liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Bakcyl

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

część trzecia

Secesja, której obecność w naszym mieście zaznaczyliśmy w poprzednim odcinku Stronniczej i subiektywnej historii bielsko-bialskiej architektury, wbrew pozorom i mimo niezwykle krótkiego okresu, w jakim funkcjonowała, wcale nie była nurtem jednorodnym. Również i ona, być może nawet w sposób szczególnie intensywny, podlegała zmianom i mutacji, których odbicia dostrzegamy także i w naszym mieście.

Secesja była pierwotnie zjawiskiem - jak już wiadomo - o cechach wybitnie estetycznych, przy czym ten estetyzm podlegał, podobnie jak w poprzednich epokach, pewnym ścisłym zasadom. I tak mamy tu szczególnie mocne akcenty położone na harmonię linii i proporcje kształtów, równowagę ornamentu i oszczędną tonację barw. Budowle o takiej charakterystyce mogły uchodzić wręcz za kontynuację historyzmu, tylko tym razem w nieco fantastycznym, artystowskim kostiumie.

Tego typu zjawiska nie trwały jednak zbyt długo. Rychło okazało się, że w rewolucji, która wybuchła u schyłku epoki, chodziło nie tylko o zerwanie ze schematycznością historyzujących stylów, nie tylko o wyzwolenie z więzów krępujących swobodną ekspresję pomysłów, ale również i o szczególne, niezwykle mocne zaznaczenie indywidualności projektu, a co za tym idzie, indywidualizmu jego twórcy.

Być może demonizuję nieco, ale sądzę, że to, co pojawiło się na przełomie wieku XIX i XX w pracowniach architektonicznych całego cywilizowanego świata, ta przemożna chęć wywarcia na projekcie, budowli a wreszcie i na samym mieście indywidualnego piętna architekta, stało się zarzewiem wielkiego, wszechogarniającego płomienia estetycznego buntu przeciw schematyzmowi architektury.

Kiedy spojrzymy krytycznym okiem na secesję w naszym mieście, być może dojrzymy w fasadach tych kamienic, w ich rysunku i charakterze pewne zasadnicze różnice. Część budynków - nawet na tle tak oryginalnego przecież stylu - zdaje się odróżniać znacząco od innych. Na tle secesji stonowanej, dość "konserwatywnej" powiedzielibyśmy, przemawiającej jeszcze starymi brzmieniami, mocno wyróżnia się nurt odmienny, bardziej odważny, cyzelowany, pozbawiony kaftana zasad. Nurt swobodny, oryginalny i indywidualny właśnie.

Nurt tak indywidualny, że aż w jakiś bezczelny sposób uroczy. Zerwanie z zasadami harmonii, proporcji i złotego podziału widać wyraźnie choćby w fasadzie kamienicy, przy ulicy Barlickiego 3 (powstałej jako gmach Komunalnej Kasy Oszczędności w Bielsku). Ponieważ stoi ona opodal słynnej, wielokrotnie przedstawianej, omawianej i analizowanej modernistycznej kamienicy Fabianiego (Cafe del Europe), tkwi więc w cieniu tamtej, sławniejszej sąsiadki. A przecież ta secesyjna, a w pewnym sensie już modernistyczna budowla również zasługuje na uwagę. Jej ornament, charakterystyczny dla secesji późniejszego nurtu nie jest już wystudiowanym, obecnym jedynie w architekturze zdobnikiem. Proszę zwrócić uwagę, że te migdałowe formy w kartuszach międzyokiennych i w portalu, nie zawierają już tej matematycznej, geometrycznej regularności, choć płynne i łagodnie obłe, wymykają się proporcji i złotemu cięciu. Oto niepostrzeżenie do architektury wkradła się dowolność! Improwizowana, intuicyjna estetyka, nowy ład. Ale prócz tego jest tu coś jeszcze. Oto na fasadzie pojawiają się elementy, które równie dobrze można byłoby znaleźć w książkowej ilustracji, na olejnym płótnie, czy w niewysublimowanej rzeźbie.

Pojawia się zdobienie, które jest i nowe, bo przecież w takiej formie nigdy dotąd nie występowało, i bardzo stare, posiadające wiekowe tradycje, bo oto w kamieniu, gipsie i cegle oddano to, co od zawsze towarzyszyło człowiekowi, ale w sztukach zupełnie innych niż architektura. Przekopiowano na elewacje motywy graficzne, malarskie i rzeźbiarskie, czyniąc z kamienic coś w rodzaju ilustracji. Czasem zapierających dech, czasem delikatnych i dyskretnych. Tak jak na powyższym zdjęciu. To nadal budynek przy Barlickiego. Niepozorny polny ptaszek sprawia wrażenie, jakby był wycięty z jakiejś książkowej ilustracji i po prostu wklejony nad balkonowe okno kamienicy.

Nieopodal towarzyszy mu martwa natura żywcem wyjęta z olejnego malowidła.

Znamiennym jest fakt, że projekt gmachu Komunalnej Kasy Oszczędności był projektem, który zwyciężył w konkursie, pokonując dziewiętnaście innych propozycji. Już samo to dużo mówi o ówczesnych gustach.

Kamienica przy Komorowickiej, której fasada z kompozycyjnego punktu widzenia zupełnie wymyka się utartym schematom, to również przykład takiej właśnie dyskretnej secesyjnej "ilustracyjności". Fantazyjna roślinna kiść, a także zdobiące wykusz kamienicy festony, do złudzenia przypominają graficzne winietki w książce, czy w gazecie. Oryginalnie? I tak, i nie.

Na pewno brak tutaj bezdusznej, matematycznej kalkulacji, brak schematów i wzorów, brak linijki i kątomierza. Nie brak za to fantazji, chociaż, jak się okazuje ta fantazja też cechuje się pewną wtórnością.

Jednakże to nie owa ilustracyjność ornamentu (zapożyczona przecież) stanowi o doniosłości secesji, nie ów obrazkowy charakter jest najważniejszy - nie tylko dla niej samej, ale i dla przyszłego rozwoju architektury - ale raczej ta głęboka, czasem niedostrzegana indywidualność projektów właśnie. Ten indywidualistyczny sznyt, wyzwolenie spod reżimu schematu i z przymusu, zaniechanie zasad i reguł. To one, raz zapuściwszy korzenie w umysłach architektów i urbanistów, rozkrzewiły się niczym dziki, żywotny busz, obejmując w swe władanie coraz większe połacie architektonicznych obszarów. Bezdyskusyjnie, bezkompromisowo, bez odwrotu.

Nagle bowiem okazało się, że twórca może konstruować rzeczywistość z pominięciem każdej reguły, prócz tych najbardziej oczywistych, jak grawitacja i zasady bezpiecznego stawiania domów. Poza tymi, czysto fizycznymi barierami, architekt nie miał już żadnych innych ograniczeń. Jego fantazja była ostatnim bastionem, a zdrowy rozsądek ostatnią nadzieją. Czasem złudną.

Oczywiście koniec świata nie nadszedł. Domy, kamienice, fabryki, ratusze i kościoły nadal cechowały się specyficznym pięknem i harmonią, bo mimo uwolnienia się od schematu i dyktatu zasad, przestrzeń publiczna ciągle wymagała od twórców pewnej delikatności i przyzwoitości, a sami twórcy mieli jeszcze wystarczającą dozę pokory i samokontroli, a także wiedzy i doświadczenia, aby świat, który kształtowali siłą swych umysłów i rąk nie stał się kamienno-ceglaną karykaturą. Jakimś cudem - mimo secesyjnej wewnętrznej przemiany - udało się w miastach Europy zachować umiar, sens i piękno.

Jednak, niestety, raz zainfekowane bakcylem individuelosis originaliensis umysły utraciły kontrolę nad sobą i podryfowały w kierunku nieznanych, odległych horyzontów estetyki, na zimne, puste wody morza modernizmu.

Jeszcze modernizm bardzo wczesny, ten wykwitły bezpośrednio z secesji i eklektyzmu, nie zapowiadał tego, co miało wydarzyć się już wkrótce. W jego kształcie tkwi jeszcze i pobrzmiewa (odrobinę nieszczerze) dawna wyszukana świetność, ciąży ku "ciemnemu" okresowi, w którym królowały "napuszone ornamenty" i "przesadzona stylistyka pałacu" - jak lubili kwitować te tendencje oświeceni moderniści.

Przykład wczesnej moderny w naszym mieście rzeczywiście może zdumiewać przywiązaniem do tradycji i dawnych rozwiązań. Będący dziełem architekta pozostającego pod wpływem wiedeńskiej szkoły, gmach Banku Austro-Węgierskiego przy Pastornaku w ogóle nie sprawia wrażenia, jakoby miał być zapowiedzią modernizmu. Bogactwo formy wylewające się z nadokiennych portali, gzymsów, kartuszy i pilastrów oszałamia. Ale i budzi jakąś nieufność. Szczególnie jeśli wie się, czego zapowiedzią jest ten piękny - nie przeczę - budynek pozostający na uboczu i w cieniu gmachów teatru oraz poczty.

Dziś budowla dawnego banku, mocno odarta z przeszłej świetności, pozbawiona przepysznego fryzu z majestatycznym centralnym jego zwieńczeniem nadal cieszy oko (choć samo zwieńczenie stało się ofiarą zacierania niepolskich śladów w mieście - jakiś barbarzyńca, miast skuć po prostu C.K. orła, zwyczajnie i po chamsku zlikwidował całe zwieńczenie wraz z kartuszem). Nadal radują finezyjne portale nadokienne, bogata, choć nieprzesadna dekoracja piętra z przeciekawym rozwiązaniem łuków międzyokiennych, nadal imponują olbrzymie (największe w mieście) głowy lwów tkwiące nad kartuszami, flankujące wybrakowane już dziś zwieńczenie piętra.

To wszystko jednak miało już niebawem odejść w niebyt. Postępujący (co ja mówię - galopujący raczej) modernizm zadbał o to skutecznie. Zrodził się z indywidualizmu. Jednak nie chodziło o indywidualny projekt, ale raczej o indywidualistyczne podejście do samej architektury. Projekty bowiem (co okaże się już niebawem) cechowały się daleko idącą redukcją oryginalnego sznytu, cech własnych i nieszablonowych, a w związku z tym coraz bardzie zaczęły być do siebie podobne.

Na samym początku nic tego nie zapowiadało. U zarania XX wieku zaczęły powstawać budowle coraz bardziej w swej formie wyciszone, spokojne, stonowane. Architektonicznie wręcz ascetyczne. Jednym z reprezentantów takiej architektury jest gmach kolejarskiego domu mieszkalnego przy Wyspiańskiego róg Głowackiego. Ale takich przykładów w mieście jest, rzecz jasna, więcej.

Modernizacja architektury mogła pójść - tak sądzę - w jednym tylko kierunku - ku prostym, solidnym formom codzienności. Zmęczenie architekturą dekoracyjną, przesyt ornamentyką, tęsknota za wyciszeniem i uspokojeniem form, to wszystko jednoznacznie zmierzało ku budowlom, których podstawową cechą jest harmonijna funkcjonalność.


Myliłby się jednak ten, kto zbyt łatwo uległby wrażeniu prostackości. Ja sam, choć modernizmu nie darzę szczególną atencją, doceniam ciekawe projekty, cechujące się szlachetnością i urokiem.

Na całe szczęście w naszym mieście nie trzeba ich długo szukać. Modernizm jest nurtem na stałe zasiedziałym w Bielsku i ma swoją mocną reprezentację, począwszy od budownictwa kompleksowego,

takiego, jak słynne już, omal przysłowiowe, osiedle w dawnych ogrodach zamkowych, stanowiących piękny przykład osiedla pełnego

poprzez spółdzielcze i spółkowe budownictwo wielorodzinne

poprzez budynki użyteczności publicznej (zaprojektowany w 1936 roku bank Komunalnej Kasy Oszczędności nie należy do moich ulubionych projektów, prawda jest jednak taka, że dzisiejszy plac Chrobrego bez tego wybudowanego w stylu funkcjonalistycznym gmachu dziś byłby już niepełny)

aż po zabudowę jednorodzinną, równie u nas obfitą i nierzadko naprawdę wysmakowaną - choć przecież oszczędną (ul. Konopnickiej).

Modernizm to jednak taniec na wulkanie. Tak naprawdę po nim nic już nie było takie jak wcześniej. On był jak fałszywy drogowskaz, który w gęstym, ciemnym lesie wskazywał kierunek. Wszyscy wiedzieli, że pokazuje złą drogę, bo na jej końcu było coś, co groziło estetycznym zatraceniem. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ta droga jest drogą donikąd.

Ale innego drogowskazu nie było.

2016-05-26 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (3)

Prostowanie dróg

  

czyli

krótko o odczarowywaniu

Zagadka okazała się być raczej prosta. Rzeczywiście jedynym charakterystycznym, istniejącym do dziś fragmentem zabudowy, który znajduje się także na fotografii jest kamienica Fussgängera, widoczna z prawej strony oraz jej ledwie dostrzegalna sąsiadka. Dziś kamienica (zwana też "związkową") niewiele się zmieniła i może być wystarczającym punktem odniesienia dla ewentualnych analiz. Myślę, że stare zdjęcie wykonano mniej więcej (z naciskiem na "mniej") z tego miejsca:

Przywołałem tę archiwalną fotografię nie bez powodu. Jest dość oryginalna i świetnie ilustruje olbrzymie zmiany, jakie zaszły w tej części miasta na przestrzeni naprawdę niewielu lat.

Skrzyżowanie dzisiejszych ulic Partyzantów i Michałowicza to miejsce samo w sobie dość leciwe. Zaistniało w czasach nowożytnych jako rozstaje głównego szlaku północ-południe (Śląsk - Żywiec) i drogi Wapienickiej (później Aleksandrowickiej). Dzisiejsza Michałowicza jest pozostałością traktu wiodącego północnym skrajem Mühlbergu ku Wapienicy (być może jej proweniencja sięga więc szesnastego wieku).

Skrzyżowanie, które znamy dziś, jeszcze kilka dekad temu wyglądało całkiem inaczej. Pierwotnie w ogóle nie było to skrzyżowanie przelotowe. To znaczy ulica Michałowicza (wcześniej Górska, jeszcze wcześniej Berggasse) nie miała pierwotnie przedłużenia ku rzece.


Więcej. Od samego zarania droga ta dochodziła do ulicy Młyńskiej i dopiero za jej pośrednictwem do Blichowej na wysokości dzisiejszego Domu Handlowego "Halny", zaś w miejscu dzisiejszego środka skrzyżowania były ogrody i nieużytki. Ulica 1 Maja, na jej odcinku od skrzyżowania do rzeki (pierwotnie Aleegasse), to pieśń dużo późniejsza - pierwsze lata XX stulecia.


Warto rzucić okiem na uwidocznione na starych planach zmiany, jakie dokonywały sie w obrębie tego niewielkiego fragmentu miasta na przestrzeni wieków.

Na planie wykreślonym na potrzeby barona Schwarza i jego projektu wodociągów w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, ale z wykorzystaniem podkładu mapy katastralnej z 1836 r., pięknie widać przebieg dróg w tym fragmencie miasta. Warto zwrócić uwagę na kompleks budynków stojący tuż przy wylocie ulicy Młyńskiej na Blichową (zaznaczone kółkiem). Ten zespół przetrwa nadspodziewanie długo.

Na planie Friedla - bardzo dokładnym i całkiem przyzwoicie odzwierciedlającym stan zabudowy miasta w roku 1901 - także widać te budynki. Niestety nie znam ich przeznaczenia, ale mam wrażenie, że spełniały dość ważną rolę. Być może Czytelnicy podpowiedzą jaką pełniły funkcję. Ja nie zdołałem doszperać się informacji na ten temat.

Na późniejszych planach sprawa nie przedstawia się już tak jednoznacznie.

Jednak na planie Pharusa z 1914 r., choć odwzorowanie posiada mocno zredukowany szczegół, również widać w tym miejscu ogrodzoną działkę. Ulica Górska biegnie tutaj, rzecz jasna, jeszcze po staremu. Jeszcze nikomu nie przeszkadza jej niewygodny dla podróżujących od strony Żywca przebieg.

Na planie z lat 30-tych XX wieku już niewiele widać, ale Verkehrsplan ze zbioru "Kartenbeilagen zur Militärgeographischen Beschreibung von Polen" to tylko mapa poglądowa.

Na bardzo oryginalnym radzieckim, rosyjskojęzycznym planie z 1978 roku, który pokazuje już nowy przebieg ulicy Michałowicza, o dziwo także widać coś na kształt zabudowań.

Czy jest to ten sam, widoczny na starym zdjęciu zespół budynków, czy to już tylko jego echo? Czy stoi w tym samym miejscu, czy już niezupełnie?


Tkwiące samotnie zabudowania, w latach sześćdziesiątych stały się niewygodne. Na deskach kreślarskich bielskich urbanistów ulica Michałowicza została wyprostowana, przecięła ul. Młyńską, ul. Grażyńskiego i połączyła się z 1 Maja. Aby wprowadzić ten projekt w życie należało usunąć wszelkie przeszkody. W pierwszej kolejności stojące niemalże w samym środku planowanego skrzyżowania zabudowania.
I tak się stało.

W ten sposób budynki, pamiętające jeszcze być może wiek osiemnasty, a z całą pewnością pierwsze dekady dziewiętnastego, znikły z powierzchni ziemi i - równie szybko - z pamięci mieszkańców. Tylko nieliczne stare zdjęcia przypominają o nich czasami, pokazując dawną zabudowę i dawny, odwieczny przebieg ulic, które dziś są już może proste i szerokie, ale też zupełnie pozbawione swego dawnego czaru.

2016-05-18 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-05-18 10:59:34
Gdzieś w połowie lat 60., wprowadzono ruch jednokierunkowy na ul. Partyzantów na odcinku od Batorego do 1 Maja, Ulicą Partyzantów można było jechać do śródmieścia i skręcić w 1 Maja, bo Partyzantów dalej też była jednokierunkowa, ale w stronę przeciwną. Ruch w stronę Szczyrku, Mikuszowic, (także Cygańskiego Lasu!) poprowadzono Młyńską i Batorego. Być może to wówczas i z tej przyczyny przebudowano opisywane skrzyżowanie.
Bielski Rynek
2016-05-18 12:07:41
Witam Panie Macieju ponieważ nie dysponuję Pana mailem proszę o przesłanie na adres: redakcja@bielskirynek.pl informacji - chcielibyśmy w imieniu redakcji naszej gazety skontaktować się z Panem.
Maciej P.
2016-05-19 11:08:47
@AndrzejN. Ruch jednokierunkowy na wąskiej wówczas jezdni mógł być wywołany albo rosnącym natężeniem ruchu Bielsko-Szczyrk, albo częstymi robotami naprawczymi, albo - co wydaje mi się bardziej prawdopodobne - przygotowaniem do przebudowy skrzyżowania. To możliwe. Ciekawe jest, że skrzyżowanie, choć totalnie przebudowane, jeszcze dziś zawiera relikty dawnych rozwiązań. między innymi fragment pierwotnego przebiegu ulicy Blichowej jeszcze przed jej wyprostowaniem (w okolicach wylotu 1 Maja).
Komentarzy (6)

Somnium finis

  

Kwietniowa, przeznaczona na ostateczne otrząśnięcie się z przedwiośnianego letargu przerwa, w sposób zupełnie niekontrolowany przemieniła się w małe wakacje.

Przepraszam szanownych Czytelników za długie milczenie, brak wpisów i odpowiedzi na komentarze. Winą obarczam - jak zwykle - trudności natury obiektywnej, pracę kwerendalną, nieopanowane myszkowanie po antykwariatach ale również i egzamin maturalny mojej córy, który skutecznie odbierał mi umiejętność skupienia sie na rzeczach ważnych, mniej istotnych i tych całkiem pobocznych.

Wymuszona przerwa dobiega końca, a ja biorę sie do roboty. Somnium finis - koniec snu!
Od przyszłego tygodnia ruszamy z kopyta i chociaż wpisy będą ukazywały się pewnie z dotychczasową częstotliwością, lub nawet ciut rzadziej, obiecuję że rytm wpisow będzie stały i miarowy jak turkot postrzygarki w Muzeum Techniki i Włókiennictwa.

Dziś, na rozruszanie, tylko kilka fotografii retro (powyżej) i dwie małe - chyba nietrudne - zagadki (poniżej).

Być może Czytelnicy znają doskonale te zdjęcia, byc może dysponują nawet znacznie lepszymi technicznie kopiami... Ja posiadam jedynie takie - fatalne skany. Ich jakość jednak ma swoje zalety. Dzięki temu zagadki nie będą może banalnie łatwe.


FOTOGRAFIA1


FOTOGRAFIA2


Czy ktoś wie, gdzie robione były te fotografie?

2016-05-12 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2016-05-12 22:04:02
Fot 1 - Czy to nie jest ulica Wałowa, w oddali Barlickiego, zdjęcie robione z miejsca gdzie stoi obecnie Sfera 2 ?
Maciej P.
2016-05-13 11:15:08
@Ichabod Crane - brawo! To jest rzeczywiście ul. Wałowa. Jeszcze porośnięta drzewami, jeszcze z ZPW Finex po lewej (w domyśle), jeszcze bez rond. Dobra odpowiedź.
Ichabod Crane
2016-05-16 12:47:40
Przy Fot.2 będę strzelał, Plac Żwirki i Wigury, wylot ulic Przekop i Sukienniczej, na miejscu budynku z pierwszego planu jest obecnie parking?
Maciej P.
2016-05-16 20:07:03
Tym razem strzał niecelny. Dla pewności spróbowałem jeszcze przyporządkować fotkę do podanej przez Ciebie lokalizacji (bo może to ja się mylę), ale nie, nie pasuje. Miejsce dziś jest bardzo zmienione, a o jego właściwej lokalizacji mówi tylko jeden szczegół zdjęcia. Pozdrawiam.
Ichabod Crane
2016-05-17 10:09:14
W takim razie strzelam po raz drugi - skrzyżowanie ulic Partyzantów, Michałowicza, 1 maja. W oddali widok na budynki przy wylocie ulicy 1 maja.
Maciej P.
2016-05-17 23:34:24
Bingo! Teraz trafiony. Ulica Młyńska, Michałowicza, wylot ku Partyzantów. Zagadka średniej trudności, ale samo miejsce dość ciekawe. Jutro kilka słów na ten temat... Pozdrawiam.
Komentarzy (2)

Miejski szlag architektoniczny

  


Różnie to bywa... Czasem szwendam się po mieście z aparatem i - proszę mi wierzyć - zdarza się, że nawet nie wyjmę go z torby. Czasem jednak rzuca mi się w oczy coś, co sprawia, że krew się we mnie gotuje. Łapię wtedy za lustrzankę i uwieczniam kuriozum zagryzając przekleństwem.

Panorama. Odwieczna. Stara niczym samo miasto.... Przez wieki ulegająca niewielkim tylko przemianom. Domy trochę urosły, zhardziały kamiennymi, tynkowanymi licami, zarosły papą, gontem i dachówką... Ale poza tym wszystko tutaj do dziś pozostało takie jak dawniej. Te same ściany, te same dachy, taki sam bruk...
No, prawie taki sam.

XXI wiek to epoka cudów. Naprawdę. Nie przesadzam.
Wiemy więcej (prawie wszystko), umiemy lepiej, znamy się dokładniej, jesteśmy mądrzejsi, bardziej doświadczeni, lotni i pełni inwencji niż nasi zacofani, żyjący w prymitywie, brudzie i chłodzie przodkowie. Z troską patrzymy na zapyziały, szary, rozmyty świat przeszłości, z troską, która lubi niepostrzeżenie przemieniać się w protekcjonalne politowanie. W poczucie wyższości i bezczelnej megalomanii.


I to pewnie dlatego czujemy tak przemożną i niepowstrzymaną chęć wcinania się z tymi naszymi technologicznymi cudeńkami zawsze kiedy tylko nadarzy się okazja, wszędzie, gdzie się da, nawet w najstarszą panoramę miasta. O, tak jak tu!

Tak, tak. Nie mylą nas oczy. W dachu starego, liczącego sobie setki lat budynku ktoś wyfasował... okna dachowe. Piękne, błyszczące, zgodne z europejskimi normami i poczuciem estetyki troglodyty konstrukcje, które pasują do tego krajobrazu jak szyberdach do cesarskiej karety. I, proszę Państwa, to nie jest żaden żart. To nie jest fotoszop... To się dzieje naprawdę.


Chyba nie przypadkiem całkiem podobnie, ale w konsekwencji chyba jeszcze gorzej (bo jest to widoczne jak na dłoni) prezentuje się ta kamienica od frontu, od strony Rynku. Wyrosłe ni stąd ni zowąd facjatki na dachu, który nigdy ich nie posiadał, a także wielkie okna dachowe, wepchnięte w połać bez dbałości choćby o podstawowe zasady architektonicznej estetyki, kaleczą boleśnie i dach, i oczy patrzącego. I nawet jeśli co do sensowności umieszczenia w specjalnie do tego podniesionym dachu zabytkowej kamienicy facjatki można jeszcze dyskutować (odpowiednio zaprojektowana, wyważona w proporcjach i ledwie rzucająca się w oczy od biedy ujdzie), to tego typu idotyczne pomysły, jak okna połaciowe, wołają o pomstę do nieba! Noż do diabła, jak można!

Podobnie ma się sprawa w wielu miejscach miasta. Dźwigane z ruin (zaraz ktoś się przyczepi, że sugeruję jakoby Bielsko było w ruinie) rudery, stawiane na nowo, zyskują prócz nowych tynków i kolorów także nowe oblicza. Tak jest z kamienicami przy Rynku, pod nr. 30, czy w nowo odrestaurowanej kamienicy 18, tak jest na Celnej 10, tak jest też na Sobieskiego 28, w dawnej restauracji Herzyka.

Jeszcze w tym konkretnym przypadku, w kamienicy Rynek 19, facjatki jakoś się prezentują. Pobudowane w stylistycznej zgodzie z całą, nienagannie restaurowaną resztą, sprawiają wrażenie, jakby faktycznie były na swoim miejscu. Tutaj trudno się do czegoś przyczepić (może poza samym faktem dobudowania czegoś, co nigdy nie istniało). Gorzej jednak, jeśli mieli się staromiejska tkankę i pichci z tej mielonki mało strawne, pseudozabytkowe danie.

Teoretycznie mamy tu sytuację bardzo podobną. Kamienica Rynek 18 także, podobnie jak jej sąsiadka, odremontowana została z pełnym pietyzmem, z wykorzystaniem całego arsenału środków rewitalizacyjnych z przywracaniem detali i kolorów (bazującym na wnikliwych badaniach stratygraficznych nawarstwień malarskich). A jednak w tym wypadku nie ustrzeżono się przed zgrzytem dachowym. Okna połaciowe są tutaj tak samo na miejscu, jak rzeźbiony galion na dziobie dłubanki, albo weranda w malborskim zamku.

Nie, nie czepiam się. Doceniam, że w ogóle ktoś coś z tym bałaganem robi. Ale jednocześnie nie mogę znieść sposobu, w jaki to się odbywa. Zupełnie, jakby ktoś zrobił deal: "ja inwestuję w renowację kamienicy, w zamian za to miasto idzie na ustępstwa dotyczące pozwoleń." I o ile zgodnie z Art. 30. Prawa budowlanego, na wstawienie okien dachowych wystarczy tylko zgłoszenie w urzędzie, to już przebudowa konstrukcji dachu i wykonanie lukarny dachowej uzależnione są od pozwolenia na budowę. Sprawa z zabytkami jest jednak dużo bardziej skomplikowana, bo w tym wypadku wszelkie zmiany wprowadzone w konstrukcji zabytku obwarowane są nie tylko pozwoleniami na budowę, ale również pozwoleniem na prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru. To zaś pozwolenie wydawane jest przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Nie sądzę, aby prace w obrębie naszego najstarszego założenia miejskiego odbywały się z pogwałceniem prawa, natomiast śmiem twierdzić, że w wielu przypadkach pogwałcono przede wszystkim zdrowy rozsądek i dobry smak.

Przesadne hołdowanie utilitas w architekturze prowadzi czasem do sytuacji skrajnych. Dramatycznych. Oto przykład. Pochodzący z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku budynek starej szkoły katolickiej w Białej jest zabytkiem (A/128/76). Kilka lat temu zabytek odremontowano, jednak remont nie został zakończony, a sam budynek, nieużywany, niszczał imitując udaną inwestycję. Stosunkowo niedawno ktoś wydał pozwolenie (no chyba że odbyło się to bez żadnej decyzji, zupełnie samowolnie, to jeszcze gorzej) na przeprucie ściany frontowej "alkierza" budynku i wstawienia tam aluminiowych drzwi. Budynek stracił swą pierwotną formę, został oszpecony idiotycznym qui pro quo.

Czy zabytek A/128/76 przestał być zabytkiem? A jeśli tak, to kiedy i z jakiej racji? A może ta część budynku, ów charakterystyczny alkierz już zabytkiem nie jest? Nie wiem. Nie rozumiem. Nie mogę pojąć. Jak to się stało? Kto na to pozwolił? I dlaczego?

Dopiero patrząc od tyłu, od zaplecza na ten obecnie żałośnie okaleczony obiekt, choć obiektywnie jeden z ciekawszych w naszym mieście, można zrozumieć, w czym rzecz. To już istotnie nie jest żaden zabytek. To już faktycznie nie jest sól tej ziemi. To już zwyczajny developerski ochłap, może jakoś tam atrakcyjny, może w jakiś sposób pożądany. Ale jednak ochłap. Rozpadający się wrak, gnijący, umalowany trup. Truchło. Wystarczy spojrzeć... Tak nie wyglądają zabytki. Tak nie prezentują się budynki pod ochroną.

Na naszych oczach klimatyczny, starodawny świat odchodzi w niebyt, skażony trądem nowoczesności, ospą technologii, grzybicą obojętności i dżumą bezmyślności. I powiem szczerze, że zupełnie nie rozumiem, jak można być tak bezmyślnym, tak krótkowzrocznym, aby w tak bezceremonialny, bezrefleksyjny sposób pozbywać się z miasta i z własnej historii czegoś, co jest jej żywą pozostałością, co jest prawdziwym "gościem" stamtąd. Nie pojmuję, jak można z taką łatwością przepuszczać przez palce coś, za co inne miasta, oglądające swoją dawną świetność tylko na starych zdjęciach i rysunkach oddałyby wszystko? Nie wiem, jak to się dzieje, że tutaj, w Bielsku-Białej, zasobnej nie tylko w zabytki, ale przez to również i w świadomość ich wartości, że tutaj dochodzi do tak jawnych i bezczelnych gwałtów na tych zabytkach...

Sapiehówka od frontu wygląda wręcz imponująco. Wprawdzie trzy gible, dla osób pamiętających zabytek sprzed lat wydają się obcymi naroślami; wprawdzie zachowano - mimo ocieplenia i nowoczesnych tynków - charakterystyczne dla epoki józefińskiej łuki nadokienne. To wszystko pięknie. Tymczasem od tyłu...


Czasem myślę sobie, że to wszystko nie dzieje się przypadkiem. Że to nie jest tylko niefrasobliwe w swych konsekwencjach poszukiwanie tańszych może sposobów na inwestycję, może skuteczniejszych w swym technologicznym zaawansowaniu, może łatwiej dostępnych. Przeciwnie. Czasem mam przemożne wrażenie, że takie działania są inspirowane w jakimś konkretnym, nieznanym mi celu. Nie wiem - aby zmusić konserwatora zabytków, czy inne gremia decyzyjne do ustępstw, aby postawić je przed faktem dokonanym, może po to, aby po prostu celowo zniekształcić historyczny krajobraz kulturowy zohydzając go i pozbawiając najbardziej "wstecznej" cechy, jaką jest jego historyczność...

Ale nie dla samego niszczenia. Nie... Zabytek jest wrogiem, bo przepisy, które go chronią, nie pozwalają go zmieniać, zabraniają weń ingerować, stoją na straży jego nietykalności. A z punktu widzenia zuchwałego w tym względzie prawa własności, taka nietykalność jest nieopłacalna, bezsensowna, przynosi straty i... stoi na drodze wolności osobistej jednostki.

Jestem chyba coraz bardziej zmęczony i zniechęcony. I po trochu dzieje się tak dlatego, że wokół nas takich chorych, bezsensownych pomysłów na unowocześnianie bielsko-bialskiego krajobrazu, jak te, które opisałem powyżej, jest coraz więcej. A świadomość, że zwyczajni mieszkańcy na to wszystko nie mają żadnego wpływu tylko pogarsza sprawę.

I właśnie dlatego trafia mnie szlag. Architektoniczny szlag.

2016-04-03 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2016-04-13 13:09:12
Renowacje w Bielsku-Białej to nie jest temat prosty. Zdarzają się te zacne jak i te wołające o pomstę. Problemem generalnie są te które wykonane nieźle szpecą tym jednym elementem który kompletnie burzy odbiór całości. Mnie osobiście zawsze denerwowały te gible na rynku, kompletnie nie pasujące do całości. Albo te witryny sklepowe w postaci przeskalowanej szyby. Okna dachowe są do przecierpienia ale nie od strony frontu elewacji budynku.
Nikt
2016-04-17 22:31:11
Kolejnym przykładem zmieniającym oblicze na gorsze jest budynek dawnego przytułku św. Anny stojącego tuż przy kościele św. Trójcy...
Komentarzy (2)

Poczthalteria

  

czyli

przybliżanie horyzontu.

Rozgwieżdżone niebo wisiało nad piaszczystą drogą. Wszystko wokół skąpane było w srebrzystym księżycowym blasku, a rozjeżdżone koleiny traktu skrzyły się w świetle miesiąca jak pokryte śniegiem.

Było grubo po północy, kiedy na drodze wiodącej z Cieszyna pojawił się powóz zaprzęgnięty w dwójkę koni. Konie biegły stępa, robiły bokami, jakby brały udział w wyścigu, powóz, pokryty czarną, smołowaną ceratą, kiwał się na boki. Na wiodącym koniu siedział brodaty mężczyzna, poganiając zwierzęta krótkim bacikiem.


Zaprzęg minął pogrążony we śnie, schowany pod osłoną słomianych strzech Obervorstadt i starą, pamiętającą chyba czasy książąt piastowskich, wykładaną dylami drogą skierował się ku rynkowi. Przejechał przez posępny otwór bramy wciśniętej w nadwyrężony zębem czasu mur miejski i zagłębił się w krótką, wąską uliczkę wiodącą do Rynku.
Powóz przeciął płytę centralnego placu miasta, budząc zapewne turkotem wszystkich śpiących mieszczan i zatrzymał się przed zaopatrzoną w szeroki przejazd bramny piętrową kamienicą przy numerze 89. Na placu było pusto i cicho.


Szczęknął zamek, zaskrzypiały wierzeje bramy.
Niewysoki, pryszczaty, zaspany chłopiec wyjrzał ostrożnie i dostrzegłszy pocztyliona rzucił się ku koniom.
- Ale jakże to, miły panie, jak to tak szybko?! - wymamrotał nieprzytomnie.
- Co "szybko"? - woźnica rzucił chłopcu wodze i zeskoczył na bruk.
- No, toż, panie, mieliście być dopiero we czwartek po południu! Tu wszystko z pompą i orkiestrą miało czekać!
- Jaki czwartek?! - warknął mężczyzna i wetknął chłopcu w drugą dłoń bat. - Konie do stajni, a mnie jeść dajcie.
- Konie będą miały wygody jak u sułtana, dobry panie... Ale w kuchni już nikogo nie ma...
- Co, nie ma? Głodny jestem!
- Matuchna na pewno coś nagotuje - skulił się chłopak i skoczył do bramy. Zaparł się i otworzył ją na przestrzał. - Ale to potrwa. Mieliście być we czwartek!
- Alem jest, do diabła, we wtorek!
- Ale jest, do diabła, druga w nocy! Kuchnia zimna, panie!
Mężczyzna zmarszczył brwi, ale spuścił z tonu.
- Nie marudź, tylko koniom żryć daj. - warknął. - Ja sobie dam radę.
Brodacz odpiął od siodła podwójną skórzaną sakwę i zarzucił ją sobie na ramię. Zadudnił pięścią w ceratową budę, spod której dobiegało miarowe pochrapywanie.
- Jesteśmy na miejscu - wrzasnął, aż poniosło się po rynku i odbiło echem od przeciwległej pierzei. Z wozu najpierw doleciały jakieś niezidentyfikowane dźwięki, a potem ukazała się nalana twarz rozespanego pasażera. Patrzył na poczmistrza nieprzytomnie. Ten wskazał budynek poczthalterii.
- Bielsko, szanowni panowie. Nocleg! Mówiłem, że zdążymy przed świtem! - zarechotał z tryumfem. - Zaraz panowie spokojnie główki złożą w miękkiej pościeli.
- Chryste Panie - jęknął podróżny gramoląc się spod budy. - Toż to niewyobrażalne tortury! Tyle godzin w jednej pozycji. Jeszcze chwila i wyskoczyłbym w biegu! Jak Boga kocham. Konam!
- Jeszcze chwila cierpliwości! Hej, pętaku, odstaw powóz z panami pod dach!
Chłopak chwycił wiodącego gniadosza tuż przy uździenicy i pociągnął zaprzęg w czerń bramy.
Mężczyzna obrzucił wzrokiem pogrążone w mroku niskie, ponure domostwa. Czarne dachy wisiały nad miasteczkiem jak skrzydła posępnego ptaka. Całość robiła dość odstręczające wrażenie.
- Wiedeń to to nie jest - mruknął do siebie z niesmakiem. Splunął i podążył w ślad za wyrostkiem.
- Mój Boże! Święci Pańscy! - drzwi w podwórzu otwarły się nagle, a ku pocztylionowi wyskoczył odziany w długą koszulę nocną i szlafmycę właściciel kamienicy, wąsaty Johann Dietzius. - Skąd o tej porze? Już dzisiaj? Czekaliśmy cię pojutrze.
- Pogoda dobra, droga sucha - mężczyzna poklepał poufale poczmistrza. - To i sprawiłem się szybciej niż potrzeba...
- Ale gala przygotowana dopiero na...
- Tak, wiem, na czwartek - ponownie poklepał pana Jana. - Jeść dajcie. Rano ruszam dalej.
- Jakie rano! We czwartek miałeś pan przyjechać! Masz pan ponad dwa dni! Z domu cię, człowieku, nie puszczę. Wyjedziesz jak trzeba! A w międzyczasie jesteś moim gościem.
Pocztylion uśmiechnął się szeroko i poprawił sakwę na ramieniu.
- Więzić mnie pan chcesz, panie poczmistrzu?
- Jakie więzić - Dietzius zamachał rękami w chaotycznym proteście. - Gościam większego nie miał. Toż to taka okazyja. Pierwszy dilligence w naszym mieście. Pierwszy raz w smutnym, szarym Bielitz.
- Smutnym... Tak, zauważyłem.
Gospodarz zbył ironiczną uwagę milczeniem. Chwycił stojącą na komodzie w sieni świecę, zakrzyknął w czerń korytarza i poprowadził gościa na piętro. Otworzył drzwi wiodące do jednego z pokojów i szerokim gestem wskazał pomieszczenie.
- Pokój cesarski dla pana.
- Niechże pan da spokój - uśmiechnął się gość pojednawczo. - Przecież ja zwykły pocztylion jestem, nic więcej. Podróżnym lepiej te wygody zostawić.
- Dla gości to ja mam pokój... gościnny, szanowny panie. Ani słyszeć nie chcę!
W tym momencie do pokoju wtoczyła się gruba kobieta, odziana w prostą spódnicę i byle jak zawiązaną zapaskę. W jednej ręce trzymała gliniany dzban, na którym balansowała deska z kawałem sera, a w drugiej nóż. Pod pachą dzierżyła chleb. Pół ogromnego bochna.
- Te wasze pany podróżne to jakieś takie lebiegowate - zamruczała niby do siebie. - Ledwie na piętro wliźć mogą.
Istotnie, na schodach za drzwiami rozległy się kroki, a właściwie poczłapywania przetykane głośnym pojękiwaniem.
Po chwili w drzwiach stało dwóch podróżnych. Obaj sprawiali żałosne wrażenie. Zmierzwione włosy, pomięte odzienie, bolesny wzrok.
- Panie Janie, pozwoli pan, że przedstawię naszych hojnych podróżnych - rzucił z udaną kurtuazją woźnica. - Pan Schutze...
Wysoki, chudy, odziany w czarny płaszcz mężczyzna skłonił się przed poczmistrzem.
- I pan Lutze... - mały czerwony grubasek także złożył ukłon, co wyglądało raczej jak cudem udana próba złapania równowagi.
- Ho ho, widzę, że podróż w istocie szybką była. - Jan Dietzius aż podparł się pod boki. - To i dobrze, zapraszam panów na chwilę, zanim moja kochana Hildzia przygotuje szanownym panom pokoik po drugiej stronie korytarza.
Mężczyźni wsunęli się nieśmiało do pokoju i z wyraźną ulgą usiedli za stołem naprzeciwko pocztyliona i pana Jana.
Ten ostatni znów zarżał jak kuc.
- Nie wiem, jak panowie, ale ja szczerze jestem kontent gościć tu panów. Toż to przecie wiekopomna chwila. Pierwszy dyliżans w Bielitz! Gruba sprawa!
Podróżni spojrzeli po sobie znacząco. Jeden z nich, masując się po plecach pokręcił głową.
- Z całym szacunkiem panie poczmistrzu... Z szacunkiem, ale biorąc pod uwagę cyrkumstancje najwyższej wagi... Zważywszy na niewątpliwy kuriozalny wyczyn pana woźnicy... Dodawszy osobliwe okoliczności samej rajzy...
Gospodarz spojrzał zdumiony na podróżnego, ale nic nie powiedział. Tamten zaś kontynuował:
- Ta całkiem ekstraordynaryjna sytuacja, która pchnęła nas do odbycia podróży... I wszystkie tej podróży towarzyszące szykany... Biorąc pod uwagę...
- Do diabła, kończ pan tę przemowę! - Dietzius nie wytrzymał i sapnął jak zeźlony pies.
- Wszystko to jasnym czyni sprawę, że ten cały wasz interes z dyliżansami w trzy tygodnie szlag trafi! - wysapał wreszcie Schutze...
- Cooo?
- No dobra, w cztery!
- Ale co pan, jak pan to rozumiesz?
- Ano właśnie - żachnął się drugi gość. - Tu się nie ma co unosić. Kolega rację ma. Marny to, widzi mi się, interes.
Spojrzał wymownie na woźnicę i kontynuował:
- Wiem, że z pana nie lada zawodnik i żeś pan chciał już za pierwszym razem taki rekord trasy ustanowić, żeby przez dwieście lat nikt go pobić nie mógł. Ale chyba trochę pan przesadziłeś. Bez urazy - skłonił się lekko. - Wytrząsłeś nas pan jak ziemniaki na wozie. Od tej podróży tylko odciski na sempiternach mamy. I dlatego... Od Krakowa inny transport wynająć będziemy zmuszeni, choćby i wóz drabiniasty, byle z dużą ilością siana... Żeby nam zadki od wybojów odpoczęły... Zaś do Krakowa... Tutaj gotowiśmy dopłacić, bylebyś pan jak ludzi nas wiózł, nie jak drewno z lasu...
Zapadła cisza. Słychać było tylko senne pobzykiwanie jakiejś obudzonej w środku nocy muchy i ledwie słyszalne skrzypienie dachowej więźby starej kamienicy. Jan Dietzius dłuższy moment wpatrywał się bez słowa w podróżnych, aby po chwili wyjąkać:
- Tegom się nie spodziewał...
- Dziękuję panom za uznanie - mruknął jakby nic się nie stało pocztylion. - Jednak co do pryncypiów mylicie się bardzo. Przed dyliżansami duża przyszłość stoi. Duża i zacna. I kto tego nie rozumie, ten dureń.
Może i trochę panów za mocno wytrząsłem, ale co zrobię, skoro o to przecie w całym tym ambarasie idzie, żeby u celu być szybciej niż zwykle. Czyż nie? Gdyby o to nie szło, tedy zamiast płacić za przewóz, wygodnie szlibyście panowie... na nogach.
- Ależ panie woźnico, tu nie tylko o szybkość, ale i o komfort chodzi!
- Nie, tu chodzi o sprawę! O wielką sprawę, proszę panów. Sto pięćdziesiąt lat czekaliśmy na to, żeby dzięki takim uwierającym wasze sempiterny wynalazkom
świat zmniejszyć i miasta do siebie przybliżyć.
- Pan tak mówisz, bo panu za takie gadanie płacą!
- Jakie "płacą"? - pan Lutze szturchnął łokciem kompana - Przecież to my zapłaciliśmy!
- Nie, ja tak mówię, bo taka prawda jest. Jeszcze nasi ojce o tym marzyli... A panowie narzekają, jak jakie panienki. Toż wy jesteście, drodzy wy moi, jak - nie przymierzając - Argonauci! Jak Kolumb i Magellan razem wzięci! Przecieracie nowe szlaki. O was, szanowni wy moi, w gazetach będą pisać! Piosenki śpiewać! Panowie chyba nie za bardzo zdajecie się rozumieć... Wy nie tylko jesteście świadkami wielkiej historii, wy tkwicie w niej po wasze wytrzęsione w drodze z Wiednia zadki!
Zarechotał rubasznie, aż echo poniosło ponad dachami śpiącego miasta.

____________

Pierwszy dyliżans z Wiednia przez Cieszyn dotarł do Bielitz o godzinie drugiej w nocy dnia 23 maja 1775 r. Rzeczywiście planowy przyjazd miał nastąpić dopiero 25 maja, jednak sprzyjające warunki pogodowe i zaskakująco dobry stan szosy spowodowały, że podróż z Wiednia do Bielska udało się skrócić o ok. 60 godzin. Tak, brodaty pocztylion miał rację. Dalekobieżna poczta okazała się strzałem w dziesiątkę. Fracht pocztowy stał się najpopularniejszą formą transportu korespondencji, przesyłek materialnych i... ludzi przez długie dziesięciolecia, aż do otworzenia linii kolejowej.

Historia poczty na tym terenie nie zaczęła się w osiemnastym wieku, jest znacznie dłuższa. Pierwsze przesyłki (listy spadkowe po śmierci królowej Bony) przewożono przez Bielsko już w połowie XVI stulecia. I chociaż była to poczta kursująca dość regularnie, nie stanowiła usługi powszechnej. Dopiero w grudniu 1632 roku, dekretem Komory Śląskiej, dopuszczono do obsługi pocztę prywatną.

Urząd pocztowy z prawdziwego zdarzenia utworzono w Bielsku w 1744 roku, kiedy w wyniku I wojny śląskiej do Prus przyłączono wielkie obszary Śląska, co spowodowało przecięcie i zablokowanie dotychczasowych tras pocztowych. W konsekwencji władze państwa postanowiły otworzyć nowe połączenie z Polską, które uwzględniałoby zaktualizowany przebieg granic. Taką trasą była linia Cieszyn - Kraków z dwiema dużymi stacjami pośrednimi w Skoczowie i Bielsku właśnie. A tak na marginesie: wojna to zło, ale znów tak się dziwnie złożyło, że to właśnie działania wojenne stały się bodźcem do rozwoju szczególnej gałęzi aktywności gospodarczej.

Pierwszym poczmistrzem w mieście był Kaspar Hofer. Transport poczty odbywał się wówczas konno. Przewoźnik pocztowy (w pierwszym okresie istnienia bielskiej stacji był to Jan Gretzke) troczył do siodła torbę z listami. Tylko w szczególnych przypadkach, kiedy korespondencja była bardzo obfita, stosowano jednoosiowe wozy pocztowe zwane kaleszami.

W roku 1762 bielski urząd pocztowy stał się stacją pocztową, a od 1767 przez Bielsko wytyczono szlak pocztowy przez Kraków do Warszawy. Ciągle jednak był to czas poczty konnej, na podobieństwo tej, z czasów Zygmunta Augusta.

Czas dyliżansów przyszedł nieco później. Kiedy w 1772 roku Austria dokonała aneksji Galicji, powstała konieczność utworzenia dużego połączenia Wiednia ze stolicą tego nowozajętego regionu - Lwowem. Komisarz pocztowy Zachariasz Cosa w 1772 r. zaprojektował, a kalkulator buchalterii gubernii Jan v. Kleinsorgen w 1773 roku ostatecznie uruchomił linię do Lwowa. Poczthalteria w Bielsku ekspediowała wysyłki dwa razy w tygodniu do Lwowa i dwa razy do Wiednia. W początkowym okresie były to kursy wyłącznie pocztowe i odbywały się na starych zasadach (poczmistrz konny).

Dnia 7 stycznia 1775 roku Maria Teresa zarządziła utworzenie na linii Wiedeń - Lwów obsługi dyliżansowej.


Jak już wyżej pisałem, pierwszy kurs dyliżansowy do Lwowa przez Bielsko miał miejsce w maju 1775 roku. Od tego znamiennego dnia, wbrew przewidywaniom uczestniczących weń pierwszych podróżnych, trasa przez Bielsko stała się niezwykle popularna.

Budynek przy Rynku pełnił funkcję stacji pocztowej prawie półtora wieku. Stanowił nie tylko rozdzielnię listów i paczek ale także rodzaj dworca, hotelu i jadłodajni. Spora brama zamyka wjazd do sieni wiodącej na tyły budynku, gdzie ulokowane były stajnie. W czasie funkcjonowania stacji pocztowej, w najlepszym jej okresie, przetrzymywano tam do dwudziestu czterech koni! Dziś po stajniach, rzecz jasna, nie ma nawet śladu, w ich miejscu stoi kamienica Wzgórze 5.

Lata siedemdziesiąte osiemnastego wieku przyniosły wielkie zmiany. Kompleksowy, systematycznie realizowany program budowy wygodnych, szerokich dróg objął również Księstwo Cieszyńskie. Droga z Cieszyna do Bielska, będąca częścią wielkiego traktu Wiedeń - Lwów powstała właśnie wówczas. Budowana długimi, prostymi odcinkami, obsadzanymi rzędami wysokich drzew inwestycja, ułatwiła znacznie komunikację. Nic dziwnego, zaanektowana do monarchii Galicja, wymagała przecież jasnych i szerokich arterii podboju...

Dzięki nowoczesnym ciągom komunikacyjnym znacznie wzrosła jakość obsługi tras pocztowych. Poprawiła się szybkość i komfort jazdy, spadły koszty przewozu (zużycie sprzętu, dzięki lepszej nawierzchni, stało się mniejsze).

Nagle okazało się, że dalekobieżna poczta może nie tylko spełnić swoje zadanie, ale nawet zarobić na siebie.


Również w Bielsku postanowiono wykorzystać tę passę. W celu wyprostowania traktu (który dotąd biegł starą, jeszcze średniowieczną trasą, czyli z Rynku dzisiejszą ulicą Celną), wyburzono mury miejskie w ciągu dzisiejszej ul. Cieszyńskiej i wytyczono nowy trakt na Wiedeń - ulicę Cesarską. Odtąd, czyli od lat siedemdziesiątych XVIII wieku biegła ona wzdłuż południowej pierzei Rynku, z pominięciem starej górnej bramy.

Pierwsze pojazdy pocztowe były dość prymitywne. Podróż nimi rzeczywiście mogła sprawiać spore uciążliwości. Biorąc w dodatku pod uwagę długość trasy (dystans na linii Wiedeń - Lwów to ok. 800 km.), podróże w pierwszych latach istnienia linii przewozowej dla podróżnych musiały być swoistym sprawdzianem hartu i wytrzymałości.

W miarę upływu czasu wozy pocztowe stawały się coraz bardziej komfortowe, obszerne i wygodne. Pojawiły się nowe rozwiązania techniczne podnoszące komfort jazdy i nośność samych pojazdów, co skutkowało większymi zyskami. Pierwotnie odkryte lub tylko częściowo osłonięte pojazdy z czasem zaopatrzone zostały w wysokie ściany (najpierw z brezentu, potem z drewna), solidne dachy, porządne trójpunktowe resory, które zastąpiły wcześniej używane w tym charakterze zwierzęce kiszki lub jesionowe listwy. Na bielskich drogach zaroiło się od landauerów, postkuczów, breków i pocztowych ambulansów. Na trakcie cesarskim mijały się ze sobą szybkie kurierki i dalekobieżne dormezy, ciężkie towarowe furgony i pędzące w kierunku Warszawy sztajnkellerki.

W roku 1838 Bielska placówka awansowała do miana urzędu rozdzielczego. Rozdzielnice pocztowe były urzędami, które obsługiwały skrzyżowania szlaków pocztowych w miejscu ich przecięcia. W przypadku Bielitz przez miasto biegło kilka tras. W roku 1833 do Wiednia biegły dwie drogi, jedna przez Opawę, druga przez Frydek. Na Lwów natomiast wiodły aż trzy drogi, dwie Krakowskie (od 1837), przez Myślenice i przez Podgórze, a trzecia, z pominięciem Krakowa, bo przez Żywiec, Jordanów, Nowy Sącz, Jasło i Sambor. Każdą z tych tras trzeba było obsłużyć osobno. Dodatkowo stacja w Bielsku pośrednio musiała obsłużyć trasy poboczne, od 1847 roku do Bogumina (przez Białą), od 1850 roku do Schönbrunn, od 1874 do Kęt i Ružomberoka, przez Żywiec.

Landauer w służbie C.K. Monarchii. Takie zgrabne, opatrzone dwugłowym cesarskim (tzw. małym) orłem pojazdy kursowały z powodzeniem na linii Wiedeń - Lwów, wożąc z roku na rok coraz większe ilości podróżnych. Były to pojazdy bardzo wygodne, lekkie i szybkie. Ich lekkość czasem uchodziła za zaletę - podróż trwała stanowczo krócej, niż w przypadku ciężkich Postkutschefurgon, a czasem za wadę - bo na wyboistych drogach takie landauery potrafiły z podróżnych wytrząść ostatni dech. Dlatego właśnie te dość delikatne, ale niezwykle szykowne konstrukcje pojawiały się raczej na traktach głównych, które oferowały stanowczo bardziej przyzwoity stan nawierzchni.

Rok 1874 to w naszym mieście kolejna znacząca zmiana. 1 marca tego roku przeniesiono siedzibę stacji pocztowej (oznaczonej numerem 1 - bo od 1869 istniał też drugi urząd pocztowy w mieście, przy dworcu) do narożnego budynku przy Rynek 32, do dawnego zajazdu Pod Złotym Lwem. Nie zagrzał tam miejsca zbyt długo, już dwanaście lat później, w roku 1886, z powodu doskwierającej ciasnoty, rozpoczęto poszukiwania innej, bardziej odpowiedniej siedziby. Na kilkanaście lat pocztę przeniesiono do budynku w Rynku 24, ale i stamtąd, po równie niedługim czasie, wyniesiono się. W 1898 ostatecznie siedzibę poczty przeniesiono do nowo wybudowanego gmachu na Pastornaku.

Te perypetie jednak są już udziałem zupełnie innej poczty. Raczej placówki spedycyjnej dla listów i paczek, która korzystała z usług kolei.
Czasy starej, dobrej poczty dyliżansowej - wydaje się - już wtedy bezpowrotnie odchodziły w mrok niepamięci.

Dziś kamienica nr 22 stojąca we wschodniej pierzei Rynku, to jeden z wielu niemych, ale jakże wymownych świadków historii naszego miasta. To tutaj właśnie od 1773 roku mieściła się stacja pocztowa obsługująca linię pocztową Wiedeń - Lwów. Budynek nie wygląda najlepiej. Jego fasada, remontowana ostatnio jeszcze chyba w poprzedniej epoce, nie imponuje. Zredukowany ornament i nieco niedbała architektonicznie nadbudowa o drugie piętro sprawiają smutne wrażenie.

Ten sam przejazd, te same odboje, na których strzępiły się drewniane koła osiemnastowiecznych powozów... Stare, liczące dziesiątki lat drewno bramy, pamiętające może ostatnie dyliżanse kursujące na trasie Wiedeń - Lwów. Te same mury i (prawie) ten sam bruk.

Dziś dostępu do bramy broni wysoki kamienny próg, ale pierwotnie nie wystawał on ponad poziom bruku, zatem nie stanowił przeszkody. Innym problemem mogło być wąskie światło samej bramy tuż przy ziemi. Wydaje się, że odległość między odbojami jest zbyt mała, aby zmieścił się tu jakikolwiek powóz z prawdziwego zdarzenia, o ambulansach pocztowych nie mówiąc. Jednak w istocie wcale nie jest tak źle. Rozstaw kół standardowego lando tuż przy ziemi wynosił ok. 130 cm, a to oznacza, że powóz swobodnie mieścił się w bramie naszej stacji pocztowej. Większe pojazdy albo parkowały przed stacją, albo wprowadzano do wozowni od strony dzisiejszych ulic Wzgórze i Zaułek.

Przejazd bramny. Od czasów C.K. Poczthalterii wiele się tu zmieniło, a jednak nadal czuć w tym kilkusetletnim, sklepionym wnętrzu oddech wieków. Mimo, że posadzka jest już wyrównana wylewką, mimo, że część ścian i sufit na nowo otynkowano i odmalowano, z tych murów ciągle tchnie żywa historia. I chyba nie jest to tylko zasługą odsłoniętych na wysokość 1,3 m starych, osiemnastowiecznych ceglanych ścian... Dzisiaj przejazd bramny nie prowadzi już na tyły kamienicy. Został zamurowany, a w powstałej ściance wstawiono dwuskrzydłowe drzwi wiodące na zaplecze budynku. W dalszej części sień jest już podzielona na mniejsze pomieszczenia, a podłoga wyłożona współczeną płytką. Całe szczęście, że chociaż zabytkowy krzyżowy strop zachował się bez zmian na całej długości dawnego przejazdu.

Schody wiodące na piętro też były kiedyś nieco krótsze i bardziej strome. Czy po takich stopniach wspinali się pamiętnej majowej nocy 1775 roku podróżni prowadzeni przez pana Dietziusa? Zapewne. Być może ściany były trochę lepiej utrzymane, ale podejrzewam, że ogólny klimat miejsca dzisiaj niewiele różni się od tego, co było tu dwieście pięćdziesiąt lat temu. Również wtedy wnętrza te, jako że spełniały pewną społeczną funkcję, nie były szczególnie przytulne. Może raczej w specyficzny, nieco chłodny sposób reprezentacyjne. Ale przecież takie miejsca jak to nie miały oferować wygód na miarę wiedeńskiego "König von Ungarn". Miały być czystym, ciepłym i bezpiecznym etapem w podróży. Takim, który choć na kilka godzin złagodzi niedogodności długiej trasy.

Dziś, kiedy mamy do dyspozycji tak wiele przeróżnych środków transportu, gdy największym problemem jest wybór pomiędzy drogą powietrzną, lądową i morską, te pierwsze, dziewicze lata, kiedy transport mienia i ludzi kształtował się dopiero i krzepł, są dla nas odległe i mało zrozumiałe. Przecieranie szlaków przez pionierów transportu pocztowego nie było pewnie eksploracją na miarę normańskich wojowników, Kolumba czy pierwszego lotu wahadłowca, być może brodaty pocztylion nadając tak wielkie znaczenie pierwszemu dyliżansowi, który przemknął przez Bielsko jak meteor, nie miał racji, ale na pewno otworzyło to jakiś nowy rozdział w dziejach transportu i w dziejach miasta. Zbliżyło ludzi, zmniejszyło świat, zmieniło odwieczną perspektywę. I sprawiło, że odległy dotąd horyzont był teraz dużo bliżej.

___________________________________
Specjalne i gorące podziękowania dla Pana Janusza Manterysa za udostępnienie materiałów. I za inspirację.

2016-03-20 | Dodaj komentarz
em
2016-03-21 11:42:13
Pamiętam, że przez wiele lat była w tym miejscu piekarnia, do której się szło właśnie przez owy przejazd.
m2
2016-03-23 20:42:07
Tak, pamiętam. Stało się długo w kolejce... a smak tych rogali maślanych, gorących, chrupiących do dziś mam w pamięci...

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2016
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
Informacje o Nahowskich - rzeczywiście bardzo szczegółowe - dostępne są z wielu źródeł. Pamiętajmy, że...
[Dawid Gerlach]
Mam jedno pytanie jeszcze.. Skad macie tyle informacji szczegolow na temat nahowskich, ja wiedzialem tylko...
[Maciej P.]
@DawidGerlach. I to jest, niestety, ten słynny chichot losu, albo - jak kto woli -...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 90830
Newsów: 71
Komentarzy: 217
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała