkich szczytów, będących dla tych mrówkowców tłem (wiem, wiem - jakie czasy takie nagrody...).
Jednak dziś na siłę rozwesela się je, stosując karygodne techniki kolorowankowe. Dziś, próbuje się naprawić coś, co wydaje się złe, a w konsekwencji wychodzi jeszcze większa bieda.
Chyba czas powiedzieć: dość!

Tutaj architektura jeszcze walczy. Kiedy patrzę na ten obrazek uchwycony na bialskim osiedlu Śródmiejskim, mam wrażenie, że ta potężna szara bryła toczy rozpaczliwy, srogi bój o godność, tragiczną bitwę o zachowanie resztek dumy i honoru, próbując powstrzymać kroczącą infantylizującą całą przestrzeń publiczną "wesolutką" manię kolorowania.

Patrzę i zaciskam pięści. Z wściekłości i niemocy.


Kiedy patrzy się na historię architektury, również tę, która realizowała się tysiącami projektów w Bielsku i w Białej, dopada człowieka smutna refleksja o swoistym uwiądzie tej dziedziny ludzkiego życia. Wydaje się, że mamy do czynienia z katastrofą, ku której zmierzała od samego zarania, od form idealnych, doskonałych, przez wysmakowane, coraz prostsze, ale niepozbawione harmonii, aż do coraz bardziej zindywidualizowanych, idących pod prąd projektów... Stylowa ewolucja, a raczej dewolucja zamknięta mocnymi, pustymi akordami nieuporządkowanej choć przecież prostej (prostackiej) myśli, wydaje się być kompletnym fiaskiem idei piękna i harmonii na rzecz użyteczności i solidności. Ciekawe jest natomiast to, że ten uwiąd jest zjawiskiem dotyczącym właściwie tylko ostatniego stulecia. To dwudziesty wiek wprowadził w architekturze zmiany idące tak daleko, że w tej chwili ich ogrom wydaje się przytłaczający, a konsekwencje nieodwracalne.


Czy da się dzisiaj temu zaradzić? Czy możliwe jest jeszcze, aby architektura jako nauka i sztuka odrodziła się w projektach, których nowoczesność nie jest alternatywą dla harmonii, a jej uzupełnieniem? Mam nadzieję, że tak.
Gorąco w to wierzę.

_______________________


Moją subiektywną historię bielsko-bialskiej architektury - szkic z oczywistych względów niepełny, może schematyczny, a być może i kulawy - zakończę właśnie tutaj. Nie napiszę nic o architekturze współczesnej, tej, która wyrasta na naszych oczach. Powód jest prosty - ona nie jest już historią, a teraźniejszością właśnie. Zajmą się nią, mam nadzieję, w obiektywny sposób pokolenia przyszłe. I wierzę, że znajdą dla niej duże pokłady wyrozumiałości. Będzie im potrzebna.

Natomiast z całą pewnością wkrótce pojawi się mały dodatek o architekturze przemysłowej, której w "stronniczej i subiektywnej..." zabrakło, a której brak jest zwyczajnie karygodny.

2016-07-30 | Dodaj komentarz
Angus
2016-08-01 09:01:07
Ucieszył mnie ten fragment o osiedlu Grunwaldzkim. To rzeczywiście przemyślana koncepcja architektoniczna, szczególnie ciąg bloków wzdłuż Rychlińskiego z "pasażowym przejściem" . Inna sprawa, to standard mieszkań - gomułkowski - cóż, takie czasy były. A osiedle znam doskonale, bo spędziłem tam całą niemal podstawówkę. Natomiast Śródmiejskie to niestety architektoniczny wrzód na żywej tkance naszego miasta.
Maciej P.
2016-08-01 11:29:10
@Angus. Grunwaldzkie musiało się pojawić, bo do tego fragmentu miasta - prócz tego, że jest po prostu osiedle kompletne - mam sentyment. Osiedle Śródmiejskie natomiast, to już nie jest wrzód (bo nie da się go przeciąć), to zarośnięta paskudna blizna, która zostanie na wieki. Pozdrawiam ciepło.
Pseudonim
2016-08-05 13:55:13
Tak, miasto szczęśliwie zostało ominięte przez budynki socrealizmu. Chociaż...w takim właśnie duchu wybudowano biurowiec BPBP przy ul. Warszawskiej oraz Zespół Szkół im. S. Żeromskiego na wspomnianym Tel Avivie...
Komentarzy (4)

Czytelnicy mnie uduszą

  

czyli

Tak, wracam na skrzyżowanie. To skrzyżowanie!


Kolejny raz przekonałem się (czy też raczej do takiej refleksji i konkluzji zmusiła mnie moja głupota i krótka pamięć, ale także konieczność chwili), że porządny katalog zapisanych na dysku zdjęć, z precyzyjnym datowaniem i pełnym otagowaniem to sprawa nie do przecenienia. Obrazki należy dokładnie opisywać i katalogować, żeby nie dochodziło do takich sytuacji! Jakich?

Oto na rzeczonym dysku znalazłem fotografię, która zresztą na tym blogu była już publikowana, a która prezentuje najczęściej przeze mnie ostatnio poruszany, wzmiankowany i analizowany fragment miasta. Ubzdurałem sobie, że ze skrzyżowaniem Partyzantów, Michałowicza i 1 Maja związana jest swego rodzaju tajemnica, która tłumaczy taki a nie inny przebieg dawnej ulicy Blichowej i trzymam się tego jak pijany płotu. To znaczy trzymam się tezy, że tam jest jakaś tajemnica.

Szukałem więc potwierdzenia tego pomysłu, który z każdym dniem zaczął mi się wydawać jakoś tak średnio potwierdzalny (przynajmniej w świetle mojej wiedzy i dostępnej ikonografii).

Tymczasem ni z tego, ni z owego natrafiłem niespodziewanie na tkwiącą na dysku mojego komputera (gadzina ukryła się w folderze "Blich" - prawda, że diablo nieprzewidywalnie?) datowaną na rok 1919 fotografię, na której skrzyżowanie Blichowej i Górskiej widoczne jest jak na dłoni.

Oto widok od południa, w kierunku centrum miasta. Fotograf robiący to zdjęcie znajdował się najprawdopodobniej na piętrze, w oknie kamienicy Fussgängera, której cień widać na bruku ulicy Blichowej na pierwszym planie. Po prawej stronie, tuż przy krawędzi zdjęcia można się domyślać wylotu uregulowanej już pięknie ulicy Alleegasse. Dalej, także po prawej stronie widzimy kryty stromym dachem, charakterystyczny dla bielskich przedmieść dom wolnostojący. Takie domy, jeden przy drugim, stały przy wszystkich drogach wylotowych z miasta, przez długie wieki. Przypuszczam, że ten konkretny legitymuje się rodowodem sięgającym początków XIX wieku, lub nawet jeszcze wcześniejszym. Perspektywa ulicy Blichowej zamknięta jest zabudowaniami fabryki Mänhardtów. Ale najciekawsze jest w centrum i po lewej stronie zdjęcia.

Tak, tak! Widoczny od szczytu, kryty naczółkowym dachem dom, to nie kto inny, ale bohater wielu naszych wpisów! Stojący w osi ulicy Blichowej budynek, który od dłuższego już czasu zaprząta moją uwagę, jest tu widoczny w całej niemal okazałości, wprawdzie, jak już napisałem - od szczytu, ale przecież bardzo wyraźnie.


Patrzę więc na niego uważnie, usilnie badam każdy milimetr sfotografowanych murów, rozpaczliwie próbuję wyłapać w nich coś, co wyjaśni mi, dlaczego, do diaska, ten dom tak długo stał w poprzek drodze, dlaczego był taką świętą krową Blichu, że przez dekady, a może i wieki nikt nie był w stanie go stamtąd usunąć. A wraz z nim prostopadłej doń oficyny...
Patrzę więc, i patrzę, i, niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że jak na złość nie ma w tej budowli nic szczególnego. Ot, zwykły dom mieszkalny odchodzącej, niemodnej epoki. Relikt pradawnych czasów, kiedy miasta formowano z takich właśnie, na wpół wiejskich chałup, które tym tylko od wiejskich się różniły, że kryte były tanią papą. Jedyne, co udało mi się ustalić, to to, że w tym konkretnym domu, w czasach komuny mieścił się niewielki sklepik mięsny.

Jednak to, co w tym zdjęciu przykuło moją uwagę najbardziej, to obszar na lewo od rzeczonego domu - średnio zagospodarowana przestrzeń za wysokim parkanem, tuż przy ulicy.

Trudno orzec, czy mamy tu do czynienia z ogrodzonym terenem przyszłej budowy, warsztatem, ogrodem, czy z tzw. wiecznym nieużytkiem (a wiec obszarem, którego właściciel, ogrodziwszy go uprzednio solidnym płotem, postanowił przeczekać złą powojenną koniunkturę i zamrozić nieruchomość w oczekiwaniu na lepsze czasy).

Jednakże sama przestrzeń za ogrodzeniem wydaje się być intensywnie użytkowana, o czym świadczą koleiny i jakiś surowiec składowany pod wiatą... Mamy więc być może do czynienia z warsztatem wymagającym dużej przestrzeni.

Doskonale pasuje tutaj zakład obróbki drewna, bo przecież przez parcelę, jeszcze do niedawna, przepływał Sikornik, który w zamierzchłych, niezelektryfikowanych czasach mógł napędzać piłę (na tym zdjęciu ponad skanalizowanym już potokiem przechodzą właśnie, widoczne na pierwszym planie, kobiety w śnieżnobiałych zapaskach). Żeby było śmieszniej, ulicę Blichową w tym miejscu, tylko nieco dalej na północ, zaledwie dwadzieścia lat wcześniej przecinał jeszcze jeden potok - Młynówka. Ta sama młynówka, która napędzała młyn przy ul. Młyńskiej i która potem łączyła się z Sikornikiem (gdzieś w okolicy dzisiejszego przejścia dla pieszych przez ul. Młyńską, tuż przy stacji paliw) i która kilkaset metrów dalej obmywała zamkowe mury, aby ostatecznie połączyć się z Niprem i zakończyć swój żywot wysączając się z piwnic kamienicy radcy Burdy wprost do Białki.

Którędy płynęła Młynówka? Na tym zdjęciu, gdyby było zrobione ćwierć wieku wcześniej, widzielibyśmy ją spływającą od lewej, mniej więcej wzdłuż płotu, przy którym stoją kryte skośnymi dachami szopy na ogrodzonej parceli, skosem przecinałaby ulicę i kierowałaby się wzdłuż parkanu drewnianej chałupy widocznej przy prawej krawędzi zdjęcia.

Mamy więc nie jeden, a dwa cieki, które mogły być niegdyś naturalnym napędem dla miejscowego przemysłu.

Zatem tartak?
Całkiem możliwe, choć głowy nie dam.
Może zakład kamieniarza?
A może jatka, skoro w pobliskim domu udało się zlokalizować istniejący jeszcze pół wieku później sklep mięsny?
A wcześniej folwark?

A może jeszcze coś innego?


Tak czy inaczej, jedno jest pewne: coś było na rzeczy. I być może wcale niekoniecznie tartak, kamieniarz, czy inna, chroniona przez magistrat firma ogólnej użyteczności.

Może faktycznie zwyczajne wyprostowanie drogi było zbyt kosztowne? Jeśli dokładnie przypatrzymy się lewej stronie fotografii, zauważymy, że zarówno grunt za parkanem, jak i linie okien i dachów budynków stojących tuż przy wylocie ulicy Górskiej (ich dachy i tylne ściany widoczne są dość wyraźnie ponad trzema drewnianymi szopami) biegną w górę, sugerując, że ogólny przebieg warstwic w tym "fyrtlu" jest dość gęsty, a więc teren wznosi się w kierunku zachodnim. Być może jest to właśnie bezpośredni dowód na to, że na samym środku dzisiejszego skrzyżowania, całkiem jeszcze niedawno tkwiła trudna (i wcześniej nieopłacalna) do niwelacji przeszkoda w postaci wyniesienia. Łatwiej i taniej było tę przeszkodę ominąć, niż wcinać się w nią generując koszty.

W pewnym sensie to oczywiste, bo przecież na zachód od Blichu zawsze było wyżej. Procesy geomorfologiczne w dolinie Białej utworzyły tu wybitne wzniesienia, których dominantami są Kozielec i Młyńskie Wzgórze. A jednak dzisiaj, kiedy cały obszar skrzyżowania jest równy i płaski jak stół, trudno wyobrazić sobie, że jeszcze kilka dekad temu było inaczej.
I dlatego tak bardzo chciałem znaleźć jakiś dowód, że w istocie ulica Blichowa była krzywa właśnie z winy tego konkretnego pagóra. Albo z jakiegoś innego powodu.

A nie, że była krzywa, bo tak!

Czy mi się udało?
Nie wiem. I pewnie się nie dowiem.
Ale temat zostawiam - tym razem już naprawdę. Być może kiedyś, w dalekiej przyszłości znów znajdę na swoim własnym komputerze jakieś zdjęcie, które sprawę wyjaśni. I zważywszy na bałagan, jaki panuje na moim dysku, wcale bym się nie zdziwił, gdyby to zdjęcie już dziś tkwiło w folderze zatytułowanym "Wyjaśnienie zagadki skrzyżowania - zdjęcia, relacje świadków, wycinki prasowe, unikatowe dokumenty i archiwalne ujęcia z drona".

Taaa.... Na dziś dość.
Jutro wracam wpisem o historii architektury.

2016-07-29 | Dodaj komentarz
gjp
2016-08-01 09:33:06
To zdjęcie dość niedawno było opisane tutaj - http://www.historia.beskidia.pl/modul/wehikul/typ/wehikul/id/4909_bielsko_-_biala_niech_sie_swieci_dzien_pierwszego_maja!_status_quo_ante_i_post_ante/index.html, wraz ze współczesnymi fotografiami. Wklejam tu także z uwagi na zawarte tam pytanie - gdzie szyny trakcji tramwajowej?
Maciej P.
2016-08-01 11:18:02
Tak, wiem. Kilka dni temu pokusiłem się nawet o mały komentarz do tego zdjęcia, w którym sugeruję rozwiązanie zagadki braku torów tramwajowych.
gjp
2016-08-01 22:57:24
a gdzie można przeczytać ten komentarz?
Maciej P.
2016-08-01 23:07:48
Mój komentarz jest pod linkowanym zdjęciem na Beskidii. Autor - farestart. :-)
Komentarzy (2)

Dwa zamki, trzy biblioteki

  

Czyli

Kolejna szalona hipoteza

Stali Czytelnicy mojego blogu doskonale wiedzą, że w dziedzinie bielicjanów istnieją takie tematy, które rozpalają moją wyobraźnię do białości. Jednym z nich jest sprawa zaginionego (chyba bezpowrotnie), powstałego na początku osiemnastego wieku księgozbioru niejakiego Frölicha.

Sprawa, choć właściwie powszechnie znana, kryje kilka tajemnic. Ich odkrywanie jednak - tutaj muszę wszystkich Czytelników uczciwie ostrzec - będzie się w niniejszym wpisie odbywało z tak bezprzykładnym łamaniem wszelkich zasad i gwałceniem naukowej metodyki, że wszystkich bardziej wrażliwych na takie haniebne akty intelektualnego barbarzyństwa upraszam o nieczytanie tej notki.

Tymczasem ad rem.
Zygmunt Frölich, syn Andrzeja Frölicha, bielski patrycjusz, był pisarzem, a właściwie dyrektorem zamkowej kancelarii na dworze właściciela państwa bielskiego, Juliusza Gottlieba Sunnegha. Zygmunt przez lata pracy na urzędzie zgromadził pokaźny księgozbiór, bibliotekę składającą się przede wszystkim - jak twierdził Reginald Kneifel w 1804 roku w swojej "Topografii Cesarsko-Królewskiej części Śląska" - z pozycji prawniczych, ale również i z książek "do czytania".

26 października 1720 roku Frölich, na mocy testamentu, przekazał swój bogaty księgozbiór miastu, tworząc tym samym pierwszą na Śląsku Austriackim bibliotekę publiczną. Wsparł też jej powstanie sporą jak na owe czasy sumą 400 florenów.

W roku 1804, w Brnie wydana została "Topografia Cesarsko-Królewskiej części Śląska". Jej autor dość dokładnie przedstawił Bielsko wraz z jego instytucjami i budynkami. Poświęcił też spory akapit bibliotece Frölicha, o której wzmiankę umieścił przed akapitem traktującym o towarzystwie strzeleckim i przed rozdziałem o obronności miasta.

Jedynym oryginalnym dokumentem, jaki zachował się do dziś jest odpis testamentu Frölicha (kancelista zmarł 29 listopada 1720 r.). Natomiast nie dotrwał do naszych czasów żaden dokument mówiący choćby ogólnie o charakterze księgozbioru, żaden pisany ślad (prócz wzmianki Kneifla), który rzucałby choć odrobinę światła na jego specyfikę, jego ducha i formę. Można więc tylko wierzyć panu Reginaldowi, że nie były to pozycje li i jedynie jurystyczne. Skoro bowiem biblioteka miała być publiczną, skoro z librarium mieli korzystać wszyscy mieszczanie, nie mógł to być zbiór stricte fachowy.

Co się stało z biblioteką Frölicha? Można przypuszczać, że przez prawie sto lat doskonale funkcjonowała (inaczej Reginald Kneifel nie umieściłby jej pochlebnego opisu w swojej "Topografii..."). Z całą pewnością służyła spragnionym słowa pisanego mieszkańcom miasta. Pierwotnie biblioteka Frölicha przechowywana była na zamku, jednak władze miasta, w trosce o lepszy dostęp bielszczan do księgozbioru, zawnioskowali o przeniesienie woluminów do ratusza. Początkowo były to próby nieskuteczne, radca prawny zamkowej kancelarii nie zgodził się na ekspedycję książek w ratuszowe mury z powodu kiepskiego stanu budowli.


Ostatecznie przeniesienie biblioteki nastąpiło w lipcu 1793 roku. Miasto wyznaczyło nawet osobę odpowiedzialną za opiekę nad zbiorem. Bibliotekarz Paweł Schubut sprawował tę funkcję prawdopodobnie aż do smutnego końca biblioteki, czyli do fatalnego dnia 6 czerwca 1808 roku, kiedy to w tragicznym pożarze spłonęło miasto, a wraz z nim prawdopodobnie i księgozbiór.

Piszę "prawdopodobnie", bo cały czas mam nadzieję, że jednak udało się książki przerzucić w bezpieczne (jak wówczas sądzono) miejsce, na przykład na zamek. Że nie zaginął ten unikalny w skali środkowej Europy zabytek myśli, kultury i cywilizacji.

Najpewniej są to z mojej strony zwyczajnie pobożne życzenia - o bibliotece bowiem słuch zaginął nie tylko w realu, ale także i w "mediach", to znaczy od chwili pożaru, przez ponad trzydzieści lat, o dziedzictwie Frölicha źródła milczą.

W 1843 roku w dokumentach miejskich pojawiła się wzmianka o pozostałości kapitału fundacji Frölicha. Oznacza to, że w świadomości mieszkańców miasta pamięć o bibliotece była ciągle żywa. Rozpoczęto nawet starania o wskrzeszenie biblioteki, jednak ta, w swej pierwotnej formie, stworzonej przez dyrektora zamkowej kancelarii Frölicha, już się nie odrodziła.


Jestem niepoprawnym romantykiem. Cały czas zadaję sobie pytanie, czy prócz pieniędzy zachował się jakiś nikły strzęp, jakaś resztka księgozbioru, jakiś cień dawnej bibliotecznej świetności miasta?

Dziś na ten temat możemy już tylko spekulować.

Więc ja z wielką przyjemnością oddam się spekulacjom.

Ale zaczniemy z zupełnie innej beczki.
Czy wiedzieliście, że w Bielsku było więcej zamków niż jeden, ten powszechnie znany? No dobra, trochę przesadziłem. W istocie (podobnie jak w dowcipie o złodziejach samochodów w Moskwie) prócz zamku Sułkowskich był jeszcze tylko jeden, w dodatku nie do końca w Bielsku, no i niezupełnie zamek...


Kiedy w 1836 roku wybuchł w mieście najstraszniejszy w historii pożar, kiedy spłonęło całe zasadnicze miasto a także duża część przyległych przedmieść, kiedy wypalone pierwsze i drugie piętro zamku przestały nadawać się do zamieszkania, młody właściciel bielskiego dominium, Ludwik Jan Sułkowski, który powrócił do miasta na stałe w 1840 r. przeniósł się do leżącego w Kamienicy, niewielkiego Wilhelmshofu.
Wybudowany przez Fryderyka Wilhelma Haugwitza w latach czterdziestych osiemnastego wieku folwark stał się dla młodego właściciela dóbr bielskich domem na lata.

Dzisiaj nic nie wskazuje na to, że budowla stojąca na terenie Zarządu Zieleni Miejskiej pełniła kiedyś funkcję "zamku zastępczego". Tak jednak było w istocie. Po pożarze bielskiego zamku i przez lata jego remontu, a potem przebudowy, Ludwik tutaj właśnie rezydował prowadząc sielskie życie u stóp Beskidu.

Oczywiście w połowie dziewiętnastego wieku ten budynek wyglądał zupełnie inaczej. Był to podmurowany dom drewniany o mansardowym dachu krytym gontem.

Jeszcze pod koniec XIX wieku folwark Wilhelmshof wyglądał niemal tak samo, jak wówczas, kiedy hrabia Haugwitz wznosił go półtora wieku wcześniej. Zadziwiające, że księciu Sułkowskiemu wystarczała taka chałupina! Dom wprawdzie był dość obszerny ale raczej jak na dzisiejsze standardy i na potrzeby czteroosobowej rodziny. Tymczasem przez kilka lat była to stała siedziba nie byle kogo - księcia na Bielsku, szlachcica herbu Sulima, syna księcia i baronówny Luizy z Lariszów... Cóż, mówi się, że ród Sułkowskich to rodzina oryginałów. Tak. Coś w tym jest.

Rodzina Sułkowskich na krótko utraciła folwark. Franciszek Sułkowski, dziad Ludwika, sprzedał tę nieruchomość i najpewniej dokonałaby ona swego żywota zapuszczona i zaniedbana, gdyby nie starania Aleksandra Józefa, syna Franciszka, a stryja Ludwika. Wykupił on jeszcze przed 1804 rokiem Wilhelmshof, który ostatecznie - zgodnie z życzeniem ojca i po jego śmierci - otrzymał młodszy syn Franciszka, Jan Nepomucen.
Widoczny na powyższej fotografii Wilhelmshof to już budynek po rozbudowie przeprowadzonej w początkach XX wieku.

Również z początków XX wieku pochodzi ta mapa. Aż trudno uwierzyć, że przez kilka lat, do 1849 roku, to niepozorne domostwo, te skromne zabudowania, stanowiły siedzibę księcia i jego rodziny.

Dlaczego w ogóle piszę o folwarku w Kamienicy? Dlaczego czynię to w kontekście biblioteki Frölicha?


Już tłumaczę.

Kilka dni temu wpadło mi w ręce intrygujące opracowanie autorstwa pani Weroniki Ćwiertni pt. "Biblioteki publiczne w Bielsku w latach 1720 - 1939". Książka wydana w 1969 roku, opisująca losy bielskich księgozbiorów i wypożyczalni na przestrzeni ponad dwustu lat, wydaje się być stosunkowo słabym źródłem informacji, biorąc pod uwagę postęp w zdobywaniu wiedzy na temat dziejów naszego miasta, jaki się dokonał od lat sześćdziesiątych. Pięćdziesiąt lat bez mała to naprawdę olbrzymi szmat czasu.

A jednak...

W napisanej przez doktora Ryszarda Kincla (autora kapitalnego "Kłopotliwego księcia Sułkowskiego") recenzji, będącej swoistym uzupełnieniem publikacji pani Ćwiertni, natrafiłem na niezwykle interesujący ślad, który mnie - niepoprawnego romantyka i tropiciela sensacji - zainteresował szczególnie. Oczywiście największe emocje wzbudziła część dotycząca biblioteki Frölicha, ale przecież nie tylko - emocje związane z Frölichem opadły już nieco. Zresztą o księgozbiorze dyrektora zamkowej kancelarii nie można już chyba więcej powiedzeć, natomiast można próbować naświetlić los innych księgozbiorów, które przewijały się przez ręce związanych z Bielskiem znamienitych person.

Oto pan Kincel przedstawiając los biblioteki Sułkowskich, pisze o zdeponowanym przez Ludwika w Folwarku Wilhelma olbrzymim zbiorze książek, z których dużą część stanowiły pozycje dotyczące geografii (Ludwik już wówczas, to znaczy na początku lat czterdziestych, poważnie myślał o emigracji do Ameryki). W biblioteczce znajdowały się więc pozycje typu: "Ameryka w obrazach", czy "Niemcy w Ameryce". Zbiór liczył 475 książek i zawierał także pozycje polskojęzyczne, np. "Polskie pieśni ludowe".

Właściwie nic w tym dziwnego, skoro książę Ludwik mieszkał w folwarku, oczywistą oczywistością jest, że miał tam wszystko, czego potrzebował do życia, zatem również swoje książki. Ciekawsze w tym wszystkim jest co innego. Otóż nieco wcześniej - jak twierdzi Ryszard Kincel - inny księgozbiór, w dodatku znacznie większy, znajdował się na... bielskim zamku.

Zainicjowana w latach siedemdziesiątych osiemnastego wieku przez żonę Franciszka de Paula Sułkowskiego (dziadka Ludwika) biblioteka była, jak sądzę, biblioteką prywatną. Składała się z 837 tytułów, biorąc jednak pod uwagę, że wiele z nich było dziełami wielotomowymi (np. Dzieje Francji to 23 tomy, a pełne wydanie dzieł Woltera - 61), szacuje się, że cała biblioteka liczyła ponad 1000 woluminów.

O ile się orientuję, zachował się do dziś wykonany ręką księżnej Judyty Sułkowskiej spis książek z jej biblioteczki. "Katalog moich książek sporządzony pierwszego sierpnia 1796 roku" zawiera wykaz kategorii, na jakie podzielono książki. Mamy tutaj więc pozycje geograficzne, historyczne, encyklopedie, poezję, powieści, listy, komedie, dzieła wojskowe, mapy...

I znów trzeba przyznać, że sprawa nie powinna raczej wzbudzać żadnych podejrzeń (prócz jednej wątpliwości, o której za chwilę), bo prywatne księgozbiory poszczególnych członków rodzin książęcych nie były żadną osobliwością i pozostawały raczej na porządku dziennym.

Sprawa komplikuje się jednak, kiedy wczytamy się w tekst pana doktora Kincla. Ze zdumieniem bowiem zuważymy, że przytacza on informację o... jeszcze jednym, trzecim już z kolei księgozbiorze, który w tym samym czasie istniał i funkcjonował w Bielsku! Na zamku!

Sporządzony 26 listopada 1853 roku "Katalog dzieł znajdujących się w książęcej bibliotece zamkowej" zawierał 541 pozycji! W dodatku co najmniej dziesiąta część tej biblioteki to były księgi, które dziś musielibyśmy nazwać prawdziwymi rarytasami. Kilkadziesiąt pozycji pochodziło z szesnastego, i siedemnastego wieku (najstarsza książka datowana była na 1502 rok!).

W bibliotece tej znajdowały się także polonika. Na przykład ta krytyczna analiza źródeł historycznych autorstwa Andrzeja Załuskiego.


W kontekście zaginionej biblioteki Frölicha (mimo, że zniszczenie jej w pożarze jest raczej faktem, wolę używać słowa "zaginięcie" - ono daje więcej nadziei) rodzi się pytanie, które od dłuższego już czasu stawiam sobie, kiedy pochylam się nad zagmatwaną sprawą bielskich księgozbiorów: czy możliwe jest, aby któraś z tych obszernych, dobrze opisanych bibliotek książęcych mogła mieć coś wspólnego z księgozbiorem Frölicha? Czy istnieje choćby cień możliwości, że książki gromadzone przez Sułkowskich były jakimś dalekim echem fundacji zamkowego kancelisty sprzed wieku?

Zaznaczam od razu, że nie dysponujemy żadnym, absolutnie żadnym dowodem, ani nawet przesłanką, które mogłyby uprawniać do odpowiedzi na to pytanie. W świetle faktów bowiem musimy jasno i zdecydowanie odrzucić sugestię, jakoby jakakolwiek pozycja z któregokolwiek książęcego księgozbioru mogła pochodzić z najstarszej na Śląsku biblioteki.


Tym bardziej, że w naszych rozważaniach bierzemy pod uwagę tylko dwa księgozbiory, spośród trzech wymienionych powyżej - ów spisany w 1853 roku, zawierający masę starodruków i rękopisów oraz ten drugi, "geograficzny", pozostający w Kamienickim folwarku pod opieką Ludwika. Trzeci prywatny księgozbiór, ten liczący ponad 1000 pozycji, opisany przez księżnę Judytę, żonę księcia Franciszka de Paula Sułkowskiego, musimy chyba wyłączyć z tych spekulacji. Wiadomo, że prawdopodobnie (wbrew temu, co twierdził Ryszard Kincel) pod koniec osiemnastego, albo na początku dziewiętnastego wieku został on w całości wywieziony do Wiednia. W każdym razie znika on z rejestrów zamkowych.
Wydaje się więc, że próba skojarzenia księgozbiorów książęcych z fundacją z 1720 roku nie ma żadnych podstaw.


A jednak... W toku analizy poznanych faktów rodzą się przecież liczne zastrzeżenia, które osłabiają pewność, a zasiewają wątpliwości.

Pierwsze pytanie, jakie rodzi się w tym względzie, to pytanie dość oczywiste. Skoro w latach trzydziestych i czterdziestych dziewiętnastego wieku mieszkanie na zamku było raczej niemożliwe, a oficjalną siedzibą księcia stał się odremontowany Wilhelmshof, dlaczego w takim razie główny zasób biblioteczny zawierający przecież dzieła Wergiliusza, Liwiusza i Horacego(!) nadal pozostawał na zamku? Czy oznacza to, że był tam jednak bezpieczny? Czy może raczej... nie do końca należał do księcia?
Skąd to przypuszczenie?

Jest oto jedna, bardzo ciekawa, budząca nadzieję przesłanka. Z zamkowego rejestru z roku 1853 wynika jasno, że większość pozycji w bibliotece (a właściwie lwia część), to łacińskie pozycje prawnicze, teologiczne, polityczne i historyczne. W dość szczególny sposób współbrzmi to z notatką zawartą w przytaczanej już dziś na samym wstępie "Topografii Cesarsko-Królewskiej części Śląska". Przecież pan Reginald Kneifel pisze tam:


"Jest zaszczytem dla tak małego miasta, jakim jest Bielsko posiadanie biblioteki publicznej. Przypuszczalnie zawiera ona głównie prawnicze dzieła, ale książki do czytania chyba także."

Zdumiewająca zbieżność, prawda? Zbieżność rodząca podejrzenie, że ta przepiękna i bogata książęca biblioteczka z 1853 roku, pozostająca w zniszczonym, przygotowywanym do przebudowy zamku może mieć coś wspólnego z najstarszą Frölichową wypożyczalnią... Że nie służyła Ludwikowi jestem niemal pewien, bo jej zawartość o charakterze prawno-teologicznym, w dodatku po łacinie, sugeruje, że szykującemu wyprawę za ocean, a przygotowanemu do służby w administracji księciu (służby, z której zresztą bardzo wcześnie dobrowolnie zrezygnował na rzecz kariery wojskowej) nie była do niczego potrzebna. Potrzebne książki to on trzymał przy sobie w Kamienicy.

Czy to nie dziwne? Jedna część książęcego librarium została wywieziona przez księżnę Judytę do stolicy, druga znalazła swoje miejsce kilka dekad później w tymczasowej siedzibie księcia Ludwka w Folwarku Wilhelma. Tymczasem zamek zdążył w międzyczasie spłonąć dwa razy. Jak to się stało, że w latach pięćdziesiątych w zamkowym rejestrze pojawia się ów fenomenalny z naszego punktu widzenia, pełen szesnastowiecznych białych kruków księgozbiór, do którego nikt tak naprawdę się nie przyznawał. Skąd on się tam wziął? Co tam robił?

Czy możliwe jest, aby biblioteka ta, a może raczej jej część, miała jakiś związek ze zbiorem Zygmunta Frölicha? Czy możliwe, aby w tym pełnym przeciekawych pozycji spisie znalazły się książki z pierwszej bielskiej biblioteki? Czy możliwe, aby zupełne zaginięcie księgozbioru miejskiego (zarówno w źródłach, jak i rzeczywistości) wiązało się nie z pożarem, ale ze zwykłym przejęciem cennego zbioru przez Sułkowskich? Albo nie "przejęciem", tylko uratowaniem? Bo może w książęcej bibliotece znalazły się tylko resztki zbiorów uratowanych z pożogi i stały się częścią, zalążkiem nowej kolekcji, której echem i skutkiem była imponująca kolekcja opisana w spisie z 1853 r.?


Pytanie: kto w takim razie, w roku 1808 mógł pokusić się o uratowanie pozostałości z nadpalonego librarium? Po śmierci Aleksandra Józefa Sułkowskiego w 1804 roku zamek przeszedł pod zarząd rządowych kuratorów, ale przecież w Wiedniu żył ciągle Jan Nepomucen Sułkowski oraz... jego żona Judyta, znana nam miłośniczka literatury!
Przipadek?!

Tak, wiem, teza już nie tylko śmiała, ale wręcz szalona. Zupełnie nieuprawniona.
A jednak wcale nie taka niemożliwa...

Poszukiwania biblioteki Frölicha - wbrew pozorom - nie ustają. W dobie Internetu są one nawet dość intensywne. Wiem skądinąd, że co jakiś czas wznawiane jest przeszukiwanie sieci, antykwariatów i archiwów pod tym kątem. Jak dotąd jednak nie udało się znaleźć nawet najmniejszej wskazówki, która dawałaby nadzieję na odnalezienie choć śladu po bibliotece pana Zygmunta, żadnego wpisu, żadnego ekslibrisu, żadnej wzmianki...

Czy to oznacza, że jej nie ma? Chyba tak. Raczej tak. Z całą pewnością tak.

A może szukamy ciągle nie tam, gdzie trzeba?

2016-07-23 | Dodaj komentarz
andrzej
2016-07-27 23:06:35
Bardzo żałuję, ale nie mam ciekawych koncepcji na rozwikłanie tej tajemnicy. Nachodzą mnie natomiast różne pytania i refleksje. Ciekaw jestem, co stało się z księgozbiorem z zamku po tym spisie z połowy XIX wieku? Czy są na ten temat jakieś wzmianki? Dysponuję tekstem p. Ćwiertki , niestety bez wspomnianej recenzji Kincla. Czy mógłbym prosić o podanie wydawnictwa, w którym się ona znajduje? No i chyba to, co płynie z tego wpisu a zawarte jest miedzy wierszami. Odnoszę wrażenie, iż więcej współczesnych bielszczan a może raczej mieszkańców Bielska ma jakieś bardziej lub mniej mgliste pojęcie o bibliotekach Cieszyna a żadnego o naszej najstarszej Frolicha. To oczywiście zasługa odpowiedniego podejścia do własnej historii i zadbania o jej odpowiednie przedstawienie. No po prostu marketing. Trzeba się umieć chwalić tym, co się ma. Tak mi się w głowie roi, iż byłaby to godna rzecz, gdyby obok wejścia głównego do Książnicy lub w holu zawisła tablica odwołująca się do tej pięknej tradycji i tego zacnego bielszczanina. No i ten cytat : "Jest zaszczytem dla tak małego miasta, jakim jest Bielsko posiadanie biblioteki publicznej...". Pozdrawiam.
Maciej P.
2016-07-28 10:37:25
Andrzeju, księgozbiór Sułkowskich, w dwudziestoleciu międzywojennym obficie uzupełniany o coraz to nowe zbiory, uległ rozproszeniu w 1945 roku. Część wyjechała do Pszczyny jako zbiór przejęty przez Państwowe Zbiory Archiwalne, inna część biblioteki została natomiast wywieziona do Katowic. Problem w tym, że księgozbiór zamkowy zimą 1945 roku został pozbawiony katalogów, skutkiem czego nie za bardzo wiemy, czego poszukiwać, o co się dobijać. Pozostałe na zamku książki stały się zalążkiem nowej kolekcji uzupełnianej do dziś. Jeśli chodzi o recenzję Kincla, to tutaj mam problem. Zawarte w moim wpisie informacje pochodzą z jego obszernej bardzo i entuzjastycznej recenzji dotyczącej pozycji pani Ćwiertni, ale nie z oryginału, tylko z mojego odpisu sprzed lat. Sporządziłem wówczas w czytelni bardzo dokładną kopię tej recenzji, ale oczywiście (o, stupido!) nie oznaczyłem źródła. Sprawa przepadła. To dlatego właśnie we wstępie notki napisałem o metodologicznym barbarzyństwie. Na pocieszenie mogę tylko powiedzieć, że podobna, choć - o ile się nie mylę - okrojona recenzja Kincla, pojawiła się w Kronice Beskidzkiej na początku lat osiemdziesiątych. Pozdrawiam.
Komentarzy (1)

W koło Macieju

  

Czyli blichowa nerwica natręctw

Wiem, że takie bezustanne powracanie w te same rejony topograficzne i w te same obszary pamięci może być dla Czytelników trochę męczące, jednak dziś znów, z uporem maniaka i z zapałem godnym lepszej sprawy, powrócę w okolice placu Blichowego, na skrzyżowanie, które było tematem dwóch niedawnych wpisów (wpis1 i wpis2). Obiecuję, że będzie krótko, choć temat wcale się nie wyczerpał.


Sprawa wypłynęła ponownie zupełnie niespodziewanie, kiedy przeglądałem fotografie zamieszczone w notce o ulicy Czerwonej Wieży. Ostatnia z fotek w tym poście całkiem zaskakująco uwidoczniła ten właśnie, analizowny w postach, newralgiczny punkt miasta, a na nim... kilka szczególnych budowli. Dziwne, ale wcześniej tego nie dostrzegłem. W ogóle podczas analizy tego rejonu, mimo sporej ilości planów, brakowało mi choćby jednego dawnego ujęcia omawianego skrzyżowania. Tymczasem takie ujęcia istnieją.

Tak, to jest Żywieckie Przedmieście i to nieszczęsne, skrzyżowanie ulicy Blichowej z ul. Górską. Jeszcze przed jakąkolwiek przebudową. Zdjęcie pochodzi z okresu przed 1910 roku i stanowi część większej panoramy z wieży kościoła św. Mikołaja.

Wprawdzie nie ma na tym zdjęciu charakterystycznego wieloszczytowego, wolnostojącego domu, który przysporzył nam poprzednio nieco kłopotu, ale jest zaznaczona na zielono masywna piętrowa budowla, będąca pozostałością po omówionym już dogłębnie czworobocznym, dziedzińcowym założeniu, które od połowy dziewiętnastego wieku (co najmniej) stało w tym miejscu.

Doskonale widać tutaj interesujące nas zabudowania stojące w perspektywie ulicy Blichowej.
Trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że budowle te stoją jakoś tak zupełnie od czapy, ni z gruszki, ni z pietruszki, w samej osi ulicy.

Udało mi się wygrzebać jeszcze jedno, bardzo podobne ujęcie. Jest ono jednak nieco późniejsze od poprzedniego, o czym świadczy znajdujący się w centralnej części kadru plac budowy i białe mury dźwigającej się w górę budowli. Oto powstaje kamienica Fussgängerów! Jest to więc co najwyżej rok 1910, jeszcze przed rozpoczęciem przebudowy kościoła św. Mikołaja (albo ostatecznie rok 1911, kiedy ukończono budowę kamienicy Fussgängera).

Rzecz ciekawa, również i na tym ujęciu - podobnie jak na poprzednim - w oczy rzuca się przede wszystkim przedziwny układ budynków stojących dokładnie w osi prościutkiej na tym odcinku ulicy Blichowej. Budynków, które wyglądają, jakby znalazły sie tam przez przypadek, albo przeciwnie - jakby stały tam od czasów Piastów cieszyńskich, przez co nikt nie śmiał ich tknąć, a ulica pokornie omijała je szerokim łukiem. Nadal więc stoję na stanowisku, że albo te budynki spełniały niezwykle istotną funkcję, przez co droga na Szczyrk biegła w ten właśnie pokręcony sposób, albo faktycznie na przeszkodzie traktowi stanęło inne utrudnienie, ot, choćby natury geomorfologicznej, o czym pisałem poprzednio.


To tyle. Jeszcze raz przepraszam za ten niewiele wnoszący wpis, ale nie mogłem się powstrzymać. Cóż... Stare fotografie, choć pozornie doskonale znane, ciągle i nieustannie są dla mnie źródłem niespodzianek...

Obiecuję, że na to fatalne, choć przecież niezwykle ciekawe skrzyżowanie nie będę już wracał w najbliższym czasie.

No, chyba, że znów znajdę coś ciekawego na jego temat...

Przecież nadal nie mam pojęcia, co mieściło się w tych budynkach, sterczących ni w pięć ni w dziewięć w osi głównego traktu.

A bardzo chciałbym wiedzieć...

2016-07-06 | Dodaj komentarz
dziadek
2016-07-07 16:49:45
Budynek rzeczywiście wygląda bardzo sędziwie. Dach mansardowy pochodzi pewnie z epoki baroku, a same zabudowania mogą być jeszcze starsze. Biorąc pod uwagę, że w czasie kiedy powstał to były głębokie przedmieścia wśród których dominowała rzadka zabudowa - w większości drewniana - faktycznie musiał pełnić ważną rolę Jestem zachwycony!

czyli

krótko o strzelnicy

Dzisiaj, gdy w przestrzeni publicznej toczy się gorąca dyskusja na temat zwiększenia dostępu obywateli do broni palnej, mało kto zdaje sobie sprawę, że w Bielsku najstarszym miejskim towarzystwem było Towarzystwo Strzeleckie właśnie. B.B. Schützengesellschaft powstało w 1720 roku jako jedno z pierwszych w regionie.

Prężnie działające towarzystwo, które zrzeszało coraz więcej członków i szybko stało się środowiskiem elitarnym i wpływowym (o statusie towarzystwa świadczy fakt, że ufundowany w 1794 roku sztandar był drugim najstarszym tego typu weksylium w monrchii), za główny cel postawiło sobie słuszną i właściwą reprezentację w społeczeństwie miasta i w realnej jego przestrzeni. Można przypuszczać, że już od samego powstania towarzystwo nosiło się z planami wybudowania godnej i reprezentacyjnej siedziby, która służyłaby nie tylko członkom Schutzengesellschaft, ale i innym mieszkańcom miasta. Początkowo swoje ćwiczenia strzeleckie Towarzystwo prowadziło na bielskim Blichu. W 1815 roku zakupiono odpowiednią działkę na północ od miasta, na terenie Viehweide, czyli tzw. pastwiska bydlęcego, ale budowa porządnego budynku strzelnicy musiała jeszcze poczekać. Początkowo pobudowano tylko budynek ze stanowiskami strzelniczymi i wytyczono tor strzelniczy z kulołapem. Tor o długości około 110 metrów biegł ze wschodu na zachód, zakończony był wysokim wałem. Strzały oddawano w kierunku zachodnim, czyli w stronę dzisiejszego Liceum im. Mikołaja Kopernika.

W 1831 roku rozpoczęto budowę budynku strzelnicy. Dość okazały jak na tamte czasy, utrzymany w stylu józefińskim gmach (na zdjęciu ten po prawej), mieścił na parterze gospodę, na piętrze zaś salę do tańca, w której odbywały się także wszystkie oficjalne uroczystości Towarzystwa.
Nieco później do budynku od strony południowej dobudowano drewnianą oranżerię.


Rosnące zapotrzebowanie na miejską salę koncertową spowodowało, że w latach osiemdziesiątych przystąpiono do rozbudowy obiektu. W miejscu oranżerii postawiono nowy, klasycystyczny w swej formie budynek z piękną, reprezentacyjną, tak zwaną "nową", albo "wielką" salą balową. W piwnicach nowego obiektu urządzono kręgielnię.

Miastu przybył kolejny powód do dumy. Sala balowa była największą ówcześnie salą na terenie Śląska Austriackiego. W zależności od charakteru uroczystości, jakie w Strzelnicy organizowano, mogła pełnić funkcję sali tanecznej, koncertowej, a nawet - jak widać na powyższej fotografii - restauracyjnej.

Towarzystwo Strzeleckie cieszyło się nowym budynkiem stosunkowo niedługo. Już dziesięć lat później, w 1890 r. wszystkie nieruchomości na terenie strzelnicy przekazano wojsku, które tutaj skoszarowało swoich żołnierzy. Dlaczego tak się stało? Otóż w 1890 roku sytuacja w mieście była dość nerwowa. Wiosną w Białej i w Lipniku wybuchły zamieszki robotnicze (w literaturze zwane "antyżydowskimi", ale to raczej mocna nadinterpretacja - podpici robotnicy po prostu rzucili się na bialskie fabryki wódek i likierów, próbując pozyskać świeże "paliwo", a że procederem gorzelniczym trudnili się tam przede wszystkim Żydzi, przeto im się właśnie oberwało). Tego dnia, to jest 23 kwietnia, w Białej doszło do niebezpiecznych zajść, byli zabici, ranni i poturbowani. Dla zaprowadzenia porządku wezwano stacjonujące w Wadowicach wojsko, ale strajk i zamieszki rozlały się dość szeroko po całej lipnickiej i bialskiej okolicy.


Zagrożenie ponownymi rozruchami było tak wielkie, że przerażeni mieszczanie bielscy sprowadzili do miasta 54 Morawski Pułk Piechoty, który miał gwarantować względny spokój i bezpieczeństwo. Ponieważ jednak Bielsko nie dysponowało porządnymi koszarami, postanowiono, że oddział tymczasowo zakwateruje wstrzelnicy, jako że były to największe wówczas budynki tego typu w Bielsku.

Ponieważ jednak charakter Schiesshausu nie spełniał wszystkich potrzeb armii, w 1895 roku żołdactwo ostatecznie i na zawsze (nie licząc okresu pierwszej wojny, gdy budynki pełniły rolę lazaretu) opuściło realność i przeniosło się na teren Górnego Przedmieścia. Niestety, pięcioletnie stacjonowanie wojska okazało się dla gmachów Strzelnicy tragiczne w skutkach. Kiedy armia zwolniła nieruchomość, wyszło na jaw, że liczące zaledwie piętnaście lat mury rozpaczliwie wymagają remontu. Kaiserliche und königliche Armee przez pięć lat doprowadziła przydzielony jej obiekt do totalnej ruiny!

Budynkiem strzelnicy zajęło się miasto. Zakupiło ono od Towarzystwa Strzeleckiego cały kompleks i rozpoczęło generalny remont. Już w lutym 1896 roku otwarto odnowioną Strzelnicę z drewnianą werandą i położonym opodal, w ogrodzie, zadaszonym podium dla orkiestry.

W drewnianej, choć solidnie podmurowanej werandzie odbywały się częste wystawy. Prezentowano tu malarstwo, rzeźbę oraz pierwsze bielskie zbiory muzealne. W czerwcu 1903 roku otwarto ekspozycję muzealną, na której zaprezentowano bardzo szeroki przegląd eksponatów. Wystawę nadzorował dyrektor z Kuratorium Muzeum Cesarza Franciszka Józefa z Opawy, dr Braun, a ekspozycję zasilili swymi eksponatami proboszcz Schmidt, Edward Schnack oraz Franciszek Strzygowski z Grodźca, który zobowiązał się dostarczyć na wystawę pokaźny zbiór zbroi, strojów, mebli i obrazów. Zawiązał się nawet specjalny Komitet organizacyjny święta muzealnego, który podjął się zadania pozyskania od bielskich mieszczan eksponatów z ich domów. Chodziło przede wszystkim o stare, niepotrzebne już przedmioty codziennego użytku. Spotkało się to wprawdzie z chłodnym przyjęciem, aczkolwiek udało się na cele wystawy zgromadzić całkiem pokaźny zbiór skrzyń, starych ubrań, biżuterii i archaicznych sprzętów gospodarstwa domowego. Wielkim sukcesem było pozyskanie egzotycznej kolekcji pewnego bielskiego mieszczanina, nazwiskiem Christianus, pracującego w Kongo z ramienia kompanii belgijskiej, który od długiego już czasu gromadził afrykańskie osobliwości. Ostatecznie na wystawie zaprezentowano 800 eksponatów, z czego największy zbiór dotyczył protestanckich Biblii, pism teologicznych i modlitewników; nie mniej pokaźna była kolekcja sprzętów cechowych, monet, papierów wartościowych zegarów i porcelany. Ekspozycja w budynku Strzelnicy stała się pretekstem do wzmożenia działań na rzecz powstania muzeum miejskiego.

Na planie Schwarza z 1892 r. widać wyraźnie cały kompleks Strzelnicy łącznie z małym budynkiem i przyległym doń torem strzelniczym. Otoczenie kompleksu to jeszcze zupełna pustynia, a to sugeruje, że plan wykonano na nieco starszym podkładzie. Proszę zwrócić uwagę, że na planie, prócz obu budynków reprezentacyjnych, budynku stanowisk strzelniczych i drewnianej altany, widać jeszcze jedną dość sporą budowlę, położoną na północ od pozostałych. Był to niski, wybudowany w 1864 roku parterowy dom, kryty płaskim czterospadowym kopertowym dachem.


Budowla stała w miejscu, w którym dziś położony jest piętrowy parking. Była to pierwsza w mieście sala gimnastyczna z prawdziwego zdarzenia. Została wybudowana na terenie strzelnicy dla Bielsko-Bialskiego Towarzystwa Gimnastycznego, które ukonstytuowało się w 1862 roku. Sala pełniła swoją funkcję aż do 1890 roku, kiedy stała się jednym z budynków koszar. Towarzystwo gimnastyczne do sali już nie wróciło, w 1890 roku miasto wybudowało przy tej samej ulicy (Strzelniczej) salę gimnastyczną, z której towarzystwo mogło korzystać, a kilka lat później władze organizacji doprowadziły do budowy własnej sali, też przy Schiesshausstrasse. Sala przy strzelnicy została w późniejszym czasie nieco przebudowana, podniesiono jej dach, zamurowano (zmniejszono) zbędne okna i zaadaptowana na budynek mieszkalny, który zachował się aż do lat osiemdziesiątych XX wieku.


Strzelnica już wkrótce, zupełnie niepostrzeżenie, zaczęła na całego pełnić funkcję Theater, Kunst- und Tanzhalle. Mimo, że od kilku lat funkcjonował nowy, wspaniały bielski teatr, Schiesshaus skutecznie rywalizował z nim w krzewieniu kultury. Co więcej - już w niecałe 20 lat po powstaniu nowego teatru, zamiłowanie bielszczan do Melpomeny i Talii niespodziewanie i z niewiadomych powodów spadło (no dobra, powód mógł być jeden: tryumfalne wejście w życie nowej wspaniałej rozrywki, jaką było kino!).

Trudno w to uwierzyć, ale w 1914 roku poważnie zastanawiano się nad zamknięciem bielskiego teatru! Aby do tego nie dopuścić, 30 stycznia tego właśnie roku, w sali strzeleckiej zorganizowano spotkanie otwarte na 400 osób, na którym dyskutowano, jak poradzić sobie z kryzysem teatralnym.
Jak wiadomo kryzys przełamano, teatr wrócił do łask (o populistycznych nastrojach najlepiej świadczy fakt, że dla ratowania kasy teatru, wystawiono operetkę "Polenblut" (Polska krew) Oskara Nedbala, która wprawdzie mówiła o Polakach - ich silna reprezentacja obecna była w zaborze i w mieście - ale bardzo niepochlebnie).

Strzelnica całe dekady była obiektem bardzo lubianym, często odwiedzanym i stanowiła swoiste miejskie centrum kultury. Tak było również w okresie dwudziestolecia międzywojennego, tak było i po wojnie. Kompleks nadal pełnił funkcję kulturalną.

Trwało to aż do lat sześćdziesiątych, czyli do okresu, w którym budynki Strzelnicy, zwanej teraz Domem Ludowym, zaczęły tracić na znaczeniu. I nie bez powodu. Budynki zaczęły się sypać.

Niestety brak opieki nad obiektem, ograniczona piecza konserwatorska i budowlana doprowadziły do sytuacji, w której miasto zaczęło zastanawiać się nad ewentualnym wyburzeniem Strzelnicy. Wszechobecny grzyb, wilgoć i osypujący się tynk tylko potwierdzały negatywne opinie specjalistów.

Mimo to - chyba z braku lepszego lokum dla prężnie rozwijającej się placówki - podjęto trud przywrócenia Strzelnicy dawnej świetności. Oczywiście na nowych, PRL-owskich warunkach.

Pobieżna analiza techniczna przeprowadzona przez ekspertów i strażaków wykazała skrajne zagrożenie pożarowe (czy w istocie było tak tragicznie, nie wiem, w każdym razie bezpieczeństwo przeciwpożarowe okazało się głównym powodem zamknięcia obiektu).

W 1960 roku rozpoczęto generalny remont budynków wraz z dobudową nowej sali koncertowej i - w miejsce starej drewnianej werandy - nowego foyer z szatnią i kasami. Pod opieką architekta, inżyniera Tadeusza Bawuloka, nadzorowana technicznie przez inż. Sterczyńskiego brygada Rudolfa Wilmana wykonała prace mające na celu wydłużenie sali, wykonanie fosy dla orkiestry, zmodernizowanie garderoby dla artystów, wymianę ogrzewania (dotychczas stosowano piece gazowe z otwartym ogniem), zainstalowanie oświetlenia jarzeniowego i żarowego oraz centralnego ogrzewania.


W kwietniu przeprowadzono również ekspertyzę mikologiczą, której efektem było zburzenie zupełnie przeżartego przez grzyb balkonu (tak, tak, balkon to nie żadna współczesna fanaberia, był tutaj od dawna!). Po usunięciu konstrukcji okazało się, że cała ściana zajęta jest grzybem, w związku z czym przeprowadzono prace mające na celu oczyszczenie murów. Dla poprawienia akustyki zamurowano wszystkie okna sali. Przebudowano też scenę z dodaniem schowka na fortepian.

Z fortepianem też był ambarans. Zakupiony przez Dom Ludowy fortepian "Foerster" okazał się mieć wadę konstrukcyjną i nie dało się go właściwie nastroić. Po kilku latach użytkowania odesłano go, zastępując instrument wysłużonym "Ibachem". W połowie lat sześćdziesiątych udało się jednak pozyskać "Steinway'a", który - zupełnie niespodziewanie i na długie lata - stał się prawdziwą perłą Domu Ludowego.

24 stycznia 1961 roku otwarto zupełnie nowy przybytek muz, całkiem odnowioną świątynię kultury i sztuki. Nie ma już Strzelnicy. Nie ma Domu Ludowego. Od teraz obiekt nosi dumną nazwę Domu Muzyki. Niestety już w latach siedemdziesiątych okazuje się, że Wojewódzki Dom Kultury musi zrezygnować z organizowania w sali przy Słowackiego imprez dla melomanów. Na osiem lat przenosi się do bialskiej sali "Pod Orłem".

Ostatni, jak dotąd, poważny akord związany z dawną Strzelnicą miał miejsce w latach osiemdziesiątych, kiedy do nowego budynku dobudowano zaplecze, a samą salę koncertową przebudowano tak, że mogła pomieścić 500 miejsc. Inauguracja zupełnie nowego obiektu miała miejsce w sobotę, 21 maja 1988 roku.

W koncercie inauguracyjnym wystąpiła Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej, której przewodził Karol Stryja, solistką była sama Halina Czerny-Stefańska, która zagrała koncert fortepianowy e-moll i poloneza As-dur Fryderyka Chopina. W nowej sali BCK-u tego wieczoru zabrzmiał jeszcze Mieczysław Karłowicz i Wojciech Kilar.

Jeszcze w tym roku ma się rozpocząć nowy, poważny remont, związany z rozbudową całego obiektu. Projekt zakłada powiększenie widowni, sal do ćwiczeń i zaplecza. Zarówno sam projekt, jak i plan finansowy budzą wiele kontrowersji, pod lupę wzięto przede wszystkim wygórowaną kwotę, mnie jednak cieszy jedno: wszystko wskazuje na to, że do Wielkiej Sali, po wielu dekadach nieobecności powróci... balkon.

Tak, wiem. Jestem oderwanym od rzeczywistości wariatem...

2016-06-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[]
I was suggested this blog by my cousin. I'm not sure whether this post is...
[emka]
Kolejny świetny wpis. Jestem pod wrażeniem Pańskiej wiedzy. Jednocześnie trochę mi wstyd, że jako osoba...
[emka]
Do Angus. Dostrzegana, swietny wpis. Od kilku dni czytam ten blog nie z szybko żeby...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 110051
Newsów: 78
Komentarzy: 247
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała