liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - październik 2016

Komentarzy (2)

Doktrynerów walka z wiatrakami

  

Dzisiejszy krótki wpis będzie raczej tylko uzupełnieniem poprzedniego.

Mam wrażenie, że w kwestii wyburzeń roku 1974 wszyscy bielszczanie (przynajmniej ci świadomi) są zgodni co do tego, że tzw. Wielka Destrukcja była czynem barbarzyńskim i absolutnie karygodnym. Co do tego nie ma chyba wątpliwości.

Warto przyjrzeć się jeszcze przez chwilę tamtym wydarzeniom, a raczej ich teatrowi. Plac Żwirki i Wigury był jedną z jego scen.

Początkowo powstały pomiędzy 1896 a 1908 rokiem plac był z urbanistycznego punktu widzenia pewnym prowizorium. Nie posiadał nawet swojej własnej nazwy (ten zakątek przez miejscowych potocznie zwany był Hirsewinkel, czyli Zakątek Hirsego). Budynki, które zajmowały tę przestrzeń przed 1896 rokiem tworzyły dość chaotyczny zbiór starych domów. Do tego czasu centralną część obszaru zajmowało kilka niewysokich realności (zakład blacharski Adolfa Ziegera, skład trumien pani Liss Stoklossa i gospoda, a także tzw. dom Wagnera, który stał najdłużej z nich wszystkich, bo aż do 1915). Budynki te zostały zburzone, powstał w ten sposób dość obszerny plac, którego wschodnią pierzeją stała się dotychczasowa uliczka Graben, którą jeszcze niedawno płynął odkrytym korytem potok Młynówka.
Potok przykryto, plac oczyszczono i urządzono na nim skwer.

Kryty czerwonym dachem niewielki dom na środku placu - to ostatni ocalały budynek, już niedługo zostanie zburzony.

Tak się jednak w owych czasach działo, że nawet, jeśli nie było jakiejś konkretnej, spójnej wizji przestrzennej (wbrew pozorom bywało tak nierzadko), to i tak to, co tworzono, nawet w ramach prowizorki, miało swoją niezaprzeczalną klasę. Po prostu sto lat temu nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby ta prowizorka, czy nie do końca zrealizowany plan, miały straszyć brakoróbstwem i fuszerą.

To dlatego plac, który powstał po wyburzeniach już w krótkim czasie stał się kolejnym reprezentacyjnym miejscem w mieście.


Na powyższym zdjęciu, prócz estetycznego skweru, widać doskonale zdobne fasady kamienic otaczających plac. Starannie dopieszczone i wysmakowane. Moją szczególną uwagę zwraca niepozorny budynek z charakterystycznymi obłymi wykuszami na drugim piętrze. Być może dlatego, że dziś po tej kamienicy nie ma już nawet najmniejszego śladu.
To kamienica Büttnerów, właścicieli firmy "Karola Büttnera Synowie".
Stanęła w miejscu wcześniejszej, mniejszej kamienicy, wybudowanej na gruntach Ferdynanda Napsa.

Kamienica wyraźnie odcina się od pozostałych - nic dziwnego, wybudowano ją w okresie największej popularności modernistycznego prądu zwanego funkcjonalizmem. Jest doskonałym przykładem modernizmu wysmakowanego, który symetrią i harmonią nawiązuje dyskretnie do poprzednich epok, ale również stanowczo dystansuje się do męczącego ówczesnych projektantów przerysowania formy. To zdecydowanie najnowocześniejsza kamienica w tej części miasta.
Bardzo nowoczesna...

Na tym zdjęciu lepiej widoczna jest część południowa kamienicy i brama wjazdowa na dziedziniec bardzo już rozbudowanego zakładu "Karola Büttnera Synowie".

Kamienica miała pecha. I to podwójnego.
Po pierwsze stanęła na drodze nowo tyczonej trasy na południe, a po drugie była młoda, miała zaledwie pięćdziesiąt lat... I o ile pierwszy powód był ważniejszy - wąskie gardło ulic Zamkowej i Partyzantów musiało zostać poszerzone - o tyle drugi tylko ułatwił i przyspieszył decyzję o rozstaniu z budowlą.

"Rozstanie" to jednak eufemizm. Widać to na powyższym zdjęciu. Kiepskiej jakości fotografia zamieszczona w Kronice Beskidzkiej ukazuje ostatnie chwile kamienicy, którą zdetonowano jako jedną z pierwszych przy Placu i przy ul. Zamkowej. Głęboka niechęć komuny do "reakcyjnych pozostałości architektonicznych II RP" skutkowała właśnie takimi, obfitującymi w spektakularne metody akcjami.

Cała operacja prowadzona była z pełnym zabezpieczeniem i w asyście fachowych służb. Tuż za smutnymi pozostałościami piętrzy się odsłonięty szczyt dawnej kamienicy Schimanka.

Mimo potężnej eksplozji, wykusze drugiego piętra, które runęły na gruzowisko, ocalały prawie w całości. Odarte ze stolarki okienne otwory zdawały się rozpaczliwie wołać o pomstę za ten barbarzyński akt. Bezskutecznie.

Potem poszło już łatwo.

Obrazy te mogłyby posłużyć za scenerię niejednego filmu wojennego, albo post-apokaliptycznej wizji. I kiedy patrzę na te zdjęcia, kiedy przyglądam się temu dziełu zniszczenia, wprost nie mogę uwierzyć, jak wiele zmieniło się w tym niewielkim zakątku miasta na przestrzeni wieków. Jak wielka skala zmian dotknęła ten umęczony fragment Bielska...

I zaczyna nurtować mnie dość szczególne pytanie: czy można szukać analogii pomiędzy wyburzaniem kamienic w latach 1896 - 1915, a destrukcją roku 1974? Czy te dwa akty mają ze sobą coś wspólnego?


Pozornie tak. I w jednym, i w drugim przypadku mamy przecież do czynienia z realizacją konkretnego planu przestrzennego, mającego na celu poszerzenie tego samego fragmentu miasta. Udrożnienie i "otwarcie" na południe. Teoretycznie więc Antoni Kobiela szedł tylko w ślady swych starszych kolegów Steffana i Hoffmanna i to w dodatku tymi samymi niemal metodami. On także, podobnie jak jego poprzednicy siedemdziesiąt lat wcześniej, wyrąbywał w tkance miasta "szerokie przejścia i chodniki". On także wietrzył miasto i unowocześniał...


Ale to tylko pozorne podobieństwo.
Różnica jest bowiem taka, że o ile na początku XX wieku burzono faktycznie stare, sypiące się dwustuletnie bez mała rudery, w których mieszkanie było nie tylko niezdrowe, ale one same częstokroć stanowiły zagrożenie, nie mówiąc już o kwestiach estetycznych (sądzę, że dla burmistrza Karola Steffana niezwykle istotnych), o tyle w przypadku manipulacji aparatczyków PRL-u mieliśmy do czynienia z likwidacją zabudowań zupełnie niestarych (i to nie był wówczas wyjątek - wystarczy, obok kamienicy Büttnerów podać za przykład modernistyczną kamienicę stojącą o rzut kamieniem, na zboczu Kozielca, którą także - wraz z sąsiadkami - w efektowny sposób wysadzono w kosmos). I to jest sedno!

I żeby chociaż - podobnie jak czyniono to dekady wcześniej - próbowano zastąpić czymś te rozpaczliwe blizny, uładzić prowizoryczną zabudowę, uczynić z placu na powrót piękne miejsce... Żeby choć z grubsza przywrócić placowi stan sprzed destrukcji. Nic z tego...

Mili Czytelnicy tego bloga doskonale znają moje zapatrywania na modernizm i wiedzą, że nie darzę go jakąś szczególną estymą, uważając, że w ścisłym centrum naszego miasta doskonale komponują się li i jedynie Aleje Sułkowskiego, pewnie dlatego, że tworzą genialną jednolitą całość. Nie jestem jednak doktrynerem i w tej konkretnej architektonicznej materii (i w każdej innej także) nie po drodze mi z ideologami socjalistycznych urbanistycznych czystek.

Tej architektury na Placu Żwirki i Wigury jest mi zwyczajnie i po ludzku szkoda.


_______________________________

Chciałbym zakomunikować, że kilka zamieszczonych w tym wpisie (i w poprzednim również) fotografii obrazujących destrukcję z lat siedemdziesiątych nabyłem w antykwariacie. Posiadam więc odbitki, ale - zgodnie z polskim prawodawstwem - praw autorskich do ujęć nie posiadam. Na odbitkach nie ma, niestety, nazwiska ich autora, gdyby więc rozpoznał on je na tym blogu, a nie chciał, aby były publikowane, lub przeciwnie - chciałby może podzielić się innymi posiadanymi - proszę o kontakt:

eduon@vp.pl

2016-10-14 | Dodaj komentarz
Bart
2018-03-07 14:11:45
Nazwijmy rzecz po imieniu, dokonano urbanistycznego barbarzyństwa nie tylko na placu żwirki, ale również na ul. 3 maja, Zamkowej. Niegyś reprezentacyjna ulica, obecnie głośna i brudna. Kamienice straszą, przechodnie uciekają przed hałasem i spalinami, wpychani są w cmentarne przejścia poziemne. Miasto jest przecięte na pół. Mamy obwodnicę, jaki problem zamknąć jeden pas ruchu, posadzić drzewa, wytyczyć ścieżki rowerow, zaczynając od dworca i kończąc na placu Żwirki. Poróciłyby sklepy i kawiarnie, mieszkańcy centrum przestaliby oddychać spalinami
Maciej P.
2018-03-08 19:06:34
@Bart. To już raczej tylko marzenia. Nasze wspólne marzenia. Wszyscy chcielibyśmy takiego rozwiązania, ale obawiam się, że to nierealne. Pewnie, że byłoby pięknie ze ścieżkami rowerowymi i zielenią. Pewnie, że byłoby klimatycznie z odrestaurowanymi bazarami (choćby w formie pośredniej między bazarami, a arkadami). Sądzę jednak, że to już nie wróci. Mimo obwodnicy, ulica Zamkowa jest ciągle jedną z najważniejszych arterii przelotowych i ulic łączących poszczególne dzielnice. Zwężenie jej choćby o centymetr nie wchodzi w grę. Ale żeby była jasność - bardzo mnie to martwi...
Komentarzy (2)

Skarbonka

  

Nieistniejący świat...
Ciasny, nieco ponury, a przez szary, brudny bruk i odrapane mury kamienicy Tobiasa nawet trochę obskurny. Ale swojski.

Dzisiaj całe podzamcze razem z placem Chrobrego to jeden wielki haust powietrza. Wolna przestrzeń!
Kiedyś - i widać to na tej pocztówce - było może ciaśniej, może szarzej, może bardziej klaustrofobicznie i bez rozmachu. Ale przecież właśnie wtedy to miasto wyglądało jak miasto.


Z prawej józefińska swojszczyzna, z lewej historyzujący książęcy smak, w perspektywie fenomenalny klasyczny barok...

W tej fotografii pobrzmiewa świat sprzed wieku, ale i jakiś utracony blask i smak. Wprawdzie tylko w wymiarze architektonicznym, ale to przecież wcale niemało!

Kamienica z lewej, należąca do Sułkowskich przykuwa dziś moją szczególną uwagę. Powstała w 1881 roku. Księcia Józefa Marii Sułkowskiego, który był ówczesnym właścicielem książęcych włości, nie było wtedy w mieście, zresztą bawił w Bielsku rzadko i krótko, bardziej zajęty romansami, hulankami i próbami ucieczki z wariatkowa.


Nadzór nad budową domu powierzono pełnomocnikom, którzy wykonali swoją pracę solidnie i poprawnie. Kamienica, która stanęła przy ówczesnej ulicy Zamkowej, utrzymana w klasycznym charakterze, zastąpiła stojące tu uprzednio zabudowania książęcego browaru i dom Blocka, czyli narożny budynek o numerze konskrypcyjnym 91.

Kamienica była architektonicznym uzupełnieniem dla zamku. Stanowiła wizualną bazę i podbudowę warowni, nadając jej monumentalnego charakteru, mimo, że w pewnym sensie również ten charakter niweczyła zasłaniając sobą część północnej kurtyny zamku. Tutaj jednak kompromis był niemożliwy. Wzgórze było niestabilne, wymagało więc od strony północnej solidnie zafundamentowanej budowli, będącej rodzajem muru oporowego dla stromizny wzgórza.

To, że budynek nie był wykorzystywany przez książęcą rodzinę (mam wrażenie, że od samego początku takie było założenie), stało się powodem, dla którego pomieszczenia gmachu trafiły "na wolny rynek". Wynajem miał dodatkowo zasilić kasę księcia. A najemców było wielu - apteka Adolfa Frankla, skład kapeluszy i sklep firmowy firmy Erik Eichhorn, skład wyrobów skórzanych Loblowicza, sklep z materiałami Rudolfa Keszlera, cukiernia i wiele innych. No i oczywiście prowadzona przez Krautwursta (a później przez Jana Wagnera) hala piwna oferująca wyroby bielskiego browaru akcyjnego...

Sytuacja zmieniła się diametralnie w okresie PRL-u. Strategia komunikacyjna miasta, obłudnie podpierana kulawą retoryką historyczną, a raczej nasiąkniętym nienawiścią do "niemczyzny" rewizjonizmem, zaowocowała fatalnymi decyzjami.


Cała historyczna substancja miasta dla niedouczonych, mających obce korzenie decydentów, stała się wówczas uciążliwym balastem. Kamienice za bardzo przypominały C.K. Monarchię, ulice wytyczone były przez niemieckojęzycznych włodarzy, a z każdego zakątka miasta wyzierała znienawidzona, "nie nasza", nie polska przeszłość. Należało ją zatrzeć, zniszczyć, wymazać z pamięci i z rzeczywistości.


Regionalna prasa szeroko rozpisywała się wówczas o historycznym skansenie, o zabytkowym balaście, o dziewiętnastowiecznej ciasnocie... Ale tak naprawdę była to tylko gęsta zasłona dymna.

Bo przecież tylko ktoś bardzo naiwny mógł sądzić, że władzom miasta, regionu, czy województwa tak bardzo zależy na usuwaniu "niemieckich akcentów" z polskiego miasta. Nie. W tym konkretnym wypadku przeszłość tak naprawdę nie miała tu żadnego znaczenia. Bo gdyby wówczas, to znaczy na początku lat siedemdziesiątych w otoczeniu prezydenta Kobieli znalazł się ktoś, kto słusznie zwróciłby uwagę, że w Bielsku, a szczególnie w Białej przed drugą i przed pierwszą wojną światową mieszkało bardzo dużo Polaków i że ci Polacy w ten, czy w inny sposób również tworzyli to miasto, a zatem niszczenie tkanki tego miasta, jako stricte niemieckich pozostałości, jest absurdem - to ten argument i tak nie na wiele by się zdał.

Bo w istocie chodziło tylko o to, by wykonać plan. By dokonać spektakularnej przebudowy centrum, która byłaby zauważona i doceniona w katowickiej, a może i warszawskiej centrali. Chodziło o działanie będące realizacją światłej, nowoczesnej myśli socjalistycznej. A całe to gadanie o pozbywaniu się dusznej dziewiętnastowiecznej architektury, to tylko bezczelny parawan.

Podobnie jak ględzenie o rzekomo nieremontowalnym stanie kamienic przy ul. Zamkowej, które koniecznie trzeba było wyburzyć. W całej tej sprawie najciekawsze jest to, że zagrzybione i zawilgocone były rzekomo tylko te kamienice, które stały na przeszkodzie w poszerzaniu ul. Zamkowej - natomiast sąsiadujące z nimi, wybudowane w tym samym okresie, stojące na skarpie tego samego wzgórza - już nie. I żeby było dziwniej - w całym mieście pełno jest dużo starszych domów, czasem podpiwniczonych jeszcze średniowiecznymi piwnicami, a przecież jakoś trzymają się do dziś i jakoś nikt ich do dziś nie zaminował...

Szkoda słów...


Możemy bez końca analizować tamte słusznie minione czasy i motywy działań ludzi w tych czasach rządzących, ale cokolwiek nam wyjdzie i tak trzeba powiedzieć: wówczas liczył się tylko czyn.


Wyburzenia rozpoczęły się późną zimą 1974 roku.

Podzielone były na trzy duże sektory robót. Jednym z nich były roboty przy wysadzaniu kamienic na placu Żwirki i Wigury, drugim dekonstrukcja zabudowań przy ul. Zamkowej, trzecim - przy wyburzaniu kamienicy Sułkowskich właśnie, wraz z pracami mającymi za zadanie umocnienie i stabilizację wzgórza zamkowego.

Najpierw użyto spychaczy i stalowych lin. Żałosne kikuty sterczały w niebo, jakby na urągowisko wszystkim książętom świata. A Sułkowskim szczególnie...

Potem również i tu, podobnie jak w przypadku placu Żwirki i Wigury, posłużono się materiałami wybuchowymi. Nadzorowane przez mistrza minerskiego Józefa Bendyka cztery kontrolowane wybuchy całkowicie wyburzyły kamienicę.

Pierwszy raz od lat siedemdziesiątych XIX wieku bielszczanie mogli oglądać północną fasadę zamku zupełnie odsłoniętą. W niedzielę 17 marca 1974 roku pod zamek waliły tłumy, aby zobaczyć go z zupełnie nowej perspektywy.

To jedno z pierwszych zdjęć wykonanych z murów zamku, z dawnego północnego dziedzińca, w kierunku ulicy Lenina. Już na początku maja na stromym stoku wzgórza zamkowego posadzono tysiąc sztuk bratków, z których utworzono herby Bielska i Białej.

Jeszcze w kwietniu Kronika Beskidzka informowała w tonie - rzecz jasna - entuzjastycznym:


"Ta część śródmieścia, samo serce miasta, przeobrażająca się właśnie, jest jedną z najpoważniejszych operacji w planie przebudowy centrum. Już dziś widzimy, jakie przynosi korzyści, jak uwalnia od dziewiętnastowiecznej ciasnoty, jak dodaje miastu urody i co najistotniejsze - jak stwarza warunki dla prawidłowego jego funkcjonowania."

I tutaj rodzi się we mnie jakiś wewnętrzny sprzeciw. Nie wobec faktów, bo one jakie są - każdy widzi, ile raczej wobec sensowności wyburzenia tej kamienicy. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko wściekłość na ówczesnych działaczy i aparatczyków od wojewody generała Ziętka poczynając, poprzez pierwszego sekretarza KP PZPR Drewniaka, na Antonim Kobieli skończywszy.

Kiedy tak analizuję całą tę sprawę, kiedy patrzę na stare fotografie ukazujące bardzo niebrzydki przecież obiekt i kiedy - to przede wszystkim - przyglądam się historii tego gmachu, zaczynam się poważnie zastanawiać, czy jego wyburzenie nie było już od samego początku wpisane w jego historię. Czy odium jakiejś prowizoryczności nie ciążyło na tym budynku od zawsze?

Przecież obiektywnie rzecz biorąc kamienica ta - choć wtopiła się w pejzaż miasta doskonale i była oczywistą kontynuacją odwiecznego chyba browaru - była też jakimś nie do końca przemyślanym dziełem, raczej efemerycznym pomysłem nieobecnego księcia, iluzoryczną, zdalnie sterowaną fanaberią dziedzica, który umyślił sobie, że jeśli już przyjedzie do Bielska (pofatygował się łaskawie dopiero w 1898 r.), zamieszka nie w zimnych, obszernych komnatach, ale w przytulnym apartamencie na pięterku kamienicy wtłoczonej w zamkowe wzgórze. Ten dom był inwestycją, której jedynym sensem istnienia był fakt, że przynosiła jakiś konkretny zysk...
Z drugiej jednak strony nawet jej skrajnie komercyjny charakter nie zaważył negatywnie na jej walorach estetycznych. Budowniczowie tego było-nie-było reprezentacyjnego gmachu rozumieli, że musi on się wtapiać w otoczenie i stanowić naturalny i neutralny dla architektonicznego środowiska element.

To dlatego tak bardzo mi go żal. Bo chociaż kamienica Sułkowskich była zwykłą skarbonką, była też - jak wszystko kiedyś - kawałem solidnie wykonanej pracy, wysmakowaną, klasyczną ozdobą centrum.


I za takim centrum - pełnym pięknych gmachów wypełnionych szumem i gwarem, zajętym przez całą rzeszę zapracowanych ludzi, z których każdy - urzędnik, subiekt czy zamiatacz - był mistrzem w swej specjalności; centrum z ulicami tętniącymi życiem, różnorodnością i kolorytem.
Za takim właśnie centrum, z wąską, wspinającą się ku Rynkowi ulicą, tęsknię najbardziej.

2016-10-02 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-10-12 20:06:06
Zgadzam się w 100 procentach, że przebicie przelotowej arterii przez ścisłe śródmieście było skandalem. Miasto poniosło straty, których oszczędziła mu wojna. Zniknęła urokliwa wąska Zamkowa z "wysokim trotuarem" (i tramwajem), coś niepowtarzalnego w kraju. Opisywany tu dom też miał swój urok, kto wie, czy zamek widziany ponad jego dachem nie wyglądał bardziej frapująco niż dzisiaj. Ciekawe - ten dom był wcięty w skarpę i miał dwa partery. Gdy wchodziło się od strony Zamkowej, to po wejściu (ozdobną) klatką schodową na pierwsze piętro trafiało się na... wyjście na brukowany kamieniem dziedziniec, biegnący wzdłuż muru zamkowego, w ujściem vis-s-vis ul. Orkana. Jest faktem, że już w latach 60., panował tu duży ruch (na najwęższym odcinku Zamkowej tramwaj nie mieścił się obok samochodu i działał prymitywny sygnalizator). Ale nikt z możnych nawet nie próbował uzasadniać, że podjęta decyzja jest jedyną możliwą. Swoją drogą, dzisiaj - po powstaniu systemu obwodnic - na starym ciągu 3 Maja-Partyzantów nadal panuje wielki ruch. Chyba warto pomyśleć o jego sztucznym ograniczeniu i przynajmniej wyeliminowaniu stąd tranzytu. A piszę o tym, gdyż całe dzieciństwo spędziłem w domu na skrzyżowaniu Wzgórza i Zamkowej.
emka_bb
2016-10-14 17:34:39
Do pana AndrzejaN. Zgadzam się z panem i uważam za barbarzyństwo to co spotkało tkankę miasta w latach 70-tych. Jeśli chodzi o pomysł ograniczenia ruchu w ciągu ulic 3 Maja i Zamkowej to taki pomysł już padł i nawet został podniesiony podczas sesji rady miasta przez Grażynę Staniszewską, ale odwiedź pana prezydenta pozbawiła mnie wszelkich złudzeń co do realności realizacji tego pomysłu. http://wiadomosci.bielsko.info/6483-ruch-w-centrum-do-zamkniecia

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[marzanna]
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując...
[marzanna]
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne....
[beskid]
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 244130
Newsów: 91
Komentarzy: 328
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała