liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (4)

Na granicy jest strażnica

  

Bielsko-Biała to miasto o szczególnych walorach. Zasadnicza jego część, najstarsza, znajdująca się na Wzgórzu Miejskim zachowała historyczny układ ulic i placów od średniowiecza, a więc od czasów lokacji. Znamy pierwotny zasięg kamienic na ich działkach, potrafimy uchwycić relikty średniowiecznych piwnic, nieobca jest nam nawet zawartość kloak.

A jednak jest coś, co nadal pozostaje dla nas tajemnicą i co skutecznie opiera się badaniom i analizom.
Tym czymś są najstarsze dzieje zamku bielskiego.

Myliłby się ktoś, kto sądzi, że o pradziejach naszej twierdzy wiemy wszystko. Niestety. Źródła - jako że mówimy przecież o wieku trzynastym - milczą jak zaklęte. Archeologia także jest bezradna - nie znajdzie nic tam, gdzie mury dzisiejszego zamku tkwią na geologicznym calcu. Słowem - beznadzieja.

Chociaż nie do końca... Kilka lat temu wzgórze niespodziewanie uchyliło przed nami rąbka tajemnicy. Podczas prac badawczych na dziedzińcu wewnętrznym zamku, uchwycono przedziwną strukturę. Szeroki, zasypany czternastowiecznymi reliktami rów, biegnący północnym skrajem dziedzińca, łagodnym łukiem, ku dzisiejszej zamkowej wieży.

Pierwsza myśl - fosa! Ale zaraz refleksja: fosa, tutaj? Dwadzieścia ledwie metrów od skraju wzgórza? Po co? W jakim celu?


Zamek murowany (a raczej to, co udało się uchwycić w badaniach terenowych i zinterpretować jako jego relikty ) w swej początkowej fazie istnienia składał się z jednego zaledwie budynku. Był to budynek czworokątny, posadowiony na samym skraju cypla (na powyższym planie czworokątna budowla z dwoma wewnętrzymi filarami zaznaczona na czarno). Nie był duży, zajmował nieco ponad połowę dzisiejszego północnego skrzydła.

Oczywiście tylko w naszych współczesnych kategoriach jego wielkość była niezbyt imponująca, w kategoriach czternastowiecznych wyglądało to nieco inaczej. 25 metrów długości i 13 metrów szerokości to jak na późne średniowiecze wielkość niepoślednia. Tym bardziej, że pozostałe budowle miasta z całą pewnością nie dorównywały mu rozmiarami. Powstanie tej budowli związane jest z drugą połową czternastego wieku. To dość późno - powie ktoś - i nie będzie się mylił. Rzeczywiście takie datowanie może dziwić, zważywszy na fakt, że znaleziono przecież w obrębie dzisiejszego zamku mury starsze - z pierwszej połowy XIV wieku. Jak to wytłumaczyć? Skąd one się wzięły? O tym za chwilę. Tymczasem wróćmy do samego zamku.

W datowanym na 1327 rok akcie lennym księcia Kazimierza (syna księcia Mieszka Cieszyńskiego) wobec króla czeskiego Jana Luksemburskiego, zamek Bielski nie występuje. Oznaczać to może, że w owym czasie żadna budowla obronna na stromym wzgórzu nie stała! A jednak w 1316 roku, ledwie 11 lat wcześniej, ten sam Kazimierz nadał miastu prawa do pastwisk na północny zachód od miasta. Dokument podpisany był - i co do tego nie ma żadnych wątpliwości - w Bielsku. A przecież zwyczajowo tego typu dokumenty sporządzane były i podpisywane w siedzibach książęcych.

Wniosek z tego jest taki, że w Bielsku naonczas musiała już istnieć taka rezydencja. Ba, w dodatku takie siedziby były najczęściej budowlami obronnymi! Czy możliwe jest więc, że przed 1316 rokiem istniała tu jakaś warownia, a w okresie od 1316 do 1327 wydarzyło się coś, co spowodowało, że istniejąca dotąd siedziba księcia przestała funkcjonować, tak, że w akcie lennym bielska warownia nie figuruje? Że nie został po niej nawet ślad? Oczywiście. I najpewniej tak się właśnie stało. Z dużą dozą prawdopodobieństwa między podpisaniem prawa wypasu w 1316, a sporządzeniem aktu lennego w 1327 r. istniejąca dotąd rezydencja książęca została zrównana z ziemią... No dobrze, ale cóż to była za rezydencja?

W 1316 roku książę przyznał na piśmie prawo do korzystania z pastwisk. I wystawił stosowny dokument. A przecież potrzebował do tego jakiejś kancelarii, odpowiednich środków i narzędzi... W jakiej siedzibie Kazimierz przypieczętował ten akt? Nieco światła na tę sprawę rzucają nam opisane powyżej badania archeologiczne przeprowadzone kilka lat temu. A ściślej ów przedziwny rów odnaleziony na dziedzińcu zamku. Obiekt o szerokości 10 metrów, zawierał na dnie obfite ślady spalenizny, świadczące o jakiejś odległej w czasie katastrofie. Ostatecznie rzeczywiście został zinterpretowany jako fosa i jako taka doskonale koresponduje z teorią drewnianej strażnicy, której fosa miała być południowym zabezpieczeniem.

Wszystko zaczęło się układać w logiczną i bardzo prawdopodobną całość. W 1316 roku istniał w Bielsku drewniany obronny dwór, strażnica książęca, w której wydano mieszczanom pozwolenie wypasu. Niewielka, ciasna, skromna, odcięta od wzgórza miejskiego fosą. W okresie do 1327 roku obiekt musiał spłonąć (stąd w fosie ślady spalenizny), a niedługo potem włączono ten obszar w pas umocnień, po czym wystawiono murowaną siedzibę księcia - pierwszy zamek z prawdziwego zdarzenia. To całkiem możliwa hipoteza. Trzeba pamiętać, że około 1315 roku, księstwo cieszyńskie podzielono przecież na dwie odrębne jednostki polityczne - księstwo cieszyńskie i księstwo oświęcimskie. Rzeka Biała (wówczas jeszcze Bystra) stała się więc granicą. I ta granica wymagała umocnienia. Najlepszym miejscem na posadowienie "castrum", była naturalnie obronna, posiadająca militarne tradycje północna część wzgórza bielskiego, u stóp którego przecinały się dwa istotne z handlowego punktu widzenia szlaki.

Jak wyglądał pierwszy drewniany książęcy "zamek"? Tego nie wiemy. Nawet nie domyślamy się jego kształtu, rozmiarów i zasięgu. Ale sądzę, że jakieś światło na tę kwestię może nam rzucić pewna analogia.


Szlaku morawskiego, tego samego, na którym wybudowano bielską strażnicę, broniła na pobliskim odcinku również strażnica we Frydku oraz kilka pomniejszych okolicznych gródków. Dzięki badaniom archeologicznym wiemy, że jednym z nich - istniejącym jeszcze w czternastym wieku - był gródek w miejscowości Baška. (Powyżej rekonstrukcja P. Stepanka)

Zarówno charakter miejsca oraz topografia sugerują, że bielski gród mógł wyglądać podobnie. Z całą pewnością miejsce, ograniczone z jednej strony naturalnym stromym północnym stokiem wzgórza, z drugiej głęboką fosą, nie pozostawiało zbyt wiele przestrzeni dla budowli obronnej. Dlatego właśnie musiała ona być niewielka, ale zwarta. Czy była podobna do tej z Baški, zrekonstruowanej przez P. Stepanka? Dlaczego nie? W średniowieczu sprawdzone pomysły kopiowano na dużym obszarze, nie byłoby więc nic dziwnego w fakcie, że odległe od siebie o osiem zaledwie mil grody korzystały nawzajem ze swych doświadczeń... Również tych militarych.

Myślę, że nie będzie błędem, jeśli uznamy, że pierwsza siedziba księcia, ta z prawdziwego zdarzenia, budowana już z kamienia, posadowiona została dokładnie w miejscu, w którym jeszcze kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat wcześniej stała drewniana strażnica. To skojarzenie jest oczywiste i sądzę, że bezdyskusyjne. Ponieważ jednak dawny, stromo wypiętrzony cypel był już za mały jak na potrzeby reprezentacyjnej rezydencji - fosę zasypano, łącząc tym samym wzgórze zamkowe ze wzgórzem miejskim, zwielokrotniając obszar przyszłej budowy i dopiero na takim podłożu posadowiono mur obwodowy miasta. To właśnie on stał się wkrótce czymś w rodzaju podwaliny dla murowanego zamku, bo przecież pojawia się w stanowiskach archeologów jako ten, który istniał w pierwszej połowie XIV wieku, jeszcze zanim powstał pierwszy murowany zamek.


To wszystko, rzecz jasna, tylko domysły. Bardziej lub mniej solidnie poparte badaniami, archeologią i źródłami. Po części opierające się na analogiach. Ale cóż, innych dróg dochodzenia prawdy chyba nie mamy...

Swego czasu zżymałem się na pomysł zalania dziedzińca zamkowego betonem i wyłożenia go marmurem przy okazji budowy szklanego dachu. Takie radykalne odcięcie archeologów od ewentualnych stanowisk i ewentualnych znalezisk wydawało mi się lekkomyślne. Ostatnio zostałem jednak skutecznie przekonany co do sensowności takiego działania.


Być może w przyszłości będziemy dysponować znacznie lepszymi środkami i metodami badawczymi, być może już wkrótce technika pozwoli nam na dużo dokładniejszeą analizę tego, co tkwi w ziemi, a wówczas ukryte bezpiecznie wnętrze zamkowego wzgórza, nienaruszone i gotowe, stać będzie przed archeologami otworem...
Oby! Jest jeszcze wiele do wyjaśnienia...

2013-06-10 | Dodaj komentarz
Grego
2013-06-13 07:40:01
A czy przeciwko tej teorii są jakieś kontrargumenty? Bo wydaje się bardzo spójna i właściwie na granicy pewności.
Maciej P.
2013-06-13 11:33:09
Kontrargumentów brak. Jeśli nie liczyć jednego, a zasadniczego problemu: braku potwierdzenia w źródłach pisanych i w zabytkach materialnych. To wbrew pozorom dość istotna niedogodność, która zmusza nas do spekulacji. A spekulacje - wiadomo - obciążone są dużym ryzykiem błędu. Dlatego fachowcy wolą hipotezę przemilczeć, niż podsycać nią domysły, które mogą okazać się mrzonkami. I to jest zrozumiałe. Nie do końca potwierdzone teorie wypuszczone w eter mogą nagle okazać się usankcjonowaną bujdą na resorach. Dlatego archeolodzy i historycy w mieście dmuchają na zimne. Ciekawym przykładem na podobne zjawisko jest chociażby kwestia bielskiego pręgierza. Funkcjonujące w mieście od co najmniej półtora wieku przekonanie, że pręgierz ulokowany był w narożniku kamienicy na rogu Rynku, Celnej i Krętej okazało się nieprawdą. W przypadku jednak pręgierza można było dokonać (przynajmniej wstępnych) badań terenowych i analiz źródłowych. Nie zawsze jest tak pięknie. Z powodu braku możliwości badawczych poszukiwania zamkowej studni (która bez dwóch zdań w obrębie budowli być musiała) zapewne skazane są na niepowodzenie. Podobnie ma się sprawa z określeniem początków kościoła św. Mikołaja (tutaj dostęp do badań jest tak utrudniony, że można mówić o całkowitym braku możliwości jakichkolwiek prac). Hipotezę o strażnicy na wzgórzu zamkowym podaję jako ciekawostkę, ale mam czelność czynić to również dlatego, że mimo braku potwierdzenia jej słuszności, brak też jakichkolwiek dowodów zupełnie ją wykluczających. Pozdrawiam.
Angus
2013-06-13 12:52:12
Szkoda wielka, opowieści o pręgierzu na rogu Krętej/Celnej dodawały temu miejscu kolorytu. Teraz pozostają jedynie, również nieprawdziwe, legendy o okienkach cel aresztu miejskiego, wychodzących na Krętą.
Maciej P.
2013-06-13 13:18:59
Angus, nie jest aż tak źle. W kwestii pręgierza ustalono tylko, że nie był on w tym konkretnym miejscu (to znaczy na rogu Krętej i Celnej), natomiast wszystko wskazuje na to, że noszące ślady obróbki kamienie wmurowane w narożnik tej kamienicy jako odbój, rzeczywiście pełniły funkcję cokołu pręgierza, ale... na rynku. Kilka lat temu, przed rewitalizacją Rynku przeprowadzono gruntowne badania i odnaleziono we wschodniej części jego płyty tajemniczy relikt, który zinterpretowano jako prawdopodobny fundament pręgierza. Wygląda więc na to, że pręgierz od dawien dawna stał sobie w Rynku, ale po jednym z pożarów (1808 lub 1836) zlikwidowano go jako niezbyt chlubną pozostałość po wiekach średnich, a cokół wykorzystano jako wtórnik w charakterze odboju w kamienicy Rynek 8, gdzie tkwi do dziś. Razem z kamieniem przeszła nań zła sława i nazwa. Stąd do dziś mówi się o tym miejscu jako o pręgierzu. Jak się okazuje - nie do końca słusznie, ale i nie całkiem bezzasadnie.
Komentarzy (0)

To moje okno

  

czyli

Murcheologia stosowana


Na ulicy Orkana - mimo zapewnień - nic się jeszcze nie dzieje, choć dziać się już powinno wiele. Zapowiadany od miesięcy remont jest tutaj niewątpliwie konieczny. Wprawdzie rewitalizacja tego fragmentu miasta nie pociągnie za sobą (dla jednych na szczęście, dla innych - niestety) zmiany nawierzchni na bardziej przyjazną dla aut i kierowców, ale do jesieni remont samej ulicy Orkana ma się zakończyć. Nawierzchnia, jak nawierzchnia, sam jeżdżę nią tylko wówczas, gdy mam naprawdę pilną potrzebę. Zdając sobie sprawę z unikalności miejsca - wolę wykonać objazd, niż wytrząsać swoją przetłuszczoną wątrobę i narzekać na prowincjonalną zapyziałość i technologiczną ciemnotę (w domyśle: wylejcież wreszcie asfalt!).
Dlatego stanowczo bardziej wolę tamtędy chodzić piechotą.

Co czynię z oddaniem...

Podążając ulicą od placu Chrobrego nie zwracam uwagi na bruk, ale na zupełnie inny szczegół, choć właściwie ciągle z tej samej bajki. Piętrzący się po lewej stronie mur miejski i kamienice na tym murze wsparte, są jawnym dowodem na to, że to miejsce było świadkiem wielu remontów, modernizacji i przebudów. Może nie było ich tu więcej niż w innych miejscach Wzgórza Miejskiego, ale to własnie tutaj te budowlane ingerencje są widoczne lepiej niż gdzie indziej. I to bez koniecznści otwierania albumu Bielsko i Biała na starych pocztówkach.

Cała powierzchnia muru od Zamku aż po ulicę Waryńskiego upstrzona jest przeróżnymi, a to kamiennymi, a to ceglanymi wtrętami świadczącymi o dość częstym, a chaotycznym ingerowaniu w kamienny monolit. Dzisiaj trudno już nawet rozpoznać, czy skrupulatnie zamurowany otwór, którego zarys widać do dziś, był oknem, drzwiami, czy piwnicznym włazem. Takich tajemniczych zjaw, przedwiecznych ech, świadczących o bijącym tętnie miasta jest tu dużo.


Sam mur, którego relikty próbujemy miejscami dość rozpaczliwie ratować, pochodzi z XVI wieku. Będąc drugim, zewnętrznym pasem umocnień miejskich - jest najpewniej odpowiedzią na zagrożenie tureckie w tym czasie, chociaż słowo "najpewniej" świadczy, że nawet co do tego nie za bardzo mamy pewność. Szczęśliwie zachowały się do naszych lat dość spore fragmenty umocnień, poznaczone jednak dowodami ludzkiej działalności. Spacer wzdłuż ulicy Orkana jest dla mnie zawsze specyficznym przeżyciem. Trudno o bardziej wyrazistą lekcję historii.

Tak, wiem, to historia okolwiek niedawna i z archeologią nie ma wiele wspólnego, ale te murowe (murskie, muralskie, murzaste?) pozostałości mocno działają na moją wyobraźnię.

Ot, choćby ten pierwszy z brzegu przykład... W ścianie narożnej kamienicy widać w murze, na wysokości około metra, otwór wejściowy. Drewnianie drzwi nie wyglądają zbyt sędziwie, są, rzecz jasna, późniejsze, jednak ościeże mają swą proweniencję co najmniej dziewiętnastowieczną. Skąd wiem? Nie wiem. Domyślam się. Do połowy XIX wieku, a ściślej do lat czterdziestych, poziom ulicy był przecież nieco wyższy. Tutaj przebiegał wał ziemny, będący stopą wzgórza miejskiego, który całe stulecia zasłaniał mur właśnie do wysokosci widocznego na zdjęciu progu. Wał ten był przedłużeniem tego samego tarasu ziemnego, który widać tuż przy zamku, u stóp wieży i tego samego, który tworzy wysoki taras ze schodami wiodący na podcienia. I to dlatego te drzwi są tak wysoko.

Po tragicznym pożarze w 1836 postanowiono gruntownie zmodernizować ten zakątek miasta i w 1844 splantowano tu potężny fragment stromego stoku, przekopując przezeń ulicę Wzgórze (która wczesniej była dużo bardziej stroma i biegła zakosem bezośrednio pod zamkiem), wyburzając przy tym nie tylko resztki spalonego domku ślusarza, ale powozownię i - co martwi mnie szczególnie - dolną wieżę wraz z najgłębszymi jej fundamentami. Wkopując się w masyw obniżono więc nie tylko początkowy odcinek ulicy Wzgórze, ale cały jej obszar, przez co dzisiejsza Orkana też musiała być wyrównana do nowego poziomu. Ten poważny, radykalnie zmieniający układ przestrzenny tej części wzgórza zamysł inżynieryjny był chyba pierwszą tego typu w północnej części miasta inwestycją od czasu wzniesienia zewnętrznego muru.

O tym, że dzisiejsza ulica Orkana była kiedyś na tym odcinku nieco wyżej świadczy wiele dowodów, które uważny obserwator wychwyci przyglądając się okolicy. Wprawdzie kamienice po przeciwnej, północnej stronie ulicy mają wejścia prawie z poziomu bruku, jednak wszystkie one pochodzą już z czasu po przebudowie - z końca XIX lub początku XX wieku, kiedy poziom ulicy był już ustalony na dzisiejszej wysokości. Jedynie kamienica Kałuży pamięta stary przebieg tutejszych ulic, ale ona właśnie... posadowiona jest nieco wyżej niż inne, o czym świadczą trzy stopnie przy wejściu od Orkana, które miały zniwelować powstałą różnicę poziomów.

Nieco dalej widać relikty furty. Nie mam pojęcia jaki jest jej wiek. Wykonany niezbyt pięknie, ale niezwykle solidnie łuk nad światłem furty, choć z kamienia, tylko sprawia wrażenie równie wiekowego co sam mur, w istocie musi być dużo późniejszy. Istnienie w pasie umocnień furty, umiejscowionej w dodatku w podwórzu kamienicy przy ul. Podcienie, nie jest uzasadnione żadymi względami obronnymi, tym bardziej, że - o ile wiem - prawdziwa furta "ucho igielne" znajdowała się kilkanaście metrów dalej, w osi dzisiejszej ulicy Słowackiego. Dokąd więc prowadziła ta furta? Sądzę, że... do przydomowego ogrodu. Po prostu. Powstała w czasach, gdy walory obronne umocnień były już praktycznie zerowe. Można więc było przepruwać je w górę, w dół i na skos. I tak czyniono...

Zresztą podobnych śladów w murze jest więcej. Przez całe stulecia mieszkańcy miasta mozolnie przekuwali się przez łamany kamień polny, aby wpuścić do wnętrza pobudowanych w zwingerze domów nieco światła. Przez wieki powstawały i nikły okna i drzwi wiodące do domów, na podwórza, do ogrodów. Przez całe lata mur zarastał patyną mchu, grzybów i ludzkich działań.

Opodal wylotu ulicy Krętej, poniżej wyciętych w murze, funkcjonujących do dziś okien widnieją najstarsze - jak sądzę - ślady takich prac. Dwa, ledwie widoczne w caliźnie łuki sugerują dwa niewielkie okna. Muszą być naprawdę stare - o ich obecności świadczy tylko ułożony inaczej, bo na sztorc, kamień nadproży. Okna są zamurowane tym samym polnym kamieniem, co sam mur i to tak doskonale, że trudno doczytać się przebiegu węgarów. A jednak są.

Czy były to okna piwnic, przez które wrzucano szuflami węgiel (kiedyś ta ulica nazywała się Węglowa), czy może okna izby, w której mieszkała domowa służba... A może po prostu zwyczajne okno zwyczajnej kamienicy?
Cokolwiek tu było, ślad po tym pozostał do dziś. Nie żyją ludzie, którzy wyglądali przez te okna, nie ma nawet samych okien. Pozostały smętne relikty, ale nawet one więcej mówią o ostatnich stu latach niż wszystkie doktoraty na ATH... Więcej nawet niż żyjący świadkowie ostatniego stulecia, bo tak naprawdę nie ma już świadków tamtych czasów. Nie ma nikogo, kto mógłby powiedzieć: to były okna mojego pokoju, to ja przez nie wyglądałem, ja to znam...

A wydawałoby się, że to było tak niedawno temu, że to zaledwie wczoraj... I że żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają ten czas...

Nie. Nie pamiętają. Nie żyją. Nie ma ich. Żyjemy w epoce niepamięci, w czasach amnezji, w świecie, który ma do dyspozycji już tylko kroniki, pamiętniki, gazety, zdjęcia...
I dobrą wolę, chęć odtwarzania tego, co znalazło się pod gruzami ludzkiej niepamięci.

Albo brak woli.

Ale nie ma świadków...

2013-05-17 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

Firmitas, utilitas, venustas

  

czyli

Harmonia, głupcze!

Słońce wreszcie grzeje... Po wszechobecnej bieli nie pozostało już nawet wspomnienie. Wiosna wreszcie zawitała i do nas. A właściwie - lato... Tak czy siak można wreszcie odkurzyć aparat, z którego w zimowe, spowite szarością, śniegiem i brudnym błotem dni nie ma w mieście wielkiego pożytku i ruszyć w plener.


Plener wita mnie dość specyficznie. Być może niepotrzebnie nastawiam się na bielską klasykę, być może - jak zwykle - w głowie mam już od dawna zarys trasy i tego, co chcę fotografować. Rzeczywistość ma jednak wobec mnie inne plany. Dlatego chyba pierwszy motyw, jaki los podsuwa mi dziś pod obiektyw jest dla mnie aż takim zaskoczeniem.

Dawno tu nie byłem. Ostatnio leżał tu jeszcze śnieg, nie przyjrzałem się więc budynkowi, który powstał stosunkowo niedawno przy skrzyżowaniu ulic Grunwaldzkiej i Listopadowej. Przyglądam się więc teraz. Przyglądam i czuję, że odechciewa mi się fotografowania.

Chaotyczna plątanina linii, uskoków, filarów, wnęk i balkonów czyni z tego projektu architekturę mocno nieczytelną, choć ona sama już z założenia jest przecież (albo raczej powinna być) architekturą prostoty. Asymetia, wciśnięcie okien pod uskoki gzymsowe, dysharmonia osi, niespodziewane, jakby niezamierzone blendy okienne, narożny pseudoprostyl, wreszcie kamienne gabiony (ostatnio widziałem takie jako umocnienia brzegów Niwki) w roli murków oporowych i ogrodzenia...

Przecieram oczy ze zdumienia i mam wrażenie, że architektura zaczyna przypominać węża zjadającego własny ogon. Że odbiegłszy od źródeł, zakreśliła krąg i powróciła w to samo niemalże miejsce, ale jako karykatura siebie samej.
Patrząc na ten budynek, będący przecież ostatnim krzykiem mody i najmłodszym dzieckiem zacnego i naprawdę świetnego biura projektowego, aż trudno uwierzyć, że stoi przed nami prawie studwudziestoletnia historia.
Poważnie. I wcale nie mam na myśli tej konkretnej budowli. Raczej nurt, jaki reprezentuje, jakiego jest konsekwencją.

Pod koniec wieku XIX do głosu doszła rewolucyjna w architekturze teza (w innych dziedzinach sztuki także, ale tam była mniej widoczna ze względu na ich kameralny charakter), która arbitraż w dziedzinie estetyki odbierała istniejącemu od tysiącleci kanonowi, a przyznała go subiektywnym gustom.
Od tego momentu estetyka, jako dziedzina, zaczęła wyradzać się w całą masę prądów, gdzie piękno było regulowane li i jedynie własnym zapatrywaniem twórcy. Rozpoczął sie modernizm.


Obok prawdziwych pereł architektury modernistycznej (niezwykle rzadkich) zaczęly mnożyć sie jak grzyby po deszczu, koszmarki pseudoarchitektoniczne, które straszyły brakiem proporcji i wyczucia.
Powstawały jednak - tak jak w Bielsku, w książęcych ogrodach - fantastyczne założenia modernistyczne, które nie dość, że zawierały w sobie jakieś uniwersalne, choć sprowadzone do prostego schematu piękno, to jeszcze udawało się je wkomponować w pejzaż tak doskonale, że ich istnienie w tym, a nie w innym miejscu stało się niewzruszoną oczywistością.

Nie lubię modernizmu, ale akurat osiedle w Alejach Sułkowskiego to wybitny wyjątek, który tylko potwierdza regułę, że aby architektura modernistyczna komponowała się z otoczeniem, to... otoczenie też musi być modernistyczne. Świetnie wkomponowany w zieleń kompleks budyków (tutaj in statu nascendi), wybudowanych w miejscu, gdzie nigdy architektury murowanej nie było, a więc nieingerujący w tradycję miejsca. Lepiej nie można.


Zadziwiające, że najwspanialsze i najpiekniejsze przykłady modernizmu to te budowle, które ciagle zawierają w sobie coś z poprzednich epok - harmonię. Najwyraźniej ich twórcy zachowali jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku i ciągle rozumieli, że aby coś było piekne, nie może być tylko piękne subiektywnie. Musi być piękne w sposób obiektywny.


Daliśmy sobie wmówić, że piękno jest kwestią gustu, że jest ono tylko w oku patrzącego. To nieprawda. Piękno to przecież harmonia, a harmonia to matematyka. Matematyka zaś nie jest i nigdy nie była kwestią gustu.
Czym jest harmonia? Czym jest złoty podział? Czym jest proporcja?
To nic innego jak obiektywna, arbitralna i niewzruszona emanacja piekna. Skodyfiowany, jasno określony kanon. Nieobecny w większości modernistycznych budowli, które zawierają w sobie co najwyżej przejrzystość geometrycznej figury. Najczęściej nieregularnej.

Subiektywizm w architekturze, który miał do niej wprowadzić ożywczy powiew, w istocie uczynił więcej złego niz dobrego. I niewielu architektów chce sie do tego przyznać, tkwiąc w swoich poglądach, jak w ostoi elitaryzmu, wszystkich myślących inaczej i takich, którym modernizm się po prostu nie podoba podsumowując brakiem wyczucia i wzrobienia estetycznego.

Czerpiący z podwalin modernizmu funkcjonalizm to styl (i powiedzmy to sobie szczerze i otwarcie), który odrzucając potrójną jedność Witruwiusza skoncentrował się tylko na jednej z jej cech. Obiektywnie rzecz biorąc prawie cały modernizm w konsekwencji odrzucił stosowanie harmonii i to jest jego największy defekt. Odrzucił kanon piękna jako nieprawdę pokutującą na zasadzie przyzwyczajenia, albo zwykłej inercji.
W istocie stał się eksperymentem opartym o złudzenie, że piękno jest pojęciem względnym, że rozpoznanie piękna zależne jest li i jedynie od gustu.


Do czego to doprowadziło? Do rezygnacji z harmonii, z rytmu, proporcji, z reguły sectio aurea, z wszystkiego, co w substancję miasta wnosiło porządek i ład. Do kuriozalnych projektów, porzucających wszelkie zasady, wszelką estetykę. Dokładnie jak w budowli, której zdjęcie zamieściłem na samym wstępie.

Może się nam wydawać, że piękno jest kwestią naszych upodobań, ale to będzie tylko złudzenie, bo zapominamy, że upodobania kształtowane są przede wszystkim przez obserwację. To właśnie dlatego, że od najmłodszych lat obcujemy ze światem doskonale harmonijnym, właśnie dlatego, że codziennie dostrzegamy harmonię w świecie natury, dlatego - często nie zdając sobie z tego sprawy - jesteśmy w stanie zachwycić się tym, co ją imituje. Zapomnieliśmy, że już starożytni dostrzegli, potem zrozumieli, wreszcie skodyfikowali zasady panujące w przyrodzie, nadając im wymiar matematyczny. Zapomnieliśmy, że architektura zawsze była odbiciem natury i jeśli była piękna, to tylko dlatego, że wykorzystywała jej matematyczny opis.

Ten opis zawiera się we wszystkim niemalże, co niegdyś stworzono w naszym mieście. Trzeba tylko umiejętnie patrzeć. Doskonałe proporcje gmachów, idealne wyważenie proporcji ościeżnic drzwi, okien, grubości gzymsów, wysokości wież, balustrad; kąty nachylenia schodów, połaci dachowych... Nawet kopuła wieńcząca gmach poczty, wieże bielskiej synagogi, czy zwieńczenie wieży kaplicy zamkowej, zawierały lub do dziś zawierają w sobie proporcje złotego podziału. Proszę sprawdzić!
A co oferuje nam współczesność? Wszystko inne...


Postmodernizm rozpanoszył się w naszym mieście na wielką skalę i straszy w wielu, dotąd urokliwych, zakątkach.
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Postmodernizm i ten nowy, raczkujący jeszcze styl, który ja na własny użytek nazywam ekomodernizmem (który pojawił się w kilku miejscach miasta budząc moje wielkie nadzieje, a o którym już wkrótce napiszę) ma i zawsze będzie miał rację bytu. Pod jednym wszakże warunkiem: że będzie realizowany w tych obszarach miasta, które nie mają jeszcze swego specyficznego piętna nadanego przez już istniejące realizacje. Bo tylko tam, na obrzeżach miasta będzie to miało sens i będzie współgrać z pozostałymi elementami przestrzeni. Tylko tam stworzy swoim istnieniem pełnię, formalny ład i oczywistą, konsekwentną przestrzeń.

Tymczasem...


Na zakończenie mała ciekawostka doskonale ilustrująca panujący w urbanistyce i architekturze pierwszej połowy XX wieku chaos, który ciągnie się za nami przez całe dekady jak smród i daje o sobie znać również i dzisiaj. Oto projekt budynku mieszkalno-usługowego autorstwa Wiedermanna (tak, tak, tego samego, który współprojektował Aleje Sułkowskiego):

Jak na modernę - całkiem znośny projekt. Śmiały, ale dość stonowany. Oszczędny, a jednak imponujący. Nietety... Wbrew temu, co widać na projekcie, zrealizowano go nie w jednej z wielu enklaw miejskiej zieleni, nie na obszernym, pełnym światła i przestrzeni placu, ale w miejscu dość szczególnym:

Oto reprezentacyjna Droga Cesarska. Kilka wieków historii, tradycji, kilkanaście pokoleń wzrastających w jej cieniu mieszkańców. Ciasna, zwarta, jednolita zabudowa z historyzującą kamienicą Franza Schlee... Ach nie, przepraszam, kamienicy już nie ma. Jest za to na jej miejscu piękny, nowy, reprezentacyjny budynek mieszkalno-handlowy, który ma przyćmić wszystkie pozostałe.


Czy mu się udaje? Chyba tak, ale nie wiem czy w dobrym tego słowa znaczeniu. Natomiast z całą pewnością ta budowla stała się zielonym światłem dla dalszej przebudowy czegoś, co pod żadnym pozorem przebudowywane być nie powinno - całego zabytkowego zespołu Traktu Cesarskiego.


Od tej chwili podobnych "inwestycji" na tej zabytkowej ulicy będzie coraz więcej. Natychmiast po wojnie wielu kamienicom skuje się zdobienia, przez co stracą swoje stylowe oblicza, pałac Strzygowskiego ni stąd ni zowąd zyska "podcienia", na miejscu kamienic Kruppy i Körbela stanie bank, na miejscu zajazdu Flamma i Matznera... nie stanie nic. Okaleczona ulica, tracąc swój jednolity, specyficzny charakter, powoli zamieni się w pstrokatą mieszaninę stylów i niepostrzeżenie stanie się Miejską Mieszanką Firmową, a nie zabytkowym traktem...

Ja wiem, w czasach, gdy kamienicę Franciszka Schlee zastępowano modernistycznym budynkiem Wiedermanna ulica nie była jeszcze w sposób szczególny chroniona, a sam nowy budynek miał być tylko "oczywistą kontynuacją procesu rozwoju tkanki miejskiej". Ponieważ jednak był to dopiero początek tego procesu, nikt z jego inicjatorów nie przewidywał, że w konsekwencji może on doprowadzić (i to w bardzo krótkim czasie) do zastąpienia wszystich(!) starych kamienic nowymi. Czy o to chodziło?

Przestrzeń miejska to ład. W bardzo szerokim słowa tego znaczeniu. Ale ład ma jednak swoją definicję, ścisłą definicję i swoje ganice, poza którymi ładu już nie ma. Dowolność w interpretowaniu tej definicji owocuje bezładem po prostu i chaosem.


Projekt domu może być dobry lub zły. Może być pełen harmonii, ale może także zawierać bardziej lub mniej zamierzone deformacje... To jednak nie wszystko. Dobry projekt bowiem może znaleźć się w złym miejscu. A wówczas i w jednym, i w drugim wypadku mamy do czynienia z porażką.

Być może się mylę, być może zbyt wielką wagę przywiązuję do tego faktu, ale sądzę, że w pracy nad organizowaniem tak trwałego tworzywa, jakim jest substancja miejska, powinniśmy położyć nacisk nie tylko na firmitas, nie tylko na utilitas, ale również na venustas. A może przede wszystkim na nią...

Starczy się rozejrzeć, by zrozumieć, że właśnie tego ostatniego w naszym otoczeniu mamy coraz mniej.

2013-04-28 | Dodaj komentarz
Angus
2013-05-09 09:18:57
Ciekawym przykladem współczesnej myśli inzynieryjsko -deweloperskiej jest niedawny remont narożnej kamienicy w Alei Sułkowskich ( nad tunelem). Interesujący, modernistyczny, ozdobiony efektownymi gzymsami i blendami gmach został obłożony steropianem i pomalowany na żółto. I z efektownej, przedwojennej kamienicy zrobil się klocek. Za to pewnikiem dostosowany do współczesnych standardów ocieplania. I tak kolejny raz estetyka przegrała z pragmatyzmem. Jedyna korzyść z tego taka, że kamienica która przez lata niszczała, być może wróci do życia. Przynajmniej jej nie wyburzyli. Zresztą po drugiej stronie ulicy taki sam, kilka lat wcześniejszy przykład modernizacji steropianowej.
Komentarzy (1)

Wpis imaginacyjny

  

czyli
Via Antiqua 2

Wiosna zwlekała z nadejściem. Nękała chłodem i opadami śniegu, ale w powietrzu można już wyczuć zbliżający się cieplejszy front, który niechybnie przyniesie poprawę. Póki co jednak wokół ciągle błotniście i mokro. Ale coraz cieplej.

Stoję na koronie śreniowiecznego wału grodziska w Starym Bielsku i chłonę wątłe ciepło kwietniowego słońca stojącego wysoko ponad koronami nagich drzew. Wokół już szaro, nie biało, a ziemia rozmiękła od roztopów, przy każdym kroku odzywa się głośnym mlaskaniem.

Kiedy patrzę na ten nietknięty od wieków ludzką łopatą, ani tym bardziej zamysłami deweloperów, skrawek ziemi, trudno mi opanować zdumienie nad niesamowitością tych kilku hektarów historii. Trudno nie przywołać w wyobraźni tych czasów, kiedy na horyzoncie darmo wypatrywać osiedla domków jednorodzinnych, wieżowców i dróg wielopasmowych przerzuconych estakadą ponad zabytkami. Trudno otrząsnąć się z klimatu lat minionych, który aż przesyca powietrze nad grodziskiem.

Schodzę ku ewangelickiej świątyni i docieram do ulicy Sobieskiego. Znów jestem na Starej Drodze. Tym razem z drugiej strony miasta. Stoję na chodniku ulicy Sobieskiego, powyżej starego wiaduktu kolejowego. Dokładnie w tym miejscu przebiegała najstarsza w okolicy droga wiodąca z Krakowa do Cieszyna, a więc ze Lwowa do Wiednia. Chociaż dziś ulica na tym odcinku kojarzy nam się raczej z wąską, podrzędną ulicą, która już dawno straciła swoją ważną rolę, to jednak wiele wieków temu wyglądało to zupełnie inaczej.

Odkąd książę opolsko-raciborski Mieszko Plątonogi stał się władcą tych ziem, ranga traktu - który najprawdopodobniej istniał już dużo wcześniej - znacząco wzrosła. Być może to właśnie ten śląski książę nakazał budowę grodziska starobielskiego ( jak wiadomo: wówczas jeszcze po prostu bielskiego).
Grodzisko jest spore. Trzy hektary ziemi okolonej wałami i fosą. Trzy hektary, na których toczyło się życie, praca i odpoczynek. Pierwotnie sądzono (jeszcze stosunkowo niedawno), że grodzisko było refugium dla osady Bielsko, a więc obszarem, na którym ludność mogła schronić się przed atakiem najeźdźców (tym bardziej, że - jak wiemy z niedawno odkrytej relacji proboszcza Gloxina - gród otoczony był nie tylko wałami, ale również potężnym ostrokołem).

Dzisiaj archeolodzy są bardziej skłonni uważać, że gród odgrywał rolę dużo bardziej oczywistą - był solidnym ośrodkiem "miejskim". Właściwie nie powinienem pisać tego w cudzysłowie. Jak bowiem wykazały badania, grodzisko zabudowane było dość szczelnie i zadziwiająco równomiernie. Odkryto ponad 20 obiektów mieszkalnych, których rozmieszczenie sugeruje ścisłe uporządkowanie, a wręcz miejski charakter - chaty skupione były wokół pustego placu, przypominającego jako żywo... rynek. Na obszarze tegoż majdanu odkryto pozostałości po jamach produkcyjnych i resztki piecowisk dymarkowych. Opodal znalezono także ślady po dwóch studniach.

Mocno prawdopodobne jest, że rozpoznana przez archeologów w obrębie grodziska działalność metalurgiczna mogła być prowadzona również na potrzeby handlu. No właśnie...

Grodzisko starobielskie w średniowieczu było na trasie z Cieszyna ostatnim przystankiem przed Bielskiem. Ale przecież i później, kiedy gród starobielski dawno już przestał funkcjonować, a jego dawna rola zacierała się w pamięci okolicznej ludności, droga ciągle biegła u stóp porastającego chaszczami i drzewami wału.


Nietrudno wyobrazić sobie karawanę kupiecką w postaci kilku krytych szarym płótnem wozów, wolno sunącą od zachodu wzdłuż dawnej fosy i niespiesznie wspinającą się stromym piaszczystym szlakiem ku kamienickim rozstajom.

Rozstaje dzisiaj w niczym nie przypominają tych sprzed wieków. Jedyne co pozostało bez zmian to układ dróg. Kupcy i podróżni, wspiąwszy się na szczyt wyniosłości (dzisiejsze rondo na placu Zwycięstwa) docierali do miejsca, skąd Bielsko było już doskonale widoczne - nie przysłaniały go drzewa, bo wokół ciągnęły się tylko uprawne pola. Ku miastu wiodła szeroka droga (Sobieskiego). Na rozstajach można było skręcić w drogę ku Kamienicy (Konopnickiej), która biegła łagodnie w dół i prosto, jak z bicza strzelił, podążała ku Górnemu Folwarkowi starobielskiemu i dalej ku Jaworzu.
Rozstaje były charakterystycznym punktem okolicy. W połowie XVI wieku wybudowano tu kościół pod wezwaniem św. Wawrzyńca.

Drewniana świątynia otoczona cmentarzem znajdowała się dokładnie w połowie drogi pomiędzy Starym Bielskiem a Bielskiem. Przetrwała ledwie jedno stulecie. W 1657 została zniszczona w trakcie wojny trzydziestoletniej, nigdy nie została odbudowana, a dziś o jej dawnej obecności w tym miejscu świadczy już tylko niemy, wcale nienaoczny świadek - dużo późniejszy kamienny krzyż.

Rozstaje, kościół św. Wawrzyńca, na horyzoncie miasto Bielsko. Czy tak wyglądała świątynia na rozstajach na przełomie XVI i XVII wieku? Być może. Analizując współczesne dla niej, szesnasto- i siedemnastowieczne kościoły w okolicy, można z dużym prawdopodobieństwem uznać, że ta nieudolna wizja nie jest zbyt daleka od prawdy.

Od kościoła do miasta było już o strzał z łuku. Trakt wiódł prosto, a po obu stronach drogi coraz gęściej wyrastały chałupy podmiejskich rzemieślników. Były to domy tkaczy, szewców, powroźników i innych rękodzielników, którzy świadczyli swe usługi na potrzeby Bielska. Tzw. Górne Przedmieście istniało tutaj już od połowy XV wieku. I od samego początku budowali tutaj swoje warsztaty rzemieślnicy.

Jeszcze w latach trzydziestych przy ulicy, będącej niegdyś Via Antiqua, stały domy pamiętające osiemnasty wiek. Dzisiaj zostało po nich tylko wspomnienie. I fotografie w sieci...

Budowle stały do drogi zazwyczaj frontem. Mogły. W odróżnieniu od budynków miejskich, które - dla lepszego wykorzystania niewielkiej ilości miejsca - budowane były szczytami do ulic i placów, te poza murami miasta nie musiały kupić się w ciasnocie. Stały swobodnie, z obszernymi zapleczami na tyłach. Rzecz jasna, z czasem domów przybywało, zwiększała się ilość mieszkańców przedmieścia, robiło się coraz ciaśniej, coraz gęściej. Już w XIX wieku droga cieszyńska w pobliżu miasta zabudowana była bardzo szczelnie i ciasno (ale wówczas dzisiejsza ul. Sobieskiego nie była już tym samym traktem - jego rolę przejęła dzisiejsza ul. Cieszyńska).

Chałupy były niepozorne. Biedne. Wiele z nich już wówczas, pod wpływem wstrząsów wytwarzanych przez warsztaty tkackie, zapadło w miękką ziemię. Sprawiały wrażenie przydepniętych przez czas, nadszarpniętych jego zębem, starszych niż były w istocie. Posiadały jednak swoją architekturę, swój oryginalny rys, od którego cała ulica nabierała specyficznego klimatu.

Nie tylko domy i warsztaty budowano przy Starej Drodze, lokowano tutaj również i inne budowle. Był w okolicy skład solny, po którym pozostała nazwa ulicy, była i karczma, której budynek, choć nieco zmieniony, stoi do dziś.

W powietrzu znów czuć zapach historii. Wiekowa droga rozpływa się w drgającym powietrzu i pyle wzbijanym przez końskie kopyta. Jest letni wieczór. Im bliżej miasta, tym robi się tłoczniej. Coraz więcej ludzi, wozów, pędzących z miasta okutanych chustami kobiet, taplającej się w przydrożnych kałużach trzody. Pod nogami pęta się drób i dzieci. W perspektywie drogi już widać górną bramę miejską, wieżę kościoła św. Mikołaja, wystające ponad mury obronne szczyty dachów bielskich domów...

Tuż pod murami, po lewej stronie, bieleją sztachety płotu świeżo ogrodzonego ogrodu przeznaczonego przez pastora Mateusza Richtera na cmentarz ewangelicki. Pastor już teraz nosi się z zamiarem budowy tutaj murowanej świątyni. Obok, stromo opada piaszczysta droga zwana krowią. Spowita jest tumanami pyłu wzbijanego przez stada bydła powracającego z pastwisk. Słychać ryk zwierząt, nawoływania ludzi, stukot końskich kopyt. Odezwały się dzwony kościelne...

Na długim, męczącym i niebezpiecznym szlaku miasto jest jak bezpieczna przystań dla statku. Dotarłszy doń można wreszcie odpocząć, posilić się, rozprostować zmęczone kości. Kryte szarym płótnem wozy powoli znikają w czarnej gardzieli miejskiej bramy, a turkot kół długo jeszcze odbija się echem o sklepienie bramnego przejazdu.

2013-04-16 | Dodaj komentarz
Angus
2013-04-16 08:32:33
Wehikuł czasu ;)
Komentarzy (0)

Bielszy odcień Bielska

  

czyli

Pogromcy mitów cz. 1

Mity mają to do siebie, że lubią zagnieżdżać się nie tylko w bezludnych i dzikich ostępach, gdzie wyobraźnia dorabia doń coraz to nowe mityczne prawdy, ale nawet w przestrzeni wielokrotnie eksplorowanej i w umysłach światłych, acz mało ostrożnych. Takie mity są o wiele bardziej niebezpieczne, bo funkcjonują na zasadzie niewzruszonych prawd, szkodząc bardziej niż zwykły zabobon.


Również nasze miasto posiada wiele takich mitów, którym - często nieświadomie - hołdujemy, powtarzając jak mantry. Szkodliwość ich jest o tyle duża, że przyjmując je za fakt, zamykamy sobie drogę do prawdy historycznej, która otwiera się przecież natychmiast w chwili, gdy zamiast kropki na końcu zdania postawimy znak zapytania.

Jednym z takich mitów, nad którym przechodzimy do porządku dziennego, bezrefleksyjnie powtarzając przy niezliczonych okazjach, jest etymologia nazwy naszego miasta.


Skąd właściwie wzięło się "Bielsko"?

Teorii - jak zawsze - wiele, choć w mediach dominuje jedna. Na Wikipedii można przeczytać: "Etymologia nazwy Bielsko najprawdopodobniej wywodzi się od rzeki Białej, której nazwa pochodzi od przymiotnika biały. Określał on ogólne wrażenie barwy wody - białej, czyli jasnej i czystej. Niektórzy badacze nazwę miasta wiążą również z bieleniem płótna, co jest jednak wątpliwe ze względu na to, że w XIII w. Bielsko nie było jeszcze ośrodkiem tkackim ani sukienniczym. Od rzeki zapożyczyła nazwę także osada, a następnie miasto Biała. Nazwa Bielsko została utworzona za pomocą przyrostka -sko, natomiast Biała ponowiona z nazwy rzeki."

Ponieważ Wikipedia może niektórym wydawać się mało wiarygodnym źródłem informacji, postanowiłem szukać dalej. I znalazłem. W tym samym duchu na temat nazwy Bielsko wypowiada się prof. Miodek. Wypowiedź (dostępna chyba jeszcze na Youtube: http://www.youtube.com/watch?v=ry6GErJNH5E ) należy do tych autorytatywnych, gdzie bez cienia wątpliwości nazwa została wyprowadzona od rzeki Białej, a nawet od rzeki Biełej (jak rzekomo początkowo wymawiano to słowo).
I oto mamy problem.

Pamiętam jak dziś, kiedy przybyłem do Bielska, na samym początku lat dziewięćdziesiątych, odwiedzając grodzisko w Starym Bielsku przypomniałem sobie o etymologii nazwy miasta. I stanąłem oto przed problemem, którego nijak rozwiązać nie potrafiłem.


Skoro bowiem pierwotna lokalizacja miasta (zanim jeszcze na dzisiejszym Wzgórzu Miejskim przy zamku pojawili się osadnicy) znajdowała się właśnie w Starym Bielsku, zwanym wówczas - z braku nowego miasta - po prostu Bielskiem, to do jakiej rzeki Białej nawiązywała nazwa? Tej, która płynęła dwa i pół kilometa na wschód od osady, a do której trzeba było z grodziska dyrdać najpierw piszczystą drogą stromo pod górę, na rozstaje jaworzańskie (później aleksadrowickie), a potem w dół ku Wzgórzu, żeby w końcu stoczyć się w dolinę rzeki, mając po drodze w zasięgu wzroku łożyska co najmniej trzech innych potoków? Raczej wątpię.

Powie ktoś: stop, powoli! W 2010 roku dokonano przecież ciekawego odkrycia archeologicznego w pobliżu bielskiego zamku. Znaleziono relikty chat, datowanych na okres 1141-1210, a więc na czas poprzedzający powstanie na wzgórzu staromiejskim osady zwanej Bielsko. Odkrycie dość ciekawie uzupełnia teorię profesora Idziego Panica, który od dawna twierdził, że dzisiejsze, posadowione na Stadtbergu miasto założono na miejscu poprzednio istniejącej osady.
Rodzi się więc pytanie: czy nie mogło być tak, że ta wczesna osada przedlokacyjna, której pozostałości znaleziono również na Placu Św. Mikołaja, już wcześniej nosiła nazwę Bielsko (rzeka Biała przepływała przecież dosłownie o strzał z łuku), a nowe miasto, założone z końcem trzynastego lub początkiem czternastego wieku i znane nam do dziś, po prostu tę nazwę przejęło?


Otóż tak. Mogło tak być. Ale z jednym drobnym, choć niezwykle istotnym zastrzeżeniem. Wbrew temu, co mówi Wikipedia i co twierdzi profesor Miodek, rzeka pierwotnie, a więc w czasach, na które przypadała lokacja miasta nazywała się nie Biała, nie Bieła, ale... Bystra.
Jeśli więc nowe miasto przejęło od osady przedlokacyjnej nazwę, to nazwa ta z całą pewnością nie pochodziła od nazwy rzeki!

W pierwszym tomie Monografii Miasta, wspomniany wyżej prof. Idzi Panic jednoznacznie odcina się od rzecznego rodowodu nazwy i przypisuje go raczej bielicom, czyli ubogim, podgórskim glebom, powszechnym na naszym terenie. Jeśli tak było w istocie, to Bielsko u swego zarania nazywało się właśnie Bielice, lub Bielica, względnie Bielicko.
Znajomo, prawda? Ha, nie tylko znajomo, ale w dodatku arcyciekawie...

Bo oto może okazać się, że niemiecka nazwa Bielitz nie jest niczym innym, jak tylko zwykłą transkrypcją fonetyczną nazwy polskiej i - paradoksalnie - właśnie w niemieckim słowie "Bielitz" najprawdopodobniej zachowało się najpierwotniejsze brzmienie nazwy naszego miasta. Jeszcze czternastowieczne!

Być może pogoń za mitami to jałowa czynność, jednak czasami warto poddać prawdę próbie. Czasem okaże się, że istotnie mamy do czynienia tylko z niewartym zainteresowania, szkodliwym mitem, a czasem utwierdzimy się w pewności. Kiedy indziej znów, zupełnie niespodziewanie, możemy natrafić na zupełnie nową, nieprzetartą ścieżkę... Tak czy inaczej - warto.

2013-03-22 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[marzanna]
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując...
[marzanna]
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne....
[beskid]
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 244151
Newsów: 91
Komentarzy: 328
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała