liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - kwiecień 2014

Komentarzy (1)

Dendrowstręt

  

albo

Miejski Operat Urządzeniowy

Kilka ostatnich tygodni to w naszym mieście czas intensywnej wycinki drzew. Pod piłami padło już kilkadziesiąt dorodnych topól, wierzb i klonów, a w planach są następne. Sprawa ta wzbudza w społeczeństwie wielkie emocje.

Kiedy przyglądam sie planowej wycince drzew w naszym mieście, gdy patrzę na potężne, wcale nie chore drzewa, które z łoskotem walą się w dno Niwki, na trawniki i osiedlowe parkingi, kiedy docierają do mnie wieści, że planem wycinki objętych jest ponad 300 drzew w całym mieście, rośnie we mnie coś na kształt buntu. A jednoczesnie jakaś przewrotna, nie do końca zrozumiała akceptacja dla tego planu. Dlaczego?

Blog ten ma w swoim podtytule sentencję "w poszukiwaniu utraconego sensu". Nie odnosi się to do mojej kondycji umysłowej, ale raczej do tego, czego w istocie dla dnia dzisiejszego poszukuję: starych (sądzę, że lepszych) form istnienia miasta jako zbiorowości, dawnych, pełniejszych, jaśniejszych i klarowniejszych zasad porządkowania życia wokół siebie, które mogą, a czasem powinny znaleźć swoją realizację i dzisiaj.

No bo w istocie jeśli zadamy sobie pytanie, czym de facto jest miasto, to - sięgając do podstaw, do najbardziej zasadniczych i rudymentarnych zasad - musimy na to pytanie odpowiedzieć równie zasadniczo: miasto to intensywnie zagospodarowana przestrzennie jednostka osadnicza o zwartej zabudowie, cechująca się niewielkim odsetkiem obszarów rolniczych.

Przyjmijmy tę encyklopedyczną tezę jako własciwą. Jawi nam się tutaj opis pewnych zależności, które już z zasady wyłączają z substancji miasta użytkowe przestrzenie zielone (w ich rozumieniu rolniczym). Od wieków bowiem tereny zagospodarowane agrarnie stały w opozycji do miasta i było to ogólnie akceptowalnym znakiem charakterystycznym zbiorowisk miejskich. Oczywiscie nie wynikało to z pierwotnego lęku przed dzikim życiem czyhającym na ludzi w lesie, bo tego typu obawy leżały być może u podstaw miasta jako idei, ale już dawno, w miarę postępu technicznego i cywilizacyjnego oświecenia, zostały zażegnane i są zwyczajnym anachronizmem.

Pytanie więc: dlaczego tak długo, bo aż do pierwszej połowy XX wieku idea zwartej zabudowy z minimalną, śladową wręcz obecnościa terenów zielonych w mieście była jedyną realizowaną w urbanistyce (nie licząc drobnych wyjątków-eksperymentów tylko potwierdzających zasadę)?

Dlaczego przestrzeń miejska przez całe stulecia uciekała od zieleni, a jeśli decydowała się na nią, to tylko w uformowanym, wręcz ściśle zamknietym układzie parków, skwerów, plant i starannie utrzymanych alei?
Można spekulować, że największe znaczenie miała tu typowa dla mieszkańców miast, a dekretowana miejskim prawem mentalność zamykająca sie w słowach: "Miasto to miasto, nie wieś, chcesz mieć drzewo, to idź do lasu, albo posadź u siebie na podwórku, pod oknem oficyny." Argumentacja dość logiczna i rzeczowo sprowadzająca problem do prostej dychotomii miasto - wieś.

Poza tym drzewa postrzegane były jako uciążliwe. Brudziły, sypały liśćmi, nasionami. Rzecz jasna rosły, a więc trzeba je było pielęgnować, przycinać, formować, zaniedbane zagrażały bezpieczeństwu, korzenie rozpychały bruki i chodniki, deformujac mury. Itd, itp.

Drzewa w mieście wybitnie nie pasowały do idei "uporządkowanej wygody", gdzie wszędzie miało być blisko, łatwo, bezpiecznie, słowem: wygodnie.

Jednak o ile takie podejście można jeszcze zrozumieć u ludzi XV, XVII, czy XIX wieku, gdzie polegało się przede wszystkim na własnych nogach, a odległość między punktami miasta liczona była w krokach i kwadransach drogi, to wydaje się, że dziś jest ono absolutnie pozbawione podstaw.

W dobie urządzeń pomagających pokonać każdą odległość czy to osobiście, czy wirtualnie, argument o koniecznej bliskości wszystkich ważnych punktów miasta traci na znaczeniu. Zaczął tracić już na początku XX wieku. To wówczas Towarzystwo Upiększania Miasta rozpoczęło zakrojoną na szeroką skalę działalność mającą na celu przemianę przestrzeni miejskiej na bardziej przyjazną - również, a może przede wszystkim - przez zwiększanie obszarów zielonych w mieście.

Zaczęły powstawać parki, skwery i całe aleje drzew. Chociaż nie da się ukryć, że początkowo walka z "miejską mentalnością" była dość uciążliwa.

Oto zdjęcie, które doskonale ilustruje, jak na początku XX wieku w Bielsku podchodzono do kwestii "obszarów zielonych". Mimo, że mamy tu do czynienia z wyjatkowo kiepskim retuszem, ten obrazek jednak stanowczo sugeruje gusta ówczesne, a więc szczególne zamiłowanie do niskich, kompartymentowych i trawnikowych form ozdobnych, gdzie krzewów wysokich, a tym bardziej drzew zwyczajnie nie widać. Wiązało sie to z koncepcją, która wprawdzie kilkanascie lat później została zarzucona, ale która obowiązywała jak dotąd całe wieki. Chodziło mianowicie o regułę niesadzenia wysokich drzew w przestrzeni ulicy. Miano na względzie oczywiście estetykęi bezpieczeństwo, ale priorytetem był tu przede wszystkim swobodny dostęp światła słonecznego do mieszkań, warsztatów i biur.

Naturalnie to, co obowiązywało w zwartym centrum i jego bezpośredniej okolicy, nie zawsze było zasadą na peryferiach. Kiedy w 1889 r. wytyczano nową drogę z dolnego przedmieścia do dworca kolejowego, obsadzono ją podwójnym szpalerem drzew, a właściwie drzewek. No właśnie. Były to niskie, formowalne drzewa, których utrzymanie było niewspółmiernie tanie i wygodne w stosunku do efektu, jakie przyniosło ich nasadzenie. To dość znamienne. Mimo, że drzewa siłą rzeczy rosną , to jednak ich wzrost przez lata był skutecznie spowalniany za pomoca zabiegów pielęgnacyjnych. Istnieje ilustracja z lat trzydziestych, na której widać drzewa o charakterystycznych grubych przyrostach u nasady korony świadczących o nieustannym przycinaniu konarów tuż przy pniu. Kiedy natomiast okazało się, że drzewa wybujały na tyle, że i dalsza ich pielęgnacja jest nieopłacalna, i zaczynają one stanowić element degradująco "podmiejski", pozbyto się większości z nich, nie czekając aż osiągną rozmiary dębu Bartek.

Na zdjęciu powyżej drzewka rosną pięknie. Równiutko, idealnie kuliste, jak od jednej formy. Na zdjęciach z 1920 roku te drzewka ciągle są, choć jest ich już coraz mniej, aby w latach trzydziestych ulec piłom i siekierom ostatecznie.

Oczywiście nie jest tak (i nigdy nie było), że miasto było jakąś jałową pustynią, którą latem prażyło niemiłosiernie słońce, a zimą przewiewały mroźne wiatry. W obszarach ścisłej zabudowy zawsze istniały enklawy zieleni wysokiej. I mam tu na myśli nie tylko założenia ogrodowe na tyłach kamienic, bo to jest zupełnie oczywiste - wszak były to obszary niepubliczne, prywatne i zagospodarowywane zgodnie z własnym widzimisię posiadacza. Chodzi mi bardziej o zarządzane przez miasto parki, skwery i mniejsze założenia, które - realizowane od drugiej połowy XIX wieku stanowiły dla mieszkańców naturalne miejsca azylu przed wielkomiejskim zgiełkiem. Wprawdzie jeśli spojrzymy na wydany w 1914 roku plan Pharusa, to łatwo zauważymy, że samo centrum miasta, ujęte w ramy starych murów miejskich z przylegającymi doń obszarami Blichu, rejonu Kaiserstrasse i Dolnego Przedmieścia aż do Synagogi to rzeczywiście ewidentnie suche pustkowie (nie licząc ogrodów zamkowych - rzecz jasna), ale przecież jeszcze 60 lat wcześniej, plan katastralny obrazuje tych zielonych obszarów nieporównywalnie więcej.

Na planie Pharusa park przy strzelnicy, założony w 1898 r. jest już w całej okazałości. Rok później powstał park na Blichu. Ciekawostką jest fakt, że na planie z 1914 roku można w przebiegu alejek parkowych dopatrzyć się dzisiejszego ich rysunku. Różnice są naprawdę niewielkie. Oznacza to, że przez ponad wiek park funkcjonował w kształcie prawie niezmienionym. Wielka, radykalna wręcz zmiana zaszła dopiero w czasach nam współczesnych i odbiła się negatywnie (nie tylko w kontekście estetycznym) na całym założeniu.


Ale tutaj uwaga dość istotna dla dalszych rozważań: te parki u samego ich zarania nie były wyspami dzikiej, nieujarzmionej przyrody w samym sercu ceglano-kamiennej pustyni. Również i one poddawane były pieczołowitym zabiegom, które miały nadać im konkretny, z góry założony plan. Owa przemożna chęć zapanowania nad zielenią i uczynienia z niej tworzywa to znamienny i charakterystyczny element zagospodarowania przestrzeni tamtych czasów. Architektura krajobrazu nie jest wymysłem XXI wieku, przeciwnie, mam jakieś przemożne wrażenie, że właśnie dziś to, co nazywamy "architekturą terenów zielonych" coraz mniej z tą architekturą ma wspólnego.

Innymi słowy przełom XIX i XX wieku to wielki boom dla parków i skwerów, gdzie zieleń traktowano jak swoiste plastyczne tworzywo nadając mu kształty pożądane i konstruując z jego pomocą regularne założenia architektoniczne.

Gęsta, wysoka, dzika zieleń. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, kiedy patrzymy na tę fotografię. To jednak pozór. Przycięta trawa, równe alejki, zabezpieczone drzewka o uformowanych koronach, stylowe barierki, kamień, rośliny i woda. Doskonałe połączenie prostoty, staranności i gustu, które w efekcie nadaje parkowi charakter do złudzenia przypominający najlepsze założenia pałacowe.


Ta koncepcja, mam wrażenie, zaczęła wyczerpywać się już w latach międzywojnia, kiedy - czy to z braku środków, czy z powodu przyjęcia nowej wizji - zarzucono ścisłą, konstrukcyjną, "opresyjną" wręcz kontrolę nad zielenią i pozwolono jej krzewić się w wielu miejscach z dużą swobodą.
Miało to swoje dobre strony, bo w wielkim stopniu dynamizowało krajobraz miejski. Proszę spojrzeć na dwa poniższe zdjęcia. Są wykonane mniej więcej w tym samym okresie.

Na pierwszym widzimy północną część Parku Blichowego, wydzieloną enklawę wokół pomnika Gabriela Narutowicza, zagospodarowaną zgodnie z najlepszymi wzorami architektury zielonej: symetryczne pola trawników okolone kompartymentami, przygotowane do nasadzeń kwiatów (sądząc z kwitnących kasztanowców przy dawnym torowisku tramwajowym, mamy do czynienia z majem), szerokie alejki, biegnące ku centralnej, dominującej bryle pomnika, wokół której półkoliście zasadzono krzewy i niższe drzewa, niebędące dla tej części założenia zbytnim wizualnym przeciążeniem. Wreszcie wysokie kasztanowce i platany stanowiące naturalną ramę współgrającą z całą resztą, zamykającą skwer w sposób najbardziej naturalny z możliwych. Harmonia, rytm, rym i zamysł...

Jednak już kilkadziesiąt kroków dalej ukazuje nam się obraz zgoła inny. Oto na drugim zdjęciu widzimy fragment nadrzecznej alejki w tym samym parku. Tutaj jednak zieleń objęła okolicę w niepodzielne władanie. Gęsty dach liści zamyka alejkę prowadzącą wśród gęstych traw, na wiodącej ku brzegowi Białej pochyłości krzewi się zbita gęstwa krzaków. Tutaj mamy do czynienia już nie tyle z parkiem, co omalże z lasem.

Te dwie różne od siebie rzeczywistości egzystują na bardzo niewielkiej przestrzeni, nadając jej wspomnianej dynamiczności i urozmaicając ten niewielki skrawek miasta w sposób doskonały.

I takie właśnie podejście bardzo mi się podoba. Różnorodność jest kluczem do piękna, również w wymiarze urbanistycznym.
Jednak tutaj rodzi się problem.
Aby bowiem konstruować "zieloną rzeczywistość" miasta, trzeba umieć z części tej rzeczywistości zrezygnować, trzeba umieć - paradoksalnie - poświęcić jej fragment dla utworzenia nowej przestrzeni, dla jej przebudowania.


Narażę sie pewnie niejednemu czytelnikowi, ale jestem zwolennikiem aktywnego konstruowania tkanki miasta, nawet, jeśli miałoby to za sobą pociągnąć dość radykalne działania. Jak się okazuje, na przestrzeni dziesięcioleci takie zjawiska były na porządku dziennym i przez cały ten czas zdawało to egzamin, nie widzę więc powodu, aby i dziś nie czynić podobnie.

Oczywiście niezbędnym tu jest (uprzedzę głosy protestu), aby miasto prócz samego pomysłu na pozbycie się kilkuset drzew miało w zanadrzu jakiś konkretny plan rewitalizacji tych okaleczonych obszarów.

Jeśli jest inaczej, to fatalnie. Rychło może się bowiem okazać, że dzisiejsza polityka Ratusza wpisuje się w ten przedstawiony pobieżnie powyżej proces zmiany wizji architektury zielonej miasta. Ale jako pierwszy w historii wpisuje się negatywnie oferując jedynie bielską masakrę piłą mechaniczną.


Oby to nie było złe proroctwo.

2014-04-13 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2014-04-14 15:25:54
W marcu ub. roku @liceummundi odwiedził park na oś. Polskich Skrzydeł i zamieścił ciekawą notatkę. Mimo braku postępów ze strony Ratusza w doinwestowaniu parku - nadal brakuje schodów i mostku - walczymy dalej o u utrzymanie stanu parku i jego zrównoważony rozwój. Pozdrawiam, (v-ce przew. RO Pś :) )
Komentarzy (6)

Przestrzeń obłaskawiona...

  

W naszym mieście od dziesięcioleci, a w niektórych przypadkach nawet od stuleci, funkcjonują ustalone i niczym niewzruszone topograficzne aksjomaty. W świadomości mieszkańców miasta - nie tylko tych rdzennych, ale i tych przybyłych (sam się do nich zaliczam) - funkcjonują pewne onomastyczne i terenowe stałe punkty odniesienia, których pojawianie się i istnienie jest regulowane koniecznością oswajania przestrzeni i budowania czegoś na kształt wewnętrznej, ale wspólnej dla wszystkich mieszkańców mapy otaczającego świata.

W najnowszym wydawnictwie BBTH "Bielsko-Bialskie prace historyczne" pan Jacek Warchala w kontekście funkcji nazw w obrębie miasta pisze o mieście jako o miejscu "udomowionej i obłaskawionej przez człowieka przestrzeni, która została wyodrębniona z przestrzeni anonimowej i doświadczana przez człowieka zarówno emocjonalnie jak i racjonalnie, i w jakimś sensie zawłaszczona przez niego >>dla siebie<<. Domy, ulice, parki, ogrodzenia, działki, chodniki, ścieżki są efektem aranżacji przestrzeni własnej, lub lepiej: pozyskanej na własność i swoistym znakiem zadomowienia, osadzenia, zasiedzenia przez kolejne następujące po sobie generacje".

Takich obłaskawionych przestrzeni każde miasto posiada olbrzymią, niezliczoną wręcz ilość, są jednak takie, które swą "udomowioną tożsamość" potrafią utrzymać przez całe stulecia i trwają niezmiennie mimo częstych, czasem nawet diametralnych zmian. Ba! Powstają nowe, na naszych oczach tworzą się niespotykane dotąd konstrukcje mentalno-przestrzenne, które wyznaczają zupełnie nowe horyzonty naszej rzeczywistości. Jeszcze przed dwiema dekadami słowo "Sfera", czy "Gemini Park" nie budziło w mieszkańcach miasta żadnych skojarzeń, a dziesięć lat temu były zaledwie nowymi hasłami w słowniku bielszczan. Dzisiaj funkcjonują jako odrębne jednostki topograficzne i spełniają podobne zadanie, jak niegdyś "Gallus", Folwark, czy Hulanka.

Rozpoczynamy dziś cykl prezentujący tego typu punkty znaczące naszego miasta, które będziemy analizować zarówno w kontekście geograficznym (czy raczej urbanistycznym), społecznym i - rzecz jasna - historycznym.

Kiedy zastanawiałem się nad tym, jaki punkt z długiej listy topograficznych znaków szczególnych Bielska-Białej wybrać na pierwszy z wpisów z cyklu, kiedy próbowałem wyodrębnić ten najbardziej charakterystyczny, stanąłem oto przed bardzo trudnym zadaniem. W grę wchodziło bowiem wiele propozycji, czarnych koni tych wyścigów - był Zamek, był Rynek, była Hulanka, park Słowackiego, park Włókniarzy, Pastornak, Aleje Sułkowskiego, Trzy Lipki, Widok, Obszary, Olszówka, Cygański Las, Leśniczówka w Lipniku, Konfirunek i wiele, wiele innych.


Mój wybór padł na nazwę, która nie tylko opiera się działaniu czasu i różnym wpływom, modom i tendencjom, ale stanowi również pewien ścisły miejski topos, rodzaj odnośnika, który jest odnośnikiem nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, a - jak się okaże - odciska swoje piętno również i na języku.

Tą nazwą jest Blich.

Ma ona w historii naszego miasta szczególne miejsce. Związana jest bowiem zarówno z bielskim rzemiosłem, jak i z samym tego miasta charakterem.

Blichowanie to specyficzny rodzaj pracy, która dziś jest nie tylko zapomniana, ale której charakter dla współczesnego (młodego) bielszczanina jest już po prostu niezrozumiały. Tymczasem bielenie płótna całe wieki wiązało się ze swego rodzaju widowiskowością. Na tym zdjęciu z przełomu XIX i XX wieku widać blich w całej swej okazałości. Jest to blich późny, jednak charakter pracy w wielu tego rodzaju zakładach od wieków nie ulegał zmianie i mimo postępów technologicznych, aż do XX wieku można było w wielu miastach oglądać tego typu obrazki.

Blich to położony nad brzegiem Białej (wcześniej Bystrej) obszar, który od XVI wieku zajmowała miejska ława do płukania płócien. To miejsce, gdzie bielono taniny najprostszą metodą, przez polewanie wodą i ekspozycję na słońcu. Wybielanie było tu prostym procesem fotochemicznym i stało się specjalnością bielszczan, a obszar zajęty pod ich warsztat powiększał się z dekady na dekadę. Z czasem blich, poszerzony o przyległe łąki, stał się miejskim znakiem rozpoznawczym. Przez wieki masowo bielono tu płótno. Charakter pracy związanej z blichowaniem odciskał na okolicy swoje piętno. Obszar przedmieścia przez długi czas był niezabudowany, rozległe tereny łąk nadrzecznych oddane były w wyłączne władanie blecharzy, którzy dla wybielenia płótna polewali je wodą specjalnie skonstruowanymi szuflami.

Blecharz przy pracy. Tak wyglądało polewanie wodą rozpiętych na nadrzecznej łące płócien. Tak pracowano także i na bielskim blichu. Fotografia z 1890 roku (źródło: Muzeum w Wuppertalu).

W XVIII wieku było to już spore przedmieście Bielska i już wtedy intensywnie wykorzystywano je gospodarczo. Podobno już książę Kazimierz II w XVI wieku założył tu stawy rybne, które świetnie prosperowały aż do XIX stulecia, kiedy to z powodu braku miejsca dla rozrastającego się przedmieścia i rosnącego apetytu na grunty, stawy zasypano (ostatni z nich funkcjonował jeszcze w XX wieku jako staw rekreacyjny, na którym można było pływać łódkami - znajdował się mniej więcej w miejscu dzisiejszych hal Befamy przy ul. Rejtana).


Blich bielski był jednym z najprężniej rozwijających się przedmieść. Jednak w osiemnastym wieku jego rola jako miejsca blichowania płótna, zmalała znacznie. W 1784 roku nastąpiła mała rewolucja w dziedzinie bielenia. Claude Louis Berthollet odkrył wybielające właściwości związków chloru. Od tego czasu bielenie płótna przez polewanie wodą powoli stawało się anachronizmem. Również samo rzemiosło ewoluowało coraz bardziej w stronę technologii opartych o chemię. Ale mimo to i wbrew pozorom przedmieście, mimo stopniowego wycofywania się bielenia jako rzemiosła, nie przestawało być Blichem.

Tym bardziej, że funkcjonowało tu wiele innych form rękodzieła, rzemiosła i przemysłu, które wykorzystywały okoliczne uwarunkowania geograficzne. Przede wszystkim cieki wodne, z których najważniejszą była Młynówka, biorąca swój początek ze stawu przy olejarni, przy dzisiejszej ul. Kustronia, płynąca otwartym korytem aż do 1883 roku wzdłuż ulicy Młyńskiej i Blichowej. Jej nurt musiał być dość silny, skoro budowano przy niej młyny. Innymi ważnymi potokami były Kamieniczanka, będąca granicą południową dla całej dzielnicy, czy potok Sikornik, stanowiący jej limes północny.

Dzisiejsza ulica Młyńska jest już tylko echem tamtych czasów, ale także mówi nam o pewnej rewolucji, jaka dokonała się na przełomie XVIII i XIX wieku, a która diametralnie zmieniła wygląd tego specyficznego rejonu.

W XIX wieku to tutaj właśnie rozlokował się bielski przemysł. Na Żywieckim Przedmieściu (taka nazwa zaczęła wówczas funkcjonować zamiennie) powstawały liczne zakłady przemysłowe. Na Blichu powstała przędzalnia lnu Wolfa (wprawdzie wcześniej od niej wystawił swą farbiarnię Mänhardt, jednak jego hale leżą nieco na północ od Blichu). W ślad za nią sypnęły się następne.

Zakład apretury i farbiarnia Wolfa. Wcześniej, od 1856 roku, mieściła się tu przędzalnia lnu. Pół wieku później na miejscu tego budynku stanęła pierwsza w mieście żelbetowa hala fabryczna.

Pojawiły się fabryki Graubnera, Piescha, Büttnerów, Batheltów, Josephy'ego... Dzielnica zatraciła swój pierwotny rękodzielny charakter, a mimo to ciągle przez mieszkańców zwana była Blichem. Tramwaj linii nr 1 jeździł do Cygańskiego Lasu przez Blich, na Blichu był park, przez Blich prowadziła (i nadal prowadzi) droga na Szczyrk, na Blich szło się na mecz rozgrywany na boisku "na górce", albo "na skarpie", przy ul. Widok...

Dzisiaj nazwa nieco już przybladła, jednak nie obumarła zupełnie. Co więcej, w świadomości mieszkańców - nawet tych młodszych - żyje ciągle i funkcjonuje niejako równolegle z pojęciami "ul. Partyzantów", "pl. Żwirki i Wigury", czy "park Włókniarzy". Można dziś zapytać młodego bielszczanina, czy wie, jak dojść na blich, a z dużą dozą prawdopodobieństwa wskaże właściwy kierunek.

Ale sprawa z bielskim blichem nie jest taka prosta. Ponieważ w XVI i XVII wieku bielenie płótna było tutaj rzemiosłem naprawdę dominującym, toteż i miejsc, gdzie ten proceder uskuteczniano, było więcej. Blichem był również obszar na północ od miasta, w rejonie dzisiejszych ulic Cechowej i Barlickiego. Wówczas były to tereny niezabudowane, przez całe dziesięciolecia pokryte płachtami białego płótnam i - tak samo jak na przedmieściu żywieckim - rzemiosło to kwitło tu niepodzielnie.

Tak się jednak złożyło, że ten obszar nigdy nie utkwił w świadomości bielszczan jako blich, nigdy nie wrósł z tym "piętnem" w topografię miasta, nigdy nie stał się jego częścią. Być może dlatego, że powstał później, a może dlatego, że w mieście takim jak Bielsko blich może być tylko jeden? Kto wie...?

Podobnie rzecz ma się z blichem bialskim. Tak, Biała także miała swój blich, ona również u zarania swych dziejów trudniła się tym rzemiosłem i ona bardziej niż Bielsko zawdzięcza swą nazwę tej właśnie czynności.
Bialski blich sytuować możemy w zakolu rzeki Białej, dokładnie tam, gdzie dzisiaj funkcjonuje park ratuszowy. Tam właśnie w XVI i XVII wieku bialscy rzemieślnicy bielili swoje płótna. W miarę rozwoju miasta powiększały się też tereny, na których rozpinano tkaniny i polewano je wodą z potoku. W drugiej połowie XVIII wieku funkcjonował już kolejny, potężny blich nad Białą, dokładnie naprzeciw blichu bielskiego, usytuowany na tzw. Kątach, w rejonie dzisiejszej ulicy Sempołowskiej, pomiędzy mostem w osi dzisiejszej ul. PCK i mostem w osi Leszczyńskiej.

Dziś nawet historycy rzadko kiedy utożsamiają przyratuszowy park z niegdysiejszym blichem.Tak mocno blich w Bielsku, na Żywieckim Przedmieściu wrył się w świadomość bielszczan, tak niepodzielnie zapanował w naszej wyobraźni, że słowo "blich" przestaliśmy utożsamiać ze zwykłym warsztatem pracy na otwartym powietrzu, jakich w całej Europie było wówczas bez liku, a zaczęliśmy traktować to słowo jako oryginalną, niepowtarzalną nazwę własną południowego przedmieścia Bielska.

Mimo postępu technologicznego, bielenie płótna - szczególnie w obszarach biedniejszych - nadal odbywało się według starych zasad, dlatego ciągle dla blichowania rezerwowano obszary usytuowane blisko cieków wodnych. Ale podobnie jak w przypadku bielskiego blichu północnego, tak i blich w Białej nie przetrwał w pamięci. Dlaczego?

Odpowiedź może być prosta. Tylko na bielskim blichu główna ulica przedmieścia otrzymała nazwę "Blichowa" (Bleichstrasse), a to w sposób walny mogło przyczynić się do utrwalenia pojęcia blich w świadomości mieszkańców. Tak mogło być w istocie, ale czy to jest tłumaczenie wystarczajace? Nie wydaje mi się, tym bardziej, że w tym fragmencie miasta nie była to jedyna ulica. Istniały tu takie ulice jak Manhardtgasse, Purzelberg, Graben, Pastornak. Ta ostatnia przez pewien czas była nawet ulicą dużo ważniejszą od Blichowej - tędy wiodła spod Zamku linia tramwajowa, tędy od połowy XIX wieku prowadzony był ruch kołowy w kierunku na Szczyrk.

W takim natłoku nazw i znaków blich mógł więc łatwo utonąć i popaść w zapomnienie.

Odpowiedź może być więc zgoła inna, choć równie oczywista. Zarówno na drugim blichu w Bielsku, jak i na blichach w Białej przez długie stulecia prócz łąki do bielenia nie zaistniało nic innego. Tam zawsze bielono płótno. Tylko.
Kiedy więc w miarę postępu technicznego weszły w życie nowe technologie, te miejsca - opuszczone przez blechaczy, niezabudowane, w żaden sposób niewykorzystane - popadały w zapomnienie, zwyczajnie obumierały, stawały się niepotrzebnymi nieużytkami, których nigdy w żaden sposób na nowo nie zagospodarowano, a skutkiem tego nie potrzebowano do ich funkcjonowania tworzenia żadnych żywych odniesień.

Ulica Blichowa. Na początku XX wieku dzielnica nabrała już tego charakteru, który znamy i my. Potężne hale fabryczne, kominy, gwar, ruch... Ale obok gigantów przemysłowych egzystują także ich poprzedniczki - fabrykanckie kamienice mieszczące już w pierwszej połowie XIX wieku tkackie i farbiarskie manufaktury. Zaś obok nich zupełnie już mikroskopijne warsztaty rzemiosła, ot, choćby ten, zegarmistrza Pawła Kleberta, do którego wejście widać w kamienicy po prawej stronie.

Tylko teren Żywieckiego Przedmieścia, który już w początkach XIX stulecia zaczęto zabudowywać nowymi fabrykami i warsztatami, jest wyjątkiem, bo tylko on nadal funkcjonował w świadomości bielszczan jako obszar żywy i obecny. Jeśli budowano fabrykę na Żywieckim Przedmieściu, to miejscowa ludność mówiła, że budowano ją na Blichu. Jeśli robotnicy chcieli zatrudnić się w zakładzie pracy Manhardta czy Batheltów, to kierowali się na Blich, słowem ciągle odnoszono się do tego fragmentu miasta, nieustannie funkcjonował w zbiorowej świadomości, ciągle potrzebowano odnośnika, indeksu geograficznego dla konkretnego miejsca. Inaczej niż pozostałe, zapomniane blichy, ten konkretny, na Żywieckim Przedmieściu bez przerwy żył. I żyje do dziś.

Pytanie, jakie rodzi się w tym kontekście, to: czy będzie żył i w następnych dekadach, czy przyszłe pokolenia będą o nim pamiętać?
Tutaj odpowiedź nie jest taka oczywista. Fakt, który przywołałem na wstępie wpisu, pewność, że większość z nas wie czym był i czym jest Blich, że potrafimy z większą lub mniejszą dokładnością wskazać obszar, jaki zajmuje, nie oznacza wcale, że nazwy tej używamy z pełną premedytacją, że chcemy tę rzeczywistość pieczołowicie kultywować.
Przeciwnie. Mam wrażenie, że coraz częściej pojęcie blichu wypierają inne pojęcia, zastępniki, rozmieniające tę starą nazwę na drobne: ulica Partyzantów, "przy Apenie", plac przy McDonaldzie (z onomastycznego punktu widzenia to jakieś horrendum)"skrzyżowanie z Michałowicza", czy "na Batorego"...

Być może jest to naturalny proces, którego nic nie powstrzyma, być może taki charakter ma miejska toponimia, że nazwy i pojęcia są z natury rzeczy nietrwałe i lubią być zastępowane nowymi, noszącymi rys tak dla młodych pokoleń atrakcyjnej świeżości... Być może wreszcie (w ślad za powyższą sugestią) powolna śmierć Blichu zaczęła następować w chwili, gdy ulicę Blichową przemianowano na Partyzantów...

Pewnie tak. I pewnie niejeden Czytelnik powie, że tak jest dobrze.

Ja jednak nie jestem wcale tego taki pewny. Dlaczego?

Obłaskawione, charakterystyczne i znane od pokoleń punkty topograficzne na mapie naszego miasta nie są tylko zwykłymi indeksami, zwyczajnymi punktami odniesienia, które pomagają nam poruszać się w przestrzeni (do magla na Folwark, do apteki pod Kasztany). Są nie tylko etykietami dla miejsc, one stają się swoistymi "punktami triangulacyjnymi" naszej zbiorowej wyobraźni, oswajają to miasto nie tylko dla każdego z nas z osobna, ale dla wszystkich. I to dla wszystkich jednakowo. To one - przez swój uniwersalny charakter - stwarzają nas bielszczanami, wspólnotą nie tylko miejsca, ale i tradycji, ale i historii.
Jeśli ich zabraknie - nie będziemy już wspólnotą, będziemy już tylko mieszkać po sąsiedzku.

2014-04-05 | Dodaj komentarz
jacob
2014-04-07 23:52:54
Zasadna zatem byłaby zmiana nazwy ulicy Partyzantów na Blichowa. A nie pamięta Pan dlaczego Partyzanci zastąpili Blich? Czym ten biedny blich podpadł władzom.
Maciej P.
2014-04-08 12:16:56
Nie znam powodu, dla jakiego władze miasta przemianowały ulicę, ale nawet gdybym znał - nie wierzyłbym weń zbytnio. :-) Praktyka denominacji jest stara jak świat, a na obszarach spornych politycznie szczególnie nasilona. Zresztą trwa od dawna. I nie ograniczała się tylko do nazw ulic. W latach dwudziestych, kiedy rozpisano konkurs na budynek Gimnazjum Polskiego (obecnego Liceum im. Kopernika), jeden z punktów regulaminu kończył się słowami: "styl gotycki wykluczony". Równie dobrze można było napisać wprost: "byle nie kojarzył się z Niemcami". W tym kontekście "Partyzantów" brzmi cokolwiek bardziej swojsko dla niektórych uszu niż "Blichowa", a z całą pewnością bardziej zrozumiale. Jeśli zaś chodzi o powrót do starej nazwy "Blichowa", to nie miałbym nic przeciwko, choć z drugiej strony cały ten mój wpis powyżej traktuje przecież o tym, że pamięć o dawnym charakterze ulic trwa jednak w świadomości powszechnej mimo oficjalnych nazw, czy też ich braku.
KLK
2014-11-10 18:10:49
Przyznaję, że bardzo dawno nie przeczytałem równie wartościowego eseju wiążącego się z B-B i abym ja, stary Bielszczanin tylu nowych rzeczy o swoim Mieście się tu dowiedział! Chciałbym i ja ustosunkować się do pytania zadanego przez &#8222;jacob&#8221; z mojego, uproszczonego punktu widzenia. Co do źródłosłowu starych nazw bielskich, to wydaje się on oczywisty: najczęściej niemal dosłowny przekład nazw austriackich z języka niemieckiego: Purzelberg = Kozielec, Maisengrund = Sikornik, Ringplatz = Rynek, to i Bleichstraße = Blichowa! Czas jakiś po nastaniu Polski, nawet nazwy związane z osobistościami były przekładane, np. Luschkagasse = Luschki. Niestety, już nawet przed wojną głos zabrała polityka nazewnictwa &#8222;słuszniejszego&#8221;: zatem Strzelnicza na Pierackiego, Plac Blichowy na Gabriela Narutowicza, wreszcie ta nasza ukochana Blichowa w 1935 roku przemianowana została na Michała Grażyńskiego! Nie abym uważał, że Wojewoda Śląski, dh dr Michał Grażyński (tak zasłużony dla Bielska!), nie zasłużył sobie na ulicę swego imienia &#8211; ale dlaczego akurat kosztem ulicy Blichowej? A po wojnie &#8211; zamiast przywrócić Blichową lub Na Blichu, prostacka władza &#8222;demokratyczna&#8221; wykombinowała sobie modnych wtedy Partyzantów, ale równie dobrze mogli to być np. Kosynierzy, Czwartacy czy Kościuszkowcy &#8211; byle nic nawiązującego do bielskiej tradycji! Z chwila połączenia się miast 1950/51 potoczyło się to już lawinowo: albo na komunistyczno, albo na radziecko, w najlepszym przypadku na ludowo; serwilizm bielskiej ochlokracji nie znalazł sobie równych, nawet na skalę ogólnopolską! Tyle, że oni już &#8222;tak mieli&#8221; organicznie, ale dlaczego po odzyskaniu wolności, wybrane w wyborach demokratycznych władze nie przywróciły nazw historycznych? Wytłumaczenie może chyba być tylko jedno: w większości władzę objęli niebielszczanie, ludzie ani związani uczuciowo z naszym Miastem, ani je czujący &#8211; zatem nie będący dumni z jego przodującej pod względem cywilizacyjnym pozycji w przedwojennej i długo jeszcze powojennej Polsce! Trudno przecież wymagać od przybyszów z Kresów Wschodnich, Kongresówki czy jakiejś zapadłej wioski wyczucia dla specyfiki historycznej naszego Dwumiasta, skoro oni ciężko zmagali się z utratą swojej ojcowizny&#8230; Dla nich wszystko jedno &#8211; czy będzie Partyzantów czy Blichowa, Park Włókniarzy czy Aleje Blichowe, Park Słowackiego czy Park Strzelniczy, a nawet Park Ludowy czy Cygański Las &#8211; który chyba cudem tylko jakimś został przywrócony&#8230; W ich umysłach pobrzmiewało wspomnienie Łyczakowa, Świętej Elżbiety, Pohulanki, a nie jakiejś tam Strzelnicy, Krzywego Mostku, Wysokiego Trotuaru, Pastornaku, Blichu, Konfirunku, czy Colloseum &#8211; dla nich pojęć obcych. A zatem i obojętnych! No i po co one komu, &#8222;skorośmy uznali&#8221;, że miejsca te można i trzeba nazwać: Dom Muzyki, Targowisko, Wysoki Chodnik, 1 Maja, Partyzantów i Park Włókniarzy, Piekarska i Okrąglak, w ten sposób odciskając na Mieście swoje osobiste piętno! Cały ten mój wywód oczywiście mocno uproszczony, zatem zasługujący na pogłębienie &#8211; ale raczej dokonanego przez specjalistę w rodzaju Autora eseju&#8230; KLK
Maciej P.
2014-11-12 07:51:57
@KLK. Bardzo dziękuję za miłe słowa. I za pogłębioną analizę dotyczącą nazwy ulicy także dziękuję. Szczególnie słowa o stosunku osiedleńców do naszego miasta i jego tradycji dały mi do myślenia. To jest problem na osobny wpis i być może już niedługo sięgnę po ten temat. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak polecić resztę wpisów na tej stronie. Pozdrawiam serdecznie.
Bartek
2015-04-15 00:23:55
Tak jak wspomniał szanowny KLK, nasze miasto straciło ciągłość historyczną i Bielsko jakie znamy ze starych pocztówek nigdy niestety nie wróci. Moim zdaniem nasze miasto (w sensie ludzkim) zmieniły dwie ogromne fale migracyjne. Pierwsza powojenna, która wygnała niemal połowę mieszkańców a na ich miejsce wprowadziła przybyszów z kresów i pobliskich wsi. Druga natomiast, nie wiem czy nie bardziej niszcząca, to lata 70-te i dziesiątki tysięcy przybyszów, głównie ze wschodniej Polski jako siła robocza okolicznych zakładów. Tak jak wspominał KLK, napływowi mieszkańcy nie czują, bo nie mogą czuć tego, czym Bielsko było przed wojną. W dodatku nowa władza bardzo się starała by zacierać historię. Może teraz, między innymi przez takie świetne blogi jak ten, prawda i świadomość historyczno-kulturowa przynajmniej w niewielkim stopniu powróci do naszego miasta...
emka
2016-08-24 15:11:44
Kolejny świetny wpis. Jestem pod wrażeniem Pańskiej wiedzy. Jednocześnie trochę mi wstyd, że jako osoba urodzona w Bielsku-Białej nie mailem pojęcia o miejscach które Pan opisuje. Jeśli chodzi o sam proces oswajania i nazywania rzeczywistości to chyba trzeba się pogodzić z tym, że stare będzie wypierane przez nowe.Tak jak Pan wspomniał, obecnie funkcjonujące nazwy typu Sfera, Gemini Park czy o zgrozo "Plac przy McDonaldzie" dla obecnych nastolatków są jak najbardziej naturalnie. Dla mnie osoby urodzonej na początku lat osiemdziesiątych brzmią dziwnie, pewnie tak samo jak ulica Partyzantów brzmiała nieswojo dla przedwojennych bielszczan. Chciałbym się tez tutaj odnieść do powyższego komentarza Bartka. Można w nim wyczuć pewną nutkę niechęci wobec osób przybyłych do Bielska i Białej po wojnie i potem w latach siedemdziesiątych. Kompletnie nie rozumiem takiego podejścia. Bielsko i Biała nie były miastami które funkcjonowały w jakiejś osobnej rzeczywistości, to co działo się w Europie po wojnie miało także wpływ na nasze miasto. Na miejsce wypędzonych Niemców czy Żydów przyszli wypędzeni ze wschodu Polacy, Łemkowie czy ludność z pobliskich wsi. Był to większy proces który nie obejmował tylko Bielska i Białej lecz połowę Europy. Ponadto, po wojnie duża część ludności która straciła swój dorobek często rodzinę chciała poprawić swój byt szukając lepszego miejsca na ziemi. Sam pochodzę z rodziny, która przybyła do Bielska w początku lat pięćdziesiątych z terenów Jury krakowsko-częstochowskiej właśnie z przyczyn ekonomicznych. Nie rozumiem tej niechęci szczególne w czasach kiedy parę milionów naszych obywateli szuka szczęścia poza granicami kraju.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[marzanna]
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując...
[marzanna]
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne....
[beskid]
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 244121
Newsów: 91
Komentarzy: 328
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała