liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - marzec 2018

Komentarzy (7)

Tęsknota za harmonią

  

Słoneczne południe. Spokojna, cicha uliczka Krasińskiego z niemrawym, leniwym ruchem. Parę samochodów, kilka sylwetek pod gmachem Powiatowej Kasy Chorych. Ciekawe, umiejętnie skadrowane ujęcie.
To jedna z moich ulubionych fotografii Bielska. Naprawdę! Przypomina mi trochę fotogramy mojego ukochanego Bułhaka, ale i pełne klimatu miejskie pejzaże i portrety Minorskiego, czy Szymańczyka - przedwojennych mistrzów kadru.

Na fotografii w oczy rzuca się (choć nienachalnie) masywny budynek Kasy Chorych. Powstały w 1927 roku gmach, wraz z sąsiadującym, wcześniejszym nieco, biurowcem "Silesii" stanowią przepiękną dominantę ulicy. Tak, oba te budynki należy postrzegać jako całość! Ten fragment miasta bowiem został zaprojektowany ze szczególnym pietyzmem.

Kiedy patrzyło się od niezabudowanej wtedy jeszcze południowo-zachodniej strony, od ulicy Pierackiego (dziś Słowackiego), oba gmaszyska były jak dwie wieże potężnej bramy flankującej wlot ulicy Sixta. Biurowce wcale nie były bliźniacze, różniły się od siebie znacznie rozmiarami, a także kształtem i wielkością detali architektonicznych. Ale przecież one oba w jakiś szczególny sposób pasowały do siebie i współgrały ze sobą doskonale. I chociaż my nie mamy już możliwości spoglądania na nie tak jak wówczas, bez perspektywicznych ograniczeń, mimo to do dziś nadal widać tę architektoniczną intencję.

Gmach z prawej jest mniejszy i posiada od zachodniej strony węższą sylwetę, ale za to jego pilastry są szersze, a potężny trójkątny tympanon wieńczący fasadę na wysokości dachowej mansardy jest dominującym elementem całej budowli. Gmach sąsiedni - przeciwnie, chociaż większy, nie przytłacza, bo jego elewacja została zaprojektowana oszczędnie i bez zbędnego rozmachu. Dzięki takiemu rozłożeniu akcentów oba budynki wydają się być wzajemnie dopełniającym duetem, doskonałą parą. I to chyba rzeczywiście był celowy zamiar projektanta obu tych budowli, firmy "Karl Korn Baugesselschaft".

Jeśli do tego całego założenia dodamy najstarszą w tym fragmencie miasta budowlę, bo istniejącą od 1912 roku Bielską Szkołę Przemysłową, której potężny gmach przytulił się do ulicy Sixta od północy, otrzymamy bardzo zwarty i czytelny historyzujący układ. Jedyny w swoim rodzaju.

Jako pierwszy spośród dwóch "bliźniaków" (bo w 1922 r.) powstał biurowiec Zakładów Górniczych "Silesia". Kasa Chorych stanęła kilka lat później, w 1927 roku.

Przedziwna rzecz. Z tym budynkiem od samego początku, odkąd tylko jego projekt zszedł z deski kreślarskiej firmy Korn S.A., było coś nie tak. Oczywiście sam budynek był jak najbardziej w porządku. Firma "Korn" sporządziła dwa, moim zdaniem doskonałe, projekty budowli, które zostały przedstawione do realizacji. Wykorzystano tylko jeden, ale uczyniono to w dość oryginalny sposób.

Proszę spojrzeć. To projekt, który został zrealizowany. Pytanie tylko, czy do końca. No właśnie...
Dobrze widać, że do realizacji przyjęto tylko szczególną formę architektoniczną, rysunek, rzeźbę fasady. Ale odrzucono ogólne założenia przestrzenne. Wprawne oko natychmiast dostrzeże, że budynek Kasy Chorych, w odróżnieniu od tego na rysunku, w realu jest dużo krótszy i bardziej zwarty... Dokładnie taki, jak na projekcie numer 2!

Czy oznacza to, że przy budowie Kasy posiłkowano się obydwoma projektami? Tak. Nie mam wątpliwości!
Mimo, że bryła drugiego projektu jest łudząco podobna do rzeczywistej realizacji, co sugeruje, że rozplanowanie przestrzenne pochodzi właśnie z tej właśnie koncepcji, to jednak detal żywcem zaczerpnięto z projektu pierwszego.

Główne wejście wraz z portalem zostało umieszczone w zachodnim skrzydle, w miejscu, które przewidywał projekt nr II, ale wystrój portalu to już pomysł z koncepcji pierwszej.

Dlaczego?

Myślę, że uczyniono tak po to, aby budynek Kasy Chorych w większym stopniu nawiązywał do już istniejącego budynku "Silesii", jest to więc tylko kolejne potwierdzenie faktu, że dla przestrzeni skrzyżowania Sixta-Krasińskiego opracowano w latach dwudziestych całościową, zwartą i przejrzystą koncepcję architektoniczną, która tworzyła w tym fragmencie miasta pełną zamysłu i przemyślanej wizji enklawę.


Świadczy o tym również fakt, że oba budynki zwieńczone zostały wysokimi, mansardowymi dachami, które dopełniały wizerunku "bramy", doskonale korespondowały z budynkiem Szkoły Przemysłowej i już z daleka informowały o szczególnym charakterze miejsca.

Ale to nie koniec dziwnych przypadków.

Bo potem nadszedł feralny rok 1937. Kwiecień.
Jak podawał Ilustrowany Kurier Codzienny z 29.04.1937 roku, na zamieszkałym przez urzędników Kasy poddaszu, ktoś zaprószył ogień. Cała więźba dachowa spłonęła doszczętnie, piękny, stromy, mansardowy dach przestał istnieć.

Wypalił się do cna. Zostały tylko okopcone murowane lukarny i smętne kikuty kominów.

Oczywiście natychmiast przystąpiono do odbudowy gmachu. Jednakże nie uczyniono tego tak, jak można było się spodziewać. Zamiast bowiem na powrót wznieść dach w formie klasycznej mansardy, podniesiono całą budowlę o jedną kondygnację i zwieńczono ją dachem płaskim niczym niemieckie dowcipy.


I nagle, ni stąd, ni zowąd, cała koncepcja estetyczna skrzyżowania wzięła w łeb. Oto Ubezpieczalnia przestała korespondować z "Silesią" i puszczać oko do "Przemysłówki", oto zaburzono jednolity charakter całej misternej wizji, spaprano układankę. No po prostu barbarzyństwo!

Ejże! Czy aby na pewno?

Otóż wcale nie! Nie tylko nie zakłócono charakteru miejsca, nie tylko nie zniszczono jednego z najoryginalniejszych planów zagospodarowania, ale w dodatku, poprzez to jedno sprytne posunięcie... wybitnie podniesiono walor tego miejsca!

Bo w całej tej historii zapomnieliśmy o jednym, niezwykle ważnym elemencie.
Pożar miał miejsce w kwietniu 1937 roku, jednak już od sześciu prawie lat po drugiej stronie skrzyżowania, stała nowa, oryginalna budowla. Budynek Banku Polskiego.

Budynek Banku Polskiego SA to był budynek na miarę ówczesnych czasów. Śmiały, funkcjonalistyczny gmach o wielce nowoczesnej, przejrzystej i prostej formie. Zaprojektowany przez Filasiewicza i Klimaszewskiego stanowił emanację postępowej warszawskiej myśli architektonicznej. Stworzony w awangardowym stylu, dekorowany w formie tzw. kryształowej-graniastej jest dziś uważany za perłę architektury międzywojnia. Ale wtedy....

Wtedy pojawił się jak diabełek z pudełka. Raptem w kilka lat po ukończeniu fasady Ubezpieczalni. Pojawił się i... swoją formą całkiem zaburzył klasyczną jedność tego miejsca. Wprowadził do jednolitej przestrzeni dysonans, zgrzyt, dysharmonię.

Był jak nowoczesny kamyczek w starych, ale świetnie dotąd pracujących trybach. Można zaryzykować stwierdzenie, że w jakiś sposób zniekształcił krajobraz.

Rodzi się więc pytanie: dlaczego w ogóle tutaj powstał? Dlaczego wbił się w okolicę z taką bezczelną hardością? Jak na urągowisko zasiedziałym "lokatorom" tej ulicy... Dlaczego do tego dopuszczono?

Odpowiedź jest dość prosta. Projekt nie powstał w Bielsku. Dyrekcja Banku Polskiego w Warszawie do tworzenia zamiejscowych filii miała swoich ludzi. To oni projektowali te gmachy, czasem z całkowitym pominięciem miejscowych warunków, z całkowitym pogwałceniem architektonicznej jedności miejsca, urbanistycznego ładu. Mogli sobie na to pozwolić.

W Bielsku pozwolili sobie także, Rękami Filasiewicza i Klimaszewskiego.

Oczywiście nie było tak, że budynek banku budził tylko ostrą krytykę. Byli i tacy, którzy nowoczesnych europejskich trendów wypatrywali w naszym mieście z utęsknieniem. Każdy przejaw postępu, zerwania z tradycją (czytaj z C.K. historyzmem) witali z radością. I to jest zrozumiałe.

Kiedy jednak patrzy się na gmach banku z szerszej perspektywy otaczającej go przestrzeni, trudno jest nie zauważyć, jak dalece obcym - z punktu widzenia estetyki - elementem miejskiego krajobrazu musiał wydawać się ten obiekt. Nawet jeśli podobał się mieszkańcom, to już specjalistom niekoniecznie.

W tym kontekście całkiem zrozumiałe staje się to, co jeszcze przed chwilą wydawało się nieporozumieniem. Oto przecież w 1937 roku, budowniczy, mający za zadanie odbudować spalony dach Ubezpieczalni, dysponowali już nie jednym, a dwoma punktami architektonicznego odniesienia - klasycznym, w gmachu "Silesii" i Szkoły Przemysłowej oraz nowoczesnym, w postaci banku. I z tego zadania wywiązali się bezbłędnie!

Wykorzystali nieszczęśliwy wypadek do "przeredagowania" współzależności architektonicznej miejsca i nawiązali do tego nowego elementu, jakim był gmach banku. Po co? Bo to był jedyny sposób, żeby ten nowoczesny trend wtopić bezboleśnie w tkankę miasta i oswoić go w myśl zasady: nie możesz pokonać wroga, stań się jak on. I on został oswojony.
Bo może wtedy jeszcze komuś zależało na tym, żeby otaczająca nas rzeczywistość była piękna?

Czy twórcy tego "kruczka" zrobili to celowo, czy nie - nie wiem. Śmiem jednak twierdzić, że zmiany, jakie wprowadzono były zbyt istotne i za bardzo Kasa Chorych upodobniła się dzięki nim do Banku Polskiego, żeby uznać to za przypadek.

Zresztą - pal sześć dywagacje - ten fragment miasta ma w sobie jakieś ukryte piękno. Jakąś wewnętrzną harmonię. Jest to, owszem, harmonia olbrzymów, którą wtedy, w latach trzydziestych, zadekretowano jednak trochę jakby na wyrost, jakby na kredyt (pamiętajmy: to ciągle było przecież przedmieście). W dodatku dzisiaj ta harmonia trochę już wyblakła, zakurzyła się, spowszedniała...
Ale jest niewątpliwa.
I zawdzięczamy ją głębokiemu zamysłowi ludzi, którzy mieli pojęcie o budowaniu miast, którzy liczyli się z zasadami i - pozostając niezwykle elastycznymi - potrafili je wdrażać w życie. I walczyć o ich zachowanie.

Cholera, tak mi dzisiaj tego brak!

2018-03-25 | Dodaj komentarz
giejotpe
2018-03-25 18:43:11
piękna opowieść. jak zwykle. dziękuję
AndrzejN
2018-03-25 20:00:16
To skrzyżowanie (wraz z pobliską Szkołą Przemysłową, czyli, po naszemu, Włókiennikiem) jest jednym z najciekawszych architektonicznie w B-B, tym bardziej, że ukształtowane zostało już za Niepodległej, a więc nieprawda, że tylko "za Austryje" coś potrafiono. Można by te gmachy żywcem przenieść do Krakowa, gdzieś na zewnętrzne Planty, czy do Warszawy i nie raziłyby nawet przy głównych ulicach.
Angus
2018-03-26 09:11:16
Pozwolę sobie powtórzyć kluczowe dla mnie zdanie tego tekstu: "Bo może wtedy jeszcze komuś zależało na tym, żeby otaczająca nas rzeczywistość była piękna". I tu jest chyba pies pogrzebany, a nawet razem z psem pogrzebana wizja architektoniczna miasta. Bo to nie kwestia obecnego braku środków. Bo teraz liczy się brutalny i fiskalny utylitaryzm.
Mada L
2018-03-26 14:27:34
Wspaniała opowieść
andrzej
2018-03-27 22:15:18
Połowę swojego życia mieszkałem w tym rejonie, zatem nie dziwi fakt, że odbieram tą dzielnicę miasta wyjątkowo nostalgicznie. Nasuwa mi się wspomnienie z pacho lich lat, kiedy to z mamą chadzałem do Banku Polskiego, gdzie dokonywała wpłat. Gdybym wówczas miał obecną wiedzę, zainteresowania i wrażliwość podziwiałbym całe wnętrze i wyposażenie. Pamiętam go jednak tylko ogólnie, natomiast doskonale utkwiło mi samo wejście do budynku. Wchodziło się, bowiem przez drzwi obrotowe, chyba jedyne naówczas w mieście, otoczone kotarą, ciężko obracające się , jakby broniły dostępu albo tamowały uciekających w pośpiechu rabusiów. Może jednak, jako dzieciak byłem za słaby, aby je pchać. Kiedy wiele lat później już sam i chyba w czasach BGK wpłacałem pieniądze, raczej ich już nie było, lecz pewien nie jestem. Z kolei chodząc jakiś czas na stołówkę zlokalizowaną w piwnicach budynku bankowego mogłem się przekonać o ich solidnej konstrukcji. Podobno są one , (raczej – były) przystosowane na potrzeby schronu, z odpowiednim wyposażeniem. Bardzo lubię te podróże w czasie. Pozdrawiam.
beskid
2018-04-28 09:58:19
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ
marzanna
2018-05-09 17:37:44
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne.
Komentarzy (4)

W małym miasteczku

  

czyli

Krótki spacer przez Vorstadt

(Cz. I)

Fotografia miejska doby fin de siecle'u, przełomu wieków, to fotografia specyficzna. Niemalże sto procent ówczesnych wizerunków to fotogramy reklamowe. Oczywiście mam na myśli reklamę bardzo szeroko pojętą, nie tylko tę z lokowanym produktem ("Ogrodnictwo Chlupacz", czy "Zahnpaste Calodont"). W tym konkretnym przypadku bowiem reklamowanym obiektem było właśnie miasto.


Choć nie jest tajemnicą, że Bielitz posiadało - jak wszystkie ówczesne miasta świata - swoje rudery, zaniedbane miejsca, "trójkąty bermudzkie", slamsy i fawele, to jednak na zdjęciach tego nie widać. Fotogramy w lwiej części przedstawiają miasto piękna, wzrostu i rozkwitu. Nowych pięknych kamienic, szerokich czystych ulic, porządku i ładu.

Unikano tematów przykrych, unikano biedy, brzydoty i szpetoty. Chwalono się natomiast wielkomiejskimi przestrzeniami, nowymi, najlepiej modernistycznymi kamienicami i - generalnie - wszystkim, co podnosiło prestiż miasta.

A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że w takiej praktyce lukrowania rzeczywistości przodowało właśnie Bielsko. To ono ukrywało skwapliwie i wstydliwie oznaki nawet nie tyle biedy, ile "dawności" i małomiasteczkowości.
Biała nie miała takich kompleksów.

Kamienica wybudowana w 1901 roku dla Karola Rödlera młodszego, bielskiego sukiennika, to jedna z tych kamienic, które na początku XX wieku fotografowano w tym zakątku miasta bodaj najczęściej. I nic dziwnego. Ze zwieńczonym wieżyczką narożnym wykuszem i nieoszczędną w wyrazie, ale pełną proporcji fasadą zaliczyć ją można do najładniejszych, a na pewno najbardziej oryginalnych kamienic miasta. Mnie też się podoba. Nawet bardzo.

Jednak przed 1901 rokiem ten fragment miasta miał nieco odmienną twarz. Ta fotografia z 1898 roku pokazuje nam jak wyglądał dom (to ten fragment z lewej strony), który został zastąpiony przez pyszną kamienicę Rödlera. Mało imponująco. Parterowy, z łamanym dachem, stojący tu prawdopodobnie od osiemnastego wieku, wybudowany być może przez Karola Rödlera nestora - do swojej następczyni nawet się nie umywał. Z drugiej strony ten fragment domu, który tu widzimy, daje nam niejakie wyobrażenie o zabudowie osiemnastowiecznej, o wyglądzie miasta sprzed dwustu z okładem lat. Takich domów było przecież w mieście więcej. Takich i jemu podobnych. Dość przywołać magazyny zamkowe przy Pastornaku, czy skład soli z Brauhausgasse, czyli z ulicy Browarnej.


Dom Rödlera nie był więc wyjątkiem. Swoją kubaturą, dość posępnym charakterem i masywną sylwetą z charakterystycznym wysokim poddaszem przystosowanym do składowania bel sukna, wełny i innych materiałów bławatnych, był tak naprawdę składem materiałów, magazynem. I jednocześnie typowym przedstawicielem zabudowy sukienniczo-włókienniczo-farbiarskiego miasteczka. Małego miasteczka.

Bo przecież Bielsko aż do połowy XIX wieku małym, zapyziałym miasteczkiem aż krzyczało. Od zawsze charakter Bielitz był przygraniczny. I wielki boom budowlany zapoczątkowany remontem zamku i ekspansją architektury rodem z wielkiego świata jeszcze długo nie był w stanie zatrzeć tego prowincjonalnego sznytu.


Wiem, to trochę bolesne, bo byłoby miło, gdyby nasze miasto od zawsze świeciło przykładem. Ale tak dobrze nie jest. I nie było.

Ten sam fragment miasta i bardzo podobne w gruncie rzeczy ujęcie. Dom żydowskiego handlarza Lejzora Brennera - ten w centrum kadru - mimo, że kompletnie nie pasował do dookolnego sztafażu, przetrwał bardzo długo. Rozebrany został dopiero w latach trzydziestych XX wieku. Dlaczego? Właśnie dlatego, że o zabudowie ówczesnego miasta częściej decydował właściciel nieruchomości, niż przyjęty odgórnie plan zagospodarowania przestrzennego. Choć przecież takie narzucane z góry plany już wówczas, w wieku XIX i na początku XX, istniały i były realizowane (wyburzenia pod wykop kolejowy, czy pierwsza destrukcja na dzisiejszym Placu Żwirki i Wigury to doskonały przykład).

Dom Brennera, w odróżnieniu od składu Rödlera, to już właściwie powiew nowoczesności. Zgrabny, zwarty, niepokraczny. Takie domy stały wzdłuż wszystkich dróg wylotowych z miasta. Przy niektórych z nich stoją do dziś, przy innych zastąpione zostały okazałymi, stylowymi kamienicami (które w większości - nie oszukujmy się - były tylko pięknymi, wyszukanymi w formie czynszowymi skarbonkami).

W Bielsku aż roiło się od domów starych, a raczej prostych. Pamiętających jeszcze osiemnasty, a czasem i siedemnasty wiek.


Najbardziej znanym przykładem takiego budownictwa są tu dwa zespoły zabudowy w obrębie dawnych Josefstrasse i Kaiserstrasse, czyli dzisiejszych Sobieskiego i Cieszyńskiej, gdzie do dziś zachowały się budynki, które były bardzo charakterystyczne dla tamtych czasów. Właściwie były ich wizytówką.

W takiej formie i w takiej masie zachowały się tylko tutaj (niektóre fragmenty ul. Sobieskiego to zabudowa wręcz żywcem wyjęta z epoki). Ale przecież na terenie całego miasta dotrwały do naszych czasów inne pojedyncze domy lub niewielkie ich skupiska.

Druga połowa XIX wieku i pierwsze dekady XX to - jak się już rzekło - okres przemiany, przeobrażenia tkanki miasta. Liczne jeszcze wówczas domy o charakterze "małomiejskim" zaczęto zastępować kamienicami i willami typu mieszczańskiego, w związku z czym nie jest dziś łatwo odtworzyć tamten urbanistyczny i architektoniczny świat w jego naturalnym kształcie.
Ale nie jest to niemożliwe.


Na całe szczęście fotografia już wówczas oferowała wystarczające możliwości utrwalania tego kształtu. Dzięki temu (mimo, że lwia część tamtych fotogramów to zwyczajne reklamówki dobrobytu i rozwoju) mamy jako taki wgląd w to specyficzne uniwersum. A przynajmniej w jego odpryski.

Domy o charakterze małomiejskim (pozostańmy przy tej nazwie, bo mimo, że nienajzgrabniejsza, określa charakter tego budownictwa najlepiej) nie miały jednolitego stylu. Były dość zróżnicowane i mimo, że nie odznaczały się wybitnie podobnymi cechami, można je w jakiś sposób usystematyzować, choć - oczywiście - ta klasyfikacja nie będzie doskonała.

W samym środku miasta, na starej drodze wylotowej północnej, zabudowa jeszcze w XX wieku nosi znamiona budownictwa typowo peryferyjnego. Parterowe domki o stromych dachach, czasem zaopatrzone w facjaty, większe lub mniejsze gible, niektóre nawet delikatnie zdobione. To prawdziwa rzeczywistość bielskiego przedmieścia, która w takim wydaniu trwała aż do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Takie domy jak ten, na powyższym zdjęciu tworzyły miasto. Akurat ten dom przy Giselastrasse należy do domów solidnych, całkiem obszernych, charakterystycznych dla dziewiętnastowiecznej warstwy robotniczej i rzemieślniczej.

Nieomal po sąsiedzku, bardzo podobny, niski, parterowy dom wciśnięty pomiędzy wyższą zabudowę. Już wkrótce zostanie zastąpiony wysoką klasycystyczną kamienicą.

Jeśli jednak napiszę, że w naszym mieście istnienie starej, małomiejskiej zabudowy wywołane było li i jedynie niedostatkiem, nie będę do końca uczciwy.

Andrzej Walczok, który do biedaków nie należał, choć innym stawiał naprawdę przepiękne i funkcjonalne siedziby (zresztą sobie przecież także), sam bardzo długo był właścicielem skromnego domku przy starej Pszczyńskiej Drodze.

Tu widzimy fotografię ukazująca niepozorny dom Walczoka (chałupina w środku) już po przebudowie. Ale w istocie nieco wcześniej, nosił on znamiona jeszcze bardziej archaiczne.

Im dalej ku peryferiom miasta, tym domy stawały się coraz bardziej "wiejskie", niewyszukane, choć nadal solidne i pojemne.
Spójrzmy na tę fotografię.

Fotografia wykonana z dachu fabryki Schotta przy dzisiejszej ul. Moniuszki. Oto typowy przykład budownictwa miejsko/podmiejskiego, obecnego w każdym zakątku miasta, okolicznych wsi, Starego Bielska, Aleksandrowic, Wapienicy, Mikuszowic, całego Śląska Cieszyńskiego, Ziemi Pszczyńskiej, Żywieckiej, Zatorskiej etc, etc.

Najbardziej charakterystyczną cechą tych dwukondygnacyjnych budowli była "wysiodka" czyli wnęka koszowa. Sień z wąskimi schodami prowadzącymi do pomieszczeń mieszkalnych na piętrze niewiele różniła się od sieni domów w centrum miasta. Mieszkania także nie odbiegały standardem od tych przy Węglowej, czy Zamkowej. Były może tylko nieco mniejsze.

Widok z górnej kondygnacji drugiego pawilonu miejskiego szpitala. Tu jak na dłoni widać, że jeszcze w początkach XX wieku Górne Przedmieście zabudowane było dość podłą infrastrukturą. Mniej więcej od linii cmentarz ewangelicki-alumneum-seminarium nauczycielskie-szkoła wydziałowa, zabudowa tego fragmentu miasta przedstawia się wybitnie małomiasteczkowo. To jest o tyle oczywiste, że w tamtym okresie to ciągle jest - zgodnie ze swoją nazwą - przedmieście. Jednak i na tym zdjęciu dopatrzyć się można szczególnej rzeczy. Charakterystycznej dla osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej architektury zabudowy.
Proszę przyjrzeć się budynkowi na pierwszym planie.

Prosta pękata bryła, stromy dach, spore, licowane do fasady okna... Kolejny typowy przedstawiciel przedmiejskiej architektury. Dziś nie ma już zbyt wiele przykładów takiego budownictwa. Ale w czasach, kiedy robione było to zdjęcie, tego typu "baukunst" był pospolitą, szarą rzeczywistością.

Taka zabudowa, a więc małe, czasem bardzo stare domki, ale częściej po prostu skromne, kilkurodzinne budynki mieszkalne, już prawie odeszła w niebyt. W centrum - jeśli nie liczyć zabytkowych traktów obecnej Cieszyńskiej i Sobieskiego - jest jej już bardzo niewiele.
_____________________________

Miasto jest tworem żywym i ulegającym ciągłym zmianom. Szczególnie centralna, śródmiejska część, jako reprezentacyjna, najzasobniejsza i najbardziej ludna, podlega szczególnie dynamicznym przeobrażeniom.
Tak funkcjonuje miasto i tego się nie zmieni.
I dobrze.

Gdyby bowiem zabudowa miasta miała pozostać na etapie połowy XIX wieku, gdyby rozwój tkanki miejskiej zatrzymał się w stadium "przedkamienicznym", mielibyśmy pewnie czystą, nieskażoną przestrzeń niskiej zabudowy, ale przecież bez perełek architektury pokroju kamienicy Rödlera chociażby. I to byłaby wielka szkoda. A jednak...

Czasem ciekaw jestem tego dziwnego, trudnego już dziś do wyobrażenia czasu, kiedy miasto nasze miało zupełnie inne oblicze, kiedy jeszcze nie zachwycało architektonicznym rozmachem i nie olśniewało wielkomiejskim przepychem. Kiedy było niskie, szare, o przyciśniętych przez czas, krytych gontem domach, wąskich zabłoconych ulicach...

Słowem - fascynuje mnie miasto, które nie było może zbyt piękne, ale przecież na swój sposób równie prawdziwe.

2018-03-20 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2018-03-21 18:13:16
Jak zwykle bardzo ciekawie, dzięki. Kilka uwag: (1) Bielsko i tak ma szczęście, że jest tam, gdzie jest. Miasteczka, a nawet spore miasta, we wschodniej części kraju do dzisiaj wyglądają jak XIX-wieczne - domy o takiej architekturze stoją tam nawet przy głównych ulicach. W periodzie 1918-39 nie zdążono wiele zmienić, wiele "zmian" przyniosła niestety wojna, a o dorobku PRL-u lepiej zmilczeć. (2) Nie wiedziałem, że Karol Korn mieszkał w tym miejscu, bardzo ciekawa informacja. Ten jego dom stał chyba jeszcze w latach 60. Mogę się mylić, ale chodziłem wówczas do szkoły podstawowej nr 7, która była w południowym skrzydle "Mechanika", dobrze widocznym na zdjęciu. Druga strona ul. Sienkiewicza wyglądała wtedy zupełnie inaczej niz dzisiaj. (3) Przypadek, ale, z domem na Moniuszki, widocznym na szerokim zdjęciu i w przybliżeniu, też mam osobiste wspomnienie. Mieszkała tam moja "niania", z którą we wczesnym dzieciństwie spędzałem chyba więcej czasu, niż z rodzicami. Starsza pani mieszkała na piętrze, od strony nie widocznej na fotografii, w samodzielnym pokoju bez wygód. Pamiętam, że dom był już wówczas zamieniony na komunałkę - co drzwi, to inny lokator. Ostatni raz byłem tam w 1970 r. Z późniejszych publikacji wiem, że dom powoli zmieniał się z ruinę, aż wreszcie spłonął podpalony przez ostatniego mieszkańca, jakiegoś zapijaczonego menela. Dzisiaj nie ma po nim (domu, menelu zresztą też) śladu... chociaż jest: w stojącą w tym miejscu nową willę właściciel wmurował starą drewnianą belkę z datą. Dobre i to. Jeśli pamięć mnie zawiodła i coś pokręciłem - przepraszam.
andrzej
2018-03-21 20:49:39
Ja także jestem zaskoczony kornową budowlą - wydawało mi się ,że to dom Walczoka - choć jedno drugiemu nie musi przeczyć. Co do daty jego wyburzenia to musiały to być lata 70-te, bowiem pamiętam jego rozbiórkę , którą jako dzieciak obserwowałem z bezpiecznej odległości. Zaś co do zabudowy rejonu Cieszyńskiej i Sobieskiego ( mojego codziennego rejonu działania) przypomina mi się artykuł (gdzieś, kiedyś publikowany – może w dawnej SuperNovej) – opisujący ambitne plany kompleksowego zabudowania tego rejonu. Pewnie gdyby ówczesna kondycja ekonomiczna była lepsza, dzisiaj nie byłoby w tym miejscu tego swoistego skansenu. Pozdrawiam i czekam na c.d.
Maciej P.
2018-03-21 21:27:57
Jesteście, Panowie, zaskoczeni? To co ja mam powiedzieć? :-) Skąd mi się przypętał Korn, to naprawdę nie wiem. Oczywiście, że chodziło o Walczoka i o jego dom zwany zresztą bardzo często w literaturze "dworkiem". Dziękuję za czujność, już poprawiam. Jeśli chodzi o dom przy Moniuszki, to i ja mam związane z nim wspomnienia, z okresu na chwilę przed jego zburzeniem. W kolejnej części skupię się na tym właśnie rodzaju zabudowy dokładniej - tej bowiem pozostało stosunkowo najwięcej. Również w Białej. Jeśli chodzi o skansen przy obu cieszyńskich wylotówkach, to z tego, co pamiętam pomysły na zabudowę tego terenu pojawiały się częściej, ostatnio jakoś tak dziesięć lat temu. Oczywiście "zabudowa" miała być poprzedzona totalną destrukcją. Dziękować Bogu - nie przeszło. Pozdrawiam.
marzanna
2018-05-09 18:16:53
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując do artykułu na Beskidi pl. znajduje się zdjęcie ulicy Kopernika z nieistniejącym domem nr 5 ( obecnie parking) wspaniale obrazuje urokliwy czar naszego miasta.
Komentarzy (5)

Kein Problem!

  
czyli

Jak ja ich nie lubię!


Kiedy w grudniu 1855 roku otwarto, będącą częścią Kaiser Ferdinand Nordbahn, linię kolejową Czechowice - Bielsko, nikt nie przypuszczał, jak wielkie problemy wygeneruje ta, witana z entuzjazmem, choć i z obawami, inwestycja.

Dla ówczesnych inżynierów i robotników kolejowych stacja Bielsko musiała bowiem być prawdziwym końcem świata. Kilkadziesiąt metrów za budynkiem dworca piętrzył się masyw wzgórza, na którym posadowiło się przedmieście Bielska. A na domiar tego zza czarnych i czerwonych dachów kamienic miasta wyzierały całkiem już obce i nieprzystępne zbocza Beskidu.

Oczywiście wszystkie prace związane z organizacją ruchu zarówno pociągów, jak i podróżnych, odbywały się niezwykle sprawnie. Świadczy o tym fakt, że już w kilka dni po oficjalnym uruchomieniu linii kolejowej Czechowice - Bielsko, w prasie pojawiły się regularne informacje o przyjazdach i odjazdach z i do stacji Bielitz.

Wydawana w Brnie gazeta regionalna już na pierwszej stronie ogłaszała "Przejażdżki kolejowe" podając jednocześnie godziny odjazdów.

A jednak sprawa z bielskim dworcem i szerzej, z bielską koleją, nie była czymś zwyczajnym. I nie zanosiło sie na to, że w najbliższym czasie znormalnieje.

Kiedy w połowie XIX wieku wytyczano linię do Bielitz, kiedy sytuowano - najpierw na planach, a potem w terenie - budynki dworcowe, pewnym było, że oto udało się dotrzeć do granicy, do samego końca, do ściany, że dalej już się nie da. Zaopatrzone w solidne odbojnice torowiska i bocznice, kończyły się tu jak nożem uciął. Pierwszy dworzec w Bielsku, wciśnięty w kąt masywnego wzgórza, zdawał się być ostatnim budynkiem na samym końcu świata.

Podróżni przybywający do naszego miasta rzeczywiście mogli odnieść takie wrażenie. Wysiadłszy z pociągu, przeszedłszy przez niewielką halę dworca, wychodzili bowiem na mały placyk przed budynkiem dworca, przed którym wznosiło się strome zbocze, a w kierunku miasta biegła wąska, gruntowa, potem brukowana droga.

Grafika przedstawiająca pierwszy dworzec może budzić zdumienie. Szczególnie spora, wielkomiejska Bahnhofshalle w centrum planu. Jednak prawdę mówiąc, na ówczesne czasy był to budowlany standard i jak świat długi i szeroki stawiano takie konstrukcje na potęgę wszędzie. Hale podobne do naszej bielskiej stały w Mannheim, Heilbronn, Aarau, Marsylii, Lyonie i wielu innych miastach Europy i świata. Na powyższej, nieco wyidealizowanej grafice widać kilka ciekawych szczegółów. Stoją już widoczne w tle budynki stacji, widać krytą dwuspadowym dachem niewysoką wieżę posterunku technicznego. Widać nieistniejący już z kolei spory budynek magazynów towarowych. Sam budynek dworca nie zmienił się przez te wszystkie lata prawie wcale. Ale na szczególną uwagę zasługuje starannie utrzymana, obsadzona drzewami droga dojazdowa wiodąca w kierunku miasta. Prowadziła ona wzdłuż stopy zbocza wzgórza (opadającego od strony dzisiejszej ulicy 3 Maja), po czym skręcała na wschód i wiodła ku miastu.

Tak, niewątpliwie lokalizacja dworca kolejowego w naszym mieście była dość szczególna. Można wręcz powiedzieć, że nieco absurdalna.

Czy nigdy nie zastanowiło Was, dlaczego właściwie - skoro prowadząca do dworca ulica Kolejowa, czyli dzisiejsza ulica Barlickiego, biegła na wschód od osi torów - dworzec zaś wybudowano na zachód od trakcji? Przecież taka lokalizacja budynku dworcowego już od samego początku powodowała, że droga dojazdowa do dworca w swym końcowym odcinku była niepotrzebnie kręta. I o kilkaset metrów dłuższa! A wystarczyło przecież wybudować budynek dworca po drugiej stronie torów (na przedłużeniu dzisiejszej Barlickiego), a dojazd doń byłby prosty i bezproblemowy. Na wszystkich planach z tego okresu doskonale przecież widać, że obszar ten (zajęty dziś przez Galerię "Waga") jest bardzo luźno zabudowany. Można było dworzec umieścić właśnie tam. Nie zrobiono tego jednak. Dlaczego?

Odpowiedź może być nieco zaskakująca.
Sądzę, że bielscy włodarze już wówczas, w połowie XIX wieku, planowali połączenie dworca z miastem zupełnie inną drogą - biegnącą powyżej zabudowań stacji, dzisiejszą 3 Maja.

No chwila, ktoś może zapytać: dlaczego w takim razie to oczywiste dla nas rozwiązanie miałoby być w jakikolwiek sposób zaskakujące?
Ano dlatego,że w połowie lat pięćdziesiątych, a więc w chwili tyczenia miejsca pod dworzec, żadnej porządnej drogi na wysokiej skarpie jeszcze nie było. Ba, więcej, ta licha drożyna, ścieżka nieomal, która snuła się górą, a która miała charakter zwykłej wiejskiej drogi gruntowej nie docierała nawet do centrum miasta. Kończyła się mniej więcej na wysokości dzisiejszego "Presidenta".

I nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego, bo przecież w przypadku poważnych inwestycji drogowych i kolejowych często czyniło się podobnie, podejmując naprzód perspektywiczne decyzje, lokując jakiś projekt budowlany w konkretnym miejscu, a skomunikowanie go z resztą miasta planowano dopiero w najbliższej przyszłości. Problem jednak w tym, że tutaj akurat z wytyczeniem nowej drogi zwlekano... 34 lata! Przez ponad trzy dekady przymierzano się do połączenia dworca z miastem nową drogą. I ciągle bezskutecznie. I cały ten czas męczono się na wybojach i nierównościach prowizorycznej drogi.

Czy na przeszkodzie w połączeniu stacji i centrum miasta stanęły problemy natury własnościowej związane z zabudowaniami starej farbiarni na Dolnym Folwarku (okolice dzisiejszego "Presidenta"), wykupionymi przez Karolinę Silbiger? A może do głosu doszły interesy właścicieli miejskich hoteli rozlokowanych wzdłuż starej ulicy Kolejowej, którzy w oddaniu do użytku nowej drogi widzieli zagrożenie i widmo spadku obrotów?

Od samego początku istnienia linii Czechowice - Bielsko, przy ulicy Kolejowej powstawały hotele, które przyjmowały podróżnych podążających w kierunku miasta. Jako, że pierwszy z tych przybytków, hotel Nordbahn, znajdował się w odległości zaledwie 340 metrów od przydworcowego placu z dorożkami, musiał być kurą znoszącą złote jaja. Nic dziwnego, że perspektywa otwarcia nowej drogi dojazdowej do dworca, zupełnie pomijającej dawny trakt, wzbudzała sprzeciw i protest. Na powyższej fotografii hotel Nordbahn to ta niepozorna kamienica po lewej stronie. Już niedługo cała ta ulica stanie się hotelowym Eldorado.

Stara, prowizoryczna, jak się rzekło droga, chociaż niewygodna, chociaż dużo dłuższa od proponowanej, nadal użytkowana była z powodzeniem. Wykorzystywana była nawet wówczas, gdy stała się poważną przeszkodą dla kolejnych inwestycji.

Pierwotnie budynek dworca faktycznie miał być stacją końcową, nie wyobrażano sobie bowiem, żeby można było pociągnąć linię kolejową dalej. No bo jak? Wyrąbując przez miasto przecinkę jak w lesie? Omijając miasto nadkładając kilometrów, pieniędzy i czasu? A jeśli tak, to którędy?

I było w tym sporo racji. Proszę rzucić okiem na tę mapę z 1855 roku, na której żółtym kółeczkiem zaznaczony jest dworzec. Chcąc poprowadzić linię kolejową na południe trzeba ominąć miasto, ale aby tego dokonać, niezbędne byłoby utworzenie potężnej, wielokilometrowej obwodnicy kolejowej. Biegłaby ona najpierw na północ przez Boden Feld (podobnie jak dzisiejsze połączenie z Cieszynem), potem przez niwy pod wzgórzami dzisiejszego Sarniego Stoku i Trzech Lipek, wzdłuż Potoku Starobielskiego i mozolnie wspinałaby się na płaskowyż Górnego Przedmieścia, lub łożyskiem Kamieniczanki, szukając drogi w celu ominięcia dwóch Troclików.
Toż to nie podróż, to odyseja!

To się zwyczajnie nie kalkulowało. Tym bardziej, że taka obwodnica nie mogłaby na swym przebiegu zawierać stacji pośrednich (inna rzecz, że pomysł utworzenia takich punktów był wtedy na tym obszarze innowacyjny - dotychczas takich stacyjek na linii z Czechowic nie stosowano).

W obliczu takich okoliczności zwrócono się ku rozwiązaniu bardziej radykalnemu i szalonemu. Postanowiono po prostu wkopać się pod miasto.
Mimo, że brzmiało to jak żart, najwyraźniej przekop taki dla ówczesnych inżynierów stanowił dużo mniejszy problem niż ciągnięcie wielokilometrowego objazdu i musiał być de facto mniej kosztowny, skoro w końcu na takie rozwiązanie się zdecydowano! Jestem przekonany, że podobnie jak wszystkie inne działania inżynieryjne, tak i to dokładnie przemyślano i pieczołowicie rozrysowano na kartce papieru. Na niejednej.

A potem wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko.

W 1876 roku rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę prace polegające na poprowadzeniu linii do Żywca. Porzucono plany "obwodnicy kolejowej" i zdecydowano się na wydrążenie tunelu, który miał biec pod miastem.
Po przeanalizowaniu planów śródmieścia uznano, że najbardziej optymalną trasą dla przekopu będzie trasa biegnąca od dworca, ku zamkowi. Taki przebieg był uzasadniony z dwóch powodów: po pierwsze początkowy odcinek linii, zaraz za stacją Bielsko wiódł przez zbocze wzgórza, które nie było zajęte przez zabudowę mieszkalną, jego tyczenie nie pociągało więc za sobą radykalnych wyburzeń, prócz budynków farbiarni stojących we wschodnim fragmencie tzw. Dolnego Folwarku i szop oraz starych oficyn stojących na tyłach kamienic przy ul. Kolejowej. Po drugie wylot tunelu wypadał w granicach ogrodów książęcych, zatem z inwestycyjnego punktu widzenia również bardzo atrakcyjnych, bo względnie tanich i logistycznie nieuciążliwych.

Drążenie trwało ponad dwa lata, prace związane były z bardzo skomplikowanym procesem zabezpieczania stojących nad drążonym przelotem kamienic. Część z nich naturalnie wyburzono, co wiązało się nie tylko z kwestią samego bezpieczeństwa prac, ale i z ogólnie pojętą estetyką miasta. Tak właśnie uczyniono chociażby z domami stojącymi na placu Smolnym.

Dziś dla nas jest już oczywistością i truizmem stwierdzenie, że budowa wykopu kolejowego i tunelu pociągnęła za sobą daleko posunięte zmiany w krajobrazie miasta. Już w kilkanaście lat po zakończeniu inwestycji tryumfalne i euforyczne opinie na temat "niesamowitego przedsięwzięcia inżynieryjnego" drukowane w prasie całej Europy zaczęły ustępować miejsca coraz częstszym utyskiwaniom i niezadowoleniu z faktu, że inwestycja stała się hamulcem dla rozbudowy tego kwartału, że na dobre powstrzymała rozwój tkanki miejskiej. I że ten problem w istocie dotyczył obszaru dużo większego niż tylko bezpośrednio przyległego do samego wykopu. Nie mówiąc już o wysychających w mieście studniach...

My dzisiaj w tym wpisie damy sobie spokój z negatywną oceną piętna, jakie to niebanalne przedsięwzięcie odcisnęło zarówno na Dolnym, Górnym jak i Żywieckim Przedmieściu. Skupimy się raczej na tym, co w kontekście rozwoju miasta zawsze pasjonowało mnie najbardziej - na konsekwencjach i zmianach jakie te działania wywarły na podatną i plastyczną miejską przestrzeń. I jak sobie z tym poradzili ówcześni.

Pociągnięcie linii do Żywca, czy raczej jej przedłużenie już na "dzień dobry" wywołało poważny problem. Należało bowiem w jakiś sposób ominąć wijącą się na trasie nowej linii drogę dojazdową, czyli ulicę Kolejową! I zrobić to w taki sposób, żeby nie zakłócić ruchu podróżnych. Jedyny sensowny sposób na ominięcie trakcji, to przerzucenie ulicy górą.

Tak też zrobiono. W efekcie powstał niewysoki i dość krótki wiadukt pozwalający na swobodne skomunikowanie dworca z miastem. Można tylko przypuszczać, że na czas robót, wytyczono jakąś tymczasową dojazdówkę, ot, choćby i przez tory, od strony miejskiej gazowni.

Równocześnie wkopano się w skarpę wzgórza a następnie uformowano i zabezpieczono zbocza tak powstałego wkopu.
Z części wydobytego przy wkopie materiału utworzono na tyłach zabudowy ul. Kolejowej sporej wielkości wał ziemny. Wschodni przyczółek wiaduktu, ten od strony Bahnstrasse, został podsypany sztucznie, a raczej dosypany do krawędzi wału, zachodni zaś powstał z odpowiednio uformowanych mas ziemi narzuconych i wyprofilowanych tak, aby stanowił mocne oparcie dla przęsła wiaduktu.

O skali robót, która dzisiaj ginie nam już w gęstej zieleni porastającej zbocze, niech świadczy ta poniższa fotografia. Gigantyczna robota z imponującym efektem jest tu widoczna jak na dłoni.

Przed przebudową ostatni odcinek drogi dojazdowej, ten ciągnący się wzdłuż torów i obsadzony młodymi drzewami, biegł prosto. Po usypaniu zachodniego przyczółka wiaduktu droga ta - gdyby pozostawić ją w dawnym przebiegu - kończyłaby się wprost na umocnieniu tego przyczółka. Dlatego też aby bezpiecznie i wygodnie wbiegała na wiadukt, jej bieg został nieco skorygowany. Do dziś widać to doskonale.

Przy torowisku do dziś pozostały resztki zadrzewień starej alei dojazdowej ukazujące pierwotny przebieg ul. Wałowej na tym odcinku.

Dla mnie to mały absurd. Rozumiem, że wszystko to było zwyczajnie konsekwencjami pierwszej feralnej decyzji, pierwszego "wybiegającego w przyszłość" (chyba sporo za daleko) planu - posadowienia dworca od strony zachodniej, czyli za torami. Bo przecież wszystko miało być tak pięknie, tak po wielkomiejsku, po małowiedeńsku... A co wyszło?
Nieustanna walka z oporną materią, uporczywe borykanie się z technicznymi problemami, inżynieryjna ciuciubabka.

I... imponujące, zapierające dech, tak odważne, że aż ekstrawaganckie realizacje, o których głośno było w całej ówczesnej Europie.

Wałowa to dość osobliwa ulica. To taki problem urbanistyczny, który przekuto w sukces. Dowód na to, że ówczesnych inżynierów trudno było zbić z pantałyku i nawet jeśli strzelili jakąś planistyczną gafę, potrafili po sobie posprzątać. Z przytupem i z klasą. Te dwa zdjęcia, pierwsze z 1905, drugie z 1911 roku, nieco podretuszowane, trochę niechlujnie skadrowane, dobitnie o tym świadczą. Piękny, szeroki, oświetlony lampami wiadukt, mimo, że powstał z konieczności, nie został zrobiony na odwal. Nie był żadną prowizorką. Był solidnym akcentem. Jakby na złość trudnościom. Był sukcesem! Ale te zdjęcia dowodzą jeszcze czegoś. Tego mianowicie, że w kwestii rozwoju miasta, rozrostu i urbanistycznych przemian, dawni mieszkańcy naszego grodu byli zatwardziałymi konserwatystami. Bo nawet w szesnaście lat po wybudowaniu nowego dworca stacji Bielitz, nawet po wytyczeniu w tym samym 1889 roku szerokiej, wielkomiejskiej Nowej Drogi Dojazdowej nazwanej później na cześć Cesarza Franciszka Józefa, ta stara, niewygodna przecież droga wiodąca pokrętnie ku dworcowi, stara Damm-Strasse, nadal służyła mieszkańcom. I to z powodzeniem.

A na stromej skarpie powstałej po wkopie kolejowego torowiska, ci sami uparci, bezczelni mieszkańcy - jak na złość, jakby chcąc za wszelką cenę pokazać, że nie ma takiego dołka, z którego nie potrafią wyjść - urządzili imponujący, oryginalny, przepiękny skwer. Jakby na urągowisko nam współczesnym.

Jak ja ich nie lubię!

2018-03-04 | Dodaj komentarz
giejotpe
2018-03-05 09:11:48
Kilka refleksji. 1. dziś taki przekop budowano by z 10 lat, a nie 2. i kosztowałby tyle, co budowa trakcji do Warszawy..., 2. konsekwencje "przecięcia" miasta są odczuwalne do dziś, bo np. w obrębie ulic Kołłątaja/Wilsona trudno choćby o dobry internet światłowodowy (przynajmniej 2-3 lata temu, może coś się zmieniło), bo z jednej strony rzeka, z drugiej tory i trochę tu jak na wyspie..., 3. hotel Nordbahn to chyba Barlickiego 22, ale tam jest dużo wyższy budynek - z kiedy ta fotografia i kiedy nastąpiła zmiana?
Obserwator
2018-03-05 09:15:54
Jak zwykle świetnie się czyta ten tekst. Zabrakło mi jedynie kilka zdań o konsekwencjach tej budowy, a mianowicie o obniżeniu stanu wód gruntowych zwłaszcza w rejonie Rynku. A to było przyczyną lub jak kto woli motorem dalszych zmian w czyli tematu zaopatrzenia miasta w wodę. Ale to temat na inną opowieść. Może autor bloga da się namówić na erratę do powyższego tekstu i opisze dokładnie zmiany i wyburzenia jakie powstały w okolicach Zamku i obecnego placu Chrobrego? Myślę,że może to być fascynujące. Serdecznie pozdrawiam i czekam na dalsze wpisy.
Maciej P.
2018-03-05 18:34:53
@giejotpe Punkt pierwszy - całkiem trafna uwaga. Ale te dziesięć lat to chyba zbyt optymistyczny szacunek :-) Fotografia z ulicą Kolejową i Hotelem Nordbahn to rok 1909. Mniej więcej na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku w tym miejscu stanęła bardziej reprezentacyjna, istniejąca do dziś kamienica, w której w latach dwudziestych znalazł siedzibę Śląski Bank Eskontowy.
Maciej P.
2018-03-05 18:37:09
@Obserwator. Dzięki za miłe słowo. Prawdę mówiąc wolałem skupić się tylko na kwestii zadziwiającego pomysłu wybudowania dworca z niewłaściwej strony i konsekwencjach, jakie ten fakt przyniósł. Jeśli zaś chodzi o wpływ budowy tunelu na stosunki wodne, pisałem już o tym we wpisie "Anatomia upadku". Również o wyburzeniach "okołotunelowych" napomknąłem, we wpisach "Potoczyście" z września 2014 i w dwóch wpisach z kwietnia i maja 2015 r. - "Sztafeta pokoleń" i "Zamkowy aneks". Ale proszę się nie martwić , nie zamierzam odpuszczać - temat jest na tyle interesujący, że na pewno będę do niego wracał. Pozdrawiam.
Obserwator
2018-03-06 09:29:28
Podobno co jakiś czas powraca koncepcja aby nakryć torowisko od hotelu President w kierunku ul. Wałowej. Uzyskany teren mógłby być wykorzystany np. jako parking. Niestety nie widziałem żadnego projektu...

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[marzanna]
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując...
[marzanna]
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne....
[beskid]
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 244092
Newsów: 91
Komentarzy: 328
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała