liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - marzec 2016

Komentarzy (3)

Poczthalteria

  

czyli

przybliżanie horyzontu.

Rozgwieżdżone niebo wisiało nad piaszczystą drogą. Wszystko wokół skąpane było w srebrzystym księżycowym blasku, a rozjeżdżone koleiny traktu skrzyły się w świetle miesiąca jak pokryte śniegiem.

Było grubo po północy, kiedy na drodze wiodącej z Cieszyna pojawił się powóz zaprzęgnięty w dwójkę koni. Konie biegły stępa, robiły bokami, jakby brały udział w wyścigu, powóz, pokryty czarną, smołowaną ceratą, kiwał się na boki. Na wiodącym koniu siedział brodaty mężczyzna, poganiając zwierzęta krótkim bacikiem.


Zaprzęg minął pogrążony we śnie, schowany pod osłoną słomianych strzech Obervorstadt i starą, pamiętającą chyba czasy książąt piastowskich, wykładaną dylami drogą skierował się ku rynkowi. Przejechał przez posępny otwór bramy wciśniętej w nadwyrężony zębem czasu mur miejski i zagłębił się w krótką, wąską uliczkę wiodącą do Rynku.
Powóz przeciął płytę centralnego placu miasta, budząc zapewne turkotem wszystkich śpiących mieszczan i zatrzymał się przed zaopatrzoną w szeroki przejazd bramny piętrową kamienicą przy numerze 89. Na placu było pusto i cicho.


Szczęknął zamek, zaskrzypiały wierzeje bramy.
Niewysoki, pryszczaty, zaspany chłopiec wyjrzał ostrożnie i dostrzegłszy pocztyliona rzucił się ku koniom.
- Ale jakże to, miły panie, jak to tak szybko?! - wymamrotał nieprzytomnie.
- Co "szybko"? - woźnica rzucił chłopcu wodze i zeskoczył na bruk.
- No, toż, panie, mieliście być dopiero we czwartek po południu! Tu wszystko z pompą i orkiestrą miało czekać!
- Jaki czwartek?! - warknął mężczyzna i wetknął chłopcu w drugą dłoń bat. - Konie do stajni, a mnie jeść dajcie.
- Konie będą miały wygody jak u sułtana, dobry panie... Ale w kuchni już nikogo nie ma...
- Co, nie ma? Głodny jestem!
- Matuchna na pewno coś nagotuje - skulił się chłopak i skoczył do bramy. Zaparł się i otworzył ją na przestrzał. - Ale to potrwa. Mieliście być we czwartek!
- Alem jest, do diabła, we wtorek!
- Ale jest, do diabła, druga w nocy! Kuchnia zimna, panie!
Mężczyzna zmarszczył brwi, ale spuścił z tonu.
- Nie marudź, tylko koniom żryć daj. - warknął. - Ja sobie dam radę.
Brodacz odpiął od siodła podwójną skórzaną sakwę i zarzucił ją sobie na ramię. Zadudnił pięścią w ceratową budę, spod której dobiegało miarowe pochrapywanie.
- Jesteśmy na miejscu - wrzasnął, aż poniosło się po rynku i odbiło echem od przeciwległej pierzei. Z wozu najpierw doleciały jakieś niezidentyfikowane dźwięki, a potem ukazała się nalana twarz rozespanego pasażera. Patrzył na poczmistrza nieprzytomnie. Ten wskazał budynek poczthalterii.
- Bielsko, szanowni panowie. Nocleg! Mówiłem, że zdążymy przed świtem! - zarechotał z tryumfem. - Zaraz panowie spokojnie główki złożą w miękkiej pościeli.
- Chryste Panie - jęknął podróżny gramoląc się spod budy. - Toż to niewyobrażalne tortury! Tyle godzin w jednej pozycji. Jeszcze chwila i wyskoczyłbym w biegu! Jak Boga kocham. Konam!
- Jeszcze chwila cierpliwości! Hej, pętaku, odstaw powóz z panami pod dach!
Chłopak chwycił wiodącego gniadosza tuż przy uździenicy i pociągnął zaprzęg w czerń bramy.
Mężczyzna obrzucił wzrokiem pogrążone w mroku niskie, ponure domostwa. Czarne dachy wisiały nad miasteczkiem jak skrzydła posępnego ptaka. Całość robiła dość odstręczające wrażenie.
- Wiedeń to to nie jest - mruknął do siebie z niesmakiem. Splunął i podążył w ślad za wyrostkiem.
- Mój Boże! Święci Pańscy! - drzwi w podwórzu otwarły się nagle, a ku pocztylionowi wyskoczył odziany w długą koszulę nocną i szlafmycę właściciel kamienicy, wąsaty Johann Dietzius. - Skąd o tej porze? Już dzisiaj? Czekaliśmy cię pojutrze.
- Pogoda dobra, droga sucha - mężczyzna poklepał poufale poczmistrza. - To i sprawiłem się szybciej niż potrzeba...
- Ale gala przygotowana dopiero na...
- Tak, wiem, na czwartek - ponownie poklepał pana Jana. - Jeść dajcie. Rano ruszam dalej.
- Jakie rano! We czwartek miałeś pan przyjechać! Masz pan ponad dwa dni! Z domu cię, człowieku, nie puszczę. Wyjedziesz jak trzeba! A w międzyczasie jesteś moim gościem.
Pocztylion uśmiechnął się szeroko i poprawił sakwę na ramieniu.
- Więzić mnie pan chcesz, panie poczmistrzu?
- Jakie więzić - Dietzius zamachał rękami w chaotycznym proteście. - Gościam większego nie miał. Toż to taka okazyja. Pierwszy dilligence w naszym mieście. Pierwszy raz w smutnym, szarym Bielitz.
- Smutnym... Tak, zauważyłem.
Gospodarz zbył ironiczną uwagę milczeniem. Chwycił stojącą na komodzie w sieni świecę, zakrzyknął w czerń korytarza i poprowadził gościa na piętro. Otworzył drzwi wiodące do jednego z pokojów i szerokim gestem wskazał pomieszczenie.
- Pokój cesarski dla pana.
- Niechże pan da spokój - uśmiechnął się gość pojednawczo. - Przecież ja zwykły pocztylion jestem, nic więcej. Podróżnym lepiej te wygody zostawić.
- Dla gości to ja mam pokój... gościnny, szanowny panie. Ani słyszeć nie chcę!
W tym momencie do pokoju wtoczyła się gruba kobieta, odziana w prostą spódnicę i byle jak zawiązaną zapaskę. W jednej ręce trzymała gliniany dzban, na którym balansowała deska z kawałem sera, a w drugiej nóż. Pod pachą dzierżyła chleb. Pół ogromnego bochna.
- Te wasze pany podróżne to jakieś takie lebiegowate - zamruczała niby do siebie. - Ledwie na piętro wliźć mogą.
Istotnie, na schodach za drzwiami rozległy się kroki, a właściwie poczłapywania przetykane głośnym pojękiwaniem.
Po chwili w drzwiach stało dwóch podróżnych. Obaj sprawiali żałosne wrażenie. Zmierzwione włosy, pomięte odzienie, bolesny wzrok.
- Panie Janie, pozwoli pan, że przedstawię naszych hojnych podróżnych - rzucił z udaną kurtuazją woźnica. - Pan Schutze...
Wysoki, chudy, odziany w czarny płaszcz mężczyzna skłonił się przed poczmistrzem.
- I pan Lutze... - mały czerwony grubasek także złożył ukłon, co wyglądało raczej jak cudem udana próba złapania równowagi.
- Ho ho, widzę, że podróż w istocie szybką była. - Jan Dietzius aż podparł się pod boki. - To i dobrze, zapraszam panów na chwilę, zanim moja kochana Hildzia przygotuje szanownym panom pokoik po drugiej stronie korytarza.
Mężczyźni wsunęli się nieśmiało do pokoju i z wyraźną ulgą usiedli za stołem naprzeciwko pocztyliona i pana Jana.
Ten ostatni znów zarżał jak kuc.
- Nie wiem, jak panowie, ale ja szczerze jestem kontent gościć tu panów. Toż to przecie wiekopomna chwila. Pierwszy dyliżans w Bielitz! Gruba sprawa!
Podróżni spojrzeli po sobie znacząco. Jeden z nich, masując się po plecach pokręcił głową.
- Z całym szacunkiem panie poczmistrzu... Z szacunkiem, ale biorąc pod uwagę cyrkumstancje najwyższej wagi... Zważywszy na niewątpliwy kuriozalny wyczyn pana woźnicy... Dodawszy osobliwe okoliczności samej rajzy...
Gospodarz spojrzał zdumiony na podróżnego, ale nic nie powiedział. Tamten zaś kontynuował:
- Ta całkiem ekstraordynaryjna sytuacja, która pchnęła nas do odbycia podróży... I wszystkie tej podróży towarzyszące szykany... Biorąc pod uwagę...
- Do diabła, kończ pan tę przemowę! - Dietzius nie wytrzymał i sapnął jak zeźlony pies.
- Wszystko to jasnym czyni sprawę, że ten cały wasz interes z dyliżansami w trzy tygodnie szlag trafi! - wysapał wreszcie Schutze...
- Cooo?
- No dobra, w cztery!
- Ale co pan, jak pan to rozumiesz?
- Ano właśnie - żachnął się drugi gość. - Tu się nie ma co unosić. Kolega rację ma. Marny to, widzi mi się, interes.
Spojrzał wymownie na woźnicę i kontynuował:
- Wiem, że z pana nie lada zawodnik i żeś pan chciał już za pierwszym razem taki rekord trasy ustanowić, żeby przez dwieście lat nikt go pobić nie mógł. Ale chyba trochę pan przesadziłeś. Bez urazy - skłonił się lekko. - Wytrząsłeś nas pan jak ziemniaki na wozie. Od tej podróży tylko odciski na sempiternach mamy. I dlatego... Od Krakowa inny transport wynająć będziemy zmuszeni, choćby i wóz drabiniasty, byle z dużą ilością siana... Żeby nam zadki od wybojów odpoczęły... Zaś do Krakowa... Tutaj gotowiśmy dopłacić, bylebyś pan jak ludzi nas wiózł, nie jak drewno z lasu...
Zapadła cisza. Słychać było tylko senne pobzykiwanie jakiejś obudzonej w środku nocy muchy i ledwie słyszalne skrzypienie dachowej więźby starej kamienicy. Jan Dietzius dłuższy moment wpatrywał się bez słowa w podróżnych, aby po chwili wyjąkać:
- Tegom się nie spodziewał...
- Dziękuję panom za uznanie - mruknął jakby nic się nie stało pocztylion. - Jednak co do pryncypiów mylicie się bardzo. Przed dyliżansami duża przyszłość stoi. Duża i zacna. I kto tego nie rozumie, ten dureń.
Może i trochę panów za mocno wytrząsłem, ale co zrobię, skoro o to przecie w całym tym ambarasie idzie, żeby u celu być szybciej niż zwykle. Czyż nie? Gdyby o to nie szło, tedy zamiast płacić za przewóz, wygodnie szlibyście panowie... na nogach.
- Ależ panie woźnico, tu nie tylko o szybkość, ale i o komfort chodzi!
- Nie, tu chodzi o sprawę! O wielką sprawę, proszę panów. Sto pięćdziesiąt lat czekaliśmy na to, żeby dzięki takim uwierającym wasze sempiterny wynalazkom
świat zmniejszyć i miasta do siebie przybliżyć.
- Pan tak mówisz, bo panu za takie gadanie płacą!
- Jakie "płacą"? - pan Lutze szturchnął łokciem kompana - Przecież to my zapłaciliśmy!
- Nie, ja tak mówię, bo taka prawda jest. Jeszcze nasi ojce o tym marzyli... A panowie narzekają, jak jakie panienki. Toż wy jesteście, drodzy wy moi, jak - nie przymierzając - Argonauci! Jak Kolumb i Magellan razem wzięci! Przecieracie nowe szlaki. O was, szanowni wy moi, w gazetach będą pisać! Piosenki śpiewać! Panowie chyba nie za bardzo zdajecie się rozumieć... Wy nie tylko jesteście świadkami wielkiej historii, wy tkwicie w niej po wasze wytrzęsione w drodze z Wiednia zadki!
Zarechotał rubasznie, aż echo poniosło ponad dachami śpiącego miasta.

____________

Pierwszy dyliżans z Wiednia przez Cieszyn dotarł do Bielitz o godzinie drugiej w nocy dnia 23 maja 1775 r. Rzeczywiście planowy przyjazd miał nastąpić dopiero 25 maja, jednak sprzyjające warunki pogodowe i zaskakująco dobry stan szosy spowodowały, że podróż z Wiednia do Bielska udało się skrócić o ok. 60 godzin. Tak, brodaty pocztylion miał rację. Dalekobieżna poczta okazała się strzałem w dziesiątkę. Fracht pocztowy stał się najpopularniejszą formą transportu korespondencji, przesyłek materialnych i... ludzi przez długie dziesięciolecia, aż do otworzenia linii kolejowej.

Historia poczty na tym terenie nie zaczęła się w osiemnastym wieku, jest znacznie dłuższa. Pierwsze przesyłki (listy spadkowe po śmierci królowej Bony) przewożono przez Bielsko już w połowie XVI stulecia. I chociaż była to poczta kursująca dość regularnie, nie stanowiła usługi powszechnej. Dopiero w grudniu 1632 roku, dekretem Komory Śląskiej, dopuszczono do obsługi pocztę prywatną.

Urząd pocztowy z prawdziwego zdarzenia utworzono w Bielsku w 1744 roku, kiedy w wyniku I wojny śląskiej do Prus przyłączono wielkie obszary Śląska, co spowodowało przecięcie i zablokowanie dotychczasowych tras pocztowych. W konsekwencji władze państwa postanowiły otworzyć nowe połączenie z Polską, które uwzględniałoby zaktualizowany przebieg granic. Taką trasą była linia Cieszyn - Kraków z dwiema dużymi stacjami pośrednimi w Skoczowie i Bielsku właśnie. A tak na marginesie: wojna to zło, ale znów tak się dziwnie złożyło, że to właśnie działania wojenne stały się bodźcem do rozwoju szczególnej gałęzi aktywności gospodarczej.

Pierwszym poczmistrzem w mieście był Kaspar Hofer. Transport poczty odbywał się wówczas konno. Przewoźnik pocztowy (w pierwszym okresie istnienia bielskiej stacji był to Jan Gretzke) troczył do siodła torbę z listami. Tylko w szczególnych przypadkach, kiedy korespondencja była bardzo obfita, stosowano jednoosiowe wozy pocztowe zwane kaleszami.

W roku 1762 bielski urząd pocztowy stał się stacją pocztową, a od 1767 przez Bielsko wytyczono szlak pocztowy przez Kraków do Warszawy. Ciągle jednak był to czas poczty konnej, na podobieństwo tej, z czasów Zygmunta Augusta.

Czas dyliżansów przyszedł nieco później. Kiedy w 1772 roku Austria dokonała aneksji Galicji, powstała konieczność utworzenia dużego połączenia Wiednia ze stolicą tego nowozajętego regionu - Lwowem. Komisarz pocztowy Zachariasz Cosa w 1772 r. zaprojektował, a kalkulator buchalterii gubernii Jan v. Kleinsorgen w 1773 roku ostatecznie uruchomił linię do Lwowa. Poczthalteria w Bielsku ekspediowała wysyłki dwa razy w tygodniu do Lwowa i dwa razy do Wiednia. W początkowym okresie były to kursy wyłącznie pocztowe i odbywały się na starych zasadach (poczmistrz konny).

Dnia 7 stycznia 1775 roku Maria Teresa zarządziła utworzenie na linii Wiedeń - Lwów obsługi dyliżansowej.


Jak już wyżej pisałem, pierwszy kurs dyliżansowy do Lwowa przez Bielsko miał miejsce w maju 1775 roku. Od tego znamiennego dnia, wbrew przewidywaniom uczestniczących weń pierwszych podróżnych, trasa przez Bielsko stała się niezwykle popularna.

Budynek przy Rynku pełnił funkcję stacji pocztowej prawie półtora wieku. Stanowił nie tylko rozdzielnię listów i paczek ale także rodzaj dworca, hotelu i jadłodajni. Spora brama zamyka wjazd do sieni wiodącej na tyły budynku, gdzie ulokowane były stajnie. W czasie funkcjonowania stacji pocztowej, w najlepszym jej okresie, przetrzymywano tam do dwudziestu czterech koni! Dziś po stajniach, rzecz jasna, nie ma nawet śladu, w ich miejscu stoi kamienica Wzgórze 5.

Lata siedemdziesiąte osiemnastego wieku przyniosły wielkie zmiany. Kompleksowy, systematycznie realizowany program budowy wygodnych, szerokich dróg objął również Księstwo Cieszyńskie. Droga z Cieszyna do Bielska, będąca częścią wielkiego traktu Wiedeń - Lwów powstała właśnie wówczas. Budowana długimi, prostymi odcinkami, obsadzanymi rzędami wysokich drzew inwestycja, ułatwiła znacznie komunikację. Nic dziwnego, zaanektowana do monarchii Galicja, wymagała przecież jasnych i szerokich arterii podboju...

Dzięki nowoczesnym ciągom komunikacyjnym znacznie wzrosła jakość obsługi tras pocztowych. Poprawiła się szybkość i komfort jazdy, spadły koszty przewozu (zużycie sprzętu, dzięki lepszej nawierzchni, stało się mniejsze).

Nagle okazało się, że dalekobieżna poczta może nie tylko spełnić swoje zadanie, ale nawet zarobić na siebie.


Również w Bielsku postanowiono wykorzystać tę passę. W celu wyprostowania traktu (który dotąd biegł starą, jeszcze średniowieczną trasą, czyli z Rynku dzisiejszą ulicą Celną), wyburzono mury miejskie w ciągu dzisiejszej ul. Cieszyńskiej i wytyczono nowy trakt na Wiedeń - ulicę Cesarską. Odtąd, czyli od lat siedemdziesiątych XVIII wieku biegła ona wzdłuż południowej pierzei Rynku, z pominięciem starej górnej bramy.

Pierwsze pojazdy pocztowe były dość prymitywne. Podróż nimi rzeczywiście mogła sprawiać spore uciążliwości. Biorąc w dodatku pod uwagę długość trasy (dystans na linii Wiedeń - Lwów to ok. 800 km.), podróże w pierwszych latach istnienia linii przewozowej dla podróżnych musiały być swoistym sprawdzianem hartu i wytrzymałości.

W miarę upływu czasu wozy pocztowe stawały się coraz bardziej komfortowe, obszerne i wygodne. Pojawiły się nowe rozwiązania techniczne podnoszące komfort jazdy i nośność samych pojazdów, co skutkowało większymi zyskami. Pierwotnie odkryte lub tylko częściowo osłonięte pojazdy z czasem zaopatrzone zostały w wysokie ściany (najpierw z brezentu, potem z drewna), solidne dachy, porządne trójpunktowe resory, które zastąpiły wcześniej używane w tym charakterze zwierzęce kiszki lub jesionowe listwy. Na bielskich drogach zaroiło się od landauerów, postkuczów, breków i pocztowych ambulansów. Na trakcie cesarskim mijały się ze sobą szybkie kurierki i dalekobieżne dormezy, ciężkie towarowe furgony i pędzące w kierunku Warszawy sztajnkellerki.

W roku 1838 Bielska placówka awansowała do miana urzędu rozdzielczego. Rozdzielnice pocztowe były urzędami, które obsługiwały skrzyżowania szlaków pocztowych w miejscu ich przecięcia. W przypadku Bielitz przez miasto biegło kilka tras. W roku 1833 do Wiednia biegły dwie drogi, jedna przez Opawę, druga przez Frydek. Na Lwów natomiast wiodły aż trzy drogi, dwie Krakowskie (od 1837), przez Myślenice i przez Podgórze, a trzecia, z pominięciem Krakowa, bo przez Żywiec, Jordanów, Nowy Sącz, Jasło i Sambor. Każdą z tych tras trzeba było obsłużyć osobno. Dodatkowo stacja w Bielsku pośrednio musiała obsłużyć trasy poboczne, od 1847 roku do Bogumina (przez Białą), od 1850 roku do Schönbrunn, od 1874 do Kęt i Ružomberoka, przez Żywiec.

Landauer w służbie C.K. Monarchii. Takie zgrabne, opatrzone dwugłowym cesarskim (tzw. małym) orłem pojazdy kursowały z powodzeniem na linii Wiedeń - Lwów, wożąc z roku na rok coraz większe ilości podróżnych. Były to pojazdy bardzo wygodne, lekkie i szybkie. Ich lekkość czasem uchodziła za zaletę - podróż trwała stanowczo krócej, niż w przypadku ciężkich Postkutschefurgon, a czasem za wadę - bo na wyboistych drogach takie landauery potrafiły z podróżnych wytrząść ostatni dech. Dlatego właśnie te dość delikatne, ale niezwykle szykowne konstrukcje pojawiały się raczej na traktach głównych, które oferowały stanowczo bardziej przyzwoity stan nawierzchni.

Rok 1874 to w naszym mieście kolejna znacząca zmiana. 1 marca tego roku przeniesiono siedzibę stacji pocztowej (oznaczonej numerem 1 - bo od 1869 istniał też drugi urząd pocztowy w mieście, przy dworcu) do narożnego budynku przy Rynek 32, do dawnego zajazdu Pod Złotym Lwem. Nie zagrzał tam miejsca zbyt długo, już dwanaście lat później, w roku 1886, z powodu doskwierającej ciasnoty, rozpoczęto poszukiwania innej, bardziej odpowiedniej siedziby. Na kilkanaście lat pocztę przeniesiono do budynku w Rynku 24, ale i stamtąd, po równie niedługim czasie, wyniesiono się. W 1898 ostatecznie siedzibę poczty przeniesiono do nowo wybudowanego gmachu na Pastornaku.

Te perypetie jednak są już udziałem zupełnie innej poczty. Raczej placówki spedycyjnej dla listów i paczek, która korzystała z usług kolei.
Czasy starej, dobrej poczty dyliżansowej - wydaje się - już wtedy bezpowrotnie odchodziły w mrok niepamięci.

Dziś kamienica nr 22 stojąca we wschodniej pierzei Rynku, to jeden z wielu niemych, ale jakże wymownych świadków historii naszego miasta. To tutaj właśnie od 1773 roku mieściła się stacja pocztowa obsługująca linię pocztową Wiedeń - Lwów. Budynek nie wygląda najlepiej. Jego fasada, remontowana ostatnio jeszcze chyba w poprzedniej epoce, nie imponuje. Zredukowany ornament i nieco niedbała architektonicznie nadbudowa o drugie piętro sprawiają smutne wrażenie.

Ten sam przejazd, te same odboje, na których strzępiły się drewniane koła osiemnastowiecznych powozów... Stare, liczące dziesiątki lat drewno bramy, pamiętające może ostatnie dyliżanse kursujące na trasie Wiedeń - Lwów. Te same mury i (prawie) ten sam bruk.

Dziś dostępu do bramy broni wysoki kamienny próg, ale pierwotnie nie wystawał on ponad poziom bruku, zatem nie stanowił przeszkody. Innym problemem mogło być wąskie światło samej bramy tuż przy ziemi. Wydaje się, że odległość między odbojami jest zbyt mała, aby zmieścił się tu jakikolwiek powóz z prawdziwego zdarzenia, o ambulansach pocztowych nie mówiąc. Jednak w istocie wcale nie jest tak źle. Rozstaw kół standardowego lando tuż przy ziemi wynosił ok. 130 cm, a to oznacza, że powóz swobodnie mieścił się w bramie naszej stacji pocztowej. Większe pojazdy albo parkowały przed stacją, albo wprowadzano do wozowni od strony dzisiejszych ulic Wzgórze i Zaułek.

Przejazd bramny. Od czasów C.K. Poczthalterii wiele się tu zmieniło, a jednak nadal czuć w tym kilkusetletnim, sklepionym wnętrzu oddech wieków. Mimo, że posadzka jest już wyrównana wylewką, mimo, że część ścian i sufit na nowo otynkowano i odmalowano, z tych murów ciągle tchnie żywa historia. I chyba nie jest to tylko zasługą odsłoniętych na wysokość 1,3 m starych, osiemnastowiecznych ceglanych ścian... Dzisiaj przejazd bramny nie prowadzi już na tyły kamienicy. Został zamurowany, a w powstałej ściance wstawiono dwuskrzydłowe drzwi wiodące na zaplecze budynku. W dalszej części sień jest już podzielona na mniejsze pomieszczenia, a podłoga wyłożona współczeną płytką. Całe szczęście, że chociaż zabytkowy krzyżowy strop zachował się bez zmian na całej długości dawnego przejazdu.

Schody wiodące na piętro też były kiedyś nieco krótsze i bardziej strome. Czy po takich stopniach wspinali się pamiętnej majowej nocy 1775 roku podróżni prowadzeni przez pana Dietziusa? Zapewne. Być może ściany były trochę lepiej utrzymane, ale podejrzewam, że ogólny klimat miejsca dzisiaj niewiele różni się od tego, co było tu dwieście pięćdziesiąt lat temu. Również wtedy wnętrza te, jako że spełniały pewną społeczną funkcję, nie były szczególnie przytulne. Może raczej w specyficzny, nieco chłodny sposób reprezentacyjne. Ale przecież takie miejsca jak to nie miały oferować wygód na miarę wiedeńskiego "König von Ungarn". Miały być czystym, ciepłym i bezpiecznym etapem w podróży. Takim, który choć na kilka godzin złagodzi niedogodności długiej trasy.

Dziś, kiedy mamy do dyspozycji tak wiele przeróżnych środków transportu, gdy największym problemem jest wybór pomiędzy drogą powietrzną, lądową i morską, te pierwsze, dziewicze lata, kiedy transport mienia i ludzi kształtował się dopiero i krzepł, są dla nas odległe i mało zrozumiałe. Przecieranie szlaków przez pionierów transportu pocztowego nie było pewnie eksploracją na miarę normańskich wojowników, Kolumba czy pierwszego lotu wahadłowca, być może brodaty pocztylion nadając tak wielkie znaczenie pierwszemu dyliżansowi, który przemknął przez Bielsko jak meteor, nie miał racji, ale na pewno otworzyło to jakiś nowy rozdział w dziejach transportu i w dziejach miasta. Zbliżyło ludzi, zmniejszyło świat, zmieniło odwieczną perspektywę. I sprawiło, że odległy dotąd horyzont był teraz dużo bliżej.

___________________________________
Specjalne i gorące podziękowania dla Pana Janusza Manterysa za udostępnienie materiałów. I za inspirację.

2016-03-20 | Dodaj komentarz
em
2016-03-21 11:42:13
Pamiętam, że przez wiele lat była w tym miejscu piekarnia, do której się szło właśnie przez owy przejazd.
m2
2016-03-23 20:42:07
Tak, pamiętam. Stało się długo w kolejce... a smak tych rogali maślanych, gorących, chrupiących do dziś mam w pamięci...
Grzegorz
2017-03-22 11:35:44
A piekarnia prowadzona była przez Świadka Jehowy-wspaniałego,do bólu uczciwego młodego człowieka.Na przełomie lat 70/80 ub.wieku zatrudniał "wykolejeńców życiowych" pokazując im, jak uczciwie zarabiać na życie.
Komentarzy (7)

Po ciemnej stronie mocy...

  

Dziś chciałbym poruszyć sprawę szczególną i bolesną. Zjawisko, które swoim charakterem wykracza daleko poza granice Bielska-Białej, a nawet poza granice naszego regionu. Jednakże pretekstem do tej poważnej, a delikatnej dygresji stał się pewien mało znany, ale dość charakterystyczny punkt na mapie naszego miasta.

To było chyba w 1994 roku. Pracowałem w Cygańskim Lesie przy budowie domu jednorodzinnego. Wstawałem o piątej rano, bo nie uznawałem wówczas komunikacji miejskiej, a samochodu jeszcze się nie dorobiłem. Dyrdałem więc na piechotę spod "Bezalinu" do Cygańskiego Lasu godzinę albo i dłużej. Podczas jednego z takich marszobiegów, kiedy dla urozmaicenia sobie codziennego mozołu przebijania przez miasto zmieniłem trasę i zamiast ulicą Partyzantów, wspiąłem się ulicą Chłodną na południowy Troclik, w oczy rzucił mi się dość szczególny pomnik.

Wówczas jeszcze nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Uznałem, że Janina Drewniak to ofiara nieszczęśliwego wypadku, który wydarzył się gdzieś tutaj, w okolicy, a bliscy wystawili ten pomnik. Często przy drogach spotyka się podobne znaki pamięci. Wprawdzie zazwyczaj są to proste krzyżyki, co najwyżej z tabliczkami, dzięki którym wiemy, kogo na drodze spotkała śmierć. Tutaj jednak sprawa już na pierwszy rzut oka wydawała się dużo poważniejsza. Ktoś zadał sobie trud, aby opłacić wykonanie doprawdy imponującego pomnika z granitu z niezwykle ekspresyjną, poruszającą płaskorzeźbą. Takich rzeczy nie spotyka się często.

Wówczas, ponad 20 lat temu przeszedłem nad tą obserwacją do porządku dnia. O Janinie Drewniak zapomniałem, choć niezwykły pomnik tkwił w mojej pamięci jak zadra.

Wiele lat później sprawa powróciła dalekim echem. Niespodziewanie, przy okazji jednej z wystaw organizowanych przez IPN w Książnicy Beskidzkiej, przeczytałem o Drewniakównie. Natychmiast przywołałem z pamięci obraz pomnika. Zrozumiałem.

Choć, jeśli mam być szczery, nie do końca.


Był piękny rok czterdziesty piąty. Środowisko miasta, które zaczęło obrastać w coraz bardziej zideologizowane i upartyjnione struktury zawodowe, tuż po zakończeniu II wojny światowej, stało się terenem infiltracji AK-owskiego, zbrojnego podziemia. Partyzantka - wówczas jeszcze bardzo liczna, doskonale wyszkolona i świetnie zorganizowana, ciągle czynna bojowo (nic dziwnego, dla tych dzielnych chłopaków i dziewczyn wojna się nie skończyła) - działała nie tylko w lasach, ale przenikała masowo do państwowych organizacji administracyjnych, politycznych i kulturalnych.

Dziś, kiedy przegląda się dokumentację zawierającą imienne wykazy zakonspirowanych działaczy polskiego podziemia komunistycznego, aż trudno uwierzyć, jak sprawnie i profesjonalnie przenikali niebezpieczne już wtedy struktury partii. W Urzędzie Bezpieczeństwa w Białej zakonspirowanych było trzynastu oficerów AK (było to możliwe być może dzięki temu, że wicestarostą Białej był wówczas członek AK Julian Barszczewski), w Bielsku zaś, w biurze UB pracowało ich co najmniej 23!
Najskuteczniejszym chyba z działaczy podziemia był zakonspirowany w strukturach bialskiego PUBP agent Smaza, który przygotowywał akcje dywersyjne na placówki UB między innymi w Szczyrku i Buczkowicach.

Jednym z najodważniejszych Żołnierzy Wyklętych (o których jeszcze zbyt mało się dziś mówi) był urodzony w 1926 roku w Krakowie Zdzisław Kraus. Do oddziału "Boruty" wstąpił w 1942 roku, w 1944 został oddelegowany na teren czechowicki, do oddziału Bronisława Glapiaka "Rysia". W marcu tego roku przeniknął w struktury MO w Starym Bielsku i przez kilka miesięcy, jako funkcjonariusz, raportował dowódcy o stanie osobowym posterunku, przekazywał informacje o członkach PPR-u i... wykradał amunicję z milicyjnego magazynu, zaopatrując w nią podziemie. W lipcu nawiązał kontakt z oddziałem "Bartka" i - już jako "Andrus" - złożywszy przysięgę, został włączony do pododdziału Józefa Kołodzieja "Wichury", aby w październiku przejąć po nim dowództwo.

Józef Kołodziej ps. "Wichura"

Zdzisław Kraus ps. "Andrus". O jego szlaku wojennym już wkrótce opowiemy sobie obszerniej. Jest o czym.

Grupa "Andrusa" przez ponad pół roku wykonała wiele skutecznych akcji przeciwko funkcjonariuszom MO, UB i aktywistom PPR-u. Kraus aresztowany został 28 czerwca 1946 roku w Bestwinie. 27 listopada 1946 roku został skazany na karę śmierci (oskarżyciel Robert Otorowski z katowickiego WUBP, prokurator: Edward Gol, skład sędziowski: Mieczysław Janicki, Edmund Ronowicz, Franciszek Warchol). Wyrok przez rozstrzelanie wykonano 17 maja 1947 roku.

Ale wcześniej... Wcześniej był piękny rok czterdziesty piąty...

Jedna z siatek konspiracyjnych działała w samym Bielsku, w siedzibie świeżo powstałego bielskiego Związku Walki Młodych. Była blisko związana z powstałą w kwietniu 1945 roku grupą słynnego Jana "Prawego" Wadonia. Niestety działalność grupy została wykryta. Na ślad zakonspirowanych żołnierzy wpadła młoda ambitna sekretarka Janina Drewniak. Grupa została aresztowana i trafiła do piwnic katowni UB.W jednym ze źródeł omawiających historię działania powojennego podziemia dotarłem do informacji, że Drewniakówna wcale nie wpadła na trop grupy "Prawego" przypadkiem, ale z premedytacją, jako oddelegowana przez przełożonych agentka, przeniknęła w struktury podziemia, aby je rozpracować. Czy była to prawda?

W taj nagłej, gardłowej i dla reszty podziemia skrajnie niebezpiecznej sytuacji decyzja sztabu AK mogła być tylko jedna: likwidacja młodej działaczki.
Nastąpiło to 24 lipca 1945 roku. Janina Drewniak została zastrzelona opodal swojego domu, na prawym Trocliku. Wyrok wykonano szybko i bez zbędnych ceregieli.

Tak to się wówczas odbywało.


Historia powojenna pełna jest podobnych zdarzeń. Pełna podziałów brutalnych, rozrywających, bo przecież przebiegających przez sam środek miasta, przez sam środek wielu społeczności zawodowych i towarzyskich, przez sam środek rodzin. Pełna tragicznych decyzji i wzajemnych oskarżeń, których moc wraz z upływem lat nie malała, a wręcz przeciwnie - rosła coraz bardziej i bardziej.
Do dziś przecież na ziemi podhalańskiej i gorczańskiej niezwykle żywa i nieustannie dzieląca jest historia i echa działalności Józefa Kurasia "Ognia", którego z jednej strony ogłasza się - słusznie zresztą - bohaterem, z drugiej szczerze nienawidzi, nazywając bratobójczym mordercą. Takich historii, takich rozdzierających życiorysów nasza powojenna historia jest pełna.

To nie może dziwić. Ja wiem... Przecież ofiary skądinąd prawomocnych, bo wydanych przez podziemny, wojskowy sąd egzekucji, były przecież czyimiś dziećmi, braćmi, rodzicami. Mieli rodziny, sympatie, żony i mężów. Ich odejście musiało boleć. To nie może dziwić.

I dlatego jest tak trudne.

W wyniku dekonspiracji (materiały operacyjne Drewniakówny również odegrały w tym niebagatelną rolę), prowokacji i obławy, w sierpniu 1945 roku zlikwidowano niemal wszystkich partyzantów z oddziału "Prawego". Podobnie tragicznie skończył oddziały "Śmiałego" oraz "Bartka", które UB rozpracowało na jesieni 1946 roku. Ale słowo "zlikwidowano" jest tutaj eufemizmem. Część z nich z zimną krwią zastrzelono, część zamęczono w katowniach. Według tego samego schematu działano na całym obszarze Beskidów i Podbeskidzia. Bez wytchnienia tropiono oddziały "Bartka" i "Błyska". Zakładano na nich zasadzki (między innymi na Henryka Flamego w Straconce), montowano prowokacje. Partyzanci byli szczuci jak wilki, męczeni w nieludzkich warunkach i mordowani, a wielu z nich nie ma nawet mogiły. Miejsca ich prowizorycznych pochówków do dziś są nieznane. Ich szczątki nadal oczekują na odkrycie i godny, honorowy pogrzeb. Jak długo jeszcze?

Stosunkowo niedawno, wpadła mi w ręce zniszczona, utłuszczona i mało czytelna fotografia. Wycięty z jakiejś gazety fotos przedstawiał Janinę Drewniakównę. Piękną, młodą, uśmiechniętą dziewczynę o burzy gęstych włosów i zalotnym spojrzeniu. Patrząc na tę fotografię zadawałem sobie pytanie: czy ktoś taki jak Janka Drewniakówna, ktoś o tak ciepłym, pełnym inteligencji spojrzeniu i delikatnym uśmiechu rzeczywiście mógł przejść na ciemną stronę mocy z pełną świadomością, chłodną kalkulacją i całkowitym rozpoznaniem faktów i prawdy?

Nie zdecyduję się na odpowiedź.

Kiedy jednak pomyślę o wszystkich tych młodych, mądrych, odważnych i wspaniałych patriotach, którzy stracili życie, czasem w okropnych męczarniach, kiedy pomyślę, że urodą i inteligencją tych młodych zagubionych dziewcząt ubecka swołocz manipulowała dla swoich (i nieswoich, bo sowieckich) celów, nie potrafię też wykrzesać z siebie nawet odrobiny zrozumienia.

Kiedy stałem przy pomniku Drewniakówny, nie potrafiłem oprzeć się bolesnej myśli o tragicznym paradoksie historii: ci partyzanci, łączniczki i zakonspirowani w cywilnych strukturach miasta żołnierze - na długie lata i dekady wyklęci i zapomniani - częstokroć nie mają nawet zwykłego grobu, a ich szczątki rozsiane są po całej tej skrwawionej ziemi. Tymczasem...

___________________

Jak widać dawne czasy - wbrew moim dotychczasowym deklaracjom - wcale nie zawsze były takie lepsze. Raz po raz pojawiają się na horyzoncie moich poszukiwań zdarzenia, osoby i historie, które burzą sielankowy obraz czasów lepszych bo zaprzeszłych. Kiedyś było lepiej? Nic bardziej mylnego. Pokazuje to historia dzielnych chłopców z oddziałów "Prawego", "Bartka", "Bora", "Błyska", "Andrusa", "Wichury" czy "Rysia". Historia pełna zmagań ze złem, zdrady i okrucieństwa. Ale i poświęcenia, odwagi, honoru i miłości.

Zapyta ktoś, dlaczego w takim razie, dziś, w święto Żołnierzy Wyklętych, moją opowieść koncentruję wokół osoby będącej przecież zupełnie po drugiej stronie barykady, kobiety będącej - wydawałoby się - całkiem po ciemnej stronie mocy?
Tylko z jednego powodu: aby uzmysłowić, że ta ciemna strona mocy istniała realnie, miała twarz (i to nie zawsze była twarz ubeckiego kata, czy bezwzględnego sędziego), że działała, działa i działać będzie. I że nigdy o tym nie można zapomnieć.

Tak samo jak pamiętać musimy o Janie Wadoniu, Henryku Flame, Bronisławie Glapiaku, Mieczysławie Kozłowskim, Zdzisławie Krausie i o wszystkich znanych i nieznanych Bohaterach, rozpoznanych i bezimiennych Obrońcach Ojczyzny.

Cześć Ich pamięci!

2016-03-01 | Dodaj komentarz
Bart
2016-03-01 23:19:24
Pamietamy! Cześć ich pamięci..
Angus
2016-03-02 11:27:31
Solidny kawał artykułu-jak zwykle zresztą -zastanawiam się, skąd Pan czerpie wiedzę, bo tych danych próżno szukać w ogólnie dostępnych opracowaniach.
Xawery
2016-03-03 13:37:17
O Drewniakównie i zamachu na nią z "czerwonej" perspektywy pisał w "tamtych" latach Kalendarz Beskidzki. Tam też zamieszczono jej zdjęcie takie jak Pan umieścił. I tak jeszcze na marginesie, to była siostra Mariana Drewniaka...
Maciej P.
2016-03-03 14:17:41
Wiedzę o tamtych czasach czerpię generalnie z literatury. Wprawdzie nie jestem historykiem z wykształcenia, znam jednak nieco metodologię i wykorzystuję ją czasem. Kwerendy to najczęściej stosowany przeze mnie sposób na pozyskanie informacji. I to zarówno kwerendy prasowe w archiwum, jak i kwerendy dokumentalne. Tutaj dużą pomocą są nieprzebrane wprost i w znacznym stopniu niepoznane jeszcze archiwalne opracowania dostępne dla każdego chociażby w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej (ale nie tylko śląskiej - inne regiony również obfitują w ciekawą literaturę). Wreszcie dostępne w sieci niskonakładowe opracowania naukowe. Ostatnio nabyłem pracę Krzysztofa Prokopa "Księstwa oświęcimskie i zatorskie wobec Korony Polskiej w latach 1438-1513. Dzieje polityczne". Kopalnia informacji! Tego typu perełki pojawiają się czasem w sprzedaży i warto prowadzić ciągły "nasłuch". Zresztą pożyteczne informacje (a raczej ich odpryski, które trzeba mozolnie zbierać i układać) pojawiają się również na stronach takich instytucji jak IPN, czy archiwa wojskowe, a nawet parafialne (moje kontakty z czasów, kiedy parałem się genealogią przynoszą niespodziewane rezultaty). Tutaj jednak wyszukiwanie jest trudniejsze, piekielnie czasochłonne i nie zawsze mnie na nie stać... Natomiast unikam informacji ze stron nieprofesjonalnych, chyba, że da się je zweryfikować w innym źródle. Jeśli chodzi o fotografię Drewniakówny, to media lokalne, o ile wiem, dysponowały tylko jednym jej wizerunkiem, który kopiowały w razie potrzeb. Ta fotografia, którą znalazłem, pochodzi z Kroniki Beskidzkiej, z jednego z jubileuszowych wydań, ze środkowej wkładki. Nie wiem jednak, z jakiej okazji je tam zamieszczono, bo zapodziałem gdzieś sam numer. Pozdrawiam.
Paweł
2016-03-04 00:55:10
Podjął się Pan trudnego tematu, bardzo karkołomnego. Dziś modny, tak samo na topie są właśnie takie oceny. Niestety, bardzo czarno-biały opis tych czasów z tego wyszedł. Będę posądzany o sprzyjanie "czerwonym" itd. Ja jednak trochę Pana skrytykuję, zbyt to Pan spłaszczył. Czytając jednostronne dokumenty z tamtych czasów, czytał Pan je patrząc z perspektywy dzisiejszej, właściwej. Nie wszystko da się wyczytać z dokumentów. Nie znając tła, tego, co się działo tutaj w tym czasie, który nazywa "pięknym rokiem 1945", był rokiem armagedonu dla Bielska i okolic. Nie zapominajmy o tym. Ludzie, których nazywa Pan bohaterami walczyli, wydawali wyroki. W czyim imieniu? Bo chyba nie Rządu Londyńskiego? Armia Krajowa została rozformowana w styczniu 1945. To było prawdziwe bezkrólewie i dziki zachód. Walczyli z niepiśmiennymi pastuchami z biało-czerwonymi opaskami, na wyrost zwanymi milicją. PPR-owcami, nasłanymi tutaj przez nowe władze, UB i KBW? Nie zapominajmy tutaj o ludności cywilnej, która w dzień cierpiała on milicyjnych wizyt, w nocy od innych band, również od tych prawdziwych i nieprawdziwych partyzantów. Bardzo mnie ubawił kawałek o kradzieży amunicji milicjantom. Jakbym słyszał pewnego posła i jego wyczyny. Proszę pamiętać, to był rok 1945. Niemoty chodzące w kradzionych ubraniach z karabinami mieli amunicji jak grochu. Z opowieści starszych ludzi pamiętam, że w Starym Bielsku, Wapienicy, Aleksandrowicach było tego tyle, że nikt nie zwracał na to uwagi. Pamiętam również, co się mówiło o milicjantach i co mieli na sumieniu. Niejeden zasługiwał na kulę w łeb. Z czystej, ludzkiej wrażliwości na krzywdę. A ten kradł im naboje! Bez urazy, co miał raportować? Co ukradli, kogo pobili, kogo zabili? Stare Bielsko w tym czasie stało się wsią repatriantów. Pozostałych nielicznych mieszkańców wywoziło się na wschód albo zachód. Z racji swojej przeszłości Bielsko i okolice były bardzo łakomym kąskiem dla wszystkich. Pamiętajmy również i o tych, którzy cierpieli ze wszystkich stron. Pamiętajmy również o ludziach, których wtedy hurtem określało się Niemcami, niezależnie, jakim językiem mówili w domu. Takie były te piękne późne lata czterdzieste u nas. Jeszcze raz, bez urazy, ale te tematy u nas są bardzo niejednoznaczne. Troszkę więcej wyczucia. Rozumiem, że Pan, jako ktoś niezwiązany korzeniami nie ma pojęcia o pewnych sprawach. Proszę porozmawiać z kimś, kto ten czas przeżył tutaj, to zrozumie Pan, że to, co się w spojrzeniu ogólnopolskim białe, ma u nas jeszcze wiele odcieni, do czarnego włącznie. W tym kierunku, ale jeszcze bardziej pod prąd poproszę!. Pozdrawiam i czekam niecierpliwie na następne artykuły.
Maciej P.
2016-03-04 10:13:11
@Paweł. Zaręczam, że z mojej strony żadnego posądzania o sprzyjanie czerwonym Pan nie doświadczy. Mam wrażenie, że obaj jesteśmy na to zbyt poważni. Doskonale rozumiem, że odcieni szarości było wówczas więcej niż dziś kolorów w drogerii. Ale przecież właśnie o tym jest powyższy wpis. Mam nadzieję, że zarzut "spłaszczenia" tematu to z Pana strony tylko mała niezręczność. Że nie pisałem o ludności cywilnej i jej losach, że nie napomknąłem ni słowem o repatriantach w Starym Bielsku, że przemilczałem ludność niemiecką...? Bądźmy poważni. Nie da się w jednym poście zawrzeć wszystkiego! Zresztą nawet nie miałem takiego zamiaru. Ma Pan rację, że patrzę na to wszystko jednostronnie. W kontekście tych poważnych spraw zazwyczaj, kiedy już staję po jakiejś stronie, deklaruję się bez reszty. Nie lubię siadania na barykadzie okrakiem. Frazy typu "ale z drugiej strony...", "spójrz na to oczami zdrajcy...", czy "to nie jest takie oczywiste..." trącą mi mocno relatywizmem, czyli ubranym w pozory prawdy fałszem, a czasem nawet tchórzostwem. Problem z jednoznaczną oceną tamtych wydarzeń polega na tym, że zbyt długo relatywizowaliśmy je i patrzyliśmy ze zbyt wielu stron. Ta praktyka zemściła się na nas bardzo, a relatywizm w ocenie wypadków ciągnie się do dziś jak smród za wojskiem. I nie piszę tu wcale o relatywnej ocenie działań takich aktywistek jak Drewniakówna, czy ówczesne MO. Nie. Zresztą prawda jest taka, że od stycznia 1946 roku oddziały partyzanckie na naszym terenie miały zdecydowany i jasny zakaz atakowania milicjantów, uważanych za niegroźnych (dziś powiedzielibyśmy "pożytecznych idiotów"). Tylko UB-ecy i funkcjonariusze PPR traktowani byli jak świadomi wrogowie Polski. Problem w tym, że dzisiaj są i tacy, którzy próbują patrzeć "po ludzku" również na działania zdeklarowanych czerwonych drani z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Natomiast przyznam szczerze, nie rozumiem Pana pytania odnośnie "Andrusa". Pyta Pan: "co miał raportować? Co ukradli, kogo pobili, kogo zabili?" Czy jest to pytanie o działalność oddziału Krausa? Czy próba zdyskredytowania "niemoty w mundurze", który tylko kradł amunicję? Przecież to oczywiste, że nie tylko kradł amunicję. W lipcu 1945 roku oddział Krausa - funkcjonującego wówczas jeszcze pod ps. "Krakus" dokonał ataku na posterunek MO w Osieku. Wynik - rozbrojenie 13 funkcjonariuszy, sprzęt, amunicja i wyrok śmierci na UB-ku Daszyńskim; w październiku szereg akcji karnych między innymi na sołtysie z Roztropic, czy na działaczu PPR z Wapienicy, Strońskim, ale także w okolicznych wsiach, m.in. w Lipowej. W grudniu starcie na Prusowie. Wynik : 9 zabitych funkcjonariuszy UB i żołnierzy KBW. 4 grudnia wyrok śmierci wykonany na gestapowskim konfidencie, Byrdzie i na UB-ku Staworze z Bielska. W połowie grudnia kolejny wyrok na nieznanym z nazwiska konfidencie z Lipin i na kolejnym UB-ku ze Starego Bielska o nazwisku Mateja. Mordobić i kar konfiskaty, których było wielokroć więcej, nie liczę. A to wszystko tylko jeden "niemota", dziewiętnastoletni szczeniak z Czechowic. "Niemota"? Domyślam się, że mogłem nie do końca zrozumieć Pana komentarz w tym miejscu, ale chyba Pan przeszarżował. I jeszcze jedna uwaga odnośnie "Pięknego roku czterdziestego piątego"... To nie jest, bynajmniej, apoteoza. Proszę czytać między wierszami. Bardzo dziękuje za komentarz i pozdrawiam ciepło.
Krzysztof Czyż
2016-03-14 11:50:02
W temacie -moje małe ,,odkrycie'' z Rycerki w Beskidzie Śląskim. Pod zdjęciem dodałem historię tego pomnika jaką znalazłem na jednej ze stron. http://www.galeria.beskidia.pl/3228_beskid_zywiecki_w_walce_z_reakcyjna_banda_zdjecie.html Co do dyskusji chciałbym tylko dodać, że jest przynajmniej jedno środowisko dziennikarskie w Polsce, które bije rekordy wręcz w relatywiźmie oceniania historii. Nie jest to jednak zaskoczeniem jesli spojrzeć na to w kontekście historycznym. Moja babcia opowiadała mi jak to po wojnie kazano im sie wynosić z przydzielonego im mieszkania bo sposobało się ono nowym urzędnikom partii, do ,,niedawna chodzącym jeszcze boso góralom spod Magurki''. I tak sobie myślę, że to ,,środowisko'' patrzy właśnie na to w ten sposób: ,,No i co że nie walczylismy na wojnie? No i co że byliśmy sprytni? Jesteśmy gorsi? Chcieliśmy po prostu normalnie żyć a nowa władza nam to dała. Dała nam spokój i chleb''. Czy można winić ludzi za to, że chcieli normalnie żyć? Pewnie nie. Ale też trzeba nazywać rzeczy po imieniu, co (lub kogo!) trzeba było w zamian oddać partii i ile to normalne życie kosztowało, szczególnie w sferze moralnej.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[jacekproszyk]
mimo pięknej analizy i skrupulatności której chylę czoła obawiam się, że to nie jest dobry...
[Mst]
Szanowny Autorze Przede wszystkim wielkie uznanie za ten i pozostałe teksty. Czyta się je niezmiennie z...
[jamida]
Mieszkałem przy ul: Nad Niprem (d. Leona Laski). Była tam m.in baza transportowa PSS (?) Traktory (tak,...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 261970
Newsów: 91
Komentarzy: 331
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała