liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl
« strona główna

Komentarzy (3)

Ornament i zbrodnia

  

Czyli

Ukąszenie Loosa


Liceummundi to miejsce, w którym wielokrotnie pochylaliśmy się nad historią miasta, nad jego dziejami, kształtem, urbanistyką i przemianami, jakie towarzyszyły obu połączonym w jeden organizm osadom. Stosunkowo niewiele miejsca poświęcałem jednak na coś, co stanowi o wyjątkowości tego wycinka świata, który nas otacza - na architekturę. Owszem, czasem pojawił się jakiś wpis dotyczący stricte tematu architektury, był również kilkuczęściowy mini-cykl "Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury". Ale dziś odnoszę wrażenie, że to wszystko mało. Stanowczo za mało, aby oddać istotę problemu.

A przecież nie można mówić o pięknie tego miasta, nie można mówić o jego walorach, istocie i oryginalności, jeśli tematu bielskiej i bialskiej architektury dotkniemy tylko pobieżnie.

O tym, by zrozumieć tę architekturę, aby pojąć jej piękno zaklęte w liczbach, liniach i plamach, trzeba mówić ciągle i nieustannie. Należy przypominać, męczyć i drażnić. Dlaczego?
Celu tego działania dziś jeszcze nie zdradzę, ale zaręczam, że ma on dość istotne znaczenie. Jednak będzie można mówić o nim dopiero, gdy przejdziemy wzdłuż i wszerz nasze miasto w poszukiwaniu piękna i gdy zobaczymy tego piękna wystarczająco dużo.

Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego wielu z nas krzywi się na widok klasycystycznej fasady, barokowej wieży, czy neogotyckiej kaplicy? Wiem, wiem, pośród Czytelników Liceum mundi takich krytyków historyzmu jest niewielu, ale w realu wygąda to różnie.

Dlaczego czasem niektórych drażni i dają oni temu wyraz? Ja się zastanawiałem. I to wielokrotnie. Ale nijak nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest. Dlaczego zaklęte w kamieniu proporcjonalne, harmonijne linie budzą tyle negatywnych emocji? Czemu wielu z nas woli proste gładkie powierzchnie, lustrzany połysk, chłodny, sterylny blask współczesności...?

Aby się dowiedzieć, postanowiłem zapytać kilku spośród krytyków architektury historyzującej, co ich w niej tak bardzo odpycha? Dlaczego taka właśnie architektura na nich nie działa, albo właśnie działa, ale a rebours?

Odpowiedź była zdumiewająca. Dla kilku moich rozmówców taka klasyczna, historyczna - nazwijmy to - "szata miejska", była zwyczajnie nudna. Opatrzyła się i, wyzierając z co drugiej elewacji w mieście, budziła raczej znużenie niż ekscytację, ziewanie zamiast zachwytu.
I takie podejście było jeszcze dla mnie (z powodów czysto psychologicznych) jak najbardziej zrozumiałe.
Dla innych największy problem stanowiła niedzisiejszość tej architektury, jej "muzealność". Nieprzystająca do charakteru współczesności archaiczność. Również i to można był jakoś zaakceptować. Inni krytykowali w niej brak piętna epoki (to taki współczesny architektoniczny fetysz). Zaś dla pozostałych największym problemem była... ornamentyka. Tak, właśnie zdobienia! To ponoć one, a właściwie ich rzekomy przesyt, nadstan, przesada, jest w tej architekturze nie do zniesienia.

Zauważyłem, że ten ostatni argument pojawia się obecnie bardzo często, ba! nagminnie. Również w dyskusjach specjalistów - architektów, plastyków, artystów i urbanistów... Mówi się bowiem często o nadużyciu ornamentu w architekturze współczesnej i o nadreprezentacji zdobień na przestrzeni wieków. Odnoszę nawet wrażenie, że ornamenty te stały się największą zmorą dzisiejszych czasów, synonimem bezguścia, urbanistycznego antykwariatu, wtórności, braku twórczych ambicji i architektonicznego obciachu.

Słowem, w ornamencie zaklęto całe zło dawnej architektury, wmawiając maluczkim, że historyzm to nic innego jak właśnie ornament i jego nadużycie.
Dlaczego tak się stało? Kto rozpoczął to szaleństwo?

W 1913 roku, na łamach „Cahiers d'aujourd'hui", austriacki architekt Adolf Loos opublikował esej pod znamiennym tytułem "Ornement et crime" (Ornament i zbrodnia). Myślą przewodnią tego - jak się potem okazało - kultowego dla środowiska modernistów i twórców Bauhausu tekstu była negacja ornamentu jako zjawiska dawno przebrzmiałego. Dekor w tym artykule sprowadzony został do funkcji prymitywnych bazgrołów, jakie są charakterystyczne dla wieku dziecięcego. Ornament w architekturze jest więc według Loosa etapem dziecka, niedojrzałości, infantylizmu, tym etapem w procesie rozwoju, z którym trzeba się rozstać, pragnąc wejść w "dorosłe" architektoniczne życie.

Nie wiem, co kierowało Loosem, jakie pobudki leżały u podstaw tych niewczesnych, dramatycznie wręcz tendencyjnych rozważań, dość powiedzieć, że ten pokręcony pogląd natrafił na szczególnie żyzny grunt i pokutuje wśród architektów do dziś. Przetrwał w płaskich modernistycznych eksperymentach funkcjonalizmu, ekspresjonizmu, architektury organicznej i bauhausu (razem z charakterystycznym dla niego "less is more"). Zrealizował się w konstruktywizmie, dekonstruktywizmie, architekturze nazistowskiej i socrealizmie, chociaż w obu ostatnich przypadkach ornament pojawił się nawet w nadmiarze, to jednak nabrał zupełnie innego, złowieszczego znaczenia! W pewności utwierdziły go High-tec, Blob, oraz brutalizm. Wszystkie one zimne, proste, oszczędne, standaryzowane jak serek homogenizowany, jak betonowa trelinka i równie bezduszne.


We wszystkich zdobienie prawie w ogóle nie istniało!

Taki trend.


Dziś, patrząc na tę ponad stuletnią historię zapoczątkowanej przez Loosa nienawiści do ornamentu, można dojść do wniosku, że austriacki architekt świetnie wykonał swoje zadanie. Dekor zwany ornamentem na dobre zniknął z naszych miast, ulic i kamienic. Stał się zjawiskiem wyklętym, niechcianym. Został wywołańcem pojawiającym się tylko na zabytkach.

Trochę w tym racji jest. Ale tylko trochę i tylko w pewnym, nie do końca profesjonalnym kontekście.


Ornament jako zjawisko nigdy, powtarzam, nigdy nie egzystował bez szerszego planu. A właściwie - planów. Mógł pojawić się jako uzupełnienie rysunku fasady, wszędzie tam, gdzie wymagany był szczególny akcent. Mógł zostać dodany jako wypełnienie przestrzeni, podkreślenie charakteru (np. w budowlach neogotyckich pojawiały się zworniki, gdzie szczytowe klińce, na modę gotycką ozdabiano bogatymi dekorami), a czasem po prostu jako zwykłe zdobienie, rys specjalny mistrza.
W całej historii architektury raczej nie spotykało się (poza nielicznymi wyjątkami - w naszym mieście też są takie przykłady), aby ornament pojawiał się... "bo tak!"

Natomiast bardzo często było tak, że praktyka umieszczania ornamentów na fasadach kamienic obciążona była niezwykle surowym reżimem. Po prostu wynikało to z powszechnie znanych i obowiązujących, ściśle przestrzeganych zasad.
Nikomu do głowy nie przyszło upstrzyć ni w pięć, ni w dziewięć elewację kamienicy ornamentem tylko po to, by był.
Dekor stanowił element służebny, nigdy nie był środkiem samym w sobie. I choć był immanentną cechą architektury na przestrzeni wieków, był do niej dodatkiem, nie jej esencją.


Jeśli więc pojawiał się w projektach, to w słusznym miejscu, we właściwej liczbie i w sposób całkowicie uzasadniony.

Dlaczego więc dzisiaj ten ornament wzbudza takie negatywne emocje, staje się czymś, co dyskredytuje ówczesną architekturę w oczach wielu, nawet uznanych znawców, dlaczego przekreśla wspaniałość tamtych dzieł, razi coponiektórych? Dlaczego ukąszenie ideą Loosa stało się tak dotkliwe i długotrwałe?


Bo kojarzy się z miastem sprzed dekad i wieków? Bo irytuje pomysłowością i bogactwem form? Bo zawstydza dzisiejszych architektów szkła i teowników?
Na te pytania postaramy się odpowiedzieć w następnych wpisach, teraz natomiast chciałbym zwrócić uwagę na fakt zazwyczaj w dyskusji o architekturze historyzującej pomijany: ornament, choć być może faktycznie nieco przebrzmiał, nie jest bynajmniej jedynym elementem opisującym dawną architekturę i nadającym jej charakter, nie jest też elementem najważniejszym.

Architektura bowiem rządzi(ła) się również innymi prawami, które stanowiły (i nadal stanowią - o czym zapomniano) o jej istocie. Niestety również te prawa i obowiązujące normy odrzucono, aby zwrócić się ku czemuś, czego w wielu przypadkach nawet nie można nazwać architekturą.

Wróćmy więc do reguł, wróćmy więc do naszego pięknego miasta.



Proszę spojrzeć na ten obiekt. Znany wszystkim budynek stojący przy Placu Wolności, w ciągu ulicy 11 Listopada, raczej rzadko oglądany jest z tej perspektywy. A jednak taki właśnie kąt spojrzenia daje nam możliwość dotarcia do samego sedna piękna tego gmachu.

Już na pierwszy rzut oka widać, że elewacja "Hotelu Pod Orłem" jest bardzo ściśle podzielona. Mamy tu więc do czynienia z dziewięcioma pionowymi osiami elewacyjnymi (skrajna lewa jest na tym zdjęciu niewidoczna, bo przysłonięta kamienicą Neumanna), przy czym osie te są równomiernie - powiedzielibyśmy rytmicznie - zaakcentowane. Piękno tutaj pochodzi z harmonii symetrii.

Poza podziałem pionowym mamy też do czynienia z równie mocno akcentowanym, ale już mniej regularnym podziałem poziomym. Owa arytmia jest jednak celowa i za chwilę powiemy sobie dlaczego.

Podział poziomy przebiega w czterech następujących po sobie fazach. Idąc od dołu mamy więc przyziemie czyli parter z trzema osobnymi wejściami w drugiej, piątej i ósmej osi elewacyjnej. Ta część budynku, z racji zastosowania dużych okien witrynowych najbardziej odcina się od reszty, stanowi też dla tej reszty solidną bazę, podbudowę.


Druga faza to pierwsze i drugie piętro stanowiące dominan
tę architektoniczną gmachu. Oczywiście w tym przypadku tak naprawdę mamy do czynienia tylko z jednym piętrem, bowiem zarówno okna dolnego rzędu (te z balkonem), jak i górnego należą do tej samej wysokiej i otoczonej galerią sali redutowej.

Trzeci poziom to piętro trzecie wyraźnie odcinające się architektonicznie od pozostałych. Wreszcie najwyższy poziom stanowi piętro ostatnie (także odznaczające się odmienną stylistyką), zwieńczone wolutowym tympanonem z wizerunkiem orła.

Dlaczego ten podział poziomy jest tak nieregularny? Powody są dwa. Po pierwsze gdyby podział poziomy był tak samo regularny jak podział pionowy, mielibyśmy do czynienia z fasadą nudną, prostacką, podobną do szachownicy z równiutko wydzielonymi kwadratowymi lub prostokątnymi strefami. Architektura tamtych czasów starała się unikać takich krzyżowych podziałów.

Po drugie - i wówczas wiedział o tym każdy, nawet początkujący architekt - budynek cechuje się pewną wysokością, a co za tym idzie wraz z wysokością kolejne piętra oddalają się od obserwatora, stają się mniej widoczne, a ornamenty, zdobienia i inne szczegóły coraz słabiej odcinają się na tle fasady. Dodatkowo bryła budynku o równym podziale poziomym stwarzałaby wrażenie ciężkiej i masywnej. Tymczasem chodziło o to, by podkreślić lekkość całej tej monumentalnej budowli... proszę spojrzeć na to zdjęcie:

Regularne pionowe linie, lekko zaakcentowane w rysunku parteru, mocno zaznaczone pilastrami jońskimi powyżej i doakcentowane podziałem kwater okiennych, jeszcze wyżej wyciągnięte lizenami z delikatnymi festonami, aby wreszcie zaniknąć, czy też raczej przejść w formy wazonowe tuż pod samym szczytem - ileż dzięki temu lekkości!

Każdy z tych elementów ma swoją istotną rolę do odegrania w efekcie końcowym. Każdy z nich z osobna staje się dla swojej kondygnacji najistotniejszym walorem, dominantą, która podkreśla wyjątkowość piętra. A wszystkie one wspólnie, w połączeniu, tworzą dodatkowo jednolity, zwarty rytm pionowy. Ta gra jest tutaj konieczna, wręcz nieodzowna, urozmaicając fasadę nadaje jej cech oryginalności.

Łatwo zauważyć, że detal jest tutaj kwestią wtórną. Dekor pomaga tylko w tej grze linii i rytmów, jego rola jest absolutnie służebna. Głównym bohaterem tej elewacji jest przede wszystkim doskonały podział.

____________________________________________________________________________________

Podział to jedna ze składowych piękna. O innych powiemy sobie w następnym wpisie.

2019-11-05 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2019-11-20 08:13:38
No nareszcie! Witaj na posterunku!
andrzej
2019-11-20 23:55:08
No, udało się przed rocznicą ostatniego wpisu wrócić do cierpliwie oczekujących. I ta zapowiedź kontynuacji - cieszę się! .
Maciej P.
2019-11-26 19:15:02
Jestem, jestem. Przepraszam za te wieczne opóźnienia (nawet w odpowiedziach na komentarze) ale tym razem wymówka jest inna - wgryzam się oto w pokłady czasu i przestrzeni w celu przygotowania nowych wpisów. Miejmy nadzieję, że owocnie. Pozdrawiam!

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2019
» listopad (1)

2018
» grudzień (1)
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
Jestem, jestem. Przepraszam za te wieczne opóźnienia (nawet w odpowiedziach na komentarze) ale tym razem...
[andrzej]
No, udało się przed rocznicą ostatniego wpisu wrócić do cierpliwie oczekujących. I ta zapowiedź kontynuacji...
[dash]
Przechodzę tamtędy codziennie, teraz z inną perspektywą i większą wiedzą. Dziękuję

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 311584
Newsów: 93
Komentarzy: 345
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Ornament i zbrodnia, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała