liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - lipiec 2013

Komentarzy (0)

Zamek raz jeszcze

  

W opracowaniach dotyczących zamku bielskiego można w wielu miejscach natrafić na stawianą jako pewnik tezę, że ostatni wielki remont zamku, przeprowadzony w latach 1854 - 1864 roku był z architektonicznego punktu widzenia dokonany zbyt pochopnie, a jego efekt okazał sie co najmniej mierny w skutkach. Mowa przede wszystkim o pracach, które rzekomo zatarły wszelkie stylowe formy poprzednich epok, pozostawiając potomnym eklektyczną, nieudaną formę architektoniczną bez wyrazu i stylu. Taką tezę stawia i Ewa Chojecka, i dr Jerzy Polak, i autorzy publikacji "Zamek w Bielsku, zarys dziejów".

Specjaliści mówią omalże o fiasku ostatniego remontu zamku, biorąc pod uwagę przede wszystkim analizę architektoniczną, analizę stratygraficzną poprzednich warstw technologicznych, oraz ikonografię. To oczywista droga. Przy założeniu jednakże, że wiedza nasza na podstawie tych danych jest wystarczająco pełna, aby podobną korelację przeprowadzić. No właśnie.

Co więc zarzuca się remontowi z połowy XIX wieku? Jak sie już wyżej rzekło przede wszystkim nieudolną stylizację (czy też raczej bezpłciową wielostylowość zwaną historyzmem), zaburzenie pierwotnych proporcji, przeciążenie detalem, nadanie zamkowi cech pałacowych przy zatarciu znamion budowli o charakterze obronnym. Gmach zamku dodatkowo przeorientowano w taki sposób, że skrzydło północne, dotąd niepozorne i mało wyraziste (mimo że dominujące nad Dolnym Przedmieściem) stało się fasadą reprezentacyjną gmachu. Dokonano tego radykalnie zmieniając podział elewacji przepruwając wysokie okna na wysokość dwóch dotychczasowych rzędów okiennych. Na wysokości wysokich okien (sugerujących reprezentacyjną bel-étage) dodano biegnący przez całą szerokość kurtyny zamku balkon, którego podpory tworzyły głębkie nisze z reliktami okiennymi(?) sprzed przebudowy; od strony północnej przebito przejazd bramny, a wieżę podniesiono o dwie kondygnacje.

Zmiany były dość znaczące, zważywszy na stan zamku sprzed prac. Ale właśnie... ten eklektyczny, jak go współcześnie nazywano: "bizantyński" styl zazwyczaj przypisuje się faktowi, że nad zamkiem pracowało kilku budowniczych, z których każdy zajmował się inną jego częścią lub tym samym fragmentem, ale w innym czasie: Juliusz Appelt kaplicą, Jan Potzelmeyer wschodnim i północnym skrzydłem, wieżą zaś najpierw Jan Bayer, potem Appelt, wreszcie Emanuel Rost.
Czy to faktycznie mogło być przyczyną "rozchwiania" architektonicznego? Być może.

Ale ja zadałbym raczej bardziej zasadnicze pytanie: czy faktycznie mamy do czynienia z remontem nieudanym? Być może istotnie detal nieco zbyt ciężki, być może proporcje trochę zachwiane, być może w połowie XIX wieku monumentalny historyzujący gmach, na tle niskich jeszcze i mało imponujących kamienic wyglądał zbyt przytłaczająco... A jednak.

Co moglibyśmy mieć w zamian? Czy istniała inna opcja? Przyjrzyjmy się temu uważniej.


Na podstawie badań architektonicznych wyodrębnono trzynaście faz zabudowy wzgórza zamkowego od średniowiecza po dzień dzisiejszy. Jedną z nich jest faza z XVII wieku - powstała po przebudowie rozpoczętej przez ówczesnych właścicieli zamku - Sunneghów. Faza, która skutkowała powstaniem budowli w stylu renesansowym z bogatą ornamentyką i zdobieniami. Zamek w tym czasie - co było charakterystyczne dla wielu ówczesnych założeń obronnych - zatracał coraz bardziej swe walory militarne, był jednak wspaniałą, imponującą rezydencją z detalem charakterystycznym dla epoki: attykami, ryzalitami, łukami i kasetonami.

W żywieckim starym zamku zachowały się krużganki obiegające dziedziniec. Czy takie właśnie krużganki zdobiły zamek bielski?

Ale potem wydarzyło się coś dziwnego. Kolejne dekady przyniosły postępujący uwiąd architektoniczny zamku. Cechy stylowe zaczęły zanikać, siedemnastowieczne krużganki wewnętrzne dziedzińca zamurowano, dobudowano trzecią kondygnację, a sam zamek stawał się architektonicznie coraz bardziej jałowy.

Widać to doskonale na panoramie Johanny'ego z 1801 r. - najstarszym wizerunku bielskiej warowni. Ukazuje ona zamek jako bryłę dość monotonną architektonicznie, jednolitą, trzykondygnacyjną, krytą spadowym dachem, o zaskakująco wysokiej wieży. Rzędy równomiernie rozmieszczonych okien upodabniają budynek do sporej kamienicy. Jeśli więc drzeworyt Samuela Johanny'ego choćby w części odzwierciedla rzeczywistość początku XIX wieku, mamy do czynienia z budowlą okropnie nudną, architektonicznie mdłą i przypominającą biurowiec na przedmieściach, albo tylną elewację więzienia od strony ul. Krętej, a nie rezydencję o wielowiekowej historii.

Spośród elementów architektonicznych, które wyróżniają się w drzeworycie uwagę zwraca co najwyżej znajdująca się we wschodnim murze furta prowadząca poza obręb umocnień i dalej, ku ogrodom zamkowym.

Furta była niewątpliwie jednym z ostatnich reliktów dawnej świetności architektonicznej zamku. Na drzeworycie Samuela Johanny'ego widać sporą bramę, której stylistyka nawiązuje do klasycznych form pałacowych. Zajmuje całą wysokość muru wschodniego, będąc ozdobnym i malowniczym elementem tej części miasta. Na powyższej ilustracji - będącej rzecz jasna tylko artystyczną wizją, nie zaś obrazem archiwalnym - widać wszystkie te cechy, które pojawiają się na drzeworycie z 1801 roku. Swoją drogą wygląd furty może pośrednio sugerować ówczesny wygląd dolnej i górnej bramy miejskiej, o których ciągle wiemy tak mało. Ale to już temat na inny wpis.

Jak wyglądała wieża zamkowa przed przebudową? Na podstawie wizerunku autorstwa Johanny'ego możemy próbować odpowiedzieć na to pytanie w sposób prawdopodobny. Według drzeworytu nie była to wcale wieża niska - dość znacznie górowała nad całą budowlą. Posiadała kryty gontem dach, cztery narożne dachowe pinakle, ewentualnie akroteriony, być może zwieńczona była prostą attyką (i są to - o ile się nie mylę - jedyne dostrzegalne u Johanny'ego zdobienia budowli). W każdej ścianie wieży widać po jednym oknie na kondygnację, piętra dzielone były równomiernie gzymsami. Całość przywodzi na myśl osiemnastowieczne formy zamkowe południa (Żywiec, Sucha Beskidzka).


Inna panorama, autorstwa Schwarza, pochodząca z 1850 roku, a więc w kilka zaledwie lat przed rozpoczęciem prac, również ukazuje budowlę ledwie odcinającą się od ogólnego tła, niezdradzającą cech obronnych, dodatkowo pozbawioną wysokiej wieży (pożar z 1836?), ale niewątpliwie sporą.
Na panoramie z ok. 1870 roku, autorstwa C. Bollmana, widać już wschodnie skrzydło zamku po zmianach architektonicznych. W elewacji dostrzec można daleko posunięte zmiany: powiększone okna, mocno zaznaczone gzymsy międzykondygnacyjne i pionowe, rytmiczne linie ryzalitów, biegnących przez całą wysokość budynku.

Odnoszę wrażenie, że w porównaniu z wiekiem osiemnastym i pierwszą połową dziewiętnastego, przebudowa z inspiracji Ludwika Sułkowskiego samej budowli wyszła tylko na dobre. Umęczony pożarami i zniszczeniami wojennymi gmach przestał być szarym, nijakim, wyzutym z historycznego detalu wspomnieniem własnej świetności, a zaczął żyć nowym życiem. Wprawdzie detalu otrzymał aż nadto, ale dzięki temu budynek na powrót zyskał rozpoznawalny na pierwszy rzut oka zamkowy charakter. I chociaż charakter ten tak bardzo odbiega od poprzednich oczywistych przecież gotyków, renesansów i baroków, to historyzm jako styl musimy zaakceptować na tych samych warunkach... Nawet jeśli był to tylko kostium.

Projekt wieży zamkowej autorstwa Emanuela Rosta. Ilustracja z książki Ewy Chojeckiej "Architektura i urbanistyka Bielska-Białej 1855-1939".Czy rzeczywiście projekt nieudany? Tak czy inaczej, dobrze się stało, że zegar ostatecznie nie pojawił się w wieży. To byłaby już przesada.

Przeorientowanie całego kompleksu zamkowego (będące jednym z zarzutów) moim zdaniem również nie było błędem, a w kontekście historycznym i urbanistycznym wręcz przeciwnie - oczywistością. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze nadanie północnemu skrzydłu cech reprezentacyjnych miało swoje uzasadnienie w całkowitej przemianie jaka w strukturze miasta zaszła w XVIII wieku. Stare miasto, a więc część Bielska zawarta w obrębie murów miejskich przestała grać dominującą rolę, a środek ciężkości miasta przeniósł się na Plac Garncarski, Plac Giełdowy i całe tzw. Dolne Przedmieście.

Po drugie Ludwik Sułkowski nadając północnej kurtynie zamku charakter reprezentacyjny, świadomie lub nie, odwołał się do tradycji tego miejsca. W czasach, kiedy Bielskiem i bielskim zamkiem władali Piastowie śląscy, potem Karol Promnitz, Adam Schaffgotsch wreszcie Sunneghowie, to właśnie północny budynek warowni, był budowlą reprezentacyjną i najważniejszą w całym zamkowym kompleksie. Czy powinniśmy więc mieć do księcia żal o to, że północnej fasadzie ponownie, w imię tradycji i historii, przydał znaczenia i splendoru?

2013-07-18 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (3)

Bielitzer schnitzel

  

- No ale o co chodzi? Toż to przecież jest województwo śląskie? Tak, czy nie? - Dobry znajomy, przyjezdny z centrum kraju, spogląda na mnie podejrzliwie.
- No owszem, ale przecież to nie jest tak, że my tutaj jemy i lubimy tylko śląskie jedzenie... - mówię niepewnie.
- Jak nie, jak tak! Widzę przecież - znajomy nie daje za wygraną i zakreśla ręką szeroki łuk. - No sam patrz! Śląskie smaki, śląska modro kapucha, śląskie kluski i rolady. O, a tam śląski Remigiusz Rączka... Nawet zespół Śląsk będzie dzisiaj tańczył na scenie pod ratuszem...
Istotnie. VIII Festiwal Śląskie Smaki rozłożył się bezceremonialnie na Placu Ratuszowym. Opodal najważniejszej budowli miasta trwa w najlepsze konkurs kulinarny, pod starą bialską remizą mają swoje stanowiska okoliczne restauracje i karczmy, tuż przy ścianie dawnej fabryki Vogta stanęła spora scena, na której wieczorem rzeczywiście zatańczy "Śląsk". Kiwam głową w rozterce.
- Zgoda, śląska kuchnia też. Ale to nie ona stanowi o kulinarnym charakterze tego miejsca.
- A co? Powiedz, co musiałbym zjeść, żeby poczuć, że jestem... no nie wiem, że jestem w Bielsku, na Podbeskidziu, na Śląsku Cieszyńskim, na Żywiecczyźnie, w Beskidach, nie wiem gdzie jeszcze... Po prostu, że jestem właśnie tutaj! Co mi zaproponujesz? Co jest charakterystyczne tylko dla Bielska? Czego nie zjem nigdzie indziej, tylko tutaj?

Nie odpowiadam. Dumam - na myśl przychodzi mi mnóstwo potraw, ale każda z nich odpada w przedbiegach.
No bo właściwie - zachodzę w głowę - czy mieszkaniec Bielska, załóżmy, jakieś sto lat temu, patrząc na swój talerz mógł poczuć się w pełni mieszkańcem odrębnego, konkretnego regionu? Czy taki Karol Korn, albo, dajmy na to - Salomon Pollak, czy oni, wychyliwszy się rano zza płachty Bielitz-Bialaer Anzeiger i rzuciwszy zaspanym okiem na zastawiony stół, nie w pełni jeszcze przytomni, potrafiliby bezbłędnie określić, że własnie dzisiaj obudzili się nie w Wiedniu, nie w Sarajewie, Lwowie, czy Trieście, ale w Bielsku?


Szczerze wątpię. I to z prostego powodu. Kuchnia bielska to kuchnia wpływów. To wypadkowa kulinarna kilku krajów, kilkunastu regionów, kilkudziesięciu odrębnych tradycji. To funkcjonujące na obszarze całej monarchii połączenie kuchni austriackiej, węgierskiej, ukraińskiej, niemieckiej, włoskiej, śląskiej, żydowskiej, wreszcie krakowskiej i lwowskiej.

Bielszczanin AD 1910 wychodził rano z domu, szedł na Wzgórze do Tobiasa po gazetę, po czym udawał sie do jednego z kilku "pokoików śniadankowych", czyli prowadzonych na wysokim poziomie (jak wszystko wówczas) salek restauracyjnych oferujących śniadania. Jako stały klient delikatesów - dajmy na to - Kajetana Salomonowicza na Placu Giełdowym, zasiadał przy ulubionym stoliku i zamawiał kawę, dwa jajka po wiedeńsku, kajzerkę, a do tego odrobinę twarogu i masła z jednego z okolicznych gospodarstw w Starym Bielsku, albo w Mikuszowicach...

Obiad wyglądał bardziej okazale. Może sznycel wiedeński z nieodłączną ziemniaczaną sałatką, może czeskie knedle do węgierskiego gulaszu, może kaczka po krakowsku, może pierogi... Na deser, rzecz jasna, Torcik Sachera, lub sernik wiedeński zakropiony odrobiną tokaju Aszú, albo wina z Etyek-Buda... Kolacja - jeśli już była - to raczej lekka i niepokaźna. Raczej kombinacja z różnych stron: gefilte fisz pod kieliszek starki, strudel pod lampkę koniaku, lub omlet pod zimnego pilznera...


Słowem: niezły galimatias...
Nic więc dziwnego, że trudno jednoznacznie określić bielską dominantę kulinarną....
Ale - paradoksalnie - to właśnie tutaj leży odpowiedź na pytanie: co jest charakterystyczne dla naszej kuchni? Co jest jej sercem i ogniem?
Jest nim fuzja smaków. Ta przedziwna mieszanina pozostawiona nam w spadku przez c.k. monarchię, tygiel Przedlitawii, kocioł wszechmocnych kaiserlich und königlich Austro-Wegier...

*

Gromkie brawa dedykowane zwycięzcy konkursu kulinarnego wyrwały mnie z zamyślenia, ze zdumieniem skonstatowałem, że po moim znajomym nie ma już śladu, a plac Ratuszowy nagle stał się dziwnie tłoczny i hałasliwy. Festiwal śląskich smaków trwał w najlepsze.


Wycofałem się czym prędzej przez park ratuszowy ku rzece, ale w mojej głowie już rodziła sie myśl, która gwałtownie przejmowała nade mna władzę. Zastanawiałem się mianowicie, czy i dzisiaj możnaby odtworzyć ten szlak, jakim codziennie udawał się mieszkaniec miasta jeszcze wiek temu. Kulinarny szlak, rzecz jasna... Oczywiście pokoików śniadankowych w ich oryginalnym charakterze już nie uraczysz... Ale restauracje i inne knajpy ciągle są. Nadal istnieją kucharze i nadal próbują oni schlebiać naszym podniebiebiom... Pytanie tylko, czy podniebienia wrażliwe są nadal na te same smaki?
Szybko stało się oczywiste, że odpowiedź na to pytanie można będzie znaleźć tylko w jeden sposób...

*

Sobotnie wczesne popołudnie.

Zaglądam do pierwszej z brzegu karczmy. Faktycznie "z brzegu", bo leżącej na obrzeżach miasta, prawie u stóp Czupla i Gaików , w jednej z okołomiejskich dzielnic, jeszcze czterdzieści lat temu będącej wsią.
Zaglądam więc, zasiadam na drewnianej ławie, za drewnianym stołem (dobrze, że między pośladkami a drewnem tkwi jakaś "baranica") i zamawiam "swojszczyznę". To znaczy chcę zamówić. Ale nie za bardzo mogę. Wieprzowina, smalec, grzyby...


Fajnie. W karcie widzę roladki z jelenia, szyjki rakowe, dzika i sarnę. Nawet wspaniałe, soczyste mięso daniela... Jednym słowem fenomenalna kuchnia sarmacka. Być może kucharz tutejszy wie nawet, że staropolski bigos był bez kapusty... ale co z tego? To jest akurat menu na inną okazję. Ja jestem tutaj w konkretnym celu. I szukam konkretów.

Skoro mamy do czynienia ze swojszczyzną, to gdzie kuchnia galicyjska, naprawdę tutejsza? Gdzie smak końca dziewiętnastego stulecia? Gdzie fuzja Śląska, Małopolski, Czech, Węgier, Włoch i Austrii? Po dłuższym studiowaniu karty wreszcie znajduję! Rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą... Jest dobrze, myślę, jest nadzieja! Krucha wołowina i szklisty sos na puszystych kluskach. Śląski smak daje o sobie znać. No dobrze, ale to akurat lekką rączką podawał na festiwalu pan kucharz Remigiusz...


Szukam więc dalej. Docieram do karty z cielęciną i moja nadzieja sięga zenitu... Niestety - rozczarownaie jest bolesne - nie ma sznycla... To znaczy cielęcina jest, ale z szynką, ze szparagami... Wienerschnitzel to tylko marzenie... A ja właśnie na to mam ochotę.


Od biedy można uznać, że w karczmie (jak na karczmę w końcu przystało) podaje się jadło nie tyle c.k. "obermenschów", ile raczej powracających ze zrębu "niederarbeiterów"... Wprawdzie ci ostatni jeleniny w życiu raczej nie zaznali, ale przecież tego kuriozalnego, nowomodnego wymysłu o nazwie "jadło drwala" także, do pioruna, nie!


Więc nie ma co biadolić. Patrzę dalej.

Zbójnicki kociołek? Może być. O ile znajdzie się w nim dość papryki i mięsa, zamiast kiełbasy zwyczajnej i boczku tłustszego niż smar do maszyn w Befamie, można nawet uznać ten specjał za pochodną węgierskiego bograczu, co ma taki sens, że bogracs to po węgiersku właśnie... kociołek. Rzecz jasna darmo wypatrywać w karcie takich specjałów regionalnych, obecnych przecież niegdyś na tutejszych stołach jak węgierski porkolt... Ale nie żądajmy zbyt wiele. Zadowolmy się rzeczonym bograczem. Bo prócz roladek z kluskami jest to jedyna potrawa, którą można zaklasyfikować jako tutejszą.
Nie szkodzi, że nie zaznam codziennej porcji rozkoszy podniebienia, jakie fundowali sobie Zipsery, Manhardtowie, czy Steffanowie... Nie ważne, że liznę zaledwie po wierzchu rzeczywistość beskidzkich zbójów. Grunt, że w ogóle zanurzam się w epokę.

Opornie i powoli, ale jednak...

Zresztą... Karczma była na rogatkach miasta, skupiała zatem lud raczej prosty, a pracowity, nie mający zbyt wiele okazji do spokojnego biesiadowania. Ot, kufel do kaszy, czy kieliszek wódki do kiszki. Zatem i smaki siłą rzeczy musiały być proste i niewyszukane, spośród których właśnie bogracz (często zresztą oszukiwany, z dodatkiem skóry, drobiowych resztek i innych śmieci) dominował nad resztą... Tak, stanowczo karczma naperyferiach to nie za dobry pomysł, aby szukać tradycji.

Co innego miasto.


Tutaj prym zawsze wiodły inne smaki i zapachy tutaj zwyczaj kulinarny sublimował z innych zupełnie czasoprzestrzeni. Tutaj czuć było spragniony wielkiego świata, skierowany ku Wiedniowi i Paryżowi, a również (i bynajmniej nie z braku ambicji) - ku Krakowowi i Lwowowi trend, który, paradoksalnie, stał się zaczynem zupełnie nowej jakości. Jakości pogranicza.

Zapuszczam się więc dalej, tym razem już w ściśle miejską otchłań historyczno-kulinarnych doznań.

Główny trakt miasta. Dawnego miasta. Na niewysokiej skarpie niewielki budynek, przytulne wnętrza, miła, powściągliwa (na szczęście!) obsługa. I... kaczka z grzybami! Bingo! Wreszcie jestem w domu.Wreszcie jestem w Bielsku. Kaczka doskonała! Wprawdzie jabłka też można tu wyczuć, ale grzyby skutecznie zacierają ten owocowy - niegalicyjski smak i charakter samej potrawy. Zamiast kaszy mamy kopytka, nawet nie naśladujące knedli, ale to mnie już nie rusza. Smak grzybów w dobrze zrobionej kaczce jest nagrodą za wszelkie odstępstwa od C.K. ortodoksji. Pięknie! Chyba jestem na tropie. Kaczka z grzybami to przecież krakowski specjał, który - nie ma co do tego żadnych wątpliwości - musiał gościć na stołach Steffanów, Rothów i Walczoków. Jeśli nie w niedzielę, to chociaż od wielkiego święta... I oto mamy kolejny prawdziwy trop na szlaku bielskich smaków. Gdyby jeszcze ten sznycel...

No właśnie. Jakoś ciągle nie mogę nań trafić. I ta świadomść irytuje mnie do tego stopnia, że na polowanie na Wienerschnitzel wypuszczam się w miasto z mocnym postanowieniem, że bez niego na widelcu nie wracam!

Niestety, sprawa nie jest taka prosta. Schodziłem się srodze, zmitrężyłem mnóstwo czasu, zaznałem przeróżnych delicji. Nigdy nie przypuszczałbym, że w zakresie jednego kawałka cielęcego mięsa przyjdzie mi poznać tak szeroką gamę smaków! Chociaż z drugiej strony nic dziwnego. Skoro w jednej restauracji częstowano mnie czymś, czego z cielęciną nawet w zakładzie zootechniki nie udałoby się skrzyżować, w innej podano mi smacznego wprawdzie sznycla, otwarcie jednak przyznając, że na moim talerzu jest zaledwie Wienner Schnitzel Art, czyli kotlecik "na wzór wiedeński", a z kolei w pewnej knajpce chciano mnie uraczyć sznyclem... po holsztyńsku, a więc z jajkiem, a nie z cząstką cytryny, jak należy. A to już była przesada. Nein, danke! Tak, proszę pana, jestem ortodoksem. Phoszę o hachunek...

Efektem moich poszukiwań jest ta smutna chyba konstatacja, że prawdziwy, w dodatku smaczny sznycel wiedeński zjeść można tylko w trzech miejscach w mieście (nie, nie powiem gdzie - to nie jest blog reklamowy). W dodatku prawdziwy Wienerschnitzel, a nie jakieś wieprzowe "sznycle po wiedeńsku". Fatalnie. Słowem - żegnaj tradycjo miejsca...

*

Siedzę przy stoliku. Długim, solidnym, nakrytym jasnym obrusem. Heblowane deski podłogi, kiedyś malowane, zdarte tysiącami górskich butów, bieleją opodal szynkwasu. Schroniskowy, surowy wystrój pasuje mi do smaku zimnego piwa. Zatem piję z przyjemnością i uśmiecham się do siebie. W schronisku nie ma żywego ducha. Martwych duchów też nie widzę, dlatego zaludniam jadalnię wytworami własnej wyobraźni. Wytwory także siedzą przy stolikach i także pociągają z kufli chłodny napój.


Kiwam głową w zadumie.
- Widzicie - mówię do wytworów z wyrzutem. - Kiepsko u nas z tą waszą kuchnią. Szukam i szukam... I nic. Jakiś tam sznycelek, jakaś kaczka, bogracz. I tyle.
Wąsaty wytwór wyobraźni kręci głową z dezaprobatą.
- Bo źle szukasz - mówi z niemieckim akcentem.
- To znaczy? - przysiadam się ze swoim kuflem do jego stolika
- Nasza kuchnia ma się tu całkiem gut. Wiadomo, że to nie to samo... Gorsze surowce, kiepskiej jakości półprodukty... Ale cóż, nie można mieć alles!
- Przecież u nas już tylko pizzerie i chińskie jadłodajnie są!
- Mówię ci noch ein mal: źle szukasz. Porzuć utarte schematen i idź w miasto raz jeszcze.
- Czego mam szukać?
- Wczoraj jadłem Apfelstrudel.
- A ja dzisiaj pyszne knedle na słodko - wtrąciła uprzejmie młoda dama siedząca obok. - Wczoraj natomiast węgierski Tokań. Palce lizać!
- Es én inkább palacsinta gombával! - wrzasnął z kąta milczący dotąd słuchacz, został jednak skarcony przez pozostałych.
- Zresztą, mein freund - poklepał mnie po plecach wąsacz - jakie to ma znaczenie? Siedzimy tu przy dobrym bier i gwarzymy przyjemnie. A ty szukasz jakichś iluzorische ideen. Niemcy, Węgrzy, Włosi, Czesi, Polacy i Żydzi... Toż to wszystko jedna masa. Knajpy powstają, plajtują, powstają nowe i znów padają... Tylko smaku, tego starego smaku już nikt nie pamięta. I dobrze. Rodzą się smaki zupełnie nowe, zmieniają się ewoluują... Dzisiejszy strudel nie będzie smakował tak jak ten sprzed stu laty. Ale ciągle będzie smaczny. Dzisiejsze bogracze, kaczki, auszpiki i pulardy też. I tak ma być! Trzeba im na to pozwolić. Inaczej kuchnia stanie się nudna i przewidywalna.

Być może Bielsko niegdy nie wytworzy swojego własnego smaku, być może nigdy nie powstanie nic na kształt tego nieszczęsnego sznycla czy knedlików... Ale czy w ogóle musi? Cieszmy się tym, co mamy. Tym, co dała nam historia i... sami twórzmy ją po swojemu...Fräulein Mitzi! Pizza Bitte! - wrzasnął do barmanki, po czym znów zwrócił się do mnie i stuknął kuflem o kufel.

- Also... Zdrowie, mein freund! Wyżehka idzie!

2013-07-05 | Dodaj komentarz
Angus
2013-07-06 12:43:50
Tekst prawdziwie zaostrazjay apetyt... szczęściem, właśnie nadszedł czas na obiad ;)
jacob
2013-07-09 20:06:28
Osobiście lubię Palatschinke (naleśnik z zawiniętą szynką), kiedyś jak u nas był kryzys i szynki nie było, marzeniem był wyjazd za Olzę, mieli tam taki przysmak zwiniętą szynkę w galarecie do tego bułka i piwo. Wracając do Pana artykułu, zasadnicze pytanie jest takie czy w Bielsku jadło się Kartoffeln oder Erdaepfel. Niemcy i Polacy jedzą to pierwsze, Austriacy to drugie. Aż strach pomyśleć, jeśli w przedwojennych menu Bielska znajdzie Pan to pierwsze, a z drugiej strony nie chce mi się wierzyć, iż przesiedleni do Braunschweigu bielszczanie używali dialektu austiackiego. Wracając do kuchni, pierwszy raz w życiu stricte polski obecnie specjał pierogi jadłem we Wrocławiu. Widzi Pan jak to jest z kuchnią w naszych czasach? trzeba jechać na zachód, aby zjeść specjał kresowy Do Krakowa polecam wybrać się na kebab, a w Gdańsku i polskim wybrzeżu mają dobrą rybę maślaną. Największa jednak patologia to karczmy góralskie w każdym zakątku naszego kraju.
Maciej P.
2013-07-10 20:04:31
@jacob Taaaak, palacsinta to coś naprawdę fenomenalnego, jednak nawet ona ewoluowała na przestrzeni dekad. Jeszcze pół stulecia temu nikt by jej nie podał na słodko, teraz - i wszem. Zresztą sama nazwa też nie jest stara. Dużo starszy jest placek hortobágyi - naleśnik z nadzieniem gulaszowym, podany pod sosem pomidorowym. Jego dalekim echem jest tzw. placek po węgiersku, którego w Węgrzech nigdzie nie uraczysz(!), bo stanowi jeden z węgierskich mitów (tak jak ten o tym, że staropolska kuchnia była tłusta i ciężka). Kebab w Krakowie jest może smaczny, ale w powyższym wpisie jest mowa raczej o tradycji... Czyli kebab odpada. No, chyba, że kebab w Małopolsce wywiedziemy od tureckiego najazdu w 1672 r... Wtedy jak najbardziej. Choć skądinąd wiem, że taki krakowski Döner kebab to ma raczej krótszą, dwudziestowieczną proweniencję. Wprawdzie mogę się mylić, ale na uznanie kebaba za tradycję kuchni krakowskiej nie mogę się zgodzić. Honor nie pozwala! Natomiast z tym niemieckim akcentem nie przesadzałbym. Bielsko to specyficzne miejsce. Gdyby ktoś, w pół drogi ze Lwowa do Wiednia, wysiadł z dyliżansu pocztowego na bielskim rynku, to nieważne jakim niemieckim próbowałby się porozumieć, i tak byłby zrozumiany, obsłużony i usatysfakcjonowany. Tacy - dajmy na to - Polacy wychowywani od dziecka w atmosferze bielskiej wielokulturowości, znali doskonale niemiecki, znali podstawowe zwroty po węgiersku (w końcu to Przedlitawia!) , znali absolutne "egzystencjalne" fundamenty jidysz, ale przecież nie posługiwali się tymi językami na codzień. Zatem to ciągle był tylko miejscowy koloryt lokalny i po niemiecku szprechali, niczym gastarbeiterzy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Austriak mówił po niemiecku na sposób austriacki, Niemcy (Karyntia, Steiermak, Salzburg i Tirol to wówczas jednak ciągle C.K. Austro-Węgry) mówili wieloma dialektami, ale żaden z nich nie był tutejszy. Ale specyfiką tych stron jest właśnie to, że wcale tutejszy być nie musiał! Że język niemiecki znad Sprewy, znad Dunaju, czy znad Odry nikogo tu nie raził. I był tak samo swojski, jak literacki, wiedeński Deutsch. I właśnie o tym, o różnorodności - jeno w wymiarze kulinarnym - jest powyższy wpis. Dlatego... pal sześć, czy Kartoffel, czy Erdapfel... Jeden pies!

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[marzanna]
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując...
[marzanna]
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne....
[beskid]
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 244125
Newsów: 91
Komentarzy: 328
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała