liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Nie wierzcie artystom

  

albo zwodniczy urok starych grafik

czyli kuferek pełen duperelek...

Wpadła mi w ręce ciekawa, datowana na 1898 rok litografia. To dość rzadki, choć zapewne miłośnikom miasta dobrze znany wizerunek Białej z widocznym mostem i wielką fabryką. Widać na niej wszystkie ważniejsze wieże miasta. Jest ratusz, kościół katolicki i kościół ewangelicki opodal rynku. W oczy rzuca się też las kominów, które od połowy XIX wieku wyrosły w Białej jak grzyby po deszczu.

Kiedy patrzy się na tę ilustrację, ma się pewność, że nie mamy tu do czynienia z małą, prowincjonalną, mieściną, w której przez przypadek znalazło się kilka dochodowych zakładów, ale tętniący życiem, pełen gwaru i hałasu, nadrzeczny zaułek wielkiej, przemysłowej metropolii. Jest w tym obrazku jakaś szczególna atmosfera, jakiś specyficzny klimat spokoju dobrze prosperującego miasteczka, pewności właściwie ulokowanego kaptału, obietnicy godnej egzystencji i zmian, które przyniesie przyszłość. Zmian na lepsze, rzecz jasna.

Dominująca na rycinie centralna, masywna budowla to fabryka sukna. Założona w 1843 r. przez belgijską spółkę Sternickel & Gülcher zwana przez mieszkańców "fabryką niderlandzką", była przez długie lata największym tego typu zakładem nie tylko w Białej, ale i w Bielsku. Dziesięć lat po założeniu, zatrudniała 300 robotników. Patrząc na potężne gmachy i mając w pamięci dzisiejszą zabudowę tego miejsca trudno sobie wyobrazić, że jeszcze na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych XIX wieku w miejscu fabryki stały zaledwie trzy domy. Kilka lat później krajobraz tego zakątka zmienił się nie do poznania. A widoczny w centrum wysoki komin (pierwszy chyba komin w Białej) stał się wizytówką miasta.
Spośród widocznych na szkicu zabudowań w stanie prawie niezmienionym do dziś pozostał jedynie kryty dwuspadowym dachem budynek stojący nad rzeką, najbadziej po prawej stronie. Pozostałe budynki istniały jeszcze po wojnie, zostały jednak przebudowane po pożarze w 1931 roku, a w trakcie odbudowy poddano je sukcesywnym remontom i bezpowrotnie zatarto ich pierwotny charakter i wygląd.

Na pierwszym planie litografii jest też widoczny most. Piękny, zgrabny i lekki most w ciągu dzisiejszej ulicy Mostowej.
Most na Białej był początkowo mostem drewnianym. Powstał w 1867 roku i miał służyć do przegonu żywca na świński targ. Generalnie chodziło o to, by zwierząt nie gonić przez środek miasta. Dotychczas jedyna droga przegonu wiodła bowiem przez bielską ulicę Dworcową i ulicę Główną ku przeprawie mostowej w samym centrum. Było to uciążliwe. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy w końcu zaprotestowali. Skutecznie. Od 1867 r. świnie zaczęto przepędzać od dworca przez nowy most - zwany też dzięki temu procederowi "mostem świńskim" - a potem wzdłuż płotu fabryki Sternickla i Gülchera (ku dzisiejszej ul. Piłsudskiego) i dalej, na targ świński na placu nad Białą (na którym dziś stoi ratusz).
To nie był pierwszy ani jedyny targ bydlęcy w mieście. Pierwotnie miejscem, w którym handlowano bydłem, był istniejący do dziś plac, a właściwie placyk przy ulicy Łukowej. W czasie, gdy miasto było w granicach Polski i później, pod zaborami, w czasach absolutyzmu, istniał tu prężny rynek zbytu rogacizny. Tutaj dokonywały się często duże transakcje i krzyżowały się szlaki handlowe, z których głównym był ten z Krakowa do Opawy. Pojawiali się tu kupcy nawet z Pragi i z Wiednia. Nic więc dziwnego, że miasto, zaopatrujące w bydło sporą okolicę, w końcu zapragnęło targu z prawdziwego zdarzenia.

Wróćmy jednak do mostu. Intensywne użytkowanie i brak konserwacji sprawiły, że już dziesięć lat po przerzuceniu go nad Białą wymagał naprawy. Przeprowadzony w 1877 r. remont też jednak nie starczył na długo. Już na początku lat dziewięćdziesiątych przystąpiono do realizacji nowego projektu w oparciu o wynalazek pewnego paryskiego ogrodnika, Josepha Moniera, a mianowicie żelbet. W krótkim czasie postawiono lekką, łukową konstrukcję, która idealnie wpasowała się w zakątek, dodała mu wielkomiejskiego charakteru kutymi balustradami i gazowymi latarniami, no i oczywiście ułatwiła komunikację i transport, łącząc dwa brzegi rzeki.

Most przetrwał ponad pół wieku. Wysadzony w 1945 roku, po wojnie nie został odbudowany w takim kształcie, jak z 1893 roku. A szkoda. Nowy most, istniejący do dziś, zwany "mostem włókniarzy", prezentuje się już mniej okazale. Z całą pewnością nie jest to już ten sam, pełen blasku most, który możemy z łezką w oku oglądac na powyższej ilustracji.


Tak. Niewątpliwie litografia ma swój niepowtarzalny urok. Ale oprócz niego ma jeszcze coś... Małą tajemnicę. A raczej ciekawostkę.
Uważny obserwator, który przyjrzy się dokładnie budynkom fabryki Sternickel und Gülcher, zauważy, że (istniejący zresztą do dziś, choć mocno przebudowany) czterokondygnacyjny budynek jest cześcią większego kompleksu zabudowań zakładu. Przypatrując sie rycinie, stwierdzimy, że sam gmach, brama, jak i pozostałe budowle stojące w linii dzisiejszej ulicy Mostowej, biegną jakby ciut za daleko. To znaczy ich fasady nie kończą się w miejscu, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa powinien znajdować się wylot ul, Cyniarskiej, ale zdają się przecinać skrzyżowanie i ciągną sie aż w okolice, gdzie dziś usytuowany jest przystanek autobusowy, tuż przy ulicy Staszica! A przynajmniej tak wynika z grafiki.
Czy to możliwe? Czy faktycznie ulica Cyniarska jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku nie docierała do dzisiejszej Mostowej?
Nic z tych rzeczy. Ulica Cyniarska biegła nawet dalej, aż do samej rzeki i to już w XVIII wieku, a może nawet wcześniej. To nie ulega wątpliwości. Nie mogło być inaczej, skoro była to jedna z głównych ulic wybiegających z najważniejszego placu miasta. Dlaczego więc nie ma jej na rycinie?
Bo autor szkicu sie pomylił. Z całą pewnością rysownik po prostu zaburzył proporcje odwzorowania i wydłużył nienaturalnie cały fabryczny kompleks, zbijając w jeden organizm trzy budynki - największy, średni i najmniejszy. Zwyczajnie nie zauważył, że ten trzeci budynek nie należy już do zakładu, jest zwykłą kamienicą i stoi pomiędzy wylotami ulicy Szkolnej (dziś Staszica) i niewidocznej na rycinie (bo przysłoniętej mniejszym gmachem fabryki) ulicy Cyniarskiej właśnie!


A może rysownik celowo dokonał takiego zabiegu, aby "niderlandzka fabryka" wydała się większa, okazalsza, aby przyciągała uwagę i ewentualnych kontrahentów? Taki marketingowy chwyt...
Jakkolwiek było: błąd, czy public relations, we mnie rodzi sie retoryczne chyba pytanie: no i jak tu wierzyć artystom?

2012-12-14 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Mury, gęsi i psy...

  

Jednym z najurokliwszych zakątków Bielska - rzecz oczywista i znana od dekad - jest zbieg ulic Krętej i Pankiewicza na Stadtbergu, czyli na Wzgórzu Miejskim, czyli na bielskim Starym Mieście - bo na takie trzy sposoby ten najstarszy fragment miasta można nazywać.

Ulica Kręta była rzeczywiście krętą uliczką prowadzącą poza mury, poprzez basztę z wąską furtą, na podmiejskie łąki, pola i pastwiska oraz do wodopoju, czyli nad potok Niper, który swój początek brał na łąkach powyżej górnej bramy miejskiej i swobodnie przepływał dwadzieścia, może trzydzieści kroków od murów.

Baszta była typu łupinowego, to znaczy, że była otwarta od strony miasta. Zbudowana z łamanych złomów wapiennych w technice warstwowej, posiadała zapewne co najmniej dwie kondygnacje, kryta była najpewniej dachem drewnianym i stanowiła element umocnień wewnętrznego pasa murów. Dlaczego wewnętrznego? Bo baszta ta ma metrykę średniowieczną, pochodzi prawdopodobnie z XIV wieku, a wówczas istniał tylko ten wewnętrzny ciąg murów. Zewnętrzny pas powstał dopiero w XVI wieku. Baszta była wykorzystywana tylko w ruchu pieszym, jako że trakt samej furty nie prowadził na przestrzał w linii prostej, ale załamywał się pod kątem prostym, a więc był zupełnie nieprzejezdny dla wozów.

Wewnętrznemu murowi w tym miejscu, od samego chyba początku towarzyszyła przymurna, biegnąca wzdłuż umocnień, od wewnątrz, uliczka zwana Łukową, albo z niemiecka Schwibbogengasse. Można sądzić, że ulica ta od samego początku swego istnienia (XIV wiek) była ulicą przelotową ku stromej, bardziej stromej niż dziś, ulicy wiodącej do furty (dzisiejsza Słowackiego). Oznacza to, że najprawdopodobniej przejazd bramny, który jest bodaj najczęściej fotografowanym fragmentem miasta, istniał tam "od zawsze". Naturalnie nie w takiej formie, jak dziś.

Kamienica nie od razu była murowana. Być może sam przejazd bramny był kamienny, ale piętro - podobnie jak większość domów w obrębie murów Starego Miasta - drewniane lub szachulcowe.
Sama ulica Pankiewicza swego czasu (o ile się nie mylę jeszcze w latach przedwojennych) pełniła rolę... gęsiego targu. To nie była pocztówkowa, oświetlona nastrojowym blaskiem latarń, romantyczna uliczka dla zakochanych, tylko obskurna, wypełniona rwetesem i gęganiem część miasta o bardzo utylitarnym charakterze.

Całkiem niedawno zakończył sie remont ulicy Krętej i Pankiewicza właśnie, połączony z zagospodarowaniem skweru w międzymurzu i odtworzeniem części baszty dokładnie w miejscu, w którym istniała w średniowieczu.
Remont - jak sądzę całkiem udany. Postarano się nawet o odtworzenie nawierzchni ulicy, mozolnie układając na sztorc polny kamień, tworząc obecne tu od stuleci "kocie łby". Prawdę mówiąc najbardziej obawiałem się właśnie o to, czy kamień polny powróci na swoje miejsce. Na całe szczęście powrócił i cieszy oko.


Korzyści, jakie płyną z remontu, grono bielskich archeologów poszerzyło w dodatku o cenne informacje, jakie uzyskano podczas prac archeologicznych towarzyszących remontowi.
Dzięki nim wiemy choćby, że w miejscu tym, w późnym średniowieczu usytuowany był warsztat metalurgiczny. Znaleziono bryłę surowca i miejsce posadowienia trzech słupów drewnianych, stanowiących być może zadaszenie samego warsztatu.

O celowości zagospodarowania kolejnego fragmentu przestrzeni miejskiej pod teren rekreacyjny dyskutować nie ma sensu. Przeciwnicy takiego humanizowania otoczenia będą wytaczać argumenty o niemożności kontroli nad właścicielami psów na przykład. Stwierdzą - całkiem już zresztą ogólnie - że w ten sposób niepotrzebnie pomnażamy miejsca, które siłą rzeczy niebawem będą już tylko śmierdzieć i w krótkim czasie staną się miejskimi kloakami, czy żulerniami. Być może będą mieli rację. Ale tylko teoretycznie. Bo w kontekście konstruowania jakiejś konkretnej miejskiej sfery życia, gdzie obok pracy trzeba znaleźć miejsce także i na odpoczynek, a czasem - przy sprzyjających warunkach - również i głębszą refleksję, to nie jest podejście właściwe.

Strach przed niewychowanymi posiadaczami czworonogów, czy drobnymi pijaczkami nie powinien być motywem działania przy urządzaniu przestrzeni życiowej. Bo tylko urządzając ją w zgodzie z naturą i w odpowiedniej relacji do przeszłości (która w naszym mieście jest tak samo obecna i silna, jak np. w Krakowie czy Toruniu), jesteśmy w stanie stworzyć takie właśnie, solidne sprzyjające warunki p o m i m o pętaków zaśmiecających ulice przy pomocy swoich pupili.

A przynajmniej powinniśmy się starać.

2012-12-05 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2012-12-06 21:30:36
Przeprowadzone w rejonie ul. Pankiewicza i Krętej prace oceniam pozytywnie. Jednak obawy budzi kolejność dokonywanych na starówce remontów - kamiennice, np. budynek dawnego ratusza/aresztu będzie w przyszłości odnawiany i prace przy jego elewacji mogą co najmniej pobrudzić jak nie uszkodzić fragment odnowionej ulicy. Czy może kolejność działań nie powinna być odwrotna? Obawy o pieski i ich właścicieli są płonne podobnie jak o zasiedlenie się na skwerku "menelstwa". Ale mój niesmak budzi ilość postawionych ławek. Dzięwięć ławek, jedna przy drugiej to lekka przesada. Po przeciwnej stronie ul. Orkana, na jej styku z Waryńskiego, jest wjazd na nie tak dawno oddany do użytku parking. Na jego tyłach, w ślepym zaułku urządzono kosztem kilkuset tysięcy złotych park. Położony w miejscu mało dostępnym dla oka gości wyłącznie okolicznych mieszkańców. Sporo kosztów pochłonął, wymagany zapewnie przepisami, podjazd dla inwalidów. W tym niewielkim parku ławek jest zatrzęsienie. Warto może przeprowadzić pośród osób stale korzystających z parkingu w przedłużeniu ul. Orkana ankietę na temat:: ile i jak często widziałeś osoby korzystające z parku "pomiędzy trzema odrapanymi ścianami" bo taką oficjalną nazwę śmiało ten zakątek mógłby nosić. Wynik takiej ankiety przybliżyłby decydentom pojęcie o sensowności niektórych działań a w szczególności o bydowie "ławkarni".
Maciej P.
2012-12-14 07:27:41
Przepraszam za długie milczenie. Grudniowy natłok obowiązków po prostu... Skwer na tyłach kamienic przy Orkana i Sobieskiego, który faktycznie mógłby się nazywać "Skwerem im. zmurszałej oficyny" był dla mnie swego czasu silnym szokiem. O jego istnieniu dowiedziałem się z... Google Maps. Niezwłocznie udałem się tam i stwierdziłem, że nie jest to tylko wirtualny byt, że on faktycznie istnieje... :-) Ilość ławek wydawała mi się raczej rozsądna. Inna sprawa, że sama lokalizacja skweru sprawiała wrażenie jakiejś totalnej pomyłki. Moje wątpliwości rozwiała jednak wielka rzesza studentów i studentek pobliskiej Wyższej Szkoły Administracji, która wyległa z budynków uczelni i gremialnie skierowała się na skwer - jedyne w okolicy posiadające ławki miejsce odpoczynku. I oto nagle wszystko zaczęło mieć swój sens. Innymi słowy skwer jako lokalizacja o charakterze rekreacyjnym, choć ukryta dla niewtajemniczonych, obecnością elity intelektualnej miasta została nobilitowana :-) i - summa summarum - spełnia swoje zadanie. Pozostało jeszcze tylko zadbać o sztafaż tego miejsca. Obtłuczone, zagrzybiałe i "obśluprane" mury wokół tej enklawy faktycznie nie sprawiają dobrego wrażenia. Czy coś się w tej sprawie w najbliższym czasie zmieni? Nie sądzę...
Komentarzy (3)

Miasto, przestrzeń, chaos.

  

Zakończony niedawno remont elewacji budynku, w którym mieści sie bank PeKao SA przy ulicy Stojałowskiego skłonił mnie do kilku refleksji na temat kondycji polskiej myśli urbanistycznej w ogóle, a architektury naszego miasta w szczególności.

Od kilku lat prowadzone są w mieście prace mające na celu przywrócenie starym kamienicom dawnego blasku. Programem objęte są przede wszystkim kamienice w obrębie bielskiego ścisłego Starego Miasta, ale nie tylko. Jedną z najciekawszych, jak dotąd, jest rewitalizacja fasady hotelu "Prezydent" (proszę mi pozwolić pozostać przy tej nazwie, choć nie tak dawno zmieniono ją - nie wiadomo po co - na "President"). To imponujące zadanie zostało wykonane z wielkim rozmachem, a efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Fasada hotelu bardzo zyskała, lśni teraz żółciami, piaskowym beżem i złotem... Właśnie. Złotej farby, pierwotnie wcale tam miało nie być, bo w dokumentacji konserwatora zabytków, sprawującego nad pracami nadzór, o istnieniu złotej warstwy nie było ani słowa. Odkrycia starego złota pod tynkiem dokonano już w trakcie renowacji, co opóźniło roboty, ale przyniosło zaskakująco zachwycający efekt, który - jak sądzę - podobałby się samemu projektantowi gmachu, Karolowi Kornowi.
Podobnie pięknie odnowiono kilka kamienic przy Rynku, czy wspomniany już gmach banku w Białej.


Wszystkie te inwestycje świadczą niewątpliwie o jednym - że potrafimy w sposób bliski ideałowi restaurować budynki i rewitalizować całe obszary zabudowy z zachowaniem ich dawnego charakteru, bez ingerencji w styl. Tym bardziej zadziwiający jest fakt, że nadal i ciągle w przestrzeni miasta, której charakter jest przez swą historię określony jednoznacznie, pojawiają się ni stąd ni zowąd prawdziwe koszmary!
Proszę spojrzeć: oto obok wzmiankowanego banku PeKao SA, a dokładnie kilkanaście metrów dalej (dodajmy: w ścisłym zwartym założeniu urbanistycznym, jakim jest ciąg ulicy Stojałowskiego), lokuje się coś takiego:


Kuriozum, które aż zatyka bezczelną, absurdalną wręcz niestosownością.
Akurat ten budynek nie powstał tu wczoraj, ale - o ile się nie mylę - w latach osiemdziesiątych XX wieku, jako mniej udana próba wypełnienia luki w ciągu ulicy. Ostatnio tylko go przerobiono. I nie idzie tu o to, że ten budynek sam w sobie jest wstrętny i wygląda - nie przymierzając - jak "apartamentowiec" w ekwadorskim Latacunga, nie w tym rzecz, że nie ma on ani symetrii, ani harmonii, ani wdzięku, ani nawet jakichś proporcji, bo w tym wypadku jest to akurat kwestią założeń, jakie zostały przyjęte przez inwestora i architekta (przecież sama firma będaca autorem projektu jest znaną i utytułowaną pracownią realizującą ciekawe projekty nowej moderny i stylu contemporary).

Tutaj idzie o miejsce, w jakim ta alizarynowa buda stanęła, o kontekst, jaki zburzyła swoim zaistnieniem... O asynchron i zgrzyt, jaki wprowadziła w linię historycznych, miejscami jeszcze XVIII-wiecznych kamienic. To, że dzisiejsi architekci nie potrafią projektować domów, które odznaczałyby się którąkolwiek z powyższych cech, to jest rzecz bolesna, ale oczywista i znana od lat. Ale dopóki ktoś sie nie obudzi i zasad symetrii, harmonii, rytmu i proporcji nie zacznie znów wykładać na uczelniach, sytuacja się nie poprawi, ba! przez najbliższe lata będzie się sukcesywnie pogarszać.

Ale dlaczego, pytam się, ci, którzy decydują o planowaniu przestrzennym zabytkowej substancji miejskiej, ci, którzy siłą rzeczy całymi latami obcują z dobrymi historycznymi wzorami, ze starymi wartościami i zasadami, jakich trzymano sie całe stulecia, dlaczego oni - mogąc zabronić - pozwalają na taki gwałt na tkance miasta i wydają zezwolania na budowę czy remont w takim właśnie duchu? Dlaczego przymykają oczy na oczywistą wręcz dysharmonię...? W imię architektonicznej różnorodności?

Rozumiem różnorodność, ale tylko wtedy, gdy realizuje się ona w perspektywie całego miasta, gdzie współistnieją na różnych prawach różne style i formy architektoniczne, a nie na przestrzeni jednego, zabytkowego w dodatku ciągu ulicowego, którego charakter, ze względu na swoja wartość, powinien zostać zachowany. Bezwzględnie!

Miasto to nie tylko suma bardziej lub mniej udanych jednostkowych projektów architektonicznych, to także, a może przede wszystkim - i współcześnie powinniśmy już myśleć właśnie w takich kategoriach - przestrzeń urbanistyczna, która stanowi całość i to w wielu miejscach całość o konkretnym, specyficznym charakterze. Ingerując w tę całość dla małych korzyści, jakimi są ambicje twórców, niszczymy ją bezpowrotnie. A miasto staje się zbiorem przypadkowych, chaotycznych zjawisk urbanistycznych. Czy o to właśnie chodzi?

2012-11-25 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2012-12-01 13:41:09
Zdjęcie przedstawiające odrestaurowany budynek banku pozwala dojrzeć też szarobrudną kamienicę przy ul Ratuszowej. Jeszcze gorzej przedstawia się jej fasada od strony pl.WP. Mimo, iż obecnie to dwa budynki z oddzielnymi wejściami, stanowiły one ongiś Ratusz w Białej. Nie sądzę, żeby właścicieli, (na parterze jest dochodowe Tesco) nie stać było na odrestaurowanie tej pięknej ongiś budowli. Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja sąsiedniej kamieniczki na pl. WP - wyglądem przypomina powojenne "plomby" lub co najwyżej przeciętny produkt architektury modernistycznej. Nic podobnego! Budynek, na którego parterze mieści się kawiarnia z letnim ogródkiem to 120 letnia kamienica, której fasadę zdobiły ongiś piękne ozdoby. Była wybudowana przez i dla Julis(z)a Korna, brata Karola.. Budynek przy Stojałowskiego, który tak budzi Pana odrazę, idealnie nadawałby się na siedzibę straży ratuszowej pilnującej parkingu urzędników, czy też bezpieczeństwa zgromadzeń, najlepiej z szybkoszczelnym działkiem na szczycie wieżyczki. :P
Maciej P.
2012-12-05 07:30:27
Tak, to prawda. Wiele jest jeszcze miejsc, na które należałoby rzucić nieco światła (czytaj: zrewitalizować), tak się jednak składa, że w najbliższym czasie to chyba nie nastąpi. Zresztą miasto założyło sobie bardzo specyficzną strategię renowacji, która wydaje mi się być - jako żywo - wzięta z kalendarza prac z lat 60-tych, gdzie krótko po połączeniu dwóch miast, jasnym stało się dla mieszkańców, że Biała pozostanie w cieniu Bielska na długie lata, a inwestycje tego typu po wschodniej stronie rzeki będą traktowane po macoszemu. Deja-vu jakieś... Nawet prywatna inwestycja niewiele tu zmienia. Czego przykładem może być gmach dawnej szkoły katolickiej przy tej samej ulicy Stojałowskiego. Po dość szybkim i - wydawałoby się - fachowym remoncie, w krótkim czasie ta kamienica, która mogłaby być przecież wizytówką ulicy, znów zaczęła popadać w ruinę... Ani konserwator zabytków, ani wszyscy architekci i urbaniści miasta nie są w stanie temu zapobiec... Wiele miast polskich posiada metryki dużo krótsze niż niejedna bielska i bialska kamienica. Ale to właśnie u nas do kwestii rewitalizacji podchodzi się w tak nonszalancki sposób. Paradoks miasta zasobnego w zabytki?
emka
2016-08-19 21:45:02
Pozwoliłem sobie na komentarz przy pierwszym artykule, zadając sobie pytanie, jak to możliwe, że przez ostatnie cztery lata nie trafiłem na pańskiego bloga. To jest fantastyczne. Przejrzałem kilkanaście wpisów i zabieram się do czytania. Od początku :) Pozdrawiam i dziękuję.
Komentarzy (4)

Czy można liczyć na zmiany?

  
"Wymagam od miasta, w którym mam mieszkać, asfaltu, kanalizacji, klucza od bramy, ciepłej wody. Dowcipny i kulturalny jestem sam." Karl Kraus, czeski dramaturg i poeta.


Kiedy spaceruję po mieście, coraz częściej nachodzą mnie czarne myśli. Przyglądając się urbanistycznej i architektonicznej rzeczywistości (czytaj: chaosowi), zaczynam mieć wątpliwości, co do intencji tych, którzy są odpowiedzialni za wygląd miasta.

Zmiany muszą następować - to hasło przyświeca architektom i urbanistom na całym świecie, również u nas. I jest to prawda. Ale sens tego określenia jest zazwyczaj zupełnie wypaczany. Zmiany bowiem traktuje się jako warunek sine qua non i fetyszyzuje się je, pomijając zdanie mieszkańców miasta, ich potrzeby i priorytety.

Taki błąd popełniono chociażby przy tzw. rewitalizacji bielskiej starówki, gdzie "zmiany" okazały się ważniejsze od potrzeb i estetycznych wymagań bielszczan. Oto w imię postępujących zmian i "nowego zapotrzebowania społecznego", którego nota bene nikt z odbiorcą tych zmian nie konsultował, skonstruowano rzeczywistość, która dla wielu stała się synonimem braku szacunku dla mieszkańców miasta. Wymuszono tę rzeczywistość realizując na Rynku absurdalne z architektonicznego, urbanistycznego i - po prostu - estetycznego punktu widzenia, konstrukcje, które nie tylko nie pasują, ale zwyczajnie szpecą staromiejski krajobraz. I uczyniono tak tylko dlatego, że "jej wysokość Zmiana" tego od nas wymaga.

Gabeljura też nie jest zadowolony.

Bzdura. Zmiany są zjawiskiem głęboko społecznym, niezależnym od widzimisię architekta, czy urbanisty. To nie on, ale mieszkańcy miasta decydują jak chcą mieszkać. Zawsze decydowali. A urbaniści i planiści zawsze się do tego stosowali. Przez wieki zmieniał się krajobraz "Ringu", powstawały i znikały wagi miejskie, studnie, zbiorniki przeciwpożarowe, zamurowywano podcienia, niwelowano i brukowano płytę rynku na potrzeby miejskiego targu... Wszystko po to, by mieszkańcom żyło się wygodniej, lepiej i bezpieczniej. I o tym, zdaje się, zapominają ci, którzy nasze miasto są władni przekształcać, na siłę wciskając nam swoje rozwiązania, zmuszając nas do życia w określonej, stworzonej nie w naszej, ale w ich wyobraźni... Jeśli więc mówimy o zmianach, powinniśmy wziąć pod uwagę każdy rodzaj zmian i dyskutować o nich nie tylko z pozycji specjalistów i znawców, ale także, a może przede wszystkim, jako mieszkańcy, bo to miasto jest zasadniczo nasze. To my w nim mieszkamy. I choćby z tego powodu mamy prawo wyrażać swoje zdanie i oczekiwać, że będzie ono brane pod uwagę.

A nie jest. Przykładem może być to, jak potraktowani zostali czas jakiś temu mieszkańcy dzielnicy Aleksandrowice, którzy chcieli przywrócić do życia niewielki, niegdyś bardzo popularny, a dziś okropnie zapuszczony fragment miasta - Lasek Bathelta znajdujący się tuż przy lotnisku. Mieszkańcy - wychodząc ze słusznego założenia, że mają prawo do odpoczynku i rekreacji na swój, uświęcony zresztą tradycją, sposób - postulowali do włodarzy miasta o zajęcie się tym nieszczejącym zakątkiem, w którym niegdyś, przez całe dekady odpoczywali Bielszczanie. Niestety. Bezskutecznie. Bo ten skrawek jest nieopłacalny?, Bo nie przyniesie miastu wymiernych korzyści? Czy może jeszcze z innego powodu? Nie wiem.

Cytowany na wstępie Karl Kraus wypowiedział swój bon mot w duchu przekory i z dużą dozą przewrotnego humoru. Całkiem podobnie, ale - z niezrozumiałych powodów - już całkiem na poważnie, zdają się myśleć władze naszego miasta, zapewniając mieszkańcom rezalizację podstawowych egzystencjalnych potrzeb, zapominając o tym, że prócz podstaw potrzebują oni jeszcze czegoś wznioślejszego, jak obcowanie z kulturą, czy z naturą. A wreszcie - po prostu - chwili wytchnienia w przyjaznym, dobrze urządzonym otoczeniu.

I odnosi się to nie tylko do Lasku Bathelta, czy równie zaniedbanego Parku Strzygowskiego, ale do każdego metra przestrzeni, w której, jako mieszkańcy miasta funkcjonujemy, w każdej formie substancji miejskiej, z którą się spotykamy.
Miasto to nic innego, jak forma uporządkowania przestrzeni otaczającej człowieka. A to oznacza, że z każdego fragmentu urbanistycznej rzeczywistości powinien wyzierać duch piękna, spokoju i ładu. Czy w przypadku Bielska i Białej tak jest w istocie?

Owszem, pojawiają się ostatnio - stanowczo jeszcze za rzadko - oznaki, że dbałość o przestrzeń staje się kwestią znaczącą. Ale tego typu inwestycje (choćby wybetonowany park Słowackiego, czy skromny skwerek z ławeczkami przy ul. Stojałowskiego w miejsce starej wyburzonej kamienicy, o renowacji niektórych kamienic nie mówiąc) to mniej niż kropla w morzu potrzeb.
Czy można liczyć na zmiany?

2012-11-18 | Dodaj komentarz
Angus
2012-11-21 09:34:23
Ciekawy blog powstaje. Co do "dyktatury zmian" - pełna zgoda. Niestety jest tak, że stare i niedoceniane coraz częściej ustąpić musi nowemu - z def. lepszemu. I nie ważna jest estetyka, liczy się koszt. Argumentem zaś podstawowym staje się hipotetyczna "ruina starej rudery". A sposobem - kilkuletnie zaplanowane zaniedbania, prowadzące do nieuchronnej degradacji budynku. Przyklad pierwszy z brzegu- browar na Cieszyńskiej. Przykład, że może być lepiej - chałupa przy placu Opatrzności Bożej, z rok temu zrewitalizowana.
lr
2016-11-10 23:11:46
mieszkam w Bielsku tyle czasu, a pierwszy raz słyszę o lasku bathelta. Gdzie można znaleźć to miejsce?
Maciej P.
2016-11-11 11:57:49
Miejsce jest zapomniane, choć niektórzy okoliczni mieszkańcy pamiętają jeszcze czasy świetności tego miejsca. Las Bathelta znajduje się (czy też raczej znajdował - bo dziś to już tylko cień tego, co było wcześniej) opodal ulicy Cieszyńskiej, tuż przy lotnisku, całkiem niedaleko supermarketu, właściwie na jego tyłach. Tutaj jest zdjęcie lotnicze z zaznaczonym na czerwono zadrzewieniem będącym pozostałością po lasku: http://images84.fotosik.pl/153/4907d3a9f92baf89.jpg a tutaj widok z Google Street View na lasek od strony ul. Cieszyńskiej: http://images82.fotosik.pl/154/9f398ba006efaf47.jpg Mam nadzieję, że pomogłem. Pozdrawiam.
lr
2016-11-11 12:36:42
a teraz to już kumam :) dziękuję bardzo za odpowiedź :) bardzo fajny blog, wczoraj cały przeczytałam jednym tchem całość :) pozdrawiam serdecznie :D
Komentarzy (3)

Paradoks

  

Krok za krokiem, powoli, niespiesznie przechodzę z jednej strony ulicy na drugą. Zadzieram głowę... Wpatruję się długo i z uwagą. Zdumieni przechodnie podążają za moim wzrokiem i zwalniają kroku, zdziwieni niecodziennym przecież widokiem. Na wysokiej, piętrzącej się nad wąskim tunelem ulicy fasadzie, z wysokości kilkunastu metrów spoglądają na mnie kamienne oczy białej meduzy, tkwiącej w towarzystwie kwiatowego motywu - niespotykanie wielkiego, wysmakowanego, wycyzelowanego do najmniejszego elementu.


Mimo, że od ponad wieku są tuż ponad naszymi głowami, pozostają niedostrzeżone, niewidoczne, zapomniane. Spieszący przed siebie przechodnie spoglądają pod nogi, co najwyżej w okna wystaw... Tak... Kiedyś ludzie częściej patrzyli w górę. Po prostu wiedzieli, że tam, powyżej znajduje się coś, co jest godne uwagi. To dla nich, miłośników piękna w każdej dziedzinie życia i w każdej jego chwili, to dla nich, prostaczków-koneserów mistrzowie kamieniarscy zdobili fasady kamienic, to dla nich nakładali farby, formowali kamień, metal, szkło i porcelanę... Dla nich... Czy dla nas też?
Z pewnością.
Jednak my nie widzimy już tego wcale. Zrobiliśmy się ślepi i głusi na ten oczywisty kiedyś, a teraz marginalizowany aspekt życia. Nie dostrzegamy piękna...


Jednak... Po co? W jakim celu w ogóle zajmować się tak nieistotnym marginesem, jakim jest sztuka, piękno, czy - mówiąc najogólniej - forma? Czy to ma jakikolwiek sens? Czy do czegokolwiek się przydaje, prócz kilku westchnień, prócz kilku chwil oderwania od szaroburej rzeczywistości, która nie znosi pięknoduchów?


Czy nie jest tak, że te życiowe poboczności, które nie popychają nas naprzód w procesie doskonalenia świata, tak jak czynią to dziedziny naukowe, techniczne, czy medyczne, nie mają żadnego sensu?


Proszę mi wierzyć, że nie raz i nie dwa spotykałem sie z takim postawieniem sprawy. Niejednokrotnie próbowano przywołać mnie do porządku i zwrócić moją uwagę na kwestię technologii, odciągając tym samym od kwestii formy...
Oto zadziwiający paradoks... Utylitarne, kształcące całe rzesze młodzieży szkoły średnie i wyższe, wysyłają w świat ściśle, wręcz wąsko wykształconych w jednym tylko kierunku specjalistów, a jednocześnie prawdziwi mistrzowie znikli gdzieś w niebycie i już nikt nie potrafi wykonać finezyjnego stiuku, czy plafonu; stolarze - nawet ci najlepsi - maszynowo wykrawają prościutkie mebelki dla mało wymagających; wśród zegarmistrzów coraz więcej "naprawiaczy zegarków" a coraz mniej artystów. My już nawet nie potrafimy projektować pięknych domów, ba! zwykła renowacja secesyjnej fasady coraz częściej przekracza możliwości fachowców i miasta nasze skazane są na coraz większą liczbę uproszczonych, a w istocie prostackich projektów udających architekturę...


A przecież jeszcze nie tak dawno nasze piękne kamienice, czy dworki zapełnione były pięknymi obrazami, meblami o cieszących oko kształtach, finezyjnymi ozdobami z porcelany, srebra i brązu, pięknymi, wysmakowanymi w swym kształcie zegarami i całą masą innych, potrzebnych, ale i tylko pięknych kształtów, barw i linii. Gdzie to się podziało?
Dlaczego nasze miasta są tak brzydkie, dlaczego nie potrafimy - dysponując wiedzą, techniką, doskonałą technologią i komputerami - stworzyć choćby namiastki, choćby imitacji tego, co naszym przodkom przychodziło z łatwością?


Czy winą za ten stan rzeczy obarczyć należy tak charakterystyczną dziś ucieczkę od nauczania piękna, i określaniem go jako zbędnego? Może rzeczywiście ograniczenie ilości godzin z plastyki i muzyki w szkołach, a wręcz zarzucenie tych przedmiotów, spowodowało, że już od dziecka wyrastamy w odcięciu od piękna, a więc nasycając się wnikającą na to puste miejsce brzydotą? Może dlatego właśnie tego piękna nam zwyczajnie nie potrzeba? Nie czujemy głodu piękna? Boimy się go, nie rozumiemy?


Powie ktoś: "Bzdura, jest jeszcze piękno w naszym świecie." Tak, to prawda. Na całe szczęście. Są jeszcze miejsca, które cieszą zawartą w formie starą prawdą, które samym swoim istnieniem, harmonią, rytmem i finezją czynią świat lepszym.
I o tym już wkrótce.

Nasze zapiski zaczynamy całkiem losowo. Od kamienicy przy ulicy Mickiewicza. Dlaczego od niej? To jeden z pierwszych budynków secesyjnych w mieście. Secesja zaś to ostatni powiew świeżej myśli architektonicznej, bo zawierającej jeszcze - prócz orygnalności, rzecz jasna - wszystkie trzy prawdy witruwiańskiej triady.
Budynek zaprojektował Andrzej Walczok w 1901 r., wybudowany został w 1905.

2012-11-15 | Dodaj komentarz
karoltomecki
2012-11-16 22:18:39
Andrzej Walczok wraz ze swoją firmą pewnie był wykonawcą? Określany jest w dokumentach budowlanych obecnej katedry jako "mistrz budowlany"...
Maciej P.
2012-11-17 10:41:23
Poniekąd. Andrzej (Andreas) Walczok, prócz tego, że był wykonawcą wielu projektów w mieście i posiadał jedną z najlepszych w okolicy firm budowlanych, sam był architektem i zaprojektował zarówno tę kamienicę, jak i kilka innych (choćby willę Karola Steffana syna przy ul. 1 Maja, czy dom mieszkalny przy Modrzewskiego).
emka
2016-08-19 22:01:33
Boże.. myślałem już że nie natrafię na osobę, która jak ja łazi po Bielsku z zadartą do góry głową. Pomimo tego, że się tu urodziłem łażę jak turysta i odkrywam to miasto na nowo. Za każdym razem.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[krzysksy]
Panie Macieju. Nie wiem jakim cudem dopiero teraz znalazlem Pana blog. Jestem zafascynowany lektura. Super...
[Józef F.]
Te zawstydzające pseudokonserwacje stają się niestety zjawiskiem powszechnym. Znane mi są wypowiedzi konserwatorów zabytków, którzy...
[Krzysztof Czyż]
Detale mają wrócić. Kiedy? Nie wiem. W kancelarii parafialnej zapewne mógł by się Pan dowiedzieć...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 199007
Newsów: 86
Komentarzy: 305
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała