liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - wrzesień 2015

Komentarzy (0)

Zaplecze miasta

  

albo

o pożytkach z wojny.

Przyznam się, że są w naszym mieście takie miejsca, które odwiedzam niezwykle rzadko. A są i takie, w których nie byłem bodaj nigdy. Z różnych powodów. Albo nie było okazji, albo nie po drodze, albo wolałem skróty. Albo wreszcie - i to wystawia mi kiepskie raczej świadectwo - bo już sama myśl o tych fragmentach miasta napawa mnie jakąś trudną do zdefiniowania niechęcią. Tak, przyznaję ze wstydem: są takie miejsca. I wbrew pozorom wcale nie tak nieliczne, jak mogłoby się wydawać.

Co w nich odrzucającego? Czasem po prostu ich ogólny, nieciekawy klimat. Bezduszny, bezwyrazowy charakter tchnący jakąś odczłowieczoną beznadziejnością.

Jednym z obszarów, który zazwyczaj staram się (czasem już zupełnie automatycznie i bezwiednie) w swoich wędrówkach po mieście omijać, jest położony na wschód od torów, wciśnięty pomiędzy torowiska, gazownię a ulicę Wałową kwartał przemysłowy. Te obszary zawsze, odkąd tylko zawitałem do miasta, budziły we mnie złe skojarzenia. I choć doskonale znam ich historię, ich aura w jakiś niepiękny sposób kontrastowała z zamkniętą, zwartą zabudową mieszkalną centrum, czy gęsto zaludnionych przedmieść. Zwyczajna sprawa.

Dlatego też wczoraj, kiedy niespodziewanie i zupełnie przypadkiem trafiłem w ten rzadko przeze mnie odwiedzany fyrtel, doznałem naprawdę zaskakującego wrażenia. Oto wąska, zaniedbana, wyludniona ulica Podwale, zagubiona gdzieś na zapleczu miasta - pełna odrapanych murów, starych, całkiem się sypiących, lub cudem odratowanych i zaadaptowanych na nowe cele fabryk, pełna szarości, kurzu i beznadziei zapomnianego końca świata - nagle w moich oczach dziwnie wypiękniała. Nabrała barw, życia i mimo wczesnej pory, natchnęła niezrozumiałą radością.

Być może powodem takiego szoku był fakt, że na ulicy Podwale znalazłem się po raz pierwszy od jakichś dwudziestu lat? A może fakt, że ta ulica, kojarząca mi się dotąd podświadomie z paskudną przemysłową architekturą industrial-modern okazała się jednak zabudowana (jakże mogłem tego nie pamiętać!) całkiem przyzwoitym budownictwem?

Przecież taka - dajmy na to - dawna fabryka śrub i nitów Bartelmussa i Suchego to (pomijając stan techniczny) jedna z ciekawszych budowli w tej części miasta. Mam na myśli pierwszy budynek, ten, w którym zaczęła się historia fabryki.

Jest niepozorny i wygląda dziś jak zwykła kamienica, pierwotnie jednak był prostą, parterową halą, którą dopiero po latach, a dokładnie po pożarze w 1902 roku nadbudowano o piętra i wzbogacono o surowy, ale wysmakowany detal.

Firma powstała około 1880 roku, pierwotnie jako zakład włókienniczy Moritza Bartelmussa, budynek stojący w głębi realności to dawna tkalnia. Dopiero później budynki fabryki przystosowano do zupełnie innej branży. W latach dwudziestych firma Bartelmuss i Suchy to już bardzo znana w tej części Europy Fabryka śrub nitów i mutr (muter? - obie formy poprawne). Zresztą branża metalowa miała tutaj szczególne wzięcie.


Bartelmuss i Suchy to także Fabryka wyrobów Emaliowanych i Metalowych, mająca swoją siedzibę również przy ul. Podwale (wówczas Johannystrasse).

Briefkopf z wizerunkiem firmy w okresie największej prosperity. A zarazem całkiem ciekawa autoreklama. Potężne hale, eksport w każdy zakątek świata, pięciuset pracowników - wszystko to musiało imponować. Przecież jeszcze dziś budzi podziw. Większość budynków istnieje i funkcjonuje do dziś. A na horyzoncie dworzec...

Ocalała, mocno zdegradowana, ale jeszcze stojąca, parterowa hala kryta niegdyś powszednim, dziś bardzo rzadkim dachem szedowym. Nowa stolarka (biorąc pod uwagę stalowe drzwi i kraty raczej ślusarka) drzwiowa i okienna nie przydają budowli uroku. Ta część ulicy nie czaruje.

Choć przecież dyskretnie ujawnia dawny swój wystrój - spod odpadającego tynku ukazują się zapomniane, zaślepione otwory okienne z dawnymi, ceglanymi nadokiennikami w formie łuków odcinkowych z kluczami. I to właśnie zastanawia. Hale funkcjonowały w czasach, gdy można już było zastosować betonowe nadproża. Tanie i proste w użyciu. A jednak zdecydowano się na rozwiązanie bardziej finezyjne. Przypadek? Nie sądzę.

Odremontowane budynki o ponad stuletniej proweniencji służą do dziś. Tutaj znów ciekawa architektura i znów zaskoczenie. Na tle zaniedbanych hal ta budowla odcina się w sposób imponujący. Wprawdzie dzisiejszy wolny rynek i konkurencja potężnych monopolistów nie pozwalają na powrót do starych metod produkcji, jednak na tej zapomnianej ulicy oddech wieków czuć wyraźnie. Nadal hulają tutaj dawne przeciągi.

Inna sprawa, że tego typu wielkie fabryki wyrosłe z pierwszych manufaktur nigdy już się nie odrodzą. Nie czas po temu.

A przecież początki działalności manufaktur to także czasy bardzo burzliwe. Przemysł tego typu, a raczej wyjęte spod kontroli cechowej, wolne sposoby produkcji, napotykały na samym początku wielkie problemy. Cechy rzemiosł kurczowo trzymały się swych przywilejów i kontrolowały wszelkie sfery działalności produkcyjnej. Całe szczęście okres rządów Marii Teresy był okresem bardzo sprzyjającym przedsiębiorczości.

Druga wojna śląska zakończona w 1745 roku upokarzającym dla Austrii pokojem drezdeńskim mocno nadwyrężyła (nadwerężyła? - obie formy poprawne) zaufanie obywateli do władzy. Aby je odbudować, oraz aby wzmocnić państwo, jego gospodarkę, a co za tym idzie również i jego zdolności militarne - odzyskanie Śląska było dla Marii Teresy absolutnym priorytetem - władze państwa austriackiego rozpoczęły zakrojoną na szeroką skalę akcję koncesyjną mającą na celu uniezależnianie małych przedsiębiorców od hegemonii cechów, co miało doprowadzić do prawdziwego boomu gospodarczego. Rozpoczęto wydawanie specjalnych przywilejów i listów ochronnych zabezpieczających działalność poza cechami. Niosło to przy okazji również i inną korzyść. W wyniku wojen podniesione zostały cła przewozowe, co znacznie podniosło ceny obsługi zbytu. Wytwórcy pozostający poza cechami, a więc nieponoszący dodatkowych cechowych obciążeń, mieli zatem w tej kwestii dodatkową przewagę.

W Bielsku już w 1750 roku z podobnych patentów ochronnych skorzystali bracia Bartelmuss, zakładając fabrykę ceraty, której produkcja odbywała się z wykorzystaniem tkanego w mieście lnu. Była to pierwsza tego typu działalność w Bielitz. Pierwsza "fabryka" z prawdziwego zdarzenia. Na kolejne nie trzeba było długo czekać. Powoli do ogólnej liczby manufaktur zaczęły dołączać rozbudowane tkalnie, które wyewoluowały ze zwykłych warsztatów tkackich (choć przecież - tu ciekawostka - wiele z nich prowadzonych było przez właścicieli ciągle pozostających oficjalnie w cechu!). Maria Teresa i tu miała swój wielki wkład: nieżyciowy już wówczas patent Karola VI wraz z wieloma innymi regulującymi pracę rzemieślników regulaminami (a w szczególności tym zakazującym pracy na więcej niż jednym krośnie tkackim) zostały zniesione. Rozpoczęło to zupełnie nową epokę przemysłu i otworzyło drogę dla powstania wielu, bardzo wielu zakładów.

Rosły jak szczypior na wiosnę. Rozbudowywały się, łączyły, dzieliły, pączkowały, klonowały. Na ponad 150 lat krajobraz pocięty kominami, wyściełany zębatymi dachami hal zdominował Bielsko. Manufaktury i fabryki opanowały miasto i stały się dlań zbawieniem i udręką. Dostarczały wełny, tkanin, filcu, cegieł, śrub, maszyn, słowem wszystkiego, czego potrzebowało rosnące w siłę państwo. Tysiące niewykwalifikowanych robotników znajdowały w nich zatrudnienie, nierzadko uwłaczające warunki pracy, ale również i zarobek.

Dziś trudno już sobie nawet wyobrazić, że sto lat temu ta ulica tętniła życiem bardziej niż dzisiejsza malownicza 11 Listopada. Że od surowych ścian hal odbijały się odgłosy pokrzykujących majstrów, turkot wozów załadowanych beczkami i skrzyniami pełnymi produktów, kwik świń przepędzanych z dworca na świński rynek. W mokrej od deszczu nawierzchni odbijały się światła rzadkich latarń gazowych i światła z okien fabrycznych.
Tymczasem dziś...

Kiedy patrzy się na pozostałości niegdyś prężnych i dynamicznych zakładów, trudno oprzeć się wrażeniu, że te podupadające, najczęściej zwyczajnie zrujnowane budynki są jedyną już dzisiaj pamiątką po jednym z największych wyzwań cywilizacyjnych - po dziele industrializacji, bez którego świat dziś wyglądałby zupełnie inaczej. Te sypiące się hale szedowe, zapadłe dachy fabryk i pokruszone mury ścian są dziś już jedynym reliktem tamtej przeciekawej epoki. Epoki, dla której fundamentem i bodźcem dla rozwoju była... wojna.

2015-09-19 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

C. K. Hollywood

  

albo

Poltergeist z Dolnego Przedmieścia

Wracamy dziś na plac Smolki. Dosłownie na chwilę. Tropem pewnej sensacji, która jakiś czas temu zelektryzowała opinię publiczną naszego miasta.


Przekopując stare roczniki Kroniki Beskidzkiej natrafiłem na krótki artykuł dotyczący pewnego niespodziewanego znaleziska w północnej pierzei placu (wówczas Dzierżyńskiego). Oto w grudniu 1956 roku, podczas prac ziemnych, natrafiono na ludzkie szczątki. Dość szybko zweryfikowano je jako pozostałości po nowożytnych pochówkach, jakie miały tu miejsce jeszcze w XVIII wieku.

Według notki prasowej znalezione kości i szczątki trumien to pozostałości po cmentarzu, który przez kilka wieków funkcjonował przy mieszczącym się w północnej części placu niewielkim kościele.

Kościółek ten został zbudowany w pierwszej połowie szesnastego wieku. Była to właściwie kaplica, która niedługo potem została przejęta przez ewangelików stanowiących w latach osiemdziesiątych szesnastego stulecia przeważającą większość wśród mieszkańców miasta. Nic więc dziwnego, że w tym właśnie okresie, z fundacji barona Karola Promnitza wybudowano przy kaplicy szpital. Świątynię wzniesiono pod wezwaniem św. Krzyża, później przemianowano na św. Anny. Ta zmiana wezwania jest dość ciekawa, a wynikła zapewne z faktu, że to właśnie szpital wybudowano pod takim wyzwaniem. Ponieważ św. Anna jest patronką małżeństw, wdów i matek, można uznać, że pensjonariuszami przytułku były pierwotnie osoby samotne, bezdomne i wdowy. 14 lipca 1753 kościół i szpital spłonęły, ale odbudowano je w dawnym kształcie i funkcjonowały aż do 1808 roku, kiedy ostatecznie zniszczały w kolejnym katastrofalnym pożarze. Kościół był prostą parterową budowlą, krytą stromym, czterospadowym dachem. Zwieńczoną hełmem wieżyczkę dobudowano 1781 roku z poruczenia proboszcza Stefana Szczyrby.


Po roku 1808, dokładnie w 1814 w miejscu spalonego kościółka i szpitala stanął Dom Cechowy sukienników, który przez prawie sto lat, do chwili wzniesienia gmachu nowego teatru, pełnił rolę największego w mieście ośrodka kulturalnego. Dziś w tym miejscu wznosi się spora, pozbawiona pierwotnego detalu, przebudowana w duchu funkcjonalizmu kamienica.

Oparta na drzeworycie Samuela Johanny'ego grafika Gottfrieda Konecnego ukazująca dzisiejszy plac Smolki w pierwszej dekadzie XIX wieku. Północna pierzeja zajęta jest przez kościół św. Anny i szpital. Proszę zwrócić uwagę na gęste zadrzewienie wewnątrz kwartału, którego kościółek jest pierzeją. To dziedziniec wewnętrzny szpitala. Czy to tam znajdował się cmentarz? Zapewne tak. Sądzę jednak, że nie tylko tam. Dawnymi czasy powszechną praktyką było lokowanie nekropolii wokół świątyń. Istnieje więc podejrzenie, że pochówki uskuteczniano również i na południe od kościoła św. Anny. Wprawdzie w czasach funkcjonowania kościoła i szpitala przez plac, dosłownie pod oknami kaplicy, przepływał Niper, sądzę jednak, że dla pochówków nie było to żadną przeszkodą.

Dowodem na to jest owa prasowa wzmianka. Oraz wcześniejsze o sześćdziesiąt sześć lat, bardzo podobne zdarzenie, które przy okazji opisanych powyżej wydarzeń relacjonował niejaki Rychter. W 1890 roku, podczas kopania fundamentów pod jeden z budynków na placu, również odkryto trumny ze szczątkami. I również wtedy wzbudziło to niemałą sensację.

Dziś też nieco zdumiewa. Wydawać by się mogło, że likwidacja cmentarza bez ekshumacji to raczej domena holywoodzkich scenarzystów, a nie hiperskrupulatnych C. K. urzędników. Jednak jak się okazuje rzeczywistość - i to w dodatku rzeczywistość bardzo nam bliska - zbytnio nie odbiega od realiów "Poltergeista".

W całej tej, było nie było, błahej sprawie jest jednak pewien niepokojący szczegół. Odkąd przeczytałem tę archiwalną, prasową notkę sprzed sześćdziesięciu bez mała lat, nie mogę pozbyć się dręczącej myśli: "A co, jeśli tam pod ziemią ciągle jeszcze coś jest"?

2015-09-12 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[andrzej]
Połowę swojego życia mieszkałem w tym rejonie, zatem nie dziwi fakt, że odbieram tą dzielnicę...
[Mada L]
Wspaniała opowieść
[Angus]
Pozwolę sobie powtórzyć kluczowe dla mnie zdanie tego tekstu: "Bo może wtedy jeszcze komuś zależało...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 224908
Newsów: 90
Komentarzy: 325
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała