liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Echa tamtego świata

  

Kiedy pod koniec XVIII wieku, w wyniku wojen napoleońskich, zarządzono blokadę kontynentalną, kiedy do Europy przestały napływać świeże owoce, egzotyczne przyprawy, fantastyczne wina, stary kontynent został zmuszony do tego, by radzić sobie samemu. Na całe szczęście ówczesny świat pełen był ludzi przedsiębiorczych, którzy doskonale przystosowali się do nowych, nietypowych warunków.


Jak grzyby po deszczu wyrastały przedsiębiorstwa, które miały za zadanie radzić sobie z deficytem dostępnych dotąd, a teraz zablokowanych produktów pierwszej i drugiej potrzeby. We wszystkich miejscach kraju wyrastały sklepy, faktorie i dostarczające podstawowych produktów manufaktury - słowem - wszędzie plenił się niczym niezmącony kapitalizm.

Również w Białej znać było oddech wieków.

Nad Białą i Niwką natychmiast zaczęły powstawać nowe zakłady przemysłowe rozpoczynające skuteczny marsz ku przyjemności i wygodzie mieszkańców i krociowym zyskom właścicieli.


Tak się ciekawie złożyło, że jedną z najprężniej tu działających gałęzi przemysłu był przemysł spirytusowy. Na niezwykle małej przestrzeni, właściwie zupełnie po sąsiedzku i w ciągu krótkiego czasu, tuż przy głównej szosie - Cesarce, wyrosły trzy konkurencyjne fabryki spirytusu i likierów.
Pierwsza, której zabudowania istnieją do dziś (choć odkąd mury opuścił POLMOS są w marnym stanie) należała do Jakuba Grossa. Druga, umiejscowiona przy dzisiejszej ul. Krakowskiej, mniej więcej w miejscu skrzyżowania z ul. Lwowską, po której nie zostały chyba nawet marne resztki zabudowań - to gorzelnia Moritza Reicha. Trzecia, również należąca do obrotnej rodziny żydowskiej Fränklów, usytuowana była naprzeciw gorzelni Reicha, pomiędzy dzisiejszą ulicą Krakowską, Lwowską i Kazimierza Wielkiego, a część jej zabudowy na całe szczęście ocalała.

Piękny, pochodzący z przełomu wieków briefkopf z widokiem fabryki spirytusu i likierów Adolfa Fränkla.

Ta ostatnia fabryka zaciekawiła mnie najbardziej. Chociaż w porównaniu z fabryką Grossa przedstawiała się może niezbyt imponująco, to właśnie ona posiadała pewien specyficzny, oryginalny aspekt, który bardzo mnie zainspirował. Ale o tym za chwilę.

Gorzelnia Fränkla powstała w 1816 roku. Adolf Fränkel przejął zabudowania działającej tu uprzednio fabryki sukna Adlera i przystosował je do swoich potrzeb.


Kiedy przyjrzymy się gorzelni, w oczy rzucają się przede wszystkim niewielkie rozmiary samych budynków. Owszem, w południowej części założenia istnieje dość spora, wybudowana w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku wieża, dostawiona do budynku kotłowni, jednak jej masywność dostrzega się dopiero od tyłu, z płyty położonej dużo niżej stacji paliw. Od strony dziedzińca fabryki wieża nie robi już takiego wrażenia.


To nie przypadek, że zabudowania były tak niewielkie. W drugiej połowie XIX wieku technologia produkcji została zmodyfikowana na tyle, że budynki - niegdyś z konieczności spore - teraz mogły przyjąć bardziej dyskretne formy. Jeden z krakowskich mistrzów gorzelnictwa, Ludwik Zieleniewski w 1891 roku pisał: "Przy dzisiejszych udoskonalonych pompach, piętra dla nadania spadku płynom zacierowym nie mają już żadnej racji. Gorzelnia piętrowa musi być kosztowniejszą a przy tym nigdy ze względu na schody i brak przeglądu nie może być dogodną, i to też nie przemawia za budynkiem piętrowym, że powały i belkowania pięter skutkiem nieuniknionej wilgoci prędko niszczeją, utrzymanie budynków jest przeto o wiele kosztowniejsze."

Najwyraźniej więc likiernia Fränkla wcale nie była zakładem o niskich wskaźnikach produkcji. Przeciwnie - mogła śmiało konkurować z Grossem i z Reichem. A także z pozostałymi producentami spirytualiów w regionie. Główne budynki gorzelni - choć nieduże - mieściły przecież wszystko, co potrzebne było do produkcji wódek i likierów: spore pomieszczenie kadkarni czyli sali z kadziami fermentacyjnymi, słodownię, drożdżarnię, salę aparatową, zbiornik ziemniaków i salę pomp parowych przy kotłowni.

Kotłownia i budynek zbiornikowy. Cały ten kompleks można znaleźć na prezentowanej wyżej rycinie z papieru firmowego. Powstał w 1890 roku i zachował się niemal w całości, choć budowli od północy nie wieńczy już wysoki komin, a na niej samej, w jej prawym skrzydle przeprowadzono ostatnio jakąś katastrofalną operację przekucia dwóch paskudnych bram, które zupełnie zatarły charakter tego zabytku.

Zabudowania fabryki likierów to jedno. Jednak zakład Fränkla miał jeszcze jedną, niezwykłą, wyróżniającą go spośród innych cechę, która - jak wspomniałem wcześniej - zainspirowała mnie do napisania tej notki: na południe od gorzelni rozciągało się przepiękne, dwupoziomowe założenie parkowo-ogrodowe. Zajmowało ponad 85 arów i podzielone było na dwie części, z których jedna, północna, przylegająca bezpośrednio do zabudowań maszynowni i kotłowni, była dość regularnym założeniem z siecią prostopadłych ścieżek pomiędzy czworobocznymi, być może kompartymentowymi klombami lub trawnikami. Druga, większa i mniej regularna część ogrodu, położona na południe od zabudowań fabryki, przylegająca na południu do łożyska Niwki, liczyła ponad 60 arów. W połowie XIX wieku skomponowana była w stylu romantycznym, z masą nieregularnie tyczonych alejek, z wysokim zadrzewieniem parkowym i zacisznymi zakątkami pełnymi kwiatów i krzewów.

Z końcem XIX wieku założenie zmieniło nieco swój charakter i przekomponowano je na wzór ogrodów wielkomiejskich z wszystkimi ich atrybutami: szerokimi żwirowymi alejkami, zespołami połączonych ze sobą, kipiących kwiatami klombów, wreszcie wodą stojącą i tryskającą efektownie z fontann. Ogrody Fränkla doskonale widać na poniższej mapie katastralnej Lipnika z 1845 roku.

Kiedy patrzę na to pełne rozmachu założenie, na ten niemały przecież (dwa razy większy od obecnego parku przy ratuszu!) ogród, zachodzę w głowę, co kierowało Adolfem Fränklem, co popchnęło go do łożenia sporych sum na zagospodarowanie tak dużego szmata ziemi? Co powodowało, że obok przynoszącej zyski działalności, skupił się na absolutnie niedochodowej inwestycji, której jedyną zaletą było to, że jest piękna? Zachodzę w głowę i nieodparcie nasuwa mi się tylko jedna odpowiedź: Adolf Fränkel, Alfred Fränkel, a potem ich potomkowie i spadkobiercy byli ludźmi ulepionymi z zupełnie innej gliny. Byli ludźmi nie tylko swojej epoki, ale i pewnej idei. To byli ludzie pełni. Przedsiębiorczy i zapobiegliwi, ale jednocześnie wewnętrznie ukształtowani, wrażliwi i spragnieni piękna. Rozumiejący, że obok codziennej nieustannej szarpaniny z kontrahentami, wierzycielami, kasami pożyczkowymi i niesłownymi dostawcami surowca, jest jeszcze inny świat, świat spokoju, harmonii i ładu. I emanacją takiego właśnie świata był ten fenomenalny ogród.

Brakuje dziś takich dzieł. Brakuje takich ludzi.

Jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym droga krakowska gładko i bez przeszkód prowadziła prosto do centrum miasta. Stara Wiener Postroute, pamiętająca jeszcze cesarza Józefa II, była naturalnym przedłużeniem ulicy Głównej. Po lewej stronie ulicy wznosi się dumnie Fränklówka. Na przełomie XIX i XX wieku był to jeden z najbardziej reprezentacyjnych domów w tej części miasta. Witał wszystkich wjeżdżających do Białej od strony Krakowa. W jego sąsiedztwie ulokowały się podobne, choć niższe i mniej zdobne kamienice. Stojący przed domem przedsiębiorcy niski budynek kryty dwuspadowym dachem także należał do fabryki. Dzisiaj zarówno jego, jak i wszystkich innych sąsiadujących z Fränklówką domów już nie ma.

A co pozostało? Właściwie niewiele.


Można się cieszyć, że w ogóle udało nam się zachować część ze sporego dziedzictwa Fränklów, że jest budynek kotłowni, że mamy pozostałości zabudowań wzdłuż ulicy Kazimierza Wielkiego, gdzie w latach powojennych mieścił się zakład przetwórstwa owocowego, że do dziś pozostały resztki maszynowni i magazynów wykorzystywane dziś na noclegownię dla bezdomnych. Można cieszyć się, że przy wytyczaniu ulicy Lwowskiej - chociaż zburzono wówczas dużą część zakładu od strony zachodniej i północnej - zachowano jednak kamienicę, w której mieszkała rodzina Fränklów. Dziś ten dom wygląda jak rudera i obawiam się, że nie czeka go nic dobrego. Po ogrodach także - rzecz jasna - nie został nawet ślad. Po wojnie prawie cały teren wybetonowano, odbywały się tam targi, giełdy samochodów, dzieci korzystały z karuzel stojących tuż przy ulicy Kazimierza Wielkiego. Dziś funkcjonuje tam McDonald's i stacja paliw. Słowem: upadek.

Dom Fränklów jeszcze stoi. Kto wie jak długo. Wskutek wielkiej przebudowy duża cześć sąsiedniej zabudowy padła pod kilofami w imię drożności i przepustowości bielsko-bialskich ulic. Nie pozostał po niej nawet ślad. Obawiam się, że podobny los spotka już niedługo i kamienicę, i ocalałe jeszcze budynki gorzelni, bo pierwsze oznaki głębokiej destrukcji już widać.


A szkoda.

I tylko w głębi serca żal tamtych czasów, tego zapomnianego, poukładanego świata, który był nie tylko funkcjonalny, ale i piękny. Po ludzku żal.

2015-05-23 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Zamkowy aneks

  

Ciekawa uwaga w komentarzu AndrzejaN, odwołująca się do poprzedniego wpisu, rozszerzyła nieco sferę omawianych w tym wpisie spraw, a mnie dała do zrozumienia, że nie wszystko co istotne zdołałem w nim zawrzeć. Aby nie zmuszać czytelników stronki do błądzenia po notkach, pozwolę sobie zacytować ten komentarz, bo chciałbym się do niego odnieść nieco obszerniej.


AndrzejN pisze: "Wyburzony w 1973 r. dom narożny Wzgórza i Zamkowej, ten osłaniający Zamek, miał ciekawą cechę. Otóż gdy weszło się od Zamkowej (wejście było między apteką a księgarnią) i wspięło schodami na pierwsze piętro, to stamtąd można było wyjść na podwórze leżące przy murze zamkowym. Dziedziniec ten wybrukowany był obłymi kamieniami. Wychodziło się zeń przesmykiem na łuk Wzgórza, mniej więcej naprzeciw Orkana. Ciekawe, czy poziom tego podwórza wyznaczał stan pierwotny, czy też został ukształtowany w czasie prac, które opisałeś."

Na pytanie postawione w komentarzu dość trudno odpowiedzieć zdecydowanie i bez cienia wątpliwości. Teren, o którym mowa był poddawany wielokrotnym przebudowom, które mogły zatrzeć dawny charakter tego miejsca. Choć czy rzeczywiście?

Przede wszystkim jednak zacząć trzeba od tragicznego w skutkach pożaru z 1836 roku. Jest cezurą w dziejach Bielska i stanowi coś w rodzaju daty granicznej. To on pociągnął za sobą decyzje, które, można sądzić, nabrzmiewały już od dawna, a niszczący miasto kataklizm tylko je przyspieszył. Pierwszą z nich była właśnie przebudowa ulicy Wzgórze i całe związane z tym przedsięwzięciem budowlane zamieszanie. To był rok 1844. Wówczas przeprofilowano ulicę wylotową z miasta przy zamku, ale pozostawiono dość spory fragment u jego stóp.

Pamiętać trzeba, że roboty te w żaden sposób nie dotknęły browaru, gorzelni i domu Alberta Blocka, stojących od niepamiętnych czasów tuż obok północnej kurtyny murów warowni. Wprawdzie budynki podzamcza spłonęły w 1836 roku wraz z całym miastem, ale odbudowano je częściowo już w 1840. I jeśli się nie mylę odbudowano w dawnym, przedkataklizmowym kształcie. Te budynki, jak widać na planie katastralnym z 1836 roku (obszar zakreślony), posadowione były bardzo blisko zewnętrznego, nowożytnego muru miejskiego, a może nawet wykorzystywały go jako fundamenty (dowodu na to dostarczyło niespodziewane odkrycie w 2010 r. w ciągu ul. Wzgórze solidnego muru interpretowanego jako mur przeciwartyleryjski z XVI wieku). Na powyższym planie widać doskonale wolną przestrzeń między zamkiem i zabudowaniami, która to przestrzeń stanowiła od co najmniej XVIII wieku zewnętrzny dziedziniec zamkowy. Był to dziedziniec wysoki, to znaczy posadowiony był na poziomie przyziemia zamku, a więc na wysokości kilku metrów ponad poziomem ulicy Zamkowej. Tworzył on coś w rodzaju pierwowzoru dziedzińca, o którym pisze w komentarzu AndrzejN. Po pożarze i odbudowie podzamcza dziedziniec istniał nadal poszerzony o przestrzeń rozebranego południowego fragmentu gorzelni. Ponieważ zarówno w czasie przebijania ul. Wzgórze, jak i przez kilka najbliższych dekad zabudowania te zostały oszczędzone, należy sądzić, że dziedziniec północny także pozostał w 1844 roku nietknięty.

W latach 1855-1864 podjęte zostały prace mające na celu gruntowną przebudowę zamku, ale mimo tego radykalnego liftingu zamkowej elewacji, można sądzić, że północny stok wzgórza zamkowego pozostał raczej nietknięty, o czym świadczy fakt, że stojące ciągle u podnóża zamku, widoczne na poniższej starej ilustracji budynki browarniano-gorzelniane oszczędzono.

Oczywiście pewności nie ma. Ale to przecież w czasie tej właśnie przebudowy w północnym skrzydle zamku wybito znaną nam do dziś obszerną sień bramną, która łączyła wewnętrzny dziedziniec zamku z dziedzińczykiem na tyłach browaru. Ta sień ma dość istotne w dalszych rozważaniach znaczenie. Jej pojawienie się sugeruje oto, że mimo istnienia browaru, który zasłaniał zamek od północy, pomiędzy warownią i warzelnią ciągle istniał północny dziedziniec, wykorzystywany do komunikacji z miastem.

Na tej zamierzchłej rycinie z II połowy XIX wieku, przedstawiającej fragment starych zabudowań podzamcza, widać wyraźnie, że budynek browaru stoi, podobnie jak późniejsza zabudowa, przytulony do skarpy zamkowego wzgórza, a wręcz weń wnika, co powoduje, że w budynku tym na zapleczu rolę parteru pełni pierwsze piętro. Jednocześnie warto zauważyć, że zarówno stopień pochylenia zakosu drogi wiodącej wzdłuż północnej kurtyny zamku, jak i sama wysokość skarpy tuż przy warowni, nie różnią się od dzisiejszych.


Sprawa komplikuje się dopiero dekadę później. To wtedy bowiem, w roku 1877 zarówno browar, jak i gorzelnia oraz dom Blocka - w związku z budową tunelu kolejowego i wymuszoną przezeń kwestią bezpieczeństwa - przestają istnieć.


Co ciekawe, wszystko wskazuje na to, że wskutek tych wyburzeń, przez kilka lat północne stoki miejskiego wzgórza wyglądały bardzo podobnie jak dzisiaj. Świeciły pustką, być może wiosną pokryła je gęsta trawa, być może - w końcu cała awantura z zamkiem miała na celu uczynienie z tego obszaru miejsca reprezentacyjnego - jakoś je uporządkowano. W każdym razie nie jest nam trudno wyobrazić sobie tamten czas i miejsce, bo zagospodarowane musiało być dość zbliżone do dzisiejszego (pomijając może drzewa, których wówczas nie było). Stan ten trwał jednak niezbyt długo. Z polecenia księcia Sułkowskiego w miejscu, w którym jeszcze nie tak dawno temu stały zabudowania skupiające przemysł o charakterze piwno-wódecznym, w 1881 roku powstał reprezentacyjny, swoim obrysem z grubsza pokrywający się z linią dawnych fundamentów, budynek mieszkalny. A właściwie handlowo-mieszkalny.

Czy powstał całkiem na podwalinach poprzedników - nie wiadomo. Można jednak przypuszczać, że w partii przyzamkowej linia murów kamienicy pokrywała się z linią murów dawnej gorzelni, a może i z linią XVI-wiecznych murów miejskich.

To co jest tu najciekawsze, to fakt, że nowowybudowana kamienica powstała jako urbanistyczna kontynuacja dotychczasowych zabudowań. Dom Sułkowskich stanął bowiem dokładnie w miejscu, w którym uprzednio od dawna istniały gorzelnia, browar i dom Blocka. Konserwatyzm, albo rozsądny zamysł, kazały budowniczym zastąpić stare nowym, w tym samym nieomal miejscu. Czy chodziło o zwykły sentyment, czy może o wykorzystanie należącej ciągle do zamku działki, a może raczej o wzmocnienie nadwątlonej skarpy, która po zburzeniu browaru straciła stabilność? Nie wiem. Sądzę, że wszystko razem.


To zdjęcie, wykonane w pierwszej dekadzie XX wieku, najlepiej chyba pokazuje ukształtowanie terenu podzamcza w czasie, gdy Dom Sułkowskich prosperował w najlepsze. Proszę zauważyć, że stromizna podjazdu wiodącego ku północnej sieni nie zmieniła się do dziś prawie wcale. Omurowana skarpa stanowiąca oparcie dla zamkowej wieży (z prawej strony fotografii) także wydaje się mieć taką samą jak dziś wysokość. Oznacza to tylko jedno - żadne roboty niwelacyjne na przestrzeni wieków nie zmieniły wyglądu tej części miasta na tyle, by mówić o jakiejś radykalnej przemianie. Widać tu poza tym coś na kształt bramy i furty wiodącej na tyły domu Podzamcza, a jednocześnie na dziedziniec północny zamku, bo taką rolę ta przestrzeń ciągle pełniła. Warto też przyjrzeć się kamienicy Sułkowskich, bo tutaj znów, analogicznie jak w przypadku dawnego browaru, mamy do czynienia z sytuacją, kiedy przyklejona do wzgórza kamienica nie posiada parteru na zapleczu, a jego rolę pełni pierwsze piętro, wybiegające wprost na północny dziedzińczyk zamkowy.


Ukształtowanie tej części wzgórza nie zostało w żaden sposób zmienione podczas przebudowy w 1844; zapewne nie naruszono go (jeśli już, to w małym stopniu) w roku 1860, podczas przebudowy zamku; najpewniej także nie ingerowano w strukturę skarpy zamkowej w 1877, w trakcie budowy tunelu, ani w 1881, kiedy murowano dla księcia kamienicę. Dlaczego?

Powód był arcyprosty. Wzgórze zamkowe od północy zawsze było niestabilne. W XIV wieku z powodu niebezpieczeństwa osuwania skarpy rozebrano basztę narożną, w XVI wieku zaś miała miejsce podobna interwencja również w narożniku północno-wschodnim. Istnienie przez całe wieki u stóp zamku browaru i gorzelni, a potem kamienicy Sułkowskich nie było przypadkowe. Zabudowania po prostu stabilizowały zbocze i stanowiły gwarancję bezpieczeństwa. Jakiekolwiek ingerencje w strukturę wzgórza były zbyt ryzykowne. I ówcześni o tym doskonale wiedzieli. Dlatego nie ingerowali.


I pewnie dlatego przez całe wieki północny dziedziniec zamku pozostał w istocie nienaruszony. Do dziś. I do dziś poziom północnego dziedzińca tak naprawdę nie zmienił się nawet na cal.


fot. Marek Kocjan

Przepraszam za przydługi i pewnie przynudny wywód, ale pytanie Andrzeja było na tyle ciekawe, że nie mogłem przejść nad nim do porządku. Tym bardziej, że dotyczyło jednego z moich ulubionych zakątków miasta.

2015-05-16 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Góra harców

  

czyli

Przestrzeń obłaskawiona III

Do znudzenia będę powtarzał, że Bielsko to miasto o szczególnych walorach geograficznych. Wiedzieli o tym mądrzy ludzie, którzy - przybywszy w te strony całe wieki temu w celu osiedlenia - ten właśnie rejon obrali na swoją siedzibę. Okolica obfitowała w trudno dostępne miejsca, z których stromy, wyniosły cypel, na którym później stanął zamek książęcy był jednym pośród wielu.


Kiedy patrzy się na panoramę miasta na przykład ze wzgórza Trzech Lipek, albo ze szlaku wiodącego na jeden z okolicznych szczytów górskich, łatwo zauważyć, że miasto nasze rozłożyło się w ciągu wieków na kilku sąsiadujących ze sobą wzgórzach. Wprawdzie Rzym to nie jest, ale analogia nie taka znów chybiona.


Jednym z tych wzgórz - wyjątkowo ciekawym i nieco tajemniczym - jest Kozielec, sąsiadujący ze Stadtbergiem od południa. Jego dość znaczną wyniosłość od średniowiecznej części miasta oddzielała stromo opadająca ku wschodowi dolina (dziś ulica Sikorskiego). Południowe, bardzo strome stoki obmywał potok Sikornik, a wschodnią granicę wzgórza stanowił potok Młynówka. Tylko zachodnie zbocza opadały łagodnie ku polom i sadom rozłożonym w rejonie dzisiejszych ulic Św. Anny I NMP Królowej Polski.

Samo wzgórze - i jest to dla mnie pierwsza tajemnica tego miejsca - w pełni zabudowane zostało dopiero w XX wieku. Stało się tak mimo tego, że miasto rozrastało się na południe już od czasów średniowiecznych. W przedziwny sposób jednak przez całe stulecia rozwój i zabudowa omijały te obszary, jakby zapominając o nich lub lekceważąc. Czy to z powodu zbytniej stromizny, czy z innych względów, tereny te jeszcze w pierwszej ćwierci XX wieku pozostawały w połowie rolniczą enklawą. Jest to o tyle zadziwiające, że przecież z urbanistycznego punktu widzenia ten obszar umiejscowiony był niezwykle atrakcyjnie: blisko miasta, blisko blichu, miejskiego pastwiska, a nawet browaru i kościoła.

Jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku obszar zajęty dziś przez Zespół Szkół Techniczno-Handlowych przy ul. Lompy był ornym polem. Pozostałą zaś część wzgórza, opadającą w kierunku zachodnim, porastały zwarte zarośla, przydomowe sady i ogrody. Co sprawiło, że aż do początku XX stulecia na teren ten nie weszła (z małymi wyjątkami) planowa zabudowa miejska?

Wyjaśnienie tej zagadki może być dość proste. Otóż od najdawniejszych czasów wielką część Purzelbergu zajmowały grunty należące do... Kościoła. Na północnych stokach Kozielca, przylegających do głębokiej dolinki (którą biegła stroma uliczka, dzisiejsza ul. Sikorskiego), "od zawsze" istniały parafialne ogrody, w 1818 roku pięknie zagospodarowane przez proboszcza Dostala. Był to więc teren niejako urzędowo wyjęty spod wszelkiej działalności urbanistycznej. Oczywiście nie bezwarunkowo.

Od roku 1839 co najmniej, w centralnej części wzgórza istniała przecież fabryka sukna Karla Traugotta Förstera (jej pierwsze zabudowania pojawiają się na planie katastralnym z 1836 r.). Zwarty kompleks budynków, których część istnieje nadal, stanowił w tym miejscu przez długie lata poważną dominantę architektoniczną. Do dziś jest to wybitny, choć przez historię mocno poszatkowany fragment miasta. Część budynków fabryki zaadaptowano na miejskie targowisko, w północnym biurowcu przez długie lata funkcjonowała hala targowa, a na wewnętrznym dziedzińcu dawnej fabryki pchli targ. Główne budynki fabryczne stojące tuż przy ulicy Lompy (niegdyś Purzelberggasse) choć przebudowane, nadal funkcjonują - teraz jako Bielski Ośrodek Gimnastyki Korekcyjno-Kompensacyjnej im. Romana Liszki i szkoła.


W 1897 roku na północnym stoku wzgórza, staraniem sióstr De Notre Dame i Katolickiego Związku Kobiet wybudowano sierociniec. Okazała, wybudowana przez firmę Andrzeja Walczoka budowla, przetrwała szczęśliwie do dzisiaj. Kilka lat później, w 1908, tuż obok pobudowano gmach żeńskiej szkoły katolickiej.

Budynki sierocińca (z prawej) i szkoły dla dziewcząt na zawsze zmieniły charakter tego fragmentu bielskiej rzeczywistości. Puste i zadrzewione od niepamiętnych czasów stoki Kozielca zaczęły rozbrzmiewać dziecięcym szczebiotem i gwarem dobiegającym ze szkolnych okien.

I to właśnie sierociniec sióstr De Notre Dame stał się dla mnie w pewnym sensie inspiracją w poszukiwaniach zupełnie innego rodzaju. Zadałem sobie pytanie, które z pozoru wydaje się być pytaniem nieco dziwnym. Dlaczego Kozielec nazywa się właśnie tak a nie inaczej? Skąd wzięła się ta nazwa i dlaczego przetrwała aż do dziś?

No właśnie. Pisząc o Kozielcu, powinienem właściwie zacząć od tej dość szczególnej toponimicznej zagwozdki. To tutaj kryje się druga tajemnica tego miejsca. Otóż "kozielec" to pochodzące ze słowiańskiego słownika określenie, które w sposób prosty i oczywisty sugeruje, że źródło nazwy należy łączyć z zamieszkującymi ten teren w zamierzchłych czasach sympatycznymi domowymi rogatymi zwierzakami lub dzikimi sarnimi kozłami. Mogło tak być, zważywszy na półrolny, półleśny charakter tego miejsca. Tak czy inaczej mamy tu, podobnie jak w przypadku Sarniego Stoku, sprawę bezdyskusyjną. Ale tylko pozornie. Niemieckojęzyczny odpowiednik nazwy Kozielec brzmi Purzelberg. Ale o ile wiem, Purzel to wprawdzie koziołek, ale nie zoologiczny, tylko gimnastyczny! Popularny, choć nie do końca poprawny językowo dziecięcy "fikołek".

Góra fikołków! To zdumiewające. Oczywiście, biorąc pod uwagę, że od 1897 roku na Kozielcu istniał sierociniec, a później, w willi Wolfa funkcjonowało przedszkole, nazwa "Purzelberg", a więc "Koziołkowe Wzgórze" miałoby sens. Nie widzę przeciwwskazań do nadania pustemu dotąd wzgórzu nazwy odpowiedniej dla dziecięcego charakteru placówek na nim funkcjonujących. I o ile się nie mylę, stąd właśnie pochodzenie tej nazwy wywodzą niektórzy miłośnicy naszego miasta. Jest tylko jedno "ale".
Nazwa "Purzelberg" pojawia się zarówno na planie z 1836 roku, jak i na datowanym na 1801 r. drzeworycie Johanny'ego! W tym drugim przypadku mamy więc sytuację, gdzie do sierocińca nawiązuje się 96 lat przed jego powstaniem na Kozielcu. Jakim cudem, pytam się?!

Może zatem nazwa Purzelberg oznaczała w istocie coś nieco innego, może z dziecięcymi zabawami miała niewiele wspólnego, a słowo Kozielec jest tylko niefortunnym spolszczeniem już z czasów II RP?


Być może. Niemieckie słowo "purzeln" ma jeszcze co najmniej dwa, pokrewne znaczenia. Oznacza "spadać", a w niektórych gramatycznie uzasadnionych sytuacjach "staczać się". Czy można dopasować te dwa słowa do miejsca, o którym dziś mówimy? Cóż. Może po prostu strome stoki od zawsze służyły dzieciom do zabaw, szczególnie zimowych, a może nazwa wzięła się z obserwacji spadających i toczących się w dół owoców z księżego sadu?

Kto wie, być może... Nie wiem, czy jesteśmy w stanie to rozstrzygnąć, choć - tego wykluczyć nie można - gdzieś w przepastnych archiwach miejskich, lub w równie przepastnych głowach znawców dużo mądrzejszych ode mnie, takie wyjaśnienie już dawno może znalazło swoje potwierdzenie, a ja tylko wyważam te otwarte na oścież drzwi.

Przełom wieków był dla okolic Kozielca dość istotny z punktu widzenia zabudowy. Wtedy to bowiem otoczenie Kozielca zaczęło się zmieniać i to diametralnie.
Ta fotografia z lat trzydziestych pokazuje, jak bardzo przekształcono północno-wschodnie podnóże Kozielca. Pierwotnie w miejscu tym stało kilka niskich, chałup (podobnych nieco do tego niskiego domku ze stromym dachem widocznego w perspektywie ulicy), które w okresie międzywojennym ustąpiły miejsca bardziej okazałym kamienicom. Takim jak te na zdjęciu. Najniższy z budynków stojących u stóp Purzelbergu to budynek restauracji "Wyzwolenie" Loschnera, na lewo od niego modernistyczna kamienica, w której mieściła się drogeria "Pod Gwiazdą". Ostatnia, starsza, mniejsza, ale równie reprezentacyjna kamienica należała do Artura Schreibersdorfera, właściciela składu lakierów i farb.


Dziś po tych budowlach nie ma nawet śladu. Wyburzono je w latach siedemdziesiątych, za rządów Antoniego Kobieli, w trakcie prac mających na celu poszerzenie ulicy Partyzantów. Prac, które w nieoficjalnej nomenklaturze miłośników miasta zyskały miano Wielkiej Destrukcji. Nie bez powodu. Kamienice, wcale nie stare, ani zrujnowane, padły pod młotami i kilofami "naprawiaczy" spod obłudnego hasła "Szanując stare - tworzymy nowe". Zniknęły jak sen. Za to w ścisłym centrum miasta na nowo pojawiło się dziewiczozielone strome, porośnięte zwartą gęstwiną zbocze. Purzelberg ponownie zwrócił się ku miastu. Otrząsnął się z cywilizacyjnych narośli i - zrzuciwszy je z grzbietu - znów, jak przed wiekami, wystawił się ku słońcu, grzejąc w jego promieniach jak odpoczywający dzik. Albo kozioł...

Zbocze wzgórza wyłysiało, stało się dzikie, w rzeczywistości ścisłego centrum miasta trochę odrealnione. Znów, jak przed wiekami, pozostaje nietknięte. Choć tylko pozornie. Do dziś pod powierzchnią ziemi ciągną się w Kozielcu korytarze i pomieszczenia wykorzystywane niegdyś przez miejskie wodociągi. Do dziś od stromej skarpy odbija się zgiełk ulicy Partyzantów.

Zieleniące się zbitą gestwiną zbocza nie są też bezludne. Ciepłymi wieczorami zjawiają się na nich amatorzy tanich win i deliberują zawzięcie o ważnych sprawach, a wysączywszy do sucha co trzeba, tracąc władzę w nogach, bywa, staczają się w dół, kultywując tym samym bezwiednie tradycję miejsca. I nic dziwnego. Toż to przecież... Purzelberg.

2015-05-10 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (7)

Sztafeta pokoleń

  

albo

wykopki na Stadtbergu.

Ścieżki moich spacerów z aparatem i szkicownikiem biegną najczęściej po utartych, staromiejskich szlakach. Dawno już zauważyłem, że to, co znane i od dawna opatrzone, może - w sprzyjających okolicznościach - okazać się zupełnie nowym doświadczeniem, a przynajmniej takie wrażenie może sprawiać. Kilka dni temu w szary wczesny poranek odwiedziłem jeden z najstarszych zakątków Wzgórza Miejskiego. Miejsce, które przyciąga swoim klimatem i dość niecodzienną historią.


Ulica Schodowa to jeden z tych fragmentów miasta, który wabi "starożytnością", który mami - nie do końca szczerze - średniowiecznym charakterem. Oczywiście miejsce to ma bardzo średniowieczny rodowód, południowa krawędź wzgórza miejskiego zabudowana była, jak się sądzi, już w XV wieku. Chciałoby się wierzyć, szczególnie w taki poranek, że rzeczywiście mamy do czynienia z prastarą rzeczywistością.
Niestety, dobrze wiem, że jest inaczej. Mimo inspirującej wyobraźnię szaro-mokrej kwietniowej aury, trzeba obedrzeć ten fragment miasta z jego tajemniczości. Choć, kto wie, może nie do końca.

Średniowieczne Bielsko, co jest już dzisiaj bezsporne, otoczone było pasem umocnień. Głównym ich elementem był posadowiony na załomie miejskiej skarpy mur kamienny, który bronił dostępu do miasta. W części północnej i wschodniej jego relikty odnaleziono i potwierdzono jego istnienie bez wątpienia. W części zachodniej (najbardziej płaskiej, pozbawionej naturalnych przeszkód, a więc najbardziej narażonej na ewentualny atak) mur i brama miejska istniały także. Największą zagadkę stanowią do dziś południowe fragmenty Wzgórza Miejskiego i tak naprawdę do dziś nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć najbardziej zasadniczych tez.

Od dawna już wśród mieszkańców naszego miasta pokutuje pogląd, że znajdujący się po południowej stronie kościoła katedralnego św. Mikołaja mur oporowy oddzielający teren kościelny od położonej nieco niżej ulicy Schodowej, jest tożsamy z murem średniowiecznym. Oczywiście dziś wiadomo już niezbicie, że mur ten jest dużo późniejszy, ale jeszcze stosunkowo niedawno przypuszczano, że o ile nie zawiera on w sobie reliktów muru wcześniejszego, to być może przynajmniej posadowiony jest w miejscu tamtego najstarszego.

Dzisiejszy stan muru i ubytki będące tego stanu konsekwencją sugerują jednak, że mur ten nie ma ze średniowieczem wiele wspólnego.
Wyłaniające się spod elewacji okładzinowej kamienie i cegły są dość nowe i na pewno nie tworzą żadnego starodawnego wątku.

Pozostaje pytanie, czy ten późny mur przynajmniej stoi w miejscu, gdzie mógł stać jego XIV-wieczny poprzednik.

Badania istniejącego obecnie muru oporowego potwierdzają tezę, że mur ten nie ma średniowiecznej proweniencji. Raczej XIX-wieczną. Więcej: nie tylko nie zawiera reliktów XIV-wiecznego muru, ale w dodatku posadowiony jest w zupełnie innym miejscu. Mur ten, widoczny na powyższej fotografii znajduje się bowiem w miejscu, gdzie w średniowieczu umiejscowiona była... południowa fosa.

Żeby to unaocznić pokusiłem się o prosty szkic (proszę wybaczyć nieudolność rysunku) w oparciu o dokumentację przeprowadzonych latem 1996 roku badań wykopaliskowych, które sprawę średniowiecznego muru miejskiego, jaki miałby rzekomo przebiegać w tym miejscu, wyjaśniły dość wyczerpująco.

Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych w wykopie I/96 (stanowisko nr 32) w poprzek ulicy Schodowej, można stwierdzić, że dzisiejszy mur oporowy (1) posadowiony został na zasypisku utworzonym na wewnętrznym stoku fosy. Najgłębsza część fosy (mającej w tym miejscu szerokość ok. 11 m) i jej stok zewnętrzny przebiegają pod powierzchnią dzisiejszej ulicy Schodowej. Widoczne na schemacie zasypisko (2) stanowiące podwalinę pod mur oporowy wykonane zostało w XIX wieku i składało się z kamieni pochodzących z rozebranego muru obronnego spojonych zaprawą i brunatną gliną. Zaznaczony czerwonym kołem załom skarpy miejskiej, to miejsce, na którym według wszelkiego prawdopodobieństwa (i zgodnie z analogiami z północnych obszarów miasta) powinien znajdować się średniowieczny mur.

Dlaczego go nie znaleziono?


Powodów może być kilka. Rozważa się przede wszystkim hipotezę, która mówi o usunięciu stąd muru w trakcie dalszych prac w obrębie tej części wzgórza (XVI-XVIII w.) i splantowaniu częściowym terenu, na którym stał. Dziewiętnastowieczny mur oporowy, ten, który stoi do dziś, został przecież posadowiony na zasypisku utworzonym z materiału średniowiecznego właśnie. Można więc uznać, że ten pokruszony materiał to nic innego, jak pozostałość najstarszego muru, materiał, który wykorzystano po jego rozbiórce. To dość prawdopodobne szczególnie w świetle wyników badań przeprowadzonych w tym samym 1996 roku nieco bardziej na wschód, w pobliżu budynku plebanii, gdzie przecież jednak odnaleziono resztki muru średniowiecznego.


Relikt muru (budowanego w technice opus emplectum, polegającej na murowaniu wewnętrznej i zewnętrznej ściany muru przy użyciu kamienia ciosanego i wypełnianiu przestrzeni pomiędzy nimi kruszonym kamieniem spojonym zaprawą) miał szerokość 2,10 m w partii fundamentowej i około 1,80 w części nadziemnej. Mur ten, dzięki analogiom z ulicy Podcienie, datowany jest na pierwszą połowę wieku czternastego. Ze wskazaniem na pierwsze dekady tego wieku.
Tak więc teza o obecności muru na załomie wzgórza miejskiego jest dość oczywista, choć nie jest to teza jedyna.

Mocna jest też inna hipoteza, która - jak brzytwa Ockhama - ucina wszelkie spekulacje. Sugeruje, że muru tam... nigdy nie było. Wiem, trochę nam ta hipoteza nie pasuje do wizji bogatego miasta, które, jak miasteczko z bajki, czy z legendy otoczone jest pięknymi średniowiecznymi umocnieniami. Musimy jednak pamiętać, że takie wizje czasem z rzeczywistością miały niewiele wspólnego. W dodatku ukształtowanie terenu w tym miejscu sugeruje pośrednio, że obrońcy tezy "bezmurnej" mogą mieć rację. Stromy, południowy stok wzgórza miejskiego już z natury miał charakter obronny i inwestowanie w potężny mur nie było ani opłacalne, ani szczególnie konieczne.


Oczywiście z całą pewnością nie było wcale tak, że w tej części miasta w ogóle żadnych obwarowań nie było. Nie.
Gęsty drewniany częstokół mógł stanowić wystarczające zabezpieczenie od strony Kozielca i - jak uważają niektórzy - doskonale spełniał swoje zadanie. Dłuższy czas.
Potwierdzają to badania, jakie miały miejsce już w następnym sezonie badawczym. A szczególnie znalezione w wyniku tych prac drewniane umocnienia południowej skarpy miejskiej. Składają się z ukośnie wbitych w ziemię pali o średnicy 12 centymetrów i tarasów szalowanych drewnianymi dranicami. Możliwe jednak, że były to umocnienia nie tyle obronne, a bardziej miały charakter inżynierski.

Hipoteza o braku muru średniowiecznego w południowej części miasta - jakkolwiek solidna - blednie nieco w świetle odkryć archeologicznych w wykopie II/96 założonym tuż przy murze plebanii. Jak już wyżej napisałem, fragment muru południowego jednak wówczas znaleziono. Nie ma wprawdzie dowodów na to, że mur ten biegł przez całą długość korony wału południowego, ale rozmiary znalezionego reliktu pośrednio dowodzą, że jednak tak było. Konstrukcja była zbyt solidna aby sądzić, że mur w okolicach kościoła urywał się nagle, a funkcje obronne przejmowały konstrukcje drewniano-ziemne. Taką ewentualność zwyczajnie odrzucam, jako zbyt naiwną. Natomiast jak najbardziej słuszna wydaje mi się teza, że konstrukcje drewniane były formą przejściową lub prowizoryczną na czas budowy kamiennych obwarowań. Bardzo prawdopodobną jest też hipoteza, że obie formy umocnień mogły istnieć jednocześnie i wzajemnie się uzupełniały.

W świetle tych rozważań nasuwa się jednak jeszcze jedno, mniej może dla analizy problemu istotne, ale bardzo ciekawe pytanie. Czy przedstawiony na drzeworycie Samuela Johanny'ego mur biegnący na południe od kościoła to ciągle jeszcze mur średniowieczny (który, jak wiadomo, do 1783 r. był również południowym murem cmentarza), czy już nowy mur oporowy.

Zdaniem archeologów na rycinie widać już nowy, wybudowany na początku XIX wieku mur. Ja jednak mam wątpliwości. Kiedy patrzę na litografię mam wrażenie, że mur przedstawiony przez pana Samuela i kształt ma inny, i biegnie jakby bliżej kościoła, który był wtedy znacząco mniejszy... Słowem, nie sądzę, aby w 1801 roku Samuel Johanny odwzorował datowany przecież na początek XIX wieku obiekt. Wprawdzie dokładność panasamuelowego szkicu pozostawia dużo do życzenia, to mimo wszystko zaufałbym mu i - wziąwszy pod uwagę przebieg drzeworytowego muru i jego umiejscowienie względem plebanii - zaryzykowałbym stwierdzenie, że pan Johanny przedstawił jednak jeszcze stary, nieistniejący już dziś mur. Zapewne średniowieczny.


Niewątpliwie bielszczanie zawsze należeli do ludzi rzutkich i przedsiębiorczych. Zawsze kształtowali przestrzeń wokół siebie z niemałym rozmachem. Świadczą o tym nie tylko budowane umocnienia, ale i inne poważne prace inżynieryjne niekiedy bardzo mocno ingerujące w tkankę miasta.


Generalnie rzecz biorąc w Bielsku mamy do czynienia z dość ciekawą, obecną na przestrzeni wielu wieków przemożną tendencją
do opanowywania materii. Mieszkańcy miasta już bardzo wcześnie wyszli z założenia, że niezwykle korzystny z punktu widzenia obronności
charakter wzgórza osadniczego, ma również swoje wady. Duże różnice wysokości i uciążliwe - szczególnie zimą - stromizny bardzo szybko stały się utrapieniem bielszczan.


Mówiliśmy już kiedyś na tym blogu o poważnych próbach radzenia sobie z tymi problemami. W XVI wieku bardzo pochyły Rynek postanowiono wyrównać, obniżając jego płytę o pół metra. Mówiliśmy także o próbach udrożnienia w XIX w. drogi wylotowej z miasta w kierunku na północ i na wschód poprzez radykalne wyburzenia w okolicach dolnej bramy.

Te prace nie przeszły bez echa.


Kiedy spacerujemy dość malowniczą, choć dziś już mocno "nadpsutą" uliczką Podcienie, być może rzuca nam się w oczy jej specyficzny charakter. Opada ona od Rynku ku ulicy Wzgórze, pokonując na przestrzeni kilkudziesięciu metrów znaczną różnicę wysokości. Przyzwyczailiśmy się do tego i nie znamy innej ulicy Podcienie. Wydaje nam się, że spośród wszystkich ulic miasta ona właśnie ma najbardziej "historyczny", średniowieczny charakter. Oczywiście to tylko złudzenie. Ulica w średniowieczu zabudowana była przecież aż do połowy XVII wieku, do pożaru w 1659 r. budowlami drewnianymi, które w dodatku stały bardziej w głębi, dalej od osi ulicy.

Jednak patrząc dziś na stare elewacje kamienic Podcieni nawet nie wyobrażamy sobie, aby ulica ta kiedykolwiek mogła wyglądać inaczej. A wyglądała. I przy odrobinie wyobraźni można jej dawny wygląd odtworzyć.


Przede wszystkim jeszcze 160 lat temu nie była to ulica stroma. Bynajmniej. Pisałem o tym we wpisie o
"murcheologii stosowanej". Stromizna pojawiła się właśnie w 1844 r. w wyniku robót w ciągu ul. Wzgórze. Wówczas to postanowiono "wybić dziurę w murze" czyli otworzyć Stadtberg na świat. Tam, gdzie dziś, w bezpośrednim sąsiedztwie zamkowej mieży, biegnie ulica Wzgórze wyburzono mur miejski z bramą, powozownią i warsztatem ślusarza. Obniżając o kilka metrów krawędź wzgórza miejskiego, utworzono wygodną drogę ku miastu. O, tutaj widać ją w całej krasie.

Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Celowo posłużyłem się fotografią przedstawiającą ul. Wzgórze dokładnie sto lat po przebudowie, bo dopiero na tym zdjęciu (na którym brak już domu Szymona Tobiasa i budynków o numerach katastralnych 28 i 29 stojących na płycie dzisiejszego placu Chrobrego, które zaciemniałyby obraz) widać dokładnie, jak poważnego przedsięwzięcia podjęli się bielszczanie w połowie wieku XIX.

Wcześniej jedyna droga do miasta od północy biegła stromym podjazdem u stóp północnego muru zamku. Był to zakos podobny do tego, który znajduje się dziś przy baszcie na ul. Krętej. Bardzo niewygodny zakos. Wcięcie się we wzgórze miejskie, wyprostowanie zakosu i obniżenie poziomu ulicy wiązało się z całkowitą przebudową okolicy. Zakres robót był tak olbrzymi, że dosłownie przenicowano cały ten obszar wiele metrów w głąb, usuwając nawet (co dla mnie jest chyba największą w tej sprawie stratą - pisałem o tym niejednokrotnie) najgłębsze fundamenty dolnej bramy, przez co straciliśmy nie tylko możliwość odtworzenia jej kształtu, ale nawet pewność co do faktu gdzie dokładnie brama ta się znajdowała.

W wyniku robót obniżono poziom gruntu tuż przy zamku do tego stopnia, że - aby wyrównać poziomy sąsiadujących ulic - należało wciąć się również w początkowy fragment ulicy Podcienie. Inaczej z ulicy tej nie można byłoby korzystać. Można było wprawdzie obstalować piękne schody, jednak ulica Podcienie miała być dostępna nie tylko dla pieszych, musiała być także przejezdna. I to właśnie z tego powodu wybrano wówczas tony ziemi i odsłonięto kamienne piwnice.

Dolna kondygnacja kamienic stojących przy wschodnim wylocie ulicy Podcienie to tak naprawdę ich fundamenty. Dawny poziom ulicy zaznaczony został żółtą linią. Tajemnicą pozostanie dla mnie sposób, w jaki eksperci w latach czterdziestych XIX wieku ustalili, że pozbawiona oparcia mas ziemi stopa fundamentowa wytrzyma. Śmiem twierdzić jednak, że cokolwiek zostało tu obliczone, to tylko z wykorzystaniem kartki, pióra i gruntownej, rzetelnej wiedzy. Kamienice stoją do dziś i mają się świetnie. Pozazdrościć miastu ekspertów, a ekspertom wiedzy.

Do dziś możemy odtworzyć dawny poziom ulic Wzgórze i Podcienie. Spójrzmy na tę fotografię z lat dwudziestych XX wieku (choć i dziś w terenie można uchwycić te same charakterystyczne punkty). Odsłonięte przyziemia kamienic jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku były pod ziemią. Podobnie piętrzący się tuż pod zachodnią ścianą zamkowej wieży wał ziemny. On też jest pozostałością po dawnym przebiegu prowadzącej przez dolną bramę drogi miejskiej. Liniami zaznaczyłem poziom ulicy przed 1844 rokiem.

Kiedy spojrzeć na ten inżynieryjny wyczyn obiektywnie i z zachowaniem właściwej optyki (pamiętajmy - to połowa XIX wieku!), można się rozmachem tych ludzi naprawdę zachwycić. Ogrom pracy, jaki musieli włożyć w pokonanie opornej materii Wzgórza zadziwia. I wystawia ówczesnym niezłą opinię.

Wprawdzie dzisiaj mało nas obchodzą zmiany, jakie miały miejsce całe dekady, a nawet wieki temu. Wydaje się, że skoro nie dotyczą nas bezpośrednio, to mogą dla nas nie istnieć. To poniekąd prawda. Ale mimo to i tak - najczęściej zupełnie nieświadomie - poruszamy się w rzeczywistości aż gęstej od tych zmian. Kiedy wkraczamy na Wzgórze Miejskie, dosłownie każdy krok czynimy w ich towarzystwie.

Myślę sobie, że w istocie ci nasi poprzednicy, dawni mieszkańcy Bielska w swoich marzeniach, planach i determinacji w ich realizowaniu, tak naprawdę niewiele się od nas różnili.
No bo jaka jest różnica pomiędzy otwarciem ulicy Wzgórze na miasto z przerzuceniem niewyobrażalnej ilości ziemi a takim - dajmy na to - wykopaniem tunelu pod Hulanką? Jaka jest różnica pomiędzy budową potężnego, kilkumetrowej wysokości muru wokół całego miasta a poprowadzeniem wokół niego nowoczesnej obwodnicy? Jaka różnica, prócz skali?
Żadna. W sferze marzeń i projektów nie różnimy się od ówczesnych - średniowiecznych, czy nowożytnych mieszczan - absolutnie niczym. My też mozolnie i z uporem budujemy swoją rzeczywistość, zmieniając świat wokół siebie. A tym samym wpisujemy się w istniejący od wieków schemat, w nieprzerwaną ciągłość ludzkiej działalności.

Te dwa powyższe, może nie najistotniejsze z historycznego punktu widzenia, ale na przestrzeni wieków na pewno najbardziej spektakularne wydarzenia - miejski mur obronny i potężna inwestycja w ciągu ulicy Wzgórze - są najdobitniejszym tego dowodem.

Choć miła jest świadomość, że nasze czasy są - w porównaniu do tych zaprzeszłych - wybitne i szczególne, to jednak w istocie jest to tylko złudzenie. Nasze czasy są tylko kontynuacją, efektem tamtych odległych wydarzeń. Niczego nie zaczęliśmy i - powiedzmy to sobie szczerze - niczego tak naprawdę nie skończymy ostatecznie. Co najwyżej przekażemy naszym następcom do realizacji.


Warto o tym pamiętać.

2015-04-25 | Dodaj komentarz
andrzej
2015-05-01 14:49:40
Przy poruszeniu tematu obniżenia poziomu ul. Wzgórze, mnie nasuwa się na myśl inna strata -siłą rzeczy hipotetyczna, która wówczas nastąpiła. Sądzę, iż to właśnie wraz z usuniętą z tego terenu masą gruntu, wywieziono świadectwa materialnej historii Bielska okresu przedlokacyjnego. Do takich przypuszczeń skłania mnie okoliczność odnalezienia na wysokości wylotu ul. Zaułek śladów półziemianek, bezpośrednia bliskość Zamku i nienaruszony w tym rejonie teren przez żadne poważne inwestycje budowlane. Taka już jednak kolej rzeczy i zawsze doraźne korzyści mają większe priorytety niż te potencjalne. Szkoda tylko, że zabrakło zaledwie około stu lat, aby coś z ziemi wydobyć dla potomnych przy okazji wykopków na Stadtbergu.
Maciej P.
2015-05-03 18:50:50
To prawda. Choć strata jest domniemana, należy sądzić, że wraz z tonami ziemi wybranej z ulicy Wzgórze i Podcienie, wywieziono - niszcząc bezpowrotnie - przedlokacyjne konstrukcje. Teraz, patrząc z ponad stupięćdziesięcioletniej perspektywy, możemy do ówczesnych mieć o to żal, ale oni, żyjąc w czasach, w których słowo "zabytek" dopiero nabierało jakiegoś większego znaczenia naukowego, postępowali tylko w myśl zasady użyteczności. Możemy mieć żal, ale rozsądek protestuje. Ulicę Wzgórze należało przeprofilować i to nie ulega dyskusji. Uczyniono to więc nie oglądając się na inne względy. Stało się i nie wróci. Podczas tych prac - i nad tym ubolewam dużo bardziej - nie prowadzono dokumentacji ewidencyjnej, zatem nie wiemy czego żałować, jeżeli w ogóle. To, że w wyniku prac tego typu dochodzi do bezpowrotnych zniszczeń, to oczywistość (miejsce odnalezionej w 2010 roku konstrukcji półziemiankowej także zostało w końcu zniszczone w konsekwencji prac kanalizacyjnych), jednak przydałby się choć jakiś ślad po tym, co było w ziemi. Tak, wiem, to marzenie ściętej głowy. Instytucja nadzoru archeologicznego w połowie XIX w. jeszcze się nikomu nawet nie śniła. Pozdrawiam.
andrzej
2015-05-11 13:56:20
Pomysł upamiętnienia i przywrócenia współczesności najstarszych świadectw bytności ludzi na Wzgórzu jest genialny w swej idei i prostocie. Sprawa, jak zazwyczaj rozbija się o to, kto się do tego ma poczuwać. Mógłby właściciel remontowanej obok byłej "Słupskiej", choćby ze względu na właściwość terytorialną zasięgu występowania półziemianek na jego posesji. Obawiam się jednak, że to marna reklama jak na lokal rozrywkowy, więc odpada. Powinno zależeć na tym miastu a tu mam na myśli system MSI, bo po to on został stworzony. Tu obawiam się braku decyzyjności w kwestii ingerowania w coś, co jest i wystarcza. Nadzieja pozostaje w Muzeum i jego pracownikach, zdających sobie sprawę z wagi tego odkrycia, lecz i tu problemów pewnie nie brakuje- choćby finanse. A przecież wystarczyłaby zwykła tablica informacyjna z opisem i zdjęciami z wykopów na wysokości parkingu przed Zamkiem. Oczami wyobraźni już widzę dziesiątki turystów i przechodniów z ciekawością i niedowierzaniem patrzących, po czym stąpają.
Maciej P.
2015-05-11 18:35:26
System MSI, obawiam się, może być niewystarczający. I nie myślę tu o ewidentnych błędach tego systemu (tak jak kuriozalna tabliczka z napisem "śródmieście Białej" wisząca w Bielsku, na budynku u wylotu Placu Smolki ku rzece). Mam na myśli raczej inny problem. O ile tabliczki informacyjne na zabytkach nadal istniejących spełniają jakąś tam rolę, na przykład na kościele św. Mikołaja, czy choćby fabryce Tugendhadta przy Żywieckiej (bo często ukazują dla porównania stan sprzed wielu dekad), to już w przypadku obiektów nieistniejących, o których w dodatku mamy dość mętne wyobrażenie, taka informacja może być, mówiąc krótko, mało nośna. Pamiętam, całkiem niedawno, grupa turystów z zagranicy zwiedzająca nasze miasto zatrzymała się na skrzyżowaniu ulic Kopernika i Sobieskiego, w miejscu, gdzie do 1836 roku była górna brama miejska. Przeczytali informację o bramie zamieszczoną na tabliczce, po czym rozejrzeli się bezradnie dokoła w poszukiwaniu rzeczonego zabytku. Przewodnik grupy, także zdezorientowany, wybrnął jednak żartobliwie z sytuacji sugerując, że obiekt jest chyba w konserwacji. Goście wzruszyli ramionami i potuptali dalej. Cóż.. Niewątpliwie te wszystkie cenne znaleziska warto byłoby jakoś wyeksponować, nie sądzę jednak, aby ochotę na taką "nikomu niepotrzebną babraninę" przejawił jakikolwiek prywatny właściciel, czy okoliczny inwestor. Miasto? Tutaj problem jest innej natury. Tak, pieniądze grają olbrzymią rolę, a ich brak zupełnie przekreśla tego typu pomysły. O ile wiem jednak, od dłuższego już czasu istnieje koncepcja - na razie w stadium pomysłu - aby na grodzisku, gdzie znaleziono przecież całą masę półziemianek, podobnych, a wręcz analogicznych do tej ze Wzgórza, zrekonstruować w pełni "funkcjonujące" założenie w charakterze dużego skansenu. Według mnie pomysł fantastyczny. Ale nie wszyscy są takimi entuzjastami. Otóż proszę sobie wyobrazić, że pomysły tego typu, mające przecież wielką, olbrzymią wręcz rolę edukacyjną, są ostatnio mocno krytykowane przez część polskich kręgów konserwatorskich, jakoby miały być czynnikiem degradującym same zabytki. Trochę w tym racji jest. Nie do końca przebadany obiekt zadeptany setkami tysięcy butów zwiedzających (nie mówiąc już o antropopresji samej inwestycji) to duże ryzyko dla ewentualnych przyszłych badań. Jest to podejście bardzo uzasadnione. Ale z drugiej strony wiedza zdobywana w toku badań, w wykopach, podczas analiz i prac laboratoryjnych, która zamiast ujrzeć światło dzienne spoczywa spokojnie w muzealnych magazynach i tkwi tylko na stronach naukowych opracowań, niedostępna dla mieszkańców - to już nieporozumienie.
andrzej
2015-05-11 20:55:04
Pełna zgoda w sprawie konkluzji, ale o zgrozo może być jeszcze gorzej. Nie gdzie indziej, jak właśnie na starobielskim grodzisku w latach bodajże 70-tych prowadzono badania archeologiczne. Cóż z tego skoro prowadząca je, nigdy nie opracowała materiału i nie ukazało się nawet naukowe sprawozdanie a pozyskany materiał spoczywa spokojnie i bezużytecznie w cieszyńskim muzeum. Pozdrawiam.
Andrzej N
2015-05-15 16:29:08
Wyburzony w 1973 r. dom narożny Wzgórza i Zamkowej, ten osłaniający Zamek, miał ciekawą cechę. Otóż gdy weszło się od Zamkowej (wejście było między apteką a księgarnią) i wspięło schodami na pierwsze piętro, to stamtąd można było wyjść na podwórze leżące przy murze zamkowym. Dziedziniec ten wybrukowany był obłymi kamieniami. Wychodziło się zeń przesmykiem na łuk Wzgórza, mniej więcej naprzeciw Orkana. Ciekawe, czy poziom tego podwórza wyznaczał stan pierwotny, czy też został ukształtowany w czasie prac, które ciekawie opisałeś.
Maciej P.
2015-05-15 20:00:47
Istnieją podstawy aby sądzić, że północna część skarpy zamkowej, co najmniej od wieku osiemnastego, nie uległa większym zmianom. Szerzej odpowiem jutro w osobnym wpisie, bo rzecz jest dość ciekawa. Pozdrawiam.
Komentarzy (0)

Ulice wasze, pastwiska nasze...

  

czyli

Przestrzeń obłaskawiona II


Istnieją w naszym mieście takie obszary, które swój rodowód mogą z powodzeniem wywodzić ze średniowiecza, a mimo to są zapomniane i kojarzą sią raczej z wiekiem XIX-tym. Jest w tym pewna oczywistość, bo przecież nawet tereny włączone w obręb miasta w wiekach średnich, dopiero w XIX wieku ostatecznie rozwinęły się pod względem urbanistycznym i technologicznym. Dawne pastwiska, sady i ogrody okazały się doskonałym miejscem lokacji farbiarni, przędzalni i innych manufaktur i fabryk.
Jednym z takich miejsc jest dawne pastwisko miejskie, jedno z najstarszych, określanych egzotycznym określeniem - pastornak. Powinienem to pisać wielką literą, bo właśnie tutaj w Bielsku, ta nazwa stała się nazwą własną. Bardzo szczególną.

Pastornak (oczywiście nie jako ulica, ale raczej jako określony obszar) istniał już w wieku XVI, a może nawet i wcześniej. Tam właśnie, w bezpośrednie sąsiedztwo książęcych ogrodów pędzono miejskie bydło i chlewną trzodę. Pastwiska położone były na zachód od rzeki i na południe od książęcych ogrodów. Był to całkiem spory szmat ziemi graniczący od południa z terenem bielskiego blichu, a od zachodu z potokiem Młyńskim, zasilającym jeszcze w XVIII spore stawy hodowlane.


Polna, biegnąca ku rzece Białej przez ugory i pastwiska droga, w pierwszej połowie XIX wieku zwróciła uwagę władz miasta. Rozrastające się Bielsko potrzebowało przestrzeni. Południowy,
opisany już wcześniej obszar Blichu stawał się coraz ciaśniejszy, a tereny sąsiadujące bezpośrednio z ogrodami zamkowymi - to łakomy kąsek dla urbanistów. Nie dość, że blisko miasta - dosłownie o rzut kamieniem - to jeszcze w dodatku pusty i właściwie naturalnie zniwelowany. No, gratka!


Na planie katastralnym z 1836 roku widać dokładnie, że w tym okresie przy drodze stało ledwie kilkanaście nieruchomości. Między innymi dworek Mänhardta z ogrodem, magazyny księcia Sułkowskiego, a tuż przy wylocie tej drogi (jeszcze przecież nie ulicy) pod murami miejskimi, ogród i zabudowania należące do rodziny Bathelt.
Zabudowania stojące przy tej drodze to przede wszystkim budynki bardziej podobne w swym chrakterze do wiejskich chałup niż do miejskich domów wolnostojących.

Widoczny na fotografii niewysoki dom kryty dwuspadowym dachem, to jeden z najstarszych w tym fragmencie miasta obiektów. Można sądzić, że stał tutaj jeszcze zanim ok. 1822 roku wybudowano dla Mänhardta jego dworek (dzisiaj Dom Kultury Włókniarzy). Jego fasada, mocno wysunięta ku osi jezdni sugeruje, jak wąska była niegdyś ta droga. Budynek ten wyznacza więc starą linę zabudowy. Ale jest reliktem, który musi zniknąć.

Budowla ta, stojąca na terenie należącym do Buttnerów, nie była jedyną stojącą w tej linii zabudowy. Nieco powyżej, bliżej wylotu ulicy, stał podobny, również parterowy dom, który ok. 1898 roku został zastąpiony piękną, istniejącą do dziś budowlą, stanowiącą siedzibę filii Banku Austro-Węgierskiego. Ten parterowy domek stał bardzo blisko osi dzisiejszej jezdni, co dla rozwijajcego się przedmieścia stanowiło spory problem. Wraz z budynkami stojącymi naprzeciw, a widocznymi na powyższym zdjęciu, tworzył bardzo wąski przesmyk, który utrudniał ruch i sprawną komunikację.

Kolejne znane, powielane dziesiątki razy zdjęcie. Zazwyczaj przy takich okazjach dostrzegamy tylko główny, najbardziej reprezentacyjny motyw fotografii, a nie zwracamy uwagi na detale pozostające w cieniu, albo na dalszych planach. Tutaj mamy dość rzadką okazję oglądania budynków stojących przy Pastornaku, a pochodzących jeszcze z XIX wieku. Kryty stromym dachem budynek magazynów książęcych przy prawej krawędzi zdjęcia przybliża nam nieco epokę i odkrywa to Bielsko, które fotograf bardziej lub mniej umiejętnym kadrowaniem chciałby przed odbiorcą schować. Bielsko niskich, parterowych domów, o osiemnasto- i dziewiętnastowiecznym rodowodzie.

Nie dajmy się nabrać na te sztuczki fotografów. Podejdźmy bliżej, bo warto. Proszę przyjrzeć się tej fotografii. Ujęcie stanowi fragment większego zdjęcia z roku 1903. Widzimy na niej doskonale kilka "smaczków": słup linii tramwajowej, skręcające zgodnie z przebiegiem ulicy tory i fragment muru otaczającego dawny magazyn Sułkowskich. To jedyny dostępny mi wizerunek ukazujący z tak bliska nieistniejące od ponad stu lat ogrodzenie magazynów. Na mnie robi to ogromne wrażenie.


W połowie XIX wieku zaczęły następować na tej ulicy wielkie zmiany. Podobnie jak w pozostałych obszarach miasta, tak i tu przemysł zaznaczył swoje istnienie. W roku 1856 pojawiła się tu pierwsza przędzalnia Wolfów, a z czasem polna droga zaczęła nabierać miejskiego, a nawet wielkomiejskiego charakteru. W 1860 Karol Piesch wystawił swoją fabrykę sukna, której gmach, zamieniony w 1870 na kamienicę czynszową, szczęśliwie przetrwał do dziś. W niedługim czasie pojawiają się wille Erwina Bathelta i Karola Stefana oraz kamienice Berty Hauptig, Schulzów, Jana Scholza i Józefa Zaunera.

Dawna fabryka sukna Piescha stoi do dziś, służąc bankowi za siedzibę. Przeadaptowana, odmieniona. Ale to ciągle te same mury.

W 1895 roku właśnie przez Pastornak przeprowadzono linię tramwajową. Zanim jednak to nastąpiło, należało uprzednio ulicę nieco wyprostować i - przede wszystkim - połączyć ją z Placem Blichowym.

Bo jeszcze pod koniec XIX wieku Pastornak nie miał połączenia z tym placem. Ulica biegła prosto ku przeprawie na rzece, a dokładnie ku wyspie, którą tworzył na Białej fragment lądu odcięty od bialskiego brzegu kanałem młyńskim. Widać to doskonale na powyższym wycinku planu z ostatniej dekady stulecia.

Już kilka lat później szeroka Aleegasse (dzisiejszy odcinek 1 Maja od mostu do skrzyżowania z Partyzantów) wiodła od rzeki ku Blichowi. Jednak linię tramwajową - i muszę przyznać, że za takie urbanistyczne posunięcia ówczesne władze zwyczajnie podziwiam - poprowadzono nie brukowaną jezdnią, ale bokiem, zaciszną alejką ocienioną rozłożystymi kasztanowcami rosnącymi tuż przy parku.

Linia tramwajowa biegła nieomal tuż pod oknami budynków. Mieszkańcy domów widocznych po prawej stronie fotografii, szczególnie właściciele wysokiej kamienicy stojącej przy łuku torów - niejacy Fussgangerowie oraz rezydenci sąsiedniego domu robotniczego nie byli raczej z takiego obrotu sprawy zadowoleni. Hałaśliwe pojazdy, przetaczające się pod oknami z dużą częstotliwością musiały być uciążliwe. W sukurs przyszła im rzeka Biała, która podmywając okresowo brzegi i położone blisko koryta torowisko, w 1926 roku wymusiła na władzach miasta przeniesienie linii z Pastornaku na ulicę Zamkową. Stara ulica odetchnęła więc od hałasu i nieustannego ruchu. Mimo, że tory tramwajowe na Pastornaku pozostały jeszcze kilka lat i służyły jako tory wozów towarowych, ranga ulicy powoli zaczęła spadać, a okolica, mimo bezpośredniej bliskości centrum, powoli prowincjonalizowała się.

Z Pastornakiem, podobnie jak z Blichem, jest pewien problem. Nazwa - istniejąca od wieków - umyka dzisiejszym bielszczanom i wielu z nich raczej jej już nie kojarzy. O ile jednak w przypadku Blichu można jeszcze mówić o obecności tej nazwy w świadomości mieszkańców miasta, o tyle Pastornak jest już raczej C.K. egzotyką. Ciekawi mnie, dlaczego? Przecież swojsko brzmiąca nazwa, którą można wywodzić od pasternaku powinna zachować się wśród polskojęzycznych tubylców, tym bardziej, że na wydanym w 1890 roku w Wiedniu planie ulica Pastornak oficjalnie opisana jest właśnie "Pasternak". Czy rzeczywiście można wywodzić tę nazwę od bardzo popularnej już w średniowieczu rośliny? Czemu nie. Jej części nadziemniej używano jako paszy dla bydła. Doskonale koresponduje to z pastewnym charakterem tego obszaru i kto wie, może istotnie ta prastara nazwa jest jedną z niewielu, które w zdominowanym przez ludność niemieckojęzyczną mieście, zachowała się w swej pierwotnej, słowiańskiej formie.

Może warto do niej wrócić?

Dziś, kiedy mamy do czynienia z tak intensywnym zamazywaniem wielokulturowej bielskiej tradycji - a co za tym idzie - zastępowaniem niemieckojęzycznych nazw polskimi (czasem niemającymi zupełnie nic wspólnego z tradycją miejsca), takie prastare słowo, w dodatku od wieków przypisane konkretnej miejskiej rzeczywistości, jest naprawdę na wagę złota. I dowodzi, że polski żywioł zawsze miał w naszym "bielskim universum" swoje stałe miejsce.


To nie do przecenienia.

2015-04-17 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2015
» maj (3)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
A to jest nawet ciekawe! Książki Dąbrowskiej nie znam. Sądzę, że zawarte w niej domniemanie...
[jan z lipnika]
poczytałem jeszcze ksiazke o bielsko-bialskich sukiennikach . E.Dąbrowska i tam jest tekst jakoby owe 13-13 chat...
[Maciej P.]
To prawda. Teren koszar, wcześniej zwany zapomnianą już dziś nazwą Olszyna - mimo, że leży...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 41965
Newsów: 40
Komentarzy: 93
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała