liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - czerwiec 2013

Komentarzy (5)

Cztery lata...

  

Albo

Zapomniany lazaret

Późny majowy wieczór nie należał do spokojnych. Było ciepło i duszno. Okno szpitalika wojskowego usytuowanego przy rynku otware było na oścież. Nic więc dziwnego, że do niewielkiej salki na piętrze, napływały nieustannie coraz bardziej natarczywe odgłosy udającego się na spoczynek miasta. Od strony kościoła farnego św. Mikołaja dochodziły śpiewy oficerów pułku piechoty wracających z całodziennej popijawy w Karczmie na Zakręcie. Mieszały się z przekleństwami i niecenzuralnymi wrzaskami kawalerzystów bawiących w zajeździe w rynku. Wszystko to okraszone pokrzykiwaniem dzieciarni, szczekaniem psów i turkotem na bruku kół spóźnionych wozów, było nie do zniesienia.

Tak jak i sam pobyt w szpitalu. I tak jak on stawało się koniecznością, którą należało zaakceptować.

40. Pułk Piechoty od miesięcy stacjonował w mieście, strzegąc granicy na rzece Białej. Jednak zbliżał się kres. Czuć było w powietrzu nadchodzące zmiany. Dla niewtajemniczonych w politykę i niezainteresowanych nie miało to wprawdzie żadnego znaczenia, ale zmiany dało się wyczuć niewątpliwie.
Dziś rano foryś kapitana Feuchtera przyniósł do szpitala wiadomość o rychłym wymarszu. Nazajutrz lżej ranni i ci już podleczeni mieli się stawić w sztabie. Zarządzano mobilizację. I wymarsz. Rannych nie było w szpitalu wielu. Jeden dogorywający, złapany do niewoli Kozak, dwóch kirasjerów z pułku huzarów, dwóch fizylierów i jeden grenadier. Ale ten już właściwie jedną nogą był poza szpitalem. Od kilku dni, a raczej nocy, wymykał się do gospody na rynku. Chyba miał układ z dzierżącą klucze pomocnicą kucharki, która mieszkała na zapleczu szpitala i pełniła funkcje odźwiernej, bo sforsowanie drzwi po zmroku nie było dla niego żadnym problemem. Tego wieczora wszyscy w lazarecie zasypiali ze świadomością nadciągających zmian.

Zbudził ich szum. Trudny do zlokalizowania i rozpoznania szum, który z wolna zaczął przeradzać się w rytmiczny, narastający z chwili na chwilę stukot. Wkrótce cały rynek wypełnił się donośnym, jednostajnym tupotem butów wojskowych i końskich kopyt. Od strony górnej bramy ciągnął nieprzeliczony tłum żołnierzy, koni i wozów. W porannej szarości błyszczały bagnety, guziki, blachy na mitrach i końska uprząż. Żołnierze w nieprzeliczonej masie - kompania za kompanią, szwadron za szwadronem - wyłaniali się zza węgła kamienicy , przemierzali płytę rynku i niknęli w perspektywie ulicy wiodącej ku zamkowi. Coraz to nowe oddziały wylewały się na rynek, coraz inne barwy mundurów błyszczały w porannym słońcu. Odprowadzały ich spojrzenia wyglądających lękliwie z okien swych domów bielskich mieszczan, biegły za nimi dzieci, obszczekiwały psy. A żołnierze szli i szli.


Stojący w podcieniach obserwatorzy szeptali pomiędzy sobą o celu tego marszu. Jedni kiwali głowami ze zrozumieniem, inni byli bardziej sceptyczni. W tłumie dało się słyszeć różne głosy. Mieszczanie spierali się ze sobą.
"Idą na Polskę"... "No i dobrze, zrobią wreszcie porządek"... " Żeby tylko z tego nie było jakiejś poważnej afery"... "Sami sobie winni, dość tej konfederackiej samowoli"... "A jednak jakoś tak przykro"...

Bladość świtu ustąpiła pełni słonecznego poranka. Zerwał się wiatr, który podniósł zalegające na bruku śmieci i przemiótł je w ślad za znikającym w oddali wojskiem. Zrobiło się cicho i spokojnie.
Wstał nowy dzień. 14 maja 1772 roku.



Kamienica Rynek 25 (w XVIII wieku nr 15) to budynek stary. Powstał w latach sześćdziesiątych osiemnastego wieku, najpóźniej w 1770 r. Stanął na miejscu spalonego domu mieszczanina Riedla, który był - jak się wydaje - pierwszą w tym miejscu murowaną kamienicą (wybudowaną po wcześniejszym pożarze w 1664 r.). Można przypuszczać, że już od początku swego istnienia przypisano mu rolę lazaretu. Sam budynek wyglądał prawie tak, jak dziś, charakteryzował się jednak wyższym, bardziej stromym dachem, surową, niezdobioną elewacją i brakiem tak dzisiaj dla budynku charakterystycznej witryny sklepowej. Warunki zabudowy przy rynku wymusiły na budowniczych projekt prosty i oszczędny. Wąski korytarz wiodący w głąb parceli (akurat na szerokość noszy), biegnie na przestrzał aż na podwórze kamienicy.

Wąskie strome schody prowadzące na piętro nie ułatwiały komunikacji, na szersze jednak tutaj zwyczajnie nie ma miejsca. Można tylko przypuszczać, że sale chorych były raczej na parterze. Piętro było zarezerwowane zapewne dla personelu, lub umieszczano tam lżej rannych.


Pierwszy zgon miał miejsce w szpitalu najprawdopodobniej w grudniu 1770 r. Nie dysponujemy informacjami o ilości leżących tu żołnierzy, dokumenty wspominają tylko o tych, którzy zmarli, nie są to więc zbyt miarodajne źródła. W czasie, kiedy działał lazaret, w Bielsku stacjonował 40. Pułk Piechoty "Carl Colloredo", trzeci batalion 56. Pułku Piechoty "Jakob Graf Nugent" oraz czasowo pułk kawalerii "Andreas Graf Hadik".

Szpital funkcjonował do 1774 roku (ostatni ranny zmarł tu w kwietniu tego roku), kiedy to przeniesiono go do nowego, większego budynku w Białej. Z tym zamiarem noszono się zresztą od dawna, już w 1772 roku budynek przy Rynku odsprzedano piekarzowi Ignacemu Schmidtowi.

Kamienica nie miała więcej szczęścia, niż inne domy w Bielsku. Wielokrotnie płonęła w dużych pożarach miasta i wielokrotnie była odbudowuwana, jak sądzę, w podobnej formie. Tylko dach - najbardziej narażony na ogień, przebudowano poważnie w celach bezpieczeństwa. Miało to miejsce w 1897 roku. Zrealizowano wówczas projekt przebudowy autorstwa Maurycego Thiena. Dodano też zdobienia. Kamienica nigdy nie nabrała cech prawdziwie wielkomiejskich, przeciwnie - na przełomie wieków XIX i XX, a więc w czasie, gdy rozpoczął się prawdziwy boom architektoniczny miasta, realność pod numerem 25 pozostała skromną kamienicą, swym wystrojem nieodbiegającą od przeważających na rynku domów.


Trudno stwierdzić, kiedy nastąpiło przebicie witryny sklepowej. Według dostępnych informacji nastąpiło to w roku 1939, ale ta data jest z całą pewnością błędna. Już na fotografii z 1910 roku witryna jest widoczna, zresztą nie ma w tym nic dziwnego, skoro Joanna Basalidesowa prowadziła tu sklep już w końcu XIX wieku.


Ostatni remont to rok 2010. Fasada nabrała blasku i wreszcie przestała straszyć osypującym się tynkiem i burym kolorem.

Dlaczego piszę właśnie o tym budynku? Dlaczego poświęcam mu wpis?
Widuję go codziennie, mijam go w drodze do pracy, choć muszę przyznać, że baczniej zacząłem mu się przyglądać dopiero stosunkowo niedawno. To nie jest zwykły, pierwszy lepszy dom. Jest w nim jakaś tajemnica. Jest w nim historia, która zmusza do myślenia.


Czy lazaret rzeczywiście był świadkiem przemarszu armii austriackiej wkraczającej do Polski w celu realizacji traktatu rozbiorowego? Z całą pewnością. Tak jak wiekszość kamienic przy rynku. Ale to właśnie on szczególnie związany jest ze stacjonującym naonczas w Bielsku 40. Pułkiem Piechoty. To tutaj kończyła się ziemska droga niektórych spośród strzelców i huzarów. Być może te cztery lata funkcjonowania lazaretu w porównaniu z pozostałym, blisko dwustupięćdziesięcioletnim, nieszpitalnym i niemilitarnym okresem dziejów budynku to nic wielkiego, jednak moją wyobraźnię najbardziej podsycają właśnie te cztery lata. One przemawiają do mnie najintensywniej.


Nawet teraz. A może właśnie szczególnie teraz, kiedy siedzę na Rynku, spoglądając na oświetloną fasadę kamienicy.

Nad miasto nadciągnęła noc. Rynek pustoszeje, spóźnieni mieszkańcy wracają do domów. Latarnie płoną słabym blaskiem. Zapada cisza... Z wolna gasną światła w oknach kamienic, ale ja ciągle siedzę na ławce, wpatrzony w wiekowe fasady. I nie wiem już, czy jest rok 2013, 2006, 1913, czy 1772... Ale chyba nie chcę wiedzieć. Wszelkie szczegóły pozwalające rozpoznać epokę, nikną w mroku a słabe, ciepłe światło latarni wyłuskuje zeń tylko jakieś bliżej nieokreślone kształty i cienie, które układają się w zupełnie niezwykłe opowieści i fantastyczne historie. Zacierają się granice, rozmywają fakty. I wszystko traci już znaczenie, a ja zapadam się w otchłań wieków, które wydają mi się być tak bliskie i oczywiste, że aż namacalne...

2013-06-19 | Dodaj komentarz
Angus
2013-06-21 08:12:14
co tu dodać - piękny wpis. Tym blogiem robi Pan wspaniałą robotę, tylko nie wiem, na ile dostrzeganą...ale chyba nie do końca o to chodzi...
Maciej P.
2013-06-21 17:17:57
Dziękuję, Angus. Robota jest dla przyjemności, a jeśli komuś się podoba, to taki miły bonus.
emka
2016-08-23 16:22:09
Do Angus. Dostrzegana, swietny wpis. Od kilku dni czytam ten blog nie z szybko żeby nie przeczytac za szybko
Maciej P.
2016-09-05 17:59:26
@emka. Dziękuję za miłe słowo. Przepraszam, że z odpowiedzią zwlekałem tak długo, ale przez dłuższy czas nie byłem w sieci, a i z nowymi wpisami musiałem spasować i poczynić coś w rodzaju przymusowego urlopu. Miło, że blog się podoba, zapraszam więc do lektury. Nowe tematy pojawią się niebawem, prawdopodobnie w sobotę. Powrócimy do Białej i poszybujemy nieco ponad dachami. Pozdrawiam ciepło.
krzysksy
2018-01-16 23:12:58
Panie Macieju. Nie wiem jakim cudem dopiero teraz znalazlem Pana blog. Jestem zafascynowany lektura. Super robota. Pozdrawiam
Komentarzy (4)

Na granicy jest strażnica

  

Bielsko-Biała to miasto o szczególnych walorach. Zasadnicza jego część, najstarsza, znajdująca się na Wzgórzu Miejskim zachowała historyczny układ ulic i placów od średniowiecza, a więc od czasów lokacji. Znamy pierwotny zasięg kamienic na ich działkach, potrafimy uchwycić relikty średniowiecznych piwnic, nieobca jest nam nawet zawartość kloak.

A jednak jest coś, co nadal pozostaje dla nas tajemnicą i co skutecznie opiera się badaniom i analizom.
Tym czymś są najstarsze dzieje zamku bielskiego.

Myliłby się ktoś, kto sądzi, że o pradziejach naszej twierdzy wiemy wszystko. Niestety. Źródła - jako że mówimy przecież o wieku trzynastym - milczą jak zaklęte. Archeologia także jest bezradna - nie znajdzie nic tam, gdzie mury dzisiejszego zamku tkwią na geologicznym calcu. Słowem - beznadzieja.

Chociaż nie do końca... Kilka lat temu wzgórze niespodziewanie uchyliło przed nami rąbka tajemnicy. Podczas prac badawczych na dziedzińcu wewnętrznym zamku, uchwycono przedziwną strukturę. Szeroki, zasypany czternastowiecznymi reliktami rów, biegnący północnym skrajem dziedzińca, łagodnym łukiem, ku dzisiejszej zamkowej wieży.

Pierwsza myśl - fosa! Ale zaraz refleksja: fosa, tutaj? Dwadzieścia ledwie metrów od skraju wzgórza? Po co? W jakim celu?


Zamek murowany (a raczej to, co udało się uchwycić w badaniach terenowych i zinterpretować jako jego relikty ) w swej początkowej fazie istnienia składał się z jednego zaledwie budynku. Był to budynek czworokątny, posadowiony na samym skraju cypla (na powyższym planie czworokątna budowla z dwoma wewnętrzymi filarami zaznaczona na czarno). Nie był duży, zajmował nieco ponad połowę dzisiejszego północnego skrzydła.

Oczywiście tylko w naszych współczesnych kategoriach jego wielkość była niezbyt imponująca, w kategoriach czternastowiecznych wyglądało to nieco inaczej. 25 metrów długości i 13 metrów szerokości to jak na późne średniowiecze wielkość niepoślednia. Tym bardziej, że pozostałe budowle miasta z całą pewnością nie dorównywały mu rozmiarami. Powstanie tej budowli związane jest z drugą połową czternastego wieku. To dość późno - powie ktoś - i nie będzie się mylił. Rzeczywiście takie datowanie może dziwić, zważywszy na fakt, że znaleziono przecież w obrębie dzisiejszego zamku mury starsze - z pierwszej połowy XIV wieku. Jak to wytłumaczyć? Skąd one się wzięły? O tym za chwilę. Tymczasem wróćmy do samego zamku.

W datowanym na 1327 rok akcie lennym księcia Kazimierza (syna księcia Mieszka Cieszyńskiego) wobec króla czeskiego Jana Luksemburskiego, zamek Bielski nie występuje. Oznaczać to może, że w owym czasie żadna budowla obronna na stromym wzgórzu nie stała! A jednak w 1316 roku, ledwie 11 lat wcześniej, ten sam Kazimierz nadał miastu prawa do pastwisk na północny zachód od miasta. Dokument podpisany był - i co do tego nie ma żadnych wątpliwości - w Bielsku. A przecież zwyczajowo tego typu dokumenty sporządzane były i podpisywane w siedzibach książęcych.

Wniosek z tego jest taki, że w Bielsku naonczas musiała już istnieć taka rezydencja. Ba, w dodatku takie siedziby były najczęściej budowlami obronnymi! Czy możliwe jest więc, że przed 1316 rokiem istniała tu jakaś warownia, a w okresie od 1316 do 1327 wydarzyło się coś, co spowodowało, że istniejąca dotąd siedziba księcia przestała funkcjonować, tak, że w akcie lennym bielska warownia nie figuruje? Że nie został po niej nawet ślad? Oczywiście. I najpewniej tak się właśnie stało. Z dużą dozą prawdopodobieństwa między podpisaniem prawa wypasu w 1316, a sporządzeniem aktu lennego w 1327 r. istniejąca dotąd rezydencja książęca została zrównana z ziemią... No dobrze, ale cóż to była za rezydencja?

W 1316 roku książę przyznał na piśmie prawo do korzystania z pastwisk. I wystawił stosowny dokument. A przecież potrzebował do tego jakiejś kancelarii, odpowiednich środków i narzędzi... W jakiej siedzibie Kazimierz przypieczętował ten akt? Nieco światła na tę sprawę rzucają nam opisane powyżej badania archeologiczne przeprowadzone kilka lat temu. A ściślej ów przedziwny rów odnaleziony na dziedzińcu zamku. Obiekt o szerokości 10 metrów, zawierał na dnie obfite ślady spalenizny, świadczące o jakiejś odległej w czasie katastrofie. Ostatecznie rzeczywiście został zinterpretowany jako fosa i jako taka doskonale koresponduje z teorią drewnianej strażnicy, której fosa miała być południowym zabezpieczeniem.

Wszystko zaczęło się układać w logiczną i bardzo prawdopodobną całość. W 1316 roku istniał w Bielsku drewniany obronny dwór, strażnica książęca, w której wydano mieszczanom pozwolenie wypasu. Niewielka, ciasna, skromna, odcięta od wzgórza miejskiego fosą. W okresie do 1327 roku obiekt musiał spłonąć (stąd w fosie ślady spalenizny), a niedługo potem włączono ten obszar w pas umocnień, po czym wystawiono murowaną siedzibę księcia - pierwszy zamek z prawdziwego zdarzenia. To całkiem możliwa hipoteza. Trzeba pamiętać, że około 1315 roku, księstwo cieszyńskie podzielono przecież na dwie odrębne jednostki polityczne - księstwo cieszyńskie i księstwo oświęcimskie. Rzeka Biała (wówczas jeszcze Bystra) stała się więc granicą. I ta granica wymagała umocnienia. Najlepszym miejscem na posadowienie "castrum", była naturalnie obronna, posiadająca militarne tradycje północna część wzgórza bielskiego, u stóp którego przecinały się dwa istotne z handlowego punktu widzenia szlaki.

Jak wyglądał pierwszy drewniany książęcy "zamek"? Tego nie wiemy. Nawet nie domyślamy się jego kształtu, rozmiarów i zasięgu. Ale sądzę, że jakieś światło na tę kwestię może nam rzucić pewna analogia.


Szlaku morawskiego, tego samego, na którym wybudowano bielską strażnicę, broniła na pobliskim odcinku również strażnica we Frydku oraz kilka pomniejszych okolicznych gródków. Dzięki badaniom archeologicznym wiemy, że jednym z nich - istniejącym jeszcze w czternastym wieku - był gródek w miejscowości Baška. (Powyżej rekonstrukcja P. Stepanka)

Zarówno charakter miejsca oraz topografia sugerują, że bielski gród mógł wyglądać podobnie. Z całą pewnością miejsce, ograniczone z jednej strony naturalnym stromym północnym stokiem wzgórza, z drugiej głęboką fosą, nie pozostawiało zbyt wiele przestrzeni dla budowli obronnej. Dlatego właśnie musiała ona być niewielka, ale zwarta. Czy była podobna do tej z Baški, zrekonstruowanej przez P. Stepanka? Dlaczego nie? W średniowieczu sprawdzone pomysły kopiowano na dużym obszarze, nie byłoby więc nic dziwnego w fakcie, że odległe od siebie o osiem zaledwie mil grody korzystały nawzajem ze swych doświadczeń... Również tych militarych.

Myślę, że nie będzie błędem, jeśli uznamy, że pierwsza siedziba księcia, ta z prawdziwego zdarzenia, budowana już z kamienia, posadowiona została dokładnie w miejscu, w którym jeszcze kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat wcześniej stała drewniana strażnica. To skojarzenie jest oczywiste i sądzę, że bezdyskusyjne. Ponieważ jednak dawny, stromo wypiętrzony cypel był już za mały jak na potrzeby reprezentacyjnej rezydencji - fosę zasypano, łącząc tym samym wzgórze zamkowe ze wzgórzem miejskim, zwielokrotniając obszar przyszłej budowy i dopiero na takim podłożu posadowiono mur obwodowy miasta. To właśnie on stał się wkrótce czymś w rodzaju podwaliny dla murowanego zamku, bo przecież pojawia się w stanowiskach archeologów jako ten, który istniał w pierwszej połowie XIV wieku, jeszcze zanim powstał pierwszy murowany zamek.


To wszystko, rzecz jasna, tylko domysły. Bardziej lub mniej solidnie poparte badaniami, archeologią i źródłami. Po części opierające się na analogiach. Ale cóż, innych dróg dochodzenia prawdy chyba nie mamy...

Swego czasu zżymałem się na pomysł zalania dziedzińca zamkowego betonem i wyłożenia go marmurem przy okazji budowy szklanego dachu. Takie radykalne odcięcie archeologów od ewentualnych stanowisk i ewentualnych znalezisk wydawało mi się lekkomyślne. Ostatnio zostałem jednak skutecznie przekonany co do sensowności takiego działania.


Być może w przyszłości będziemy dysponować znacznie lepszymi środkami i metodami badawczymi, być może już wkrótce technika pozwoli nam na dużo dokładniejszeą analizę tego, co tkwi w ziemi, a wówczas ukryte bezpiecznie wnętrze zamkowego wzgórza, nienaruszone i gotowe, stać będzie przed archeologami otworem...
Oby! Jest jeszcze wiele do wyjaśnienia...

2013-06-10 | Dodaj komentarz
Grego
2013-06-13 07:40:01
A czy przeciwko tej teorii są jakieś kontrargumenty? Bo wydaje się bardzo spójna i właściwie na granicy pewności.
Maciej P.
2013-06-13 11:33:09
Kontrargumentów brak. Jeśli nie liczyć jednego, a zasadniczego problemu: braku potwierdzenia w źródłach pisanych i w zabytkach materialnych. To wbrew pozorom dość istotna niedogodność, która zmusza nas do spekulacji. A spekulacje - wiadomo - obciążone są dużym ryzykiem błędu. Dlatego fachowcy wolą hipotezę przemilczeć, niż podsycać nią domysły, które mogą okazać się mrzonkami. I to jest zrozumiałe. Nie do końca potwierdzone teorie wypuszczone w eter mogą nagle okazać się usankcjonowaną bujdą na resorach. Dlatego archeolodzy i historycy w mieście dmuchają na zimne. Ciekawym przykładem na podobne zjawisko jest chociażby kwestia bielskiego pręgierza. Funkcjonujące w mieście od co najmniej półtora wieku przekonanie, że pręgierz ulokowany był w narożniku kamienicy na rogu Rynku, Celnej i Krętej okazało się nieprawdą. W przypadku jednak pręgierza można było dokonać (przynajmniej wstępnych) badań terenowych i analiz źródłowych. Nie zawsze jest tak pięknie. Z powodu braku możliwości badawczych poszukiwania zamkowej studni (która bez dwóch zdań w obrębie budowli być musiała) zapewne skazane są na niepowodzenie. Podobnie ma się sprawa z określeniem początków kościoła św. Mikołaja (tutaj dostęp do badań jest tak utrudniony, że można mówić o całkowitym braku możliwości jakichkolwiek prac). Hipotezę o strażnicy na wzgórzu zamkowym podaję jako ciekawostkę, ale mam czelność czynić to również dlatego, że mimo braku potwierdzenia jej słuszności, brak też jakichkolwiek dowodów zupełnie ją wykluczających. Pozdrawiam.
Angus
2013-06-13 12:52:12
Szkoda wielka, opowieści o pręgierzu na rogu Krętej/Celnej dodawały temu miejscu kolorytu. Teraz pozostają jedynie, również nieprawdziwe, legendy o okienkach cel aresztu miejskiego, wychodzących na Krętą.
Maciej P.
2013-06-13 13:18:59
Angus, nie jest aż tak źle. W kwestii pręgierza ustalono tylko, że nie był on w tym konkretnym miejscu (to znaczy na rogu Krętej i Celnej), natomiast wszystko wskazuje na to, że noszące ślady obróbki kamienie wmurowane w narożnik tej kamienicy jako odbój, rzeczywiście pełniły funkcję cokołu pręgierza, ale... na rynku. Kilka lat temu, przed rewitalizacją Rynku przeprowadzono gruntowne badania i odnaleziono we wschodniej części jego płyty tajemniczy relikt, który zinterpretowano jako prawdopodobny fundament pręgierza. Wygląda więc na to, że pręgierz od dawien dawna stał sobie w Rynku, ale po jednym z pożarów (1808 lub 1836) zlikwidowano go jako niezbyt chlubną pozostałość po wiekach średnich, a cokół wykorzystano jako wtórnik w charakterze odboju w kamienicy Rynek 8, gdzie tkwi do dziś. Razem z kamieniem przeszła nań zła sława i nazwa. Stąd do dziś mówi się o tym miejscu jako o pręgierzu. Jak się okazuje - nie do końca słusznie, ale i nie całkiem bezzasadnie.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[jacekproszyk]
mimo pięknej analizy i skrupulatności której chylę czoła obawiam się, że to nie jest dobry...
[Mst]
Szanowny Autorze Przede wszystkim wielkie uznanie za ten i pozostałe teksty. Czyta się je niezmiennie z...
[jamida]
Mieszkałem przy ul: Nad Niprem (d. Leona Laski). Była tam m.in baza transportowa PSS (?) Traktory (tak,...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 261956
Newsów: 91
Komentarzy: 331
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała