liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - sierpień 2015

Komentarzy (5)

Skopany genius loci

  

czyli

Po prostu aneks

Po opublikowaniu ostatniego wpisu skontaktował się ze mną (i zmył mi głowę) pewien znajomy, mocno zdziwiony jednym ze stwierdzeń, które pojawiło się w notce. Znajomy powątpiewał mianowicie w prawdziwość zdania, jakoby ulica Cyniarska w istocie była kiedykolwiek ulicą reprezentacyjną. Według niego ani reprezentacyjną, ani nawet zbyt dużą. 180 metrów długości - argumentował - to raczej niezbyt imponujący dystans. To nie do końca prawda, warto pamiętać, że jeszcze w pierwszych dekadach ubiegłego wieku ulica Cyniarska nie kończyła się na skrzyżowaniu z ulicą Fryderyka (dzisiejsza Piłsudskiego), ale biegła aż do mostu na Białej, licząc tak naprawdę bez mała 300 metrów. Zresztą to nieistotne. Przecież o reprezentacyjnym charakterze ulicy stanowi nie tylko długość, ale przede wszystkim ogólny jej wygląd. I to, co składa się na tak zwany wystrój.

Ulica Cyniarska w roku 1899, a więc w czasach, gdy ciągle jeszcze była bardzo uczęszczana. Powstała pod koniec XVIII wieku, jako alternatywa dla Szosy Cesarskiej. Od roku 1867 była to droga przepędu... świń z bielskiego (starego) dworca. Mimo to na przełomie XIX i XX wieku to właśnie ona była drugą co do ważności ulicą wybiegającą z centrum miasta, ponieważ biegła ku drugiej i ostatniej wówczas przeprawie przez rzekę w centrum. Jej perspektywę - patrząc od strony placu - zamykała późnobarokowa fasada budynku mieszkalnego Wilhelma Schlesingera, od drugiej strony zaś - południowa pierzeja placu Józefa. Czy faktycznie była to aż tak wąska ulica? Nie bardziej niż inne drogi w mieście. Ale bez względu na to, czy wąska, czy szeroka - niezmiernie ważna.

Przyjrzyjmy się jej zatem bliżej. Ulica Cyniarska, mocno zmieniona przez wyburzenia nieparzystej strony, jest dziś przez to solidnie zniekształcona. Cały niegdysiejszy pas ruchu w części bliższej placu Wojska Polskiego zajmuje szeroki chodnik, miejsce zaś strony zachodniej ulicy zajęte jest przez parking. To pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy. Ale nie tylko to.

Parzysta strona ulicy to ciąg siedmiu nieruchomości, z czego sześć to kamienice mające przedwojenny rodowód. Ich stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Najbardziej zdewastowane są kamienice nr 10 i 18. Pozostałe również nie wyglądają najlepiej, a mimo to i tak wszystkie one tworzą bardzo ciekawy, dość jednolity kompleks architektoniczny. Ogólny, klasycystyczny charakter budynków nadaje im specyficznego rysu, przez co cała pierzeja ulicy tylko zyskuje. Kiedy patrzy się na ten pokaleczony, ale przecież nadal czytelny i interesujący zespół, ma się wrażenie głębokiego zamysłu urbanistycznego i architektonicznego, który obejmował nie tylko poszczególne budynki, ale i całą stronę ulicy. Fasady budynków korespondują ze sobą, nie wybijając się zbytnio ponad inne, tworzą czytelny i pełny rysunek.


Szczególnie wzrok przyciąga bogata ornamentyka kamienicy nr 14. Jej fasada, boniowana na całej wysokości, wykazuje - podobnie jak pozostałe kamienice - czytelne zróżnicowane kondygnacyjne z najbogatszą, festonową dekoracją pierwszego piętra. Wrażenie okazałości potęguje wielkomiejski porządek z reprezentacyjną bramą wejściową na osi.

Odrobinę skromniejsza, ale nie mniej efektowna była dekoracja sąsiednich kamienic nr 12 i 16 (z okazałym portalem nadokiennym z kartuszem). I tylko zbudowany kilka lat temu minimalistyczny, betonowo-ceglany budynek biurowo-handlowo-usługowy odcina się od tła niekorzystnie.

Nieco inaczej sprawa miała się z przeciwległą, nieparzystą stroną ulicy. Poza kilkoma dużymi kamienicami (z których do dzisiaj dotrwała tylko jedna, modernistyczna, opatrzona numerem 13 - druga spłonęła i została wyburzona w latach 80-tych), jej linię wypełniały parterowe, kryte spadowymi dachami domy, niektóre z nich zaopatrzone były w obszerne gible dachowe. Były to domy podobne do tych istniejących jeszcze dziś przy Szkolnej, czy Staszica.

Można powiedzieć, że nawet w latach świetności tego miejsca strona zachodnia Zinngieserstraße nie imponowała (i zapewne dlatego tak łatwo było się jej potem pozbyć), a mimo to trudno jest mi oprzeć się wrażeniu, że cała ulica cyniarzy stanowiła kompleks zwarty i - choć mocno zróżnicowany - jednolity. Przy czym to zróżnicowanie było bardziej formalne (wywołane różnicą majętności posiadaczy nieruchomości) niż architektoniczne. Trzeba bowiem mieć na uwadze, że zarówno te piękne, zdobione kamienice, jak i owe skromne domki z dwuspadowymi dachami pochodziły z tej samej epoki. Epoki harmonii i jako-takiego ładu. Warto o tym pamiętać. Szczególnie w czasach, gdzie bardziej liczy się rozwój architekta, niż rozwój miasta, gdzie przestrzeń jest tylko odskocznią dla indywidualizmu, gdzie łamanie konwencji stało się cnotą.

Powtórzmy to, co w sprawie tej nieszczęsnej ulicy jest najważniejsze: cała ona, mimo widocznych różnic w dekoracji poszczególnych fasad, stanowiła zwarty, zamknięty i skończony kompleks, który na całej długości tworzył swoistą architektoniczną ciągłość.

W kontekście tej całości dość szczególnie jawi się zlokalizowany przy ul. Piłsudskiego, w szczycie kamienic Cyniarskiej i Staszica, projekt pracowni Studio A z Bielska-Białej. Projekt sam w sobie jest całkiem dobry, ale do wyżej omówionego tła architektoniczno-historyczno-społecznego ma się, niestety, jak pięść do nosa.

Bo różnica między stylami zbyt duża? Też. Bo brak odniesienia do historii miejsca? Jak najbardziej.

Przede wszystkim jednak jest to projekt, który w tym miejscu jest swego rodzaju policzkiem wymierzonym miastu i jego mieszkańcom. Dlaczego? Powód jest prosty. Gdyby ktoś spytał nas dzisiaj, czym miasto Biała (dla wygody i dla podkreślenia sensu wypowiedzi będę posługiwał się nazwą historyczną) może dzisiaj zaimponować? Czym może się pochwalić? Jaka padłaby odpowiedź? Potężnymi i prężnymi fabrykami sukna, wełny i filcu? Nie. Eksportem kamgarnu i towarów modnych? Bynajmniej. Budową i eksportem maszyn? Nie. A może produkcją doskonałych likierów, cegieł czy fezów? Nic z tego. Biała to uboższa siostra Bielska, której największym dzisiaj, ale niezaprzeczalnym atutem jest jej historyczna, zabytkowa, nigdzie indziej niespotykana architektura. I nie mówię tu tylko o perełkach takich jak ratusz, czy wille przemysłowców, nie mówię też o prawdziwych ewenementach na skalę kraju jak choćby Kamienica pod Żabami. Mam na myśli przede wszystkim zwartą, kompleksową, wielostylową, bardziej lub mniej harmonijną zabytkową zabudowę miejską, której rodowód w wielu miejscach sięga epoki józefińskiej, a samo założenie - czasów saskich. Mam na myśli olbrzymi obszarowo konglomerat (owszem - budowli czasem zapuszczonych i zapadłych) o niepowtarzalnym klimacie peryferyjnego, przygranicznego miasta.

I właśnie ten jego charakter jest dziś mozolnie, z uporem maniaka, z zapałem godnym lepszej sprawy niszczony. Skutecznie demontowany w imię jakiejś nie do końca określonej oryginalności. W imię źle pojętego rozwoju miejskiej substancji. Co jakiś czas, to tu, to tam, realizowane są nowe projekty, które jak jakieś chore wykwity drażnią poczucie estetyki nie dlatego, że są brzydkie (choć niektóre są wręcz paskudne), ale dlatego, że na tle tego wyjątkowego miasta są jak komórki rakowe. W dodatku złośliwe, bo zaczynają się ponad miarę mnożyć. Zamiast odbudowywać oryginalną przestrzeń, która już kiedyś była zabudowana, udajemy, że nie wiemy, jak wyglądało to miasto kiedyś, i sadzimy co jakiś czas takie czy inne kwiatki, argumentując to koniecznością odciskania na mieście piętna naszej własnej epoki, przybijania pieczęci naszego pokolenia.

Można oczywiście mnożyć eufemizmy maskujące to, co w istocie się tutaj dzieje. Można powielać demagogiczne argumenty usprawiedliwiające mdłą niemoc w kwestii ratowania historycznej oryginalności, która przecież towarzyszy temu miastu od samego zarania. Prawdą jest jednak tylko to, że pogardzany od dekad i pomiatany genius loci Białej znów otrzymał solidnego kopniaka w tyłek. I będzie kopany tak długo, aż czyjeś ambicje nie zostaną zaspokojone. Chyba, że ktoś inny powie: dość.

W całej tej sprawie bardzo irytujące jest jeszcze coś. Kiedy rozmawiałem o tym nowym projekcie z pewnym czynnym zawodowo architektem, usłyszałem rzecz zgoła zdumiewającą. Otóż dowiedziałem się, że dzisiaj budynki tego typu (handlowo-usługowe) nie muszą już korespondować z historycznym tłem. Nie ma konieczności "wtapiania ich w kontekst miejsca". Że dzisiaj jest to absolutnie niepotrzebne, hamujące rozwój i w ogóle passe. Nie to było jednak najdziwniejsze. Oto już dwa zdania później ze zdziwieniem usłyszałem, że to nawet dobrze, że taki projekt powstaje, bo świetnie współgra... z nowoczesną architekturą banku, Klimczoka i restauracji "Mały Wiedeń" naprzeciwko... No ręce opadają!


Zatem nie jest prawdą, że kontekst nie ma znaczenia. Prawdą jest, że są lepsze i gorsze konteksty. I prawdą jest też, że o wyższości jednego kontekstu nad drugim nie decyduje, bynajmniej, zdrowy rozsądek.

No dobrze, ale czy jest jakieś rozwiązanie? Czy można na to coś zaradzić?

W wielu miastach istnieje zasada, aby w miejscach, które nie były wcześniej zajęte przez zabudowę w konkretnym stylu, lub w miejscach opustoszałych na przykład w wyniku działań wojennych, nie stawiać atrap udających dawne zabytki. To zasada, którą można dyskutować, ale ma ona swoje dobre strony. Dzięki temu nie powstają nibyhistoryczne maszkarony, które krajobrazowi mogą zaszkodzić bardziej niż mega-neo-moderna. Z drugiej strony dobrze byłoby, gdyby taka zasada narzucała jakiś sensowny kierunek. W Kołobrzegu, w Elblągu, w Głogowie i w kilku innych miastach Polski postawiono na retrowersję, czyli na pseudorekonstrukcję polegającą na wypełnianiu przestrzeni miasta substancją w kształcie dokładnie odpowiadającym dawnej zabudowie, ale budynkami w zupełnie nowym stylu, który tylko imituje gotyk, renesans czy barok. Efekt jest koszmarny. Starówki tych miast
przypominają jakieś groteskowe makiety, miasta z kiepskich wizualizacji. Są po prostu brzydkie. Prostacką, nieskomplikowaną brzydotą niedoróbstwa. Nie tędy droga!

Kilka lat temu rozpisano konkurs na zagospodarowanie przestrzenne Placu Wojska Polskiego. Zwycięski projekt zakładał między innymi zniwelowanie luki w północnej pierzei rynku budynkiem w stylu minimalistycznym wykorzystującym szkło, beton i metal. Projekt, mimo wygranej, nie został na szczęście zrealizowany. Mielibyśmy jedną komórkę rakową więcej. Jednak w tym samym konkursie pojawił się projekt autorstwa Krzysztofa Czyża, który wprawdzie nie zwyciężył, ale moim zdaniem jest swego rodzaju światełkiem w tunelu. Zakłada on, że ubytek w północnej pierzei rynku powinien zostać wypełniony dwiema kamienicami. Jedna z nich to dokładna replika stojącej niegdyś na drugim rynku w Białej kamienicy Rudolfa Lukasa, zastąpionej obecnie przez gigantyczne akwarium, druga to niezrealizowany, powstały w 1899 r. i dedykowany specjalnie na plac Garncarski w Bielsku, ciekawy projekt sławnego Maximiliana Fabianiego.


Projekt może się podobać, ale może i drażnić. Może zachwycać prostotą pomysłu, a może odpychać brakiem (chyba nadto fetyszyzowanej) świeżości. Jednego jednak nie można mu odebrać. Pan Czyż, zamiast kombinować z chromo-niklem, zamiast próbować wciskać w urbanistyczną pustkę koślawe retrowersje, dzikie mięso, czy inny śmieć, sięga do sprawdzonych (albo już istniejących, albo zaprojektowanych specjalnie dla tego miasta), doskonale komponujących się motywów. Wątków, które nie tylko szanują obolałą sempiternę bialskiego genius loci, ale jeszcze prostują mu skrzydła. Żadnej pseudohistoryjki, naciąganej filozofii, żadnego wydumanego kiczu, żadnej "nowej świetlanej jakości". Solidny, osadzony w swojskich klimatach pomysł czyniący wbrew urbanistycznej chorobie neomodernistów o nazwie "bo tak się teraz buduje!". Da się? Da się. (Źródło grafiki: Ośrodek Kreatywności Obywatelskiej OKO)

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to rozwiązanie uniwersalne. Rozumiem, że nie wszędzie i nie zawsze można je zrealizować. Jestem jednak przekonany, że wszędzie tam, gdzie można, powinno się bezzwłocznie korzystać z podobnych, przyjaznych dla miejskiej substancji rozwiązań. Jeśli dysponujemy sprawdzonymi motywami, takimi, które już raz zdały egzamin, powinniśmy je zastosować. A genialne neomodernistyczne projekty młodych, świetnie się zapowiadających architektów, zdobywców nagród i splendorów, lokować poza ścisłym historycznym centrum miasta. Tam jest ich miejsce.

2015-08-22 | Dodaj komentarz
andrzej
2015-08-22 18:53:24
Amen.
Tomasz K.
2015-08-23 13:15:01
Jako syn architekta często ubolewam nad tym, jakiemu schamieniu to środowisko (podobnie zresztą jak i wiele innych) uległo. Przez setki lat profesja architekta miała charakter artystyczny, z kolei dobrego artystę powinna cechować POKORA w stosunku zarówno do dzieła, jak i widza. Architekci zawsze tworzyli w oparciu o kanony ustalone w zamierzchłych czasach w oparciu o elementy składające się na naturalną harmonię. Wybitniejsze jednostki pozwalały sobie na więcej (jak Borromini w okresie baroku, albo Gaudi w przypadku katalońskiej secesji), niemniej nadal dochowywali wierności podstawowym kanonom piękna. Często jednak, kładzenie nacisku na artyzm sprawiało, że cierpiała jakość konstrukcji. Na to było jednak lekarstwo: architekci tworzyli nierzadko duety z wykwalifikowanymi budowniczymi, którzy wznosili szkielet, "ubierany" w kolejnej fazie w dekorację. Świetnymi przykładami (w przypadku Warszawy) były działające w pierwszych dekadach ubiegłego stulecia duety: Heppen -Czerwiński, Stifelman - Weiss, Weinfeld - Bryła i wiele innych. Dzisiaj mamy tendencję odwrotną: architekci przejęli dotychczasową rolę budowniczych, kładąc nacisk na trwałość konstrukcji, jednak cierpi przez to artyzm. Co więcej, brak nacisku na Venustas sprawia, że niedostateczna wiedza często łączy się z bałwochwalczym uwielbieniem dla własnego "geniuszu". To ostatnie z kolei jest wynikiem przeforsowania doktryny "sztuka dla sztuki" - to samo zjawisko dotyczy wszelkiej maści "performerów": często dla pokazania, jak są "wspaniali", moralnie zniżają się do poziomu rynsztoka, czyniąc swe dzieła kontrowersyjnymi (przykładem otoczka medialna towarzysząca niesławnej tęczy z Placu Zbawiciela). Skutkiem tego uzyskaliśmy kadrę - jak ja to nazywam - nowotworową, która daje przerzuty (niegdyś znane jako budynki) na miasta mające nieszczęście z nią się zetknąć.
Maciej P.
2015-08-28 11:53:41
@Tomasz K. Pełna zgoda. Ale byłbym nieuczciwy, gdybym tylko pomstował na dzisiejszych architektów. Młodych zdolnych specjalistów, w dodatku pozbawionych przytłaczającego kompleksu poprzedników, a przez to chętniej czerpiących z ich spuścizny. Młoda kadra o szerszym spojrzeniu na problem już rośnie. Ci młodzi zaczynają zdawać sobie sprawę, że architektura to nie tylko projekt domu, to nie tylko element w kalejdoskopie. To również część całości. A harmonia możliwa jest tylko, gdy wszystkie elementy do siebie pasują. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nauczycielami tych młodych-niosących-nadzieję są owi "ekscentryczni indywidualiści". To w poprzek ich naukom i tezom ci młodzi się buntują, to ich normy (które wprowadziły po wojnie tyle chaosu) kontestują, wybierając jednak Ład. I to jest piękne. I mam nadzieję, że tych kilkoro młodych studentów, z którymi miałem przyjemność rozmawiać, to tylko wierzchołek góry lodowej i że już niedługo będziemy się cieszyć z naprawdę doskonałej, wrażliwej i świetnie przygotowanej kadry. I trzeba mieć nadzieję, że do tego czasu "mistrzowie" nie zaorają nam miasta do imentu. Bo przecież - i o tym zapominać nie wolno - karty w mieście ciągle rozdaje Wydział Urbanistyki i Architektury z Miejskim Konserwatorem Zabytków do spółki.
Krzysztof Czyż
2015-11-04 20:26:14
Uściślę tylko, że niestety nie brałem udziału w samym konkursie. Ta propozycja była jedynie moją odpowiedzią, próbą zaczęcia jakiejkolwiek dyskusji publicznej i przykładem na to, że można inaczej. Każdy z konkursowych projektów miał tą wg. mnie wadę, że w żaden sposób nie szanował kontekstu miejsca. Te projekty mogły powstać gdziekolwiek. Wtedy mnie to zaskoczyło. Dziś wiem, że niestety jest to już prawie reguła. ,,Sztuka musi prowokować'' , ,,Fuck context'' mówią architekci chowani w duchu modernizmu. Ja niestety nie spotkałem się z tak wieloma pozytywnymi przykładami studentów o jakich Pan wspomina w swoim komentarzu. Chciałbym wierzyć, że taka zmiana naprawdę nadchodzi, tymczasem oglądając różne projekty budowy szklanych wież w obrębie nawet średniowiecznych warowni, obawiam się, że nie prędko. Pierwszy polski wydział dotyczący tylko architektury tradycyjnej jeszcze nawet nie powstał (choć już się o nim mówi), więc na razie BB jak i reszta Polski wciąż jest grą interesów tylko trzech grup: 1. Deweloperzy, którzy działają wg. zasady SDT (szybko, dużo, tanio). Nie liczy się jak i gdzie, liczy się zysk. Takie życie - kapitalizm. 2. Konserwatorzy. Dla konserwatora nie liczy się nic poza zabytkiem. Wszystko inne nie tylko, że nie jest ważne, ba, może być nawet zagrożeniem dla ,,prawdziwego zabytku''. Uważają oni, że rekonstrukcja nawet wg. oryg. projektu, oraz historyzm są ,,moralnie złe'', że architektura musi nieść ze sobą znamię czasu. Dlaczego? Bo ,,Karta Wenecka''? No proszę. Taką postawę prezentuje niestety nawet minister Omilanowska. 3. Nowocześni architekci. Wykształceni w modernistycznym duchu kultu nowoczesności i samego architekta, który już nie służy, ale tworzy i rządzi. To środowisko ma pisma, uczelnie, to środowisko samo sobie przyznaje nagrody i również dokonuje ostracyzmu na myślących, bądź tworzących inaczej. Kto jest po drugiej stronie? Kto reprezentuje ,,zjadaczy chleba'' jak nazywają z pogardą niektórzy nowocześni architekci osoby wg. nich ,,niewrażliwe na sztukę''? My w Polsce nie mamy Księcia Karola, który swego czasu wydał wojne modernistom w UK. Czy zostaje więc tylko ,,medialny terror'' jak to określił lubelski konserwator, gdy dzieję się coś już naprawdę skandalicznego? Czy ktoś z oficjeli potrafił powiedzieć ,,król jest nagi'' gdy robiono szopkę na otwarciu muralu Tarasiewicza na CH Gemini? Chyba wszyscy wiemy jaki był odbiór tego ,,dzieła sztuki'', że go już nie ma i nikt za nim nie tęskni. Mam tylko nadzieję, że może chociaż BBTH reprezentujące bielską elitę intelektualną będzie kiedyś traktowane poważniej (jakiś czas temu to chyba nawet hodowcy rybek dostawali większe środki finansowe na działalność niż oni) i w imieniu Bielszczan będzie się mogło wypowiadać w różnych ważniejszych kwestiach. Inaczej wszystko pozostanie w rękach kilku ,,specjalistów'' i ich gustów. Dodam tylko, że z przyjemnością czytało mi się ten wpis, komentarze pod nim. Cenię sobie również cały blog i prosiłbym o zastanowienie się czy nie można by tego również przenieść na facebooka? Na koniec podaję linki gdzie można zobaczyć dobrą tradycyjna architekturę na zachodzie. Może kiedyś dojdzie i do nas: http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=435157&page=164 https://www.facebook.com/ArchMMXII/?fref=photo
Maciej P.
2015-11-05 13:25:56
Panie Krzysztofie, witam pięknie. Istotnie, mój błąd. Pana projekt nie był projektem konkursowym, a szkoda. Wprawdzie - znając zapatrywania architektów miejskich na problem zabudowy przestrzeni - obawiam się, że projekt przegrałby w konkursie, jednak mnie on przypadł do gustu na tyle, że jest dla mnie zarówno dowodem na to, że modernistyczny rak nie zainfekował jeszcze wszystkich w środowisku, i jednocześnie wzorem, który w dyskusjach na ten temat pokazuję wszystkim niezorientowanym: patrzcie, jednak można stworzyć coś, co ma wiele wspólnego z architekturą przez wielkie A, a co nie ucieka się do pseudowizjonerstwa. Oby więcej takich pomysłów. Oby więcej możliwości ich realizowania. W jednym z powyższych komentarzy padła niezwykle trafna uwaga, że różnica między dzisiejszym rozwojem miasta, a rozwojem przed stu laty polega na świadomości inwestora. Dzisiaj inwestycje zleca zazwyczaj miasto (lub projekty opiniuje) albo przybysz z daleka lokujący tu tylko swoje interesy. Tymczasem niegdyś inwestorem był najczęściej miejscowy prywatny właściciel, który (poza małymi wyjątkami) nie zdecydowałby się na jakiś drastyczny wyłom w ogólnej wizji miasta. I nie ze strachu przed ostracyzmem, ale raczej z szacunku dla przestrzeni, którą wybrał na swoje miejsce życia. I dlatego, że kiedyś rozumiano, czym jest dobry gust. Właśnie tak: rozumiano. Nie tylko odczuwano. Jeśli chodzi o facebooka, to marnie sprawę widzę. Być może popularność blogu wzrosłaby rzeczywiście, a zasięg wpisów byłby większy. Jednak są i złe strony. Szczerze mówiąc mierzi mnie powierzchowność facebookowych opinii, odrzuca od systemu "lajkowania" i linkowania, który pozbawia kontaktu z czytelnikami i komentującymi. To zabija dialog. Wielokrotnie podczas prowadzenia Liceum mundi uprzytomniałem sobie, że ta wąska społeczność, która co jakiś czas skupia się pod moimi wpisami, przychodzi tu z pasji i z zamiłowania. Nikt im niczego nie linkuje, nikt nie poleca, nikt nie narzuca. Przychodzą tu, bo mają nadzieję (czasem złudną, wiem), że być może przeczytają coś ciekawego, że być może da się podyskutować z innymi pasjonatami. W tym kontekście Facebook niczego nie jest chyba w stanie poprawić. Pozdrawiam serdecznie.
Komentarzy (8)

Klątwa Kamieńca

  

albo

Planowy chaos


Sierpniowy poranek nie przywitał mnie z dawna oczekiwanym chłodem, choć niebo zasnuło się warstwą chmur. Przeciwnie. Suche powietrze było jak buchający z piekarnika żar, jak pustynny powiew przynoszący zamiast ukojenia kolejne fale spiekoty. Wprawdzie słońce skryło się za obłokami, ale powietrze nie ochłodziło się ani odrobinę. A na dodatek sama okolica nie nastrajała optymistycznie.

Bo mimo wczesnoporannego, rozproszonego oświetlenia, miejsce, w którym się znalazłem w żaden sposób nie zyskało. Przeciwnie. Nawet miękkie światło poranka nie zdołało przysłonić mankamentów. Całej masy mankamentów.

Znajdowałem się w samym centrum miasta, o kilkanaście dosłownie metrów od miejsca, które przez długie stulecia było jego sercem. A jednak miałem wrażenie, jakbym znalazł się na opuszczonym po trzęsieniu ziemi i zmasakrowanym przez Talibów zapleczu warsztatu samochodowego w Radomiu. Wokół mnie wystawały z ziemi żałosne resztki miasta.

Jest dla mnie niepojęte, jak to się mogło stać, że jedna z najbardziej reprezentacyjnych ulic, istniejąca od z górą dwustu lat, będąca w dodatku jedną z dwóch najistotniejszych arterii łączących dwa brzegi, dwie krainy, uległ tak dalece degradacji; jak to się stało, że ten piękny jeszcze niedawno, wielkomiejski w swym charakterze zakątek mógł przejść tak daleką, tak zatrważającą ścieżkę destrukcji. Do dziś zachodzę w głowę, jakie decyzje na przestrzeni wieków trzeba było podjąć, a jakich zaniechać, aby osiągnąć taki obraz spustoszenia... Co ja mówię "wieków"! Na przestrzeni ostatnich dekad! Bo stan dzisiejszy jest prostą konsekwencją omawianych już na tym blogu niefrasobliwych, wynikających z braku poczucia tożsamości decyzji niegdysiejszych włodarzy naszego miasta.

Z tej perspktywy ulica wydaje się być zupełnie zwyczajna. Trochę zaniedbana, ale sprawia wrażenie, jakby swym charakterem nie odbiegała zbytnio od jej podobnych ulic wielu miast w Polsce. A to tylko pozór. Kiedyś ulica Cyniarska była ulicą naprawdę reprezentacyjną, czego niemym a mimo to wymownym świadkiem są zdradzające jeszcze resztki przeszłej świetności kamienice. Te, które cudem ocalały. Pomijając fatalny stan tych budynków, biorąc pod uwagę tylko ich (widoczny jeszcze tu i ówdzie) niezaprzeczalny architektoniczny powab, trudno uwierzyć, że ta ulica de facto właściwie nie istnieje. Pozostała tylko jedna jej strona. Jedna połowa, oszukańczy fragment, udający ulicę kikut.

Powiem szczerze: nie wierzę w zabobony i gusła, ale w tym jednym przypadku, w przypadku ulicy Cyniarskiej, a nawet szerzej, w przypadku całej okolicy centrum Białej, skłonny jestem stwierdzić, że kiedyś, dawno temu, padła ona ofiarą jakiejś okrutnej, a bezwzględnej klątwy. Nie ma chyba w naszym mieście, w ścisłym jego centrum, miejsca równie obskurnego i zapuszczonego, takiego, którego kształt ani nie nawiązuje już do bogatej historii tego miejsca, ani nawet - i to jest chyba jeszcze straszniejsze - nijak nie wróży na przyszłość. I o ile to pierwsze mogło być konsekwencją splotu wielu okoliczności, czasem zupełnie nieprzewidzianych, a czasem niemożliwych do powstrzymania, o tyle to drugie jest już sprawą, która poważnie obciąża dzisiejsze władze miasta i obnaża ich brak kompetencji, potencji i inwencji w tej sprawie.

Zagospodarowanie przestrzeni w konsekwencji zasiedlania coraz to nowych obszarów wiąże się i zawsze wiązało z konkretnym, ścisłym planowaniem. Wieki przeszłe charakteryzowały się wielkim przywiązaniem do projektowania założeń przed ich konkretyzacją. Zazwyczaj - tak jak to miało miejsce choćby w przypadku Bielska - realizowanie założenia nie odbiegało zbytnio od projektów, co widać do dziś w przestrzennym ukształtowaniu najstarszej części miasta. Zaprojektowany na bazie jednostki mierniczej zwanej sznurem rynek z przyległymi doń ulicami i działkami pod zabudowę powstał bez większych odchyleń i zaburzeń. To, co zamierzono zrealizowano niemalże w stu procentach.

Nieco odmiennie ma się sprawa w przypadku Białej. Tutaj, mimo, że mamy do czynienia z planami już nie średniowiecznymi (choć na średniowiecznych prawidłach opartymi), ale osiemnastowiecznymi, wyraźnie daje się zauważyć, że już od zarania osady coś poszło nie tak.

Jeśli przyjrzymy się powstałemu w 1723 roku rynkowi w Białej z lotu ptaka, dojdziemy do wniosku, że założenie, z jakim mamy do czynienia jest zadziwiająco nieregularne. Najbardziej "poukładane" są pierzeje wschodnia i zachodnia. Południowa zdradza dużą nieregularność - jej linia jest rozchwiana i nieciągła, natomiast pierzeja północna (w swej zachodniej części) jest przykładem kompletnego urbanistycznego chaosu. Pytanie: dlaczego?


Dlaczego projektowane centrum nowego miasta - było nie było, na miejscu dotąd niezagospodarowanym - nie zostało wzniesione z oczywistą w takim przypadku regularnością, z zachowaniem choćby pozorów planowania i zamysłu?

A może było, tylko na przestrzeni wieków, w konsekwencji burzliwych i najczęściej destrukcyjnych wydarzeń, projekty podlegały silnym modyfikacjom?

Po części tak. Ale nie do końca. Żeby jednak wyjaśnić całą rzecz musimy cofnąć się do samych początków miasta.

Osada rzemieślnicza Biała - jak wiadomo - powstała około połowy XVI wieku, a jej zalążek lokował się mniej więcej w okolicy dzisiejszej ulicy Łukowej. Biegł przez osadę międzyregionalny szlak wschód-zachód, dzięki któremu mogła ona rozwijać się dość intensywnie w oparciu o różne formy działalności (tkactwo, bielenie, hodowla, handel). Siłą rzeczy rozwój Białej mógł przebiegać raczej tylko w kierunku wschodnim, a więc od rzeki ku niezagospodarowanym obszarom należącym do Lipnika, a i to nie bez problemów. Otoczona ze wszystkich trzech stron przez grunty lipnickie Biała miała bowiem bardzo niewiele miejsca na ekspansję. Jeszcze w połowie XVII wieku wschodnia granica osady biegła przecież tylko ok. 250 metrów od rzeki Białej (mniej więcej wzdłuż dzisiejszej ulicy Dmowskiego i Komorowickiej), nie był to więc duży obszar. Nic więc dziwnego, że rozwój i ekspansja w pewnym momencie musiały ulec zahamowaniu. Stało się to nawet dość szybko. Już sto pięćdziesiąt lat po powstaniu, podupadającej z wielu powodów osadzie, straszącej opuszczonymi domami i chylącymi się ku upadkowi gospodarstwami, groziła całkowita zagłada.


Na prośbę starosty lipnickiego, Jakuba Zygmunta Rybińskiego, król August II wystawił przywilej lokacyjny, na podstawie którego osada Biała stała się miastem. Uczyniono to właściwie tylko w celu ratowania wsi, która mimo wszystko miała potencjał i która mogła stać się w przyszłości konkurentem gospodarczym dla sąsiedniego Bielska.

Założenie, które powstało w wyniku przywileju, na prawie magdeburskim, w wersji prawa chełmińskiego, miało mieć charakter "wielkomiejski" i jako takie wymagało porządnego zorganizowania planistycznego, technicznego i urbanistycznego. Istnieją przesłanki, że centrum tego planu zostało umiejscowione dokładnie tam, gdzie wcześniej istniał rzekomy drugi (po mięsnym) targ w osadzie, czyli w miejscu dzisiejszego placu Wojska Polskiego. Dowodów na istnienie wcześniej targowiska w tym miejscu brak, jednak w 1723 właśnie tutaj wytyczono centrum nowego królewskiego miasta.

Uważnego obserwatora zdziwi zapewne, że plan ten ma bardzo średniowieczne cechy. W istocie. Oparty na łokciu krakowskim układ urbanistyczny zastosowany w przypadku Białej ma wybitnie średniowieczną proweniencję. Czworokątny rynek, przylegające do niego z czterech stron działki pod zabudowę i wybiegające z rynku ulice wozowe idealnie oddają charakter miast lokowanych od wieków.


Oto zaczerpnięty z trzeciego tomu "Bielsko-Bialskich studiów muzealnych" schemat przedstawiający analizę modularnego rozplanowania lokacyjnego z 1723 roku autorstwa Bogusława Krasnowolskiego. Przyjrzawszy się dokładnie planowi, można zauważyć spore różnice pomiędzy nim a rzeczywistością. Skąd się wzięły? Pomijając takie oczywiste zmiany, jak brak ratusza (który stał w północnej części placu - na planie oznaczony literką R - a który zburzono w 1827 roku), czy fakt, że w projekcie brakuje ulicy Cyniarskiej, bo ta została przebita całe dekady później - mamy tu kilka ciekawszych problemów.

Powtórzmy więc: o ile północny, wschodni i zachodni moduł zabudowy zostały w miarę dokładnie odwzorowane w rzeczywistości, o tyle w południowym coś zazgrzytało. Nic tu się nie zgadza. Linia pierzei faluje jakby była wytyczana przez pijanego mierniczego, uliczki miedzuchowe nie pojawiły się w realu w ogóle, nie licząc dzisiejszej ul. Ratuszowej, która biegnie przez sam środek południowego modułu, przez co trudno dopatrzyć się w niej choćby śladów drogi wozowej; cały zaś południowo-wschodni blok zabudowy wytyczony został... w korycie Niwki.

To ciekawe. I daje do myślenia. Dlaczego wytyczany od podstaw plan zabudowy, zamiast uwzględniać topografię, czyni jej wbrew, stając się jednocześnie planem wybrakowanym, nieidealnym? Czy już w trakcie wytyczania tego planu musiano uwzględnić jakieś istotne czynniki, które zniweczyły jego doskonałość? Czy projekt musiał się do czegoś stosować, poświęcając tym samym regularność południowej pierzei?

Pierwsze, co się nasuwa, to trakt Wiedeń - Lwów. To on mógł być powodem, dla którego całą koncepcję lokacyjną trzeba było dostosować do jego przebiegu. Jeśli rzeczywiście ta arcyważna arteria miała stać się bazą dla wytyczenia północnej pierzei rynku, siłą rzeczy południowo-zachodni wierzchołek miejskiego modułu musiał stać się "niezabudowalny", bo wypadał dokładnie w korycie potoku. Tak mogło być istotnie, ale mnie ta wersja wypadków nie przekonuje. Szosa Cesarska powstała dużo później, zaś poprzedni trakt, nie miał chyba wystarczajacego statusu, aby podporządkowywać mu wszystkie inne przedsięwzięcia. Droga to nie świętość, można ją zmienić, a jeśli jej przebieg miałby negatywnie zaważyć na przyszłych, niezwykle ważnych przedsięwzięciach, takich jak lokacja królewskiego miasta - nawet trzeba. I jestem pewien, że zrobionoby to. Dlaczego więc tak się nie stało?


Nie byłbym sobą, gdybym nie przypomniał
prezentowanej niedawno teorii o innym przebiegu Niwki, która to teoria całkiem zgrabnie wpisuje się w omawiany dziś temat. Co sprawiło, że doskonały plan przestrzenny z równymi modułami, przejrzystym układem ulic i równomierną zabudową wyrodził się już na wstępie tak bardzo, że jego forma, już od samego początku była swoją własną karykaturą. Co zmusiło mierniczych i planistów do tak absurdalnego założenia wśród - wydawałoby się - hektarów wolnego miejsca? Wystarczyło tylko obrócić w terenie cały projekt o kilkanaście stopni aby zmieścić się z wszystkimi modułami, ulicami i drogami. Wystarczyło dosłownie kilkanaście metrów, aby cały południowy moduł miasta zmieścił się pomiędzy placem a Niwką, która - kiedy patrzymy na miasto z góry - sprawia wrażenie, jakby znalazła się tam zupełnie przypadkiem, krzyżując wszelkie plany i całe założenie. Cóż... Będę może nudny, ale nie potrafię dla takiego obrotu rzeczy znaleźć innego wytłumaczenia jak tylko, że... Niwka naprawdę znalazła się tam przypadkiem.


Bo może istotnie w 1723 roku, kiedy wytyczano nowe miasto, Niwka płynęła innym, zupełnie w zabudowę nieingerującym korytem (proszę zauważyć, że na powyższym planie modularnym wschodnia strefa zabudowy nawet nie dotyka ulicy Komorowickiej, czyli owego hipotetycznego, domniemanego koryta potoku). Czy nie dlatego właśnie plan zabudowy wypadł z naszego punktu widzenia tak fatalnie. Czy nie dlatego, że może jeszcze w 1723 roku Niwka wcale nie stanowiła żadnej przeszkody i dlatego plan rozmierzenia lokacyjnego zakładał, że na południu spokojnie będzie można się pobudować? Ha! Zadajmy więc pytanie: dlaczego linia dzisiejszej ulicy Komorowieckiej była taką świętością, której plan zabudowy nie śmiał naruszać? Dlaczego projekt infrastruktury miejskiej sprawia wrażenie, jakby został wciśnięty pomiędzy ulicę Łukową, a Komorowicką.

Odpowiedź może być bardzo prosta. W latach dwudziestych osiemnastego wieku, inicjator nadania osadzie praw miejskich - Starosta Jakub Zygmunt Rybiński - w sposób absolutnie beztroski zaniedbał rzecz dla rozwoju królewskiego miasta najbardziej zasadniczą - przestrzeń. Niezbędną do rozrostu, konieczną do oczywistego w takich sytuacjach ożywienia gospodarczego. A przecież to właśnie rozwój był - jak się uważa - głównym powodem, dla którego starosta w ogóle zdecydował się na ten dość ryzykowny lokacyjny krok. To on miał zapobiec kompletnej ruinie osady i nie dopuścić do opuszczenia jej przez popadłych w nędzę rzemieślników. Z takiej perspektywy postępowanie starosty wydaje się być jakimś nie do końca przemyślanym działaniem, albo wręcz przeciwnie - planem z gatunku tych minimalistycznych.


Jakie to miało konsekwencje? Dość znaczące. Brak ziemi pod rozwój miasta sprawił, że zabrakło jej na porządny, konkretny, wielkomiejski projekt. Granica z Lipnikiem biegła bardzo blisko samego centralnego placu, wzdłuż dzisiejszej ulicy Komorowickiej. Wciśnięcie więc placu z prawdziwego zdarzenia było zwyczajną niemożliwością.


No tak. Zgoda. Ten argument ma swoje mocne podstawy. Granice były, są i pewnie będą świętością. Jestem w stanie go przyjąć, jestem nawet w stanie pominąć milczeniem interesującą przecież kwestię daleko idących zaniechań starosty Rybińskiego i jego niezbyt aktywnego działania na rzecz poszerzenia bialskich terenów - co przecież byłoby rzeczą w sytuacji lokacyjnej oczywistą. W porządku. Jednak w mojej krnąbrnej głowie nadal coś buntuje się przeciwko takiemu prostemu postawieniu sprawy. No bo w odpowiedzi na "argument graniczny" znów pada pytanie: a dlaczego granica pomiędzy Białą a Lipnikiem biegła właśnie tędy? Nie dwadzieścia kroków na wschód, nie trzydzieści na zachód, tylko tu? Dlaczego akurat wzdłuż ulicy, której wówczas jeszcze nie było, a która pojawi się dopiero za lat kilkadziesiąt? Czy nie dlatego, że granice zazwyczaj wytyczano wzdłuż naturalnych granic geograficznych i geomorfologicznych? Czy nie dlatego, że tam po prostu płynął potok, na którym wytyczono granice tenuty?


Zostawmy teorię. Mądrzejsi ode mnie stoją na stanowisku, że to niemożliwe, więc spuśćmy dziś na ten problem zasłonę milczenia i wracajmy do "ad remu". Przyjrzymy się północnej pierzei rynku. Po najstarszym ratuszu śladu - rzecz jasna - nie ma. Nie ma także śladu po wielu innych budynkach. To dlatego północno-zachodnia pierzeja jawi się szczególnie upiornie. Wprawdzie jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym w miejscu łysego dziś placu stały dwie budowle, po których ślad zaginął. Wprawdzie ulica Cyniarska była jeszcze ulicą, a nie jakimś urbanistycznym qui pro quo, ale tak naprawdę każdy rozsądnie myślący mieszkaniec miasta, nawet ten, który przywykł już do tego fatalnego widoku z "Klimczokiem" w tle, musi uznać ten stan rzeczy za jakieś horrendalne nieporozumienie. Tak nie może i nie powinien wyglądać reprezentacyjny plac miasta.

Ta część placu nie ma szczęścia. Istnieje bardzo niewiele ujęć prezentujących tę pierzeję, a także wylot ulicy Cyniarskiej. Są to tylko i wyłącznie zdjęcia wykonane prywatnie, bo pocztówki nie ma ani jednej. Literalnie! Na nielicznych fotografiach, tak jak na tej powyżej, dostrzec można - uchwycone niejako przypadkiem - kamieniczki, które odeszły w niebyt, tak jakby nigdy ich nie było. A przecież istniały. I mieszkali w nich ludzie. I pracowali. Świadczy o tym całkiem przekonująca reklama wizualna na frontonie jednej z rzeczonych kamienic. Można sądzić, że handel ceratą i linoleum był całkiem intratnym zajęciem.

Ta fotografia, wykonana przez pana Mieczysława Tomiczka w latach 80-tych, w jakiś sposób wyjaśnia, dlaczego wylot ulicy Cyniarskiej na Rynek był tak rzadko fotografowany, a jeśli już, to tylko jego wschodnia flanka. Dla reprezentacyjnego placu miasta taki zapuszczony domek, będący pozostałością po dawnej epoce mieszczan-drobnych przedsiębiorców nie był czymś, czym chcianoby się chwalić. Dlatego też najpierw skutecznie omijano ten fragment miasta w ikonografii, a potem równie skutecznie zlikwidowano problem buldożerami. Wraz z całą okolicą. Inna rzecz, że - w odróżnieniu od kultywowanej w PRL-u niechęci do małomiasteczkowej architektury - dziś nawet taka budowla (odpowiednio odnowiona, rzecz jasna) mogłaby uchodzić za atrakcyjną. A na pewno byłaby stokroć lepszym rozwiązaniem od pustej dziury z widokiem na DH Klimczok.

Spośród czterech pierzei wschodnia i zachodnia pozostały nam w spadku po poprzednich pokoleniach w stanie dużo lepszym od pozostałych. Miejscami ich zabudowa ma swoją nieprzerwaną historię od samego początku istnienia miasta.

A jednak - patrząc na dzieje tego miejsca - trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie ten zbieg ulic, Rynek w Białej, ten najstarszy fragment miasta nigdy nie miał do planowej zabudowy szczęścia. Zawsze, odkąd tylko powstał, coś przeszkadzało mu w zorganizowanym wzroście, w harmonijnym rozwoju.
I - szczerze mówiąc - nie ma znaczenia, czy to planowe działanie, brak potencji władz miasta na przestrzeni wieków, począwszy od starosty Rybińskiego, na dzisiejszych włodarzach skończywszy, wpływ domniemanych zmian geomorfologicznych, czy też może owa wydumana klątwa Kamieńca. Fakt pozostaje faktem. I widoczny jest jak na dłoni do dziś. Ba! Dzisiaj widoczny jest szczególnie.

Starosta Rybiński, lokując miasto, borykał się z wieloma przeciwnościami i ograniczeniami skutecznie tłumiącymi i opóźniającymi rozwój Białej. Mimo to ówczesnym udało się wyrwać z marazmu i pokonać przeciwności, w przeciągu kilku dekad wyprowadzając miasteczko na drogę ku lepszej przyszłości. Zabrzmi to może gorzko, ale kiedy patrzę dziś na takie smutne obrazki, jak ten powyżej, boli mnie serce i coraz częściej opadają mnie poważne wątpliwości, czy komukolwiek jeszcze zależy na tym zapomnianym i zagubionym w przestrzeni miejscu...

2015-08-15 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2015-08-15 19:24:03
Po raz kolejny podziwiam Twoją wiedzę i zazdroszczę pasji. Ale, przy okazji, o co chodzi z tą "klątwą Kamieńca"? Nie wstydzę się przyznać do niewiedzy, a wujek google skapitulował....
andrzej
2015-08-15 21:55:44
To zastanawiające, że w mojej pamięci z lat szczeniackich utkwił właśnie widok a raczej obecność na pl. Wojska Polskiego tego właśnie starego domku z fotografii. Będąc mieszkańcem Bielska (mentalnie i terytorialnie) raczej sporadycznie, jako małolat zapuszczałem się do Białej a główną trasą była ta przez ul. Łukową na Cyniarską do sklepu zoologicznego. I to właśnie tam przechodziłem obok tej zapyziałej chałupy, która niczym nie zachęcała do zainteresowania się nią w jakimkolwiek stopniu. A jednak to właśnie ją pamiętam, może właśnie dzięki tej odmienności od całej otaczającej ją reszty i pewnie dlatego żałuję, iż na jej miejscu nie powstało coś, co by ją godnie zastąpiło. A może to tylko tęsknota za minionym czasem? Dzięki za tekst i pozdrawiam.
Maciej P.
2015-08-16 18:15:47
Andrzeju. Klątwa w istocie jest domniemana. Po prostu uznałem, że skoro miasto od samego zarania boryka się z takimi problemami i nawet królewskie wstawiennictwo niewiele pomogło, skoro nawet dzisiaj forma przestrzenna osady pozostawia tyle do życzenia, to wszystko to nie może być przypadkiem. A ponieważ nie potrafię sobie wytłumaczyć tego w sposób racjonalny - uciekam się do zabobonów. Oczywiście z przymrużeniem oka. Inna sprawa, że ludzie tej "klątwie" jakoś chętnie pomagają. AndrzejuN, tęsknota za minionym czasem na pewno też. Ale może przede wszystkim podświadome poczucie jakiejś oczywistości, świadomość, że ten domek, choć "łoszkliwy", był jednak na swoim miejscu. Fakt - różnił się od pozostałej zabudowy, może nawet straszył na tle całości, a jednak dopełniał ją jakoś, stanowił jej część. Innego zdania były ówczesne władze. Zaorały ten fragment przestrzeni, wbijając weń jak klin potężną a brzydką jak noc bryłę, nie zasłaniając jej nijak. Myślę, że przede wszystkim była to sprawa priorytetów tamtej epoki. Kiedy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych przystąpiono do budowy najnowocześniejszego wówczas w kraju domu handlowego, priorytetem była możliwość wykazania się. Więc kiedy "Klimczok" już stanął, trzeba było się nim pochwalić. Ni więc dziwnego, że wszystkie pomysły na wypełnienie luki w północnej pierzei placu, choćby były architektonicznymi cacuszkami, były odrzucane z założenia. Nikt wówczas nie pomyślał, że nowoczesność tego miejskiego kaszalota zdewaluuje się tak szybko i już w dekadę później zamiast nowoczesności, będziemy mieli tylko gryzącą w oczy szpetotę. W Warszawie dyskutuje się, czy zburzyć PKiN, czy zostawić. U nas nic nie trzeba burzyć, wystarczy zasłonić piekąc na jednym ogniu dwie pieczenie: wyzwolenie od Klimczokowej hegemonii krajobrazu i piękne wypełnienie północnej pierzei. Niby prosta sprawa, prawda? A mimo to decyzji jak nie było, tak nie ma. Noż klątwa, jak nic! Pozdrawiam
andrzej
2015-08-16 19:57:13
W nawiązaniu do powyższego tematu, nachodzą mnie jeszcze dwie refleksje. Pierwsza to inna rana na organizmie miejskim Białej, jakim jest w moim przekonaniu oś. Śródmiejskie. W zasadzie to wrzód. A sprawa druga dotyczy budowanego właśnie obiektu w omawianym narożniku ulic Staszica,Pilsudskiego i Cyniarskiej. Ciekaw jestem, czy inwestor pokusił się o nawiązanie stylistyczne do otoczenia, poszedł w minimalizm, czy też o zgrozo ( oby nie) popuścił wodze fantazji i powstanie coś na kształt BDM-u przy Stojałowskiego. Czas niebawem pokaże, czy „klątwa” nadal wisi nad Białą. Pozdrawiam
Maciej P.
2015-08-18 21:12:28
Andrzeju, odnośnie nowej budowli przy przystanku na Piłsudskiego, to marne tam są szanse na projekt wkomponowany stylistycznie i architektonicznie w okolicę. Na powstającym budynku wisi baner z wizualizacją przedsięwzięcia i muszę stwierdzić, że chyba nie tego się spodziewałem. Prawda, że w kontekście moich utyskiwań na stan obecny okolicy Cyniarskiej i Staszica, taki projekt (ba! każdy projekt) to więcej niż nic, ale chyba marzyłem w tym miejscu o czymś bardziej ambitnym. Doprawdy Imitacja kamienicy Haberfeldów przy figurze Reksia to w kontekście nowopowstającej budowli na Piłsudskiego omalże rekonstrukcja. We czwartek, albo w piątek pokuszę się o mały aneks do poprzedniego tekstu i spróbuję wyjaśnić, dlaczego mi to tak bardzo nie leży. Pozdrawiam ciepło.
Angus
2015-08-20 13:17:02
Problemem jest, kto mógłby te lukę wypełnić budowlami spójnymi i korespondującymi z otaczającą architekturą. Ratusz? Raczej nie, co widać po wychodzących stamtąd wykwitach architektonicznych (przejście podziemne na Piastowskiej, toaleta na Kopernika, park 1000 kubłów czyli Słowackiego, czy Cirkus Cryvultus). Zresztą to chyba nie rola ratusza. Tzw. bielscy inwestorzy i deweloperzy? Budują szybko i tanio, widać to po np. kamienicy z Rossmanem obok Klimczoka. (choć lepsza ona niż poprzednia wyrwa w murze). Problemem jest chyba to, że w BB brakuje mieszczaństwa. Mieszczaństwa, czyli osób nie tylko z kapitałem, ale też emocjonalnie z miastem związanych. Osób, dla których centrum BB nie jest tylko przeszkodą spowalniającą samochodowe przemieszczanie się między domem (na obrzeżach miasta), a jednym lub drugim centrum handlowym. A zmiany mentalne idą raczej w kierunku dalszej degradacji i marginalizacji centrum. A może się mylę – mam taką nadzieję.
Maciej P.
2015-08-20 22:28:15
Uwaga o mieszczaństwie jak najbardziej słuszna. Brak elity (w pełnym tego słowa znaczeniu - bez względu na to, jak ją zwał) związanej z miastem i w nim lokującej swoje cele, pieniądze i marzenia, to brak wpływu na kształt tego miasta. Natomiast jeśli chodzi o pytanie "kto ma budować", to myślę, że ból umiejscowiony jest gdzie indziej. Po stronie popartej brakiem gustu niemocy prawnej. Jak widać bowiem, w mieście jednak się buduje. Ale buduje się brzydko i bez sensu. I będzie się budowało brzydko i bez sensu tak długo, jak długo będzie na to przyzwolenie. Czy jest na to rada? W Elblągu zaeksperymentowano. Uchwałą rady miasta ustalono, że nowe budowle w ścisłym obrębie starego miasta mogą być wznoszone jedynie w formie retrowersji. I chociaż zasada mogła okazać się dla miasta zbawienna, bo chwytała w karby dyscypliny swawolnych projektantów, efekt był porażką. Odgórnie skazano miasto na koszmarny pudełkowy kicz, który był konsekwencją fatalnych retrowersyjnych, a więc neohistorycznych pokracznych projektów. Architekci omalże jednogłośnie uznają to dziś, nieco poniewczasie, za błąd, decyzję za pomyłkę, ale odwrotu już nie ma. Stare miasto wygląda jak makieta z klocków. Zamiast przynosić splendor - śmieszy i razi. Retrowersja (z drobnymi wyjątkami zaprojektowanymi przez ludzi z poczuciem smaku i sensu) okazała się niewypałem. Ale sama zasada ograniczenia zbytniej swobody stylistycznej nie jest takim złym rozwiązaniem. Myślę, że to dobry kierunek!
andrzej
2015-08-28 22:41:05
Jakby wywołane powyższym tekstem, pojawiło się w sprzedaży takie oto coś: http://allegro.pl/stare-zdjecie-bielsko-biala-i5631256482.html oraz http://allegro.pl/stare-zdjecie-bielsko-biala-i5631274147.html Zostało 5 dni na oglądanie.
Komentarzy (0)

Urlop

  

Albo

niewątpliwe walory poznawcze

Wydawać by się mogło, że urlop na łonie natury ma tylko dobre strony. Luz, odpoczynek, cisza, spokój... Banał.


Ale wiadomo, że ma też i strony złe. Tak, mam na myśli te tony papierów spiętrzonych na biurku, straszących po powrocie do pracy. Niejeden z nas to zna...

Okazuje się jednak, że taki urlop ma jeszcze inne oblicze, nie do końca zbadane. W moim przypadku tak właśnie było - zupełnie niechcący udało mi się takie oblicze odnaleźć. Oblicze poznawcze. I nie chodzi, bynajmniej, o pouczające niewątpliwie wizyty w napotkanych na trasie urlopowych wojaży muzeach. Myślę o czymś bardziej ekstremalnym. O pięciu stopniach w skali Beauforta, o przeciekającej łodzi; o burzy nad wodą, złośliwych kamieniach dybiących na miecz i ster pod jej powierzchnią; o grzywaczach, trzcinach, żwirze. I przymusowym lądowaniu na dziko.

Taka tam przygoda...
Ale to właśnie wtedy, w tej feralnej, wieczornej godzinie, wyrzucony przez złośliwe fale na brzeg, pozbawiony śpiwora, materaca, kolacji w przyjaznej marinie, zmarznięty, zmoknięty, pokąsany przez komary, czując na plecach nienawistny oddech kretów, wilków i niedźwiedzi czyhających na mój fałszywy ruch, właśnie wtedy zrozumiałem, że mimo urlopu, mimo letniej pory, mimo pełnego wyluzowania, akurat tego wieczora, na tym zimnym bezludnym brzegu... przydałaby się chociaż namiastka cywilizacji. Ot, choćby maleńki ogienek. Ja nie mówię: ognisko! Broń Boże. Ot, nikły płomyk, rozpraszający mroki nocy. Ot mały szałasik chroniący przed deszczem i wkurzającymi przedstawicielami gromady insecta. A jeśli do tego w dłoni pojawiłby się jeszcze jakiś kijek z pieczoną rybką na końcu, a na deser kilka jagód... Toż to byłby raj!

Właściwie wiele czasu nie potrzebowałem, żeby taki raj uskutecznić. Rozpalić ogień umiem, paliwa doń wokół mnóstwo, choć trochę mokre. Stary bom-tent robił za szałas, leszczynowy kijek za rożen... Poradziłem sobie.

Oczami wyobraźni widziałem już nawet chatkę z sosnowych bali na brzegu, spiżarnię zasobną w zapasy, opodal dom szkutnika (przecież musiałem naprawić łódź!), dalej kuchnię, kuźnię, punkt zbytu (wyspecjalizowanie się w produkcji haczyków na ryby, czy ekologicznych lin z sitowia to całkiem dobry pomysł na biznes), wreszcie jakąś przestronną świetlicę na spotkania, nieco dalej przystań, plażę z promenadą, a tuż za moją chatą, wydzielony z fragmentu lasu park. Wysypywane żwirem, a gdzieniegdzie brukowane alejki między porządnymi, murowanymi domami, które niespodziewanie wyrosły w miejscu chat. Gdzieś między pniami drzew prześwituje ratuszowa wieża, pobłyskuje hełm niewielkiego kościółka, a z oddali dociera do mnie jednostajny stukot kół zatrzymującego się na niedalekiej stacji pociągu...

A potem się obudziłem.

__________________________________________________________________________________________________

Miasto to twór. Od początku do końca sztuczny. Wymierzony, wytyczony, wydobyty z nieistnienia, utworzony z chaosu stan trwania, powołany przez ludzi rzutkich, energicznych, pełnych pomysłów i celów. Miasto to opoka. Miasto to zakreślona linią murów, kamienic i dróg szybkiego ruchu ucieczka od niepewności. Od nieuchronności pór roku, od zmienności aury i jej kaprysów. To twierdza. Chroniąca przed niepewnością jutra. To enklawa spokoju, bezpieczeństwa i normalności. Ale i odpoczynku po codziennych zmaganiach.

Nic w tym dziwnego, że przerażeni tubylcy próbują budować wokół siebie zorganizowaną i przytulną przestrzeń odgradzając się od nieprzyjaznej, choć czasem przynoszącej korzyść natury. Nic w tym zdrożnego. Jeśli tylko mają wystarczająco dużo energii, inteligencji i wiedzy...

I dobrze, jeśli ta budowa postępuje w planowy, zorganizowany, ściśle wytyczony sposób (cóż, przecież tylko wtedy ma to sens). I dobrze, jeśli planów nic nie pokrzyżuje, a miasto pnie się w górę i pięknieje z każdą chwilą.

A jednak...

Nie zawsze jest tak kolorowo. Nie wszystko idzie zgodnie z planem. Bywa, że drobiazgowe, skrupulatne plany zwyczajnie biorą w łeb, założone cele zamiast przybliżać, oddalają się coraz bardziej, a realia wokół nas skrzeczą coraz głośniej i uwierają z coraz większą siłą.

I o tym traktować będzie jutrzejszy, raczej pesymistyczny wpis.

Zapraszam.

2015-08-14 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[marzanna]
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując...
[marzanna]
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne....
[beskid]
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 244114
Newsów: 91
Komentarzy: 328
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała