liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (6)

Okaleczone miasto

  
czyli
wpis emocjonalny


Kiedy mówi się o wielkich wyburzeniach w Bielsku-Białej, zazwyczaj przywołuje się przysłowiową już "czystkę" autorstwa Antoniego Kobieli, z wyrąbywaniem "przecinki" wzdłuż ulicy Zamkowej i Partyzantów. Zapomina się jednak najczęściej o czymś, co dla mnie jest barbarzyństwem na dużo większą skalę - o budowie Osiedla Śródmiejskiego w Białej.

Na przełomie lat 70 i 80, decyzją ówczesnych władz miasta, wyburzono starą, pochodzącą z końca XIX i pierwszych dekad XX wieku, zabudowę, pod nowoczesne szafy mieszkalne, czternastopiętrowe mrówkowce. Jedynym argumentem (bo ględzenia o fatalnym stanie kamienic, czy ich miernej wartości nie biorę na poważnie) przemawiającym za takim radykalnym posunięciem były liczby. A konkretnie jedna: 2 tysiące mieszkańców. Tyle osób znalazło dach nad głową dzięki totalnemu przeoraniu dwóch kwartałów i zgruzowaniu stuletniej historii miasta pod bezpłciowe, koszmarnie jednolite, monotonnie nudne giganty. Ale ten argument nigdy nie był argumentem niezbitym, bo obszarów gotowych na przyjęcie tego typu architektury i całej (a nawet większej) infrastruktury, jaka w takich sytuacjach jest potrzebna, było w mieście bez liku.

Postanowiono jednak, że koszmary staną właśnie tu i właśnie w takiej, a nie innej konfiguracji. Na złość. Albo żeby pokazać kto tu rządzi, albo żeby zasłonić kościół pw. Opatrzności Bożej, albo żeby po prostu coś spieprzyć, ot tak, dla zasady...

A spieprzono niemało. Zniwelowano kamienice stojące przy ulicy Zamkowej, przy ulicy Hettwerowej (dzisiaj Broniewskiego), części ul. Św. Jana i Szpitalnej (dziś w miejscu tej ulicy przebiega początkowy fragment ul. Dmowskiego). O Zamkowej i Szpitalnej słuch zaginął zupełnie, ich relikty, przyduszone cielskami bloków ledwie zaznaczają się w alejkach osiedlowych i nikt już nie pamięta, że tymi ulicami, w cieniu rzucanym przez piętrowe i dwupiętrowe kamienice jeździły dorożki, ciągnęły wozy, spieszyli ludzie...

Tu kiedyś było miasto... Widok z lotu ptaka na "Ground Zero".

Komuś to przeszkadzało. Zmasakrowano centrum miasta, żywotny jego fragment, tak jak przedtem czynili to hitlerowcy. I pewnie z podobnych pobudek - chęci niszczenia starego i zastępowania tego "jedynie słusznymi" nowinkami.

Spośród starej zabudowy ocalały zaledwie nieliczne budynki. Przede wszystkim położone na peryferiach omawianego obszaru - kilka budowli funkcjonalistycznych i jedna secesyjna przy Broniewskiego, kilka przy Stojałowskiego i jedna neorenesansowa, stojąca samotnie pośród strzelających w niebo megaszaf z wielkiej płyty.

Właściwie nie widzę żadnej różnicy między zrównaniem z ziemią tych starych kamienic, a zlikwidowaniem w 1939 r. - stojącej zresztą w tym samym kwartale - bialskiej synagogi "Ahawas Thora". I jedno, i drugie to zwykła dzicz. Jedno i drugie w imię "postępu".

Być może traktuję tę sprawę zbyt emocjonalnie, ale do tego typu zjawisk - totalnie destrukcyjnych, pełnych bezmyślności, a czasem ukrytego jadowitego zimnego planowania - inaczej jak z agresją podejść nie potrafię. Tym bardziej, że to miejsce odwiedzam niemal codziennie w drodze do pracy... Mając więc świadomość beznadziejności, pozwalam sobie na emocjonalny wpis z głębokim przeświadczeniem, że kiedyś może tego typu pokrzykiwania nie będą już wcale potrzebne.

Nie mogę się oprzeć, aby nie wrzucić kilku obrazków, które doskonale ukazują, jak daleką i jak złą drogę przeszliśmy przez te ostatnie kilkadziesiąt lat.

Fragment śródmieścia Białej. Dawna Państwowa Szkoła Handlowa. Właściwie nic dodać, nic ująć. Budynek wprawdzie stoi do dziś, ale ta ilustracja daje nam pojęcie, jak ulica św. Jana, Zamkowa czy Szpitalna wyglądały sto lat temu.

To - jak sądzę - rok 1928, bo figura św. Nepomucena jest już na skwerze przy ul. św. Jana. Skwer prosty, zadbany, bez ekstrawagancji. Kilka robinii posadzono tak, aby w dalszej przyszłości utworzyły nad figurą zieloną konfesję. Smak, prostota i zamysł.

Dla osłabienia negatywnej wymowy notki zamieszczam wizerunek również istniejącego do dziś budynku ówczesnej Powiatowej Kasy Chorych. Ten budynek (obecnie Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna) pozornie zachował swój charakter. Niby wszystko tak jak dzisiaj... A jednak...

A tu dla odmiany - budynek, którego już nie ma. A który przypomina, że w zrównanych z ziemią kwartałach znajdowały się budowle naprawdę ciekawe. Na tym znalezionym w sieci zdjęciu można zobaczyć fragment całkiem okazałego i reprezentacyjnego gmachu stojącego przy ulicy Szpitalnej róg św. Jana.

Patrząc na te fotografie (dokumentujące przecież wcale nie tak dawną historię), ma się wrażenie, jakby się oglądało zdjęcia pięknego, ale zupełnie nieznanego, obcego miasta. Jakby to, co na nich widzimy było tylko uroczą, choć monochromatyczną komputerową wizualizacją - fantastyczną, bo absolutnie nieosiągalną dla współczesnych urbanistów...


Ci woleli pozostawić nam raczej głęboką ranę, która zasklepiła się w bolesną i brzydką bliznę. Tak jak na powyższym zdjęciu.
Samotna kamienica i pozostałe po skwerze drzewa... Taki znak czasów.
Na szczęście św. Nepomucen także ocalał, ale on lepiej niech pozostanie tam, gdzie jest...

2013-03-12 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2013-03-13 08:12:02
Chodziło o zasłonięcie nie tylko kościoła OB ale i Dworu Lipnickiego, który majestatycznie na leciutkim wzniesieniu konkurował z Ratuszem. Pisząc o synagodze warto zaznaczać, że chodzi o drugą bialską (nie o tą przy Krakowskiej/Kazimierza), która stała "na tyłach" obecnego blaszka - rejon przystanku MZK na Dmowskiego. Ulicę Szpitalną oczywiście kojarzę lecz zastanawiam się, która alejka na osiedlu odpowiada przebiegowi dawnej Zamkowej?
Angus
2013-03-13 08:25:37
W pełni się z Panem zgadzam. To, co zrobiono z tym kwartałem miasta przypomina działania urbanizacyjne Geniusza Karpat w Rumunii. Niestety obawiam się, że ten sposób rozumienia przekształcania tkanki miejskiej - bez zwiazku z przeszłością, bez szacunku dla estetyki i po prostu bez gustu - trwa nadal. Nie realizuje się go w takiej skale tylko z braku wystarczających środków. I może dlatego, że mimo wszystko skala decydowania jest mniejsza, niż w czasach partyjnych kacyków.
Maciej P.
2013-03-13 20:58:56
@bogdanbo Po nałożeniu na współczesne zdjęcia lotnicze Bielska-Białej planu Verkehrsplan z 1939 r. widać, że "reliktem" dawnej Zamkowej jest (lub może być, bo pewności - rzecz jasna - nie ma) dochodząca do ul. Dmowskiego, zachodnia część wewnętrznej drogi osiedlowej, wiodącej na parking w centrum osiedla. Jeśli chodzi o "zasłonięcie dworu", to taka ewentualność nie przyszła mi do głowy, a istotnie jest prawdopodobna. Z bezpowrotnie utraconą architekturą tej części miasta jest też nieco inny kłopot. O ile się orientuję zasób ikonograficzny ukazujący te kwartały sprzed wyburzeń jest dość ubogi. Ja w każdym razie nie spotkałem zbyt wielu fotografii, na których ulice Zamkowa, św. Jana, czy Szpitalna byłyby w pełnej krasie. Właściwie oprócz tych kilku, które zaprezentowałem we wpisie - nie znam nic innego. Nie wiem także, czy wynika to z małej atrakcyjności tego obszaru, czy z fatalnego przypadku...
Maciej P.
2013-03-13 21:08:43
@Angus Być może ma Pan rację. Ale to jest jednak przerażająca konkluzja. Bo jeśli rzeczywiście wszystko zależy tylko od pieniędzy, to właściwie w każdej chwili wisi nad nami groźba, że kiedy tylko budżet miasta zostanie zasilony odpowiednią kwotą, wtedy włodarze - ani chybi - pokuszą się o realizację swoich chorych pomysłów kosztem kolejnych cennych fragmentów miasta. Powinniśmy się więc modlić o to, żeby pieniędzy na tego typu inwestycje nie mieli zbyt wiele.
januszokrzesik
2013-03-13 22:56:46
Mam bardzo osobisty stosunek do tego miejsca, który Pan opisał. Tam mieszkała część mojej rodziny, przesiedlona właśnie w związku z tymi wyburzeniami. Pozostały jeszcze jakieś strzępki wspomnień z dzieciństwa i mnóstwo szczegółowych informacji, pochodzących z opowiadań mojej babki i ciotki. Próbowałem kiedyś umieścić te ich opowieści we współczesnej przestrzeni śródmieścia Białej i muszę z goryczą przyznać się do porażki. Zbyt duży chaos.
Maciej P.
2013-03-15 19:31:50
@Januszokrzesik Historii takich, jak historia Pana rodziny, było więcej i lwia ich część to historie - jak sądzę - bardzo dramatyczne. Całe rodziny wyrwane zostały z własnego, znanego od dzieciństwa środowiska, samo środowisko zwyczajnie przemodelowano, choć bardziej pasują tu słowa "przenicowano", albo "przemielono". Bez oglądania się na sentymenty. To co Pan pisze dobitnie świadczy także i o tym, że nawet w pozornie trwałej ludzkiej pamięci zacierają się ślady po materialnej rzeczywistości. Rzeczywistości wydawałoby się niewzruszonej, kamiennej i ceglanej. Ale tak to już bywa. Ja nie pamiętam nawet, jak wcześniej wyglądał kiosk spożywczy na moim osiedlu, zmodernizowany zaledwie kilka lat temu. _________________________ A tak na marginesie. Miło mi, że odwiedził Pan mojego bloga. Tym bardziej, że moje pojawienie się w Bielsku-Białej, na początku lat dziewięćdziesiątych, to... także Pańska zasługa. Takie tam... odległe, dziś już wspominane raczej z uśmiechem, działania proekologiczne... Dla mnie jednak bardzo znamienne w skutki. Pozdrawiam serdecznie.
Komentarzy (3)

Jest park...

  


Organizacja przestrzeni miejskiej, zakładająca tworzenie w obszarze ścisłej zabudowy miasta zielonych enklaw, napotyka w naszym mieście na spore trudności. Po wizycie w odnowionym (obecnie powoli przygotowywanym do nasadzeń) Parku Słowackiego, wizycie, która zaowocowała niesmakiem i garścią gorzkich uwag, postanowiłem odwiedzić miejsce bardziej przyjazne mieszkańcom Bielska i Białej.

Za namową komentatora Bogdanbo, udałem się na Osiedle Polskich Skrzydeł, gdzie kilka lat temu na bazie zielonej kotliny Potoku Lotniczego utworzono park. Sama idea stworzenia czegoś nowego, zupełnie od podstaw, bardzo krzepi i pokazuje, że działania oddolne mają sens i mogą stać się - jeśli poparte są uporem i kompetencją - dźwignią całkiem udanego przedsięwzięcia dla dobra ogółu. Jadnak pod warunkiem, że realizacje techniczne nadążają za pomysłami...

Park Polskich Skrzydeł (Smoczy Jar - bo taką nazwę nosił park w projektach) to dość rozległy, jak na warunki gęsto zurbanizowanego miasta, jakim jest Bielsko-Biała, obszar zieleni z własnym potokiem i dość urozmaiconą rzeźbą terenu. Te dwa ostatnie elementy to niewątpliwy atut.

Pierwsze wrażenie jest dość ciekawe. Park leży poniżej poziomu ulic go okalających, w głębokiej kotlinie o południowym zboczu łagodnie wypłaszczającym się do poziomu ulicy, przez co całość stanowi zaciszną enklawę zieleni niedostępną dla oka z wysokości tarasu. Niewątpliwie jest to w skali miasta element niezwykle oryginalny.

Drzewostan parku jest dość zróżnicowany z przewagą buków, z domieszką dębów. Są tu też nieliczne okazy typowo parkowe. Przez park, na całej jego długości, z południa na północ, przepływa Potok Lotniczy - dopływ potoku Starobielskiego. Ten sam, który ma źródła opodal lasku Bathelta.

To właśnie ten potok jest tutaj hitem. W części południowej ma charakter potoku górskiego, w dalszej części, bliżej północnej krawędzi założenia, zamienia się w strumień o charakterze wybitnie nizinnym. I tutaj dla mnie - wychowanego na nizinach - wielkie zaskoczenie. Brzegi strumienia umocnione są rzadką, nieingerującą faszyną, z oszczędnie nabitymi kołkami faszynowymi. Całość robi bardzo pozytywne wrażenie zadbanego cieku o naturalnym biegu. Żadnego bruku, żadnego betonu, żadnych kamienno-siatkowych gabionów... Tylko naturalny materiał. I o to chodzi.


Tuż przy północnym zboczu kotliny strumień rozlewa się w niewielkie rozlewisko. O ile wiem, rozlewisko pozostanie w takiej formie ze względu na faunę, która tutaj dość gremialnie lubi przesiadywać. No i dobrze. Jednym z założeń parku jest idea utworzenie enklawy faunistyczno-florystycznej, obecność żab ma więc wymiar edukacyjny.

Strumieniem jestem zachwycony. Alejkami już mniej. Owszem - po remoncie dość przyzwoicie żwirowane, jednak - ze względu na duże różnice wysokości - miejscami zbyt strome. Zatem nie na każdą nogę.

Z parkiem Polskich Skrzydeł było mnóstwo kłopotów. Wykonawcy odwalili fuszerkę, wystawiając sobie naprawdę marną wizytówkę. Skopano przede wszystkim właśnie alejki. Woda spływała po źle odrenowanych alejkach wymywając żwir. Poprawki wprowadzane w kilku partiach, przyniosły jako taki skutek, choć nie wszędzie.

Niektóre z alejek prowadzą donikąd. Ten ślepy zaułek wygląda tak, jakby tutaj miały powstać bardzo potrzebne schody do ul. Tańskiego. Niestety, nie powstały.

Tutaj zaś aż prosi się o gustowny mostek, który łączyłby alejki z dwóch stron potoku. W tej chwili chcąc przeprawić się suchą stopą z alejki przy zachodniej krawędzi kotliny do centrum parku, trzeba wracać aż na ulicę Skarżyńskiego.

Oświetlenie (proszę mnie poprawić, jeśli kłamię) to latarnie Schredera. Trochę w kiepskim guście (odwrócone miski), choć wymiarami niewielkie i dość łatwo wtapiają się w otoczenie, a to w niedużych założeniach parkowych sprawa istotna. Byłem w parku za dnia, więc nie mam pojęcia, jakie światło dają po zmroku, mam nadzieję, że niezbyt rzęsiste...

Ogólnie rzecz biorąc park ma wszystko, co potrzeba: niemłodą, wysoką zieleń, zmyślnie poprowadzony ciek wodny, boisko, plac zabaw dla dzieci, górkę saneczkową i kilkaset metrów alejek spacerowych z nieprzesadną ilością ławek i koszy.
Czy trzeba czegoś więcej?

2013-03-06 | Dodaj komentarz
bogdanbo
2013-03-06 22:39:08
Króciutki komentarz:brakujący mostek jest w planie jak tylko będą fundusze na ten cel. W pierwotnym projekcie były aż trzy mostki, amfiteatr, miejsce do grilowania, zadaszona altana i ścieżka na palach nad rozlewiskiem. Chyba byłoby "za bogato" i nieco pstrokato. Z przeładowaniem mieliśmy juz do czynienia w B-B-ej przy okazji różnych projektów, więc może tak jak tutaj, czyli oszczędnie jest lepiej. Co do ścieżki "do nikąd" - projektantowi ubzdurało się, że można ją poprowadzić skosem po stromym zboczu wprost na Tańskiego i to z nachyleniem bocznym przekraczającym 20 stopni. Architekt może sobie takie rzeczy rysować, ale walec ubijający ścieżki stanowczo odmówił :) , nawet ciężką maszynę można wywrócić. Tak więc będą doprojektowane schody na końcu ścieżki "do nikąd". Oświetlenie wieczorem warto zobaczyć - jest moim zdaniem wyważone. Z kilku latarni zrezygnowano, są strefy cienia i półcienia.Boisko jest w miejscu niefortunnym, nad strumykiem, wymagało dodania osiatkowania nie przewidzianego w projekcie. Nie jestem architektem ale ten projekt, jak tylko go dorwałem, konsultowłem z kilkoma osobami będącymi praktykami i posiadającymi odpowiednie wykształcenie.. Wskazali kilkadziesiąt usterek. Było już po cherbacie, wykonawcy własnie wchodzili na plac budowy. Wiele nedociągnięć ibłędó w projekcie poprawiono z inicjatywy zarówno wykonawców jak i nadzoru; poprawki wprowadzał na bieżąco WGM z inicjatywy własnej lub na wniosek mieszkańców. Jak wyszło? Nie mnie oceniać, poczekajmy na dokonczenie kilku brakujących elementów oraz nasadzenia roślin i krzewów.
Angus
2013-03-07 08:09:02
Zwrócę uwagę na gustowne ławki i kosz na śmieci. I porównam z nieszczęściem z Parku Słowackiego. Czyli można inaczej i lepiej?
Maciej P.
2013-03-13 21:12:35
Ławki są rzeczywiście masywne, ale jednocześnie dość znośne estetycznie. W dodatku wzór sprawdził się już wcześniej. Identyczne ławki rozsiane są po całym mieście (np. na placu zabaw nad Białą, na tyłach kamienic przy Bohaterów Warszawy, czy na Placu Opatrzności Bożej)
Komentarzy (1)

Via Antiqua

  

Pogoda ostatnio raczej nie nastrajała do spacerów po mieście, chyba, że wirtualnych. Na szczęście sobota była słoneczna, dlatego ten pierwszy od wielu tygodni naprawdę wolny weekend dzielę pomiędzy wizytę w plenerze, a słowo pisane.

Wracam do Monografii Bielska-Białej, próbując wychwycić drobiazgi, które umknęły mi podczas poprzednich lektur.

W drugim tomie monumentalnego opracowania dotyczącego historii naszego miasta (Bielsko-Biała, Monografia miasta, 2011), dr Jerzy Polak opisuje starodawny trakt handlowy wiodący z Wiednia przez Cieszyn, Kraków do Lwowa, zwany Polską Drogą, Starą Drogą, Polen Steyge lub - nierzadko - Via Antiqua. Kreśli jej bialski przebieg od brodu na rzece Białej, w miejscu, gdzie dziś stoi most łączący oba brzegi rzeki, poprzez ulicę Łukową, północną pierzeję dzisiejszego Placu Wojska Polskiego i dalej na wschód, ku dzisiejszej ulicy Wyzwolenia, która wyprowadzała podróżnych ku Krakowowi. Ten przebieg "Starej drogi" jest, rzecz jasna, w pewnej części hipotetyczny, choć oparty na przekazach źródłowych. Już od XIV wieku ten trakt zwany jest "starym", co daje pojęcie o jego znaczeniu.

Intuicyjnie bród na rzece lokujemy dokładnie w miejscu w którym w ciągu dzisiejszej ul. Listopadowej znajduje się most-kładka. Niesłusznie. W istocie miejsce przeprawy było powyżej, nie poniżej ujścia Niwki do Białej, zatem bród znajdował się raczej w okolicy dzisiejszego mostu na ul. Stojałowskiego. To tam przekraczano rzekę i dopiero kilkadziesiąt metrów dalej szlak odbijał w lewo ku centrum osady. Dzisiaj mamy tutaj wylot ulicy Krótkiej. W szesnastym wieku był to zapewne początek ulicy biegnącej początkowo prosto, a dalej skręcającej łagodnie w prawo. Ulica ta była zalążkiem osady Biała. Jej najstarszym fragmentem, najpierwotniejszą osią komunikacyjną, przy której wybudowali swe chaty pierwsi bialscy osadnicy i rzemieślnicy. Istnieje do dziś. To ulica Łukowa. Po dziś dzień stoją przy niej, lub w jej bezpośrednim sąsiedztwie budynki, które pamiętają jeszcze osiemnasty wiek.

I znów intuicyjnie zwykliśmy najpierwotniejsze centrum osady lokować raczej w miejscu głównego rynku Białej. I znów niesłusznie. Rynek w XVI, a nawet w XVII wieku to jeszcze pieśń przyszłości, póki co mieszkańcom małej wsi musiało wystarczyć inne centrum.


Mniej więcej w połowie łuku uliczki Łukowej znajduje się do dziś niewielki placyk. To właśnie było ówczesne centrum wsi - najstarszy wiejski plac targowy. Początkowo spełniał rolę targowiska ogólnego, później stał się targiem mięsnym. To oczywiste jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że od połowy XVI wieku, wykorzystując Via Antiqua, zaczęto przepędzać bydło ruskie. W źródłach z połowy XVII wieku mowa jest już o kilku jatkach mięsnych w tym miejscu.

Tradycje rzeźnicze tego fragmentu osady były tak silne, że placyk ten spełniał swoją funkcję jako fleischmarkt aż do XX wieku. Nawet wtedy, kiedy rolę głównego targu mięsnego przejął plac nad Białą (Plac Świński, dzisiaj Ratuszowy).

Ulica Łukowa to najstarszy fragment osady Białej. Zapomniany, okaleczony, zmarginalizowany. Choć, jak widać na powyższej ilustracji, jeszcze nie tak dawno temu uliczka miała swój niepowtarzalny klimat.

Do dziś zachowały się jednak również i starsze budowle ulicy Łukowej. Ta, stojąca tuż przy dawnym targu mięsnym, jest przykładem typowej zabudowy dla małego miasteczka o dużych aspiracjach.

Kamienny odbój w narożniku kamienicy przy ul. Łukowej 15, u wylotu targu mięsnego. Pozostałość czasów dawnych, wypełnionych gwarem handlarzy i przekupek, kwikiem świń, turkotem wozów załadowanych tuszami, pokrzykiwaniem woźniców...

W najbliższej okolicy stała też karczma - najstarsza w osadzie karczma, która w sierpniu 1646 roku odegrała nawet pewną rolę polityczną. Najprawdowpodobniej w tej właśnie karczmie zebrała się szlachta z Cieszyna - uciekinierzy przed wojskami szwedzkimi i przed nałożonymi przez nich kontrybucjami. To tutaj zawiązano deputację i wystosowano do komendanta oddziału szwedzkiego stacjonującego w Głubczycach pismo dowodzące, że kontrybucje są zbyt wielkie i szlachta cieszyńska nie jest w stanie z obciążeń się wywiązać.

Karczma była świadkiem wielu bardziej i mniej istotnych wydarzeń. W latach 1708-1711 tutaj właśnie znajdował się punkt przemytowy produkowanej w Bielsku doskonałej broni, którą kupowali polscy oficerowie. Tutaj także gromadzili się przemytnicy soli bezpośrednio przed nocnymi akcjami przerzutu towarów na austriacką stronę.

Gdzie stała karczma? Tego z całą pewnością nie wiemy. Źródła z 1639 roku ("Księga Gminna Białej") podają, że stała w najniższym miejscu osady, blisko brodu na rzece. Niewykluczone więc, że jej lokalizowanie na Starej Drodze, w pobliżu targu jest trafne. Może stała w miejscu, w którym wiele wieków później wystawiono - kosztem starej zabudowy - nowoczesny bank, a może bliżej Niwki...? Kto wie?

Podążając Starą Drogą na wschód, docieramy do Placu Wojska Polskiego. W XVI i XVII wieku, a więc w początkach istnienia wsi, w miejscu tego reprezentacyjnego dziś fragmentu osady rozciągały się łąki i pastwiska, być może ogrody mieszkańców. Rzecz jasna były jeszcze domy. Musiały być zarówno przy szlaku, jak i wzdłuż Niwki. I to dość gęsto. Jeśli bowiem w siedemnastym wieku istniał tu już królewski skład solny i komora celna, to sama wieś nie mogła być mała. Niemniej w miejscu dzisiejszego "pierwszego rynku w Białej" była jeszcze zabudowa typowo wiejska - drewniana i gliniana.

Rynek powstał tutaj dopiero w osiemnastym wieku, w związku z nadaniem Białej praw miejskich. Nasz trakt wiedzie wzdłuż jego przyszłej północnej pierzei ku staremu cmentarzowi ewangelickiemu.

Północna pierzeja rynku w Białej to część pradawnego szlaku handlowego. Tędy z Lwowa i Krakowa podążały wozy z solą, wełną i skórami, z południowego zachodu zaś wędrowało szkło, płótno i piwo. Przez całe wieki pędzono tędy bydło, które stało się dla wielu Bialan podstawą egzystencji.

W miejscu, w którym obecnie wznosi się kościół ewangelicki Marcin Lutra, aż do lat osiemdziesiątych osiemnastego wieku funkcjonował stary cmentarz, na którym chowano ewangelików (ale w pewnym okresie także i katolików). Ogrodzony był drewnianym płotem, który wymagał częstych remontów, a jego wschodnia krawędź stanowiła również wschodnią granicę Białej. Dalej na wschód rozciągały się już tereny należące do Lipnika.

Jeśli staniemy dzisiaj na ulicy Targowej, mając po swojej lewej ręce kościół, a po prawej słynną kamienicę Pod Żabami, na wprost przed sobą, w perspektywie ulicy, ujrzymy niepozorną kamienicę przy Komorowickiej nr 14. Tędy właśnie, jeszcze cztery wieki temu trakt zwany Polską albo Starą Drogą biegł do Krakowa i Lwowa. Prosto, jak z bicza strzelił - w XVII wieku ulicy Komorowickiej jeszcze przecież tu nie było. Żadnej ulicy tu nie było. Dopiero kilkaset metrów dalej szlak dochodził do poprzecznego traktu północ-południe czyli Komorowice-Lipnik (dzisiejsza ulica Wyzwolenia) i skręcał na północ.

Droga kiedyś wiodła prosto. Dziś perspektywę ulicy zamyka kamienica przy Komorowickiej 14. Kiedy w pierwszej połowie XVIII wieku wytyczono nowe miasto, w poprzek traktu powstała ulica wiodąca do Komorowic. Przy ulicy wytyczono później działki budowlane, a sam pradawny szlak musiał przez to ulec nieznacznej korekcie. Za kościołem skręcał w lewo, omijał kwartał zabudowy i - nadrabiając kilkadziesiąt metrów wzdłuż ówczesnej granicy miasta - wracał na swój pradawny tor w okolicach dzisiejszej ul. Wyzwolenia.

Podejrzewam, że na tyłach kamienicy, w jej ogrodzie, dałoby się uchwycić relikty tej drogi, pozostające pod ziemią. Kiedy bowiem rzucimy okiem na plan Białej, albo na zdjęcia w Google Maps, łatwo zauważymy, że przebieg ulicy Paderewskiego jest nienaturalny i jak na tę część ściśle wytyczonego miasta - zbyt kręty. Oś wschodniej części tej ulicy leży omalże w osi ulicy Targowej, sugerując, że kiedyś obie te ulice tworzyły jedną arterię komunikacyjną.

Tędy właśnie, z Krakowa jechały wozy z solą, nad którymi pieczę sprawowali bialscy prasołowie czyli handlarze solą; tędy, w 1683 roku nadciągnął zmierzający pod Wiedeń oddział sześciu tysięcy jezdnych króla Jana III Sobieskiego, pod dowództwem Mikołaja Sieniawskiego.

Trakt - dotarłszy do drogi Kęty-Żywiec (dzisiejsza ulica Wyzwolenia) - odbijał na północ i podążał ku Hałcnowskiej Kępie, by stamtąd poprowadzić prosto na Kęty.

Na granicy Bielska-Białej i Kóz Stara Droga istnieje właściwie do dziś. Dużo się zmieniło od czasu, kiedy tędy właśnie ciągnęły na Wiedeń wojska Sobieskiego, ale to ciągle jest ta sama droga, ten sam trakt...

Dlaczego poświęcam starej drodze tyle uwagi? Bo sądzę, że właśnie ona jest powodem, dla którego osada Biała mogła w błyskawicznym czasie rozwinąć się i stać konkurencją dla macierzystej wsi Lipnik (która - tak na marginesie - leżała poza tym istotnym szlakiem handlowym). To właśnie dzięki temu, że Biała leżała na trasie Via Antiqua, jej rozwój mógł nabrać takiego tempa.


W analizie historii zbyt wielką wagę przywiązujemy do wielkich i znanych postaci, czy istotnych wydarzeń. Zbyt mało natomiast interesujemy się zjawiskami natury ekonomicznej, bytowej, czy - prosto - ludzkiej. A to właśnie takie zjawiska, w perspektywie wieków, miały najistotniejsze dla powstania i rozwoju ludzkich osad znaczenie. To właśnie one wytyczały trendy, kierowały rozwojem i pobudzały do zmian. I decydowały o losie, przetrwaniu, zwycięstwie.

Poza tym - proszę mi wybaczyć szczerość - w tym smutnym, odwilżowym czasie, pełnym szarości, topniejącego śniegu i wyzierających spod niego psich pozostałości, miło jest zagłębić się w historię miejsc bliskich i serdecznych. Nawet jeśli te historyczne trakty też upstrzone są historycznymi pozostałościami historycznych zwierząt pociągowych...

2013-03-02 | Dodaj komentarz
jan-lipnik
2016-08-08 20:21:27
Troszkę do tej najstarszej części osady Biała. to tak jakby tu była pustynia a nie 700 letnia wieś Lipnik. Najstarsza częścią jest po prostu dziś ul. Stojałowskiego w ciągu ulicy lipnickiej . po prostu mieli pola i żyli ponad 250 lat. potem na nieużytku powstało 13 chat dla rzemieślników biedoty bez gruntu czy nawet ogrodów. moim zdaniem w około 1523 roku. i byli. potem Lubowiecki założył kolejną wieś w osi ulicy sukienniczej mieli nawet samorząd księgę gminną i prawa np. dla sukienników. być może te 13 chałup to byli szewcy? jak najbardziej taki targ świński do pozyskiwania skóry był na miejscu. choć historycznie szewcy na podstawie numerów domów w których mieszkali w 18 i19 wieku to właśnie ulica św. Jana.. i dopiero na to nakłada się klasyczna lokacja z rynkiem z 1723 roku. połączenie wszystkich 3 osad w jeden organizm po wcieleniu sukienniczej w ok.1760 roku do białej. Ale najstarsze budynki stały nad Niwka. mnie rozczula w monografii B-B ulokowanie dworu lipnickiego na świńskim targu . vel Bohaterów Stalingradu vel Ratuszowy. ale to chyba było pierwsze takie wyburzenie jeśli wierzyć historykom autorom tego dzieła. wyburzyli dwór starosty i postawili Ratusz? Ręce opadają nad tym dziełem. jan
Komentarzy (6)

Był park...

  
Wizyta w Parku Słowackiego, nie nastroiła mnie optymistycznie. Przyznam szczerze, że z rewitalizacją tego ważnego i lubianego fragmentu miasta wiązałem wielkie nadzieje. Oglądając stare zdjęcia przedstawiające park przy strzelnicy w okresie swej największej świetności, ufałem, że obecny remont w jakimś stopniu - większym, lub mniejszym - przybliży nas do tamtej zapomnianej, ale jakże pożądanej wizji. Wizji, w której współistnieć będą tradycja założenia i nowoczesna technologia.
Jak wyszło?
Właściwie park nie jest jeszcze gotowy. Ogrodzono go, wyłożono alejki, dodano małą architekturę, ale pozostały jeszcze przecież prace najbardziej efektowne - nasadzenia kwiatów, których - jeśli wierzyć projektom - ma być kilkadziesiąt tysięcy cebulek. Zatem trudno wydawać werdykty ostateczne, niemniej jednak już teraz można pokusić się o coś w rodzaju podsumowania prac.
I nie będzie to podsumowanie optymistyczne. Zostawię już w spokoju te dziesiątki koszy na śmieci, które - jak sądzę - są zwyczajnie histeryczną reakcją Ratusza na wszechobecny brud i śmieci. Skupię się raczej na elementach dotąd w dyskusjach i ocenach pomijanych. Pierwszym i najbardziej rzucającym się w oczy elementem parku jest ogrodzenie. Podczas prac betoniarskich, które śledziłem z uwagą sekundując robotnikom (bo zawsze było dla mnie oczywiste, że park miejski konieczie MUSI być porządnie ogrodzony) przekonany byłem, że surowy stan pionowo boniowanego podmurowania płotu to tylko faza przejściowa, że beton zostanie przykryty, zakryty, pokryty, czy w jakikolwiek inny sposób uszlachetniony. Otóż nie. Póki co mamy do czynienia z ogrodzeniem w stylu béton brut i nic nie zwiastuje rychłych zmian. I to jest sytuacja fatalna. To był pierwszy sygnał alarmowy, że z rewitalizacją parku coś jest nie tak.
O ile brama od strony ul. Lubertowicza prezentuje się zasadniczo poprawnie i dość reprezentacyjnie (pomijając powyższe zastrzeżenia dotyczące materiałów i wykończenia), o tyle brama od strony ul Słowackiego, posadowiona ni w pięć i w dziewięć, ani w środku pierzei parku, ani w osi jego głównej alei, ani w osi ul. Sixta, przytulona do ronda alejki, kilka metrów od stromego zjazdu z wału... woła o pomstę do nieba.

Osobną sprawą jest kwestionowana od dawna i oprotestowana dolna płyta parku. Wybetonowanie tak wielkiej powierzchni było podyktowane, jak sądzę, względami praktycznymi i miało na celu podniesienie bezpieczeństwa. Efekt wizualny jest jednak fatalny. Park zamienia się w betonowy plac otoczony drzewami i klombami. Tak być nie może.
Mała architektura. Tutaj sprawy mają się tragicznie. Prawie jedna trzecia ławek w parku jest niewypoziomowana! Na wielu z nich nie da się nawet usiąść, żeby nie zjechać na bok, a gdzież tu mówić o spokojnym odpoczynku i relaksie... Design ławek jest dwojaki - z oparciem i bez, drewniano-metalowy, w tonacji raczej szarej, praktycznej, w złym guście.
Podobnie jak fontanny. Są dwie na dolnym poziomie, obie połączone kaskadą (skąd my to znamy?), każda z nich otoczona jest masywną, toporną barierą ("barierką" tego nie nazwę za skarby!), która przypomina raczej zaporę czołgową, a nie gustowny, wtopiony w parkowy krajobraz element architektury.
Wreszcie latarnie... W parku o prawie studwudziestoletniej tradycji zamontowano lampy jakby żywcem wzięte z dworca, hali produkcyjnej, albo lotniska. Lampy z ekanami rozpraszającymi światło (zatem z oszczędnością nie ma to nic wspólnego), stalowe, bezduszne, emitujące zimne, jaskrawe stadionowe światło.

Cóż... Był park...

A mogło być tak pięknie. Nie, co ja piszę! Już było pięknie.
Czy nie lepiej było do tego wrócić?
Najwyraźniej nie. Brzydota, brak funkcjonalności, betonowe prostactwo to dzisiejszy model architektury krajobrazu.
Czasami zastanawiam się, czy wynika to z poziomu wykształcenia projektantów, z ich braku przygotowania historyczno-kulturowego, z ambicji odciśnięcia na rzeczywistości własnego, indywidualnego - nie zawsze czytelnego i prawie zawsze skrajnie kontrowersyjnego - piętna, czy po prostu ze złej woli. Jakakolwiek jest odpowiedź na to pytanie, jest źle. Stary, pamiętający jeszcze XIX wiek park na naszych oczach staje się nowoczesnym użytkowym postnowoczesnym dziwadłem.
Signum temporis?
Być może. Problem jednak w tym, że żadne "czasy" - nawet te dzisiejsze - nie usprawiedliwiają podobnych gwałtów. Gwałtów, które stoją w sprzeczności z historią miejsca, z jego kulturową i społeczną istotą, z bagażem, z którym je od poprzednich pokoleń otrzymaliśmy, a który lekkomyślnie trwonimy, zostawiając pokoleniom następnym jego karykaturę.
Tym bardziej bolesna jest świadomść, że to nie ostatni pomysł tego typu. Oto młodzi architekci niecierpliwie ostrzą sobie zęby na kolejne lokalizacje pod swoje niewczesne pomysły. Portal bielsko.biala.pl informował o tym niedawno na swoich łamach:

http://www.bielsko.biala.pl/aktualnosci/24229/szklany-most-nad-biala

I znów w bezpośrednim sąsiedztwie jednej z najbardziej reprezentacyjnych budowli miasta, jaką jest ratusz mamy do czynienia z betonowo-szklaną wizją popstrzoną rzeźbami, makietami, wrakami samochodów (sic!), potworkami w stylu "biznes park" i szklanymi mostkami...
I znów zastanawiam się, czy twórcy tych projektów, ci, którzy twórców promują i ci, co nagradzają, nie widzą absurdu tych wizji, nie dostrzegają dysonansu, jaki te wizje wprowadzają w krajobraz miasta, zgrzytu, który odbiera miejscu charakter, klimat i sens? Czy nie czują paradoksu takich nowoczesności w miejscu, w którym nowoczesność po prostu nie pasuje? Skąd ten pęd ku konfrontowaniu historii z dzisiejszością, skąd tendencja do mieszania stylów, paskudzenia piękna formami o pseudowartościowych przesłaniach?
Nie wiem.
To prawda - założenie na tyłach Ratusza nigdy nie miało charakteru ogrodowego, zawsze parkowe, jednak nic nie stoi na przeszkodzie - skoro już bierzemy się za ten fragment - aby coś w tym kierunku uczynić. Z korzyścią dla miasta.
Jak ja to widzę?
Nie domagam się, rzecz jasna, miniatury Grand Trianon, czy Schönbrunn, jednak założenie leżące u podstaw kompozycji miejskiego skweru ratuszowego (inaczej tego nazwać nie można) powinno czerpać z tradycji ogrodu w stylu francuskim, jako, że jest on najprostszą i najbezpieczniejszą formą zagospodarowania przestrzeni na małym obszarze, a jednoczesnie idealnie komponuje sie z samym budynkiem ratusza.
Skupić się powinniśmy na parterze i na najniższych formach przestrzennych z haftami kwiatowymi, najlepiej w oszczędnym kompartymencie obwiedzionym proporcjonalnie niewielkimi, ale wyraźnymi wolutami. Formy wyższe - ze względu na niewielki obszar, z jakim mamy do czynienia, ograniczyłbym do minimum. I tak propopnuję niskie, przystrzyżone do form graniastych żywopłoty wzdłuz alejek (wysypywanych żwirem - jak przystało na porządny park), wyższe krzewy nasadzone w każdym punkcie mocnym kompartymentów, wreszcie wykorzystanie rosnących tam drzew, które stanowiłyby dla alejek i klombów idealne uzupełnienie. Zdaję sobie sprawę, że tego typu forma wymaga umiejętnych nasadzeń i nieustannej, prawie codziennej pielęgnacji, ale przecież również i to decyduje o wyjątkowości ogrodu, czy parku i summa summarum nie jest przecież aż tak uciażliwe, aby stało sie niemozliwe.
Widzę więc prosty (choć wymagający w utrzymaniu) projekt nawiązujący stylizacją do bryły ratusza i korespondujący z charakterem miejsca. Żadnych konstrukcji, instalacji, zero betonu, minimum kamienia i wszechobecna zieleń i kwiaty. Infrastruktura również bez szaleństw - kilka ławek nawiązujących kształtem, kilka stylizowanych latarni, dyskretne krawężniki ramujące klomby i kompartymenty...
Czy to zbyt wiele? Czy to zbyt trudne? Niemodne?
Chyba tak. Ale w swojej naiwności ciągle mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, w którym tego typu wizje zaczną się spełniać, a nasze miasto będzie pełnymi garściami korzystać z dobrych, sprawdzonych wzorów, które ciągle są na wyciągnięcie ręki.
I czekają.
2013-02-16 | Dodaj komentarz
Angus
2013-02-18 12:03:42
Patrząc na tę pseudorealizację pseudoprojektu kilka pytań się nasuwa. Czy przyczyną jest zła wola, wybór najtańszego rozwiązania, prywatny interes producenta koszy i lamp czy estetyka wg zasad byle jakie, byle nowe i śliczne jak z castoramy? Być może wszytko po trochu, a najbardziej czyjaś niekompetencja połączona z zadufaniem i mocą decyzyjną. A najciekawsze w tym wszytkim jest to, że jednocześnie w mieście mogą powstawać rozwiazania bardziej sensowne, jak np. skwer przy katedrze, czy na Orkana. Dziwne....
Maciej P.
2013-02-21 19:48:55
W tym konkretnym przypadku ratuszowego parku skłaniam się ku tezie, że winę za fatalny stan rzeczy ponosi jednak fuzja dwóch czynników - po pierwsze złotego cielca, jakim jest gloryfikowana "święta kreatywność młodego pokolenia", któremu daje się wolne pole, aby zagospodarowało przestrzeń według własnego uznania (im nowocześniej i dziwniej - tym lepiej) oraz po drugie braku wyczucia. Pod tym ostatnim pojęciem rozumiem bardzo szerokie spektrum problemów od systemowego niedouctwa akademickiego pokrywanego wątpliwej próby pomysłowością, aż po wrodzony brak poczucia estetyki. Chociaż tutaj sprawa nie jest taka prosta. Wielu absolwentów architektury i architektury krajobrazu, z którymi miałem przyjemność rozmawiać, przejawiało wielkie wyczucie estetyki, znajomości stylów i umiejętności ich adaptacji. Wielu z nich jednak świadomie je odrzucało, co czyni sprawę jeszcze bardziej dziwną i przykrą.
jacob
2013-02-26 21:46:51
Świetnie napisany artykuł, niewinnie Pan zaczyna, pisząc że podsumowanie nie będzie optymistyczne, jednak w trakcie pisania coś wewnętrznego wymusza na Panu porzucenie tych zachowawczych konwenansów i ... jedzie Pan prosto z mostu, pojawiają się słowa "woła o pomstę nieba" , "sprawy mają się tragicznie", "brzydota", "prostactwo". Cieszy mnie, że nie wszyscy zostali w Bielsku otumanieni muzyką disco-polo i jej odpowiednikiem w architekturze. Jednak martwi mnie, że uwag takich osób jak Pana nikt w tym mieście nie słucha, a projekty nie są uzgadniane z lokalnymi społecznościami. Kiedyś dawno istniało w Bielsku Towarzystwo Upiększania Miasta ( nie przekręciłem?), udowodnione jest, że na świecie ludzi głupich jest więcej niż ludzi mądrych jednak nie oznacza to, że będąc w opozycji stoimy na straconej pozycji może bardziej zdecydowanie powinniśmy przeciwstawiać się pomysłom tej większości ?
Maciej P.
2013-02-27 07:38:26
@ jacob. Dziękuję za miłe słowa. Tak, to prawda - opozycja ma się może nieźle, ale ciągle jest mniej liczna, co w dzisiejszych czasach szczególnej tendencji do demokratyzowania wszystkiego, co się da, nie wróży nic dobrego. Mam jednak nadzieję, że w istocie nie trzeba walczyć z głupotą wszystkich, ale raczej z uporem tych, którzy mają w kwestii rozwoju miasta wiążący głos. I tu już jest nadzieja. Bo "decyzyjnych" jest dużo mniej. Tak, odnośnie Towarzystwa ma Pan rację. To było Bielsko Bialskie Towarzystwo Upiększania Miasta (B.B. Verschöneungs-Verein). Założone przez trzech - wpływowych wprawdzie - ale przecież pozostających w zdecydowanej mniejszości inicjatorów... :-) Dziś to raczej nie do pomyślenia. Vide: kłopoty ot, choćby takiego zacnego Stowarzyszenia "Olszówka"... "Kłody pod nogi" (rzucane Stowarzyszeniu przez Miasto) to w tym przypadku słodki eufemizm. Innymi słowy - czasy mamy ciężkie i ponure... :-) Pozdrawiam.
bogdanbo
2013-02-27 13:37:50
>@liceummundi/ Zgadzam się z Pana oceną, Warto dodać, że przy pracach poprzedzających rewitalizację parków, zanim nastapi przygotowanie do zaoferowania projektantom założeń projektu i koncepcji gminy, omnipotentny Ratusz nie konsultuje założeń z mieszkańcami. A przecież to my jesteśmy odbiorcami i użytkownikami takiego pseudo-produktu. Owszem, póżniej wystawia się projekt do konsultacji - upierając się, że jest znakomity. Jedna uwaga do tekstu: nie sądzę, żeby każdy park musiał posiadać ogrodzenie; to zbędny i duży wydatek; póżniej brakuje środków na dokończenie i upiększenie parku. Jestem zwolennikiem parku otwartego, dostępnego ze wszystkich stron. Wystarczy, że grodzi się place zabaw, to jest potrzebne ale i wymagane przepisami. Czy można wpłynąć na taki jak się lansuje kierunek projektowania i wykonania rewitalizacji parków? Z mojego osobistego doświadczenia dotyczącego realizacji przez gminę parku przy Spółdzielców/Tańskiego - tak,można ale w ograniczonym zakresie. Występując z upoważnienia okolicznych mieszkańców i przy współudziale RO Polskich Skrzydeł, już po zatwierdzeniu projektu a więc w fazie jego realizacji, aktywnie oddziaływalismy na zmiany możliwe do przeprowadzenia na tym etapie. Czy pisać o szczegółach? Ścieżki, kilkaset metrów są żwirowe, ograniczono ilość ławek do 20 z planowanych 32. Zrezygnowno z ustawienia ławek, koszy i latarni na górkach wykorzystywanych zimą do jazdy na nartach i saneczkach. Projektant, f-ma z Gliwic, naniosła wiele rzeczy bezmyślnie. Zagrażałyby bezpieczeństwu najmłodszych. Nie wchodząc w szczegóły, park ma 2,3 ha, budowany jest od 3 lat i nie wszystko jest już wykonane; mogę tylko dodać, że potrzeba dużej cierpliwości aby kogokolwiek przekonać do zmian podczas realizacji. Uważam jednak, że próbować warto. Proszę wstąpić do tego parku - jestem ciekaw Pana opinii. Możemy też porównać projekt pierwotny z tym co jest obecnie, po wielu zmianach.
Maciej P.
2013-02-27 17:08:22
@bogdanbo Rzeczywiście Ratusz traktuje nas, mieszkańców jak przedszkolaków, prowadząc za rączkę i wmawiając, że wie lepiej niż my, czego chcemy. W takiej atmosferze trudno reagować wystarczająco szybko i wystarczająco skutecznie. Tym bardziej cieszy, że inicjatywy mieszkańców, takie jak ta, o której Pan pisze, zdarzają się i mają szansę powodzenia. I jest to dobry prognostyk na przyszłość. Wspomniany park przy Spółdzielców odwiedzę prawdopodobnie w sobotę, być może pokuszę się o wpis. Jeśli chodzi o ogradzanie parków - rzecz jasna, we wpisie mówiłem tylko o tym konkretnym parku. Płot w jego przypadku jest - wydaje mi się -oczywistością historyczną. Aczkolwiek co do zasady nie upieram się wcale. Są przecież w mieście parki, którym z płotem byłoby rzeczywiście mniej do twarzy. Nie mówiąc o kosztach. Pozdrawiam
Komentarzy (2)

Życiodajna aorta miasta

  
Fakt, że miasta lokuje się zazwyczaj przy rzekach jest oczywistym truizmem. Cieki były źródłem wody, pożywienia, służyły za napęd dla miejskich zakładów, odprowadzały ścieki. Również Bielsko rozpołożyło się nad Białą (a raczej nad Bystrą, bo aż do czasów nowożytnych naszą rzekę tak właśnie nazywano) i jej mniejszymi dopływami - Niprem, czy Młynówką z tych samych powodów. Liczne miejskie tartaki, młyny, a później folusze i farbiarnie potrzebowały cieków o stałym przepływie nurtu, aby napędzać maszyny przemysłowe. Potoki musiały też dostarczać świeżej wody browarom i gorzelniom. Na rozległych łąkach nadrzecznych rozciągano płaty płótna, by - polewając je wodą - blichować czyli bielić.

Rzeka jako warunek istnienia miasta była faktem bezdyskusyjnym. I nikt tego nie kwestionował. Miasto przytuliło sie do rzeki i czerpało z niej korzyści, jej zawdzięczając swój rozwój - przynajmniej w początkowej fazie.

Na dawnych litografiach i fotografiach dostrzec można jednak pewną bardzo ciekawą cechę bielskiego, a później bielsko-bialskiego nadrzecznego bytowania. W żadnym okresie dziejów, na żadnym etapie swego rozwoju miasto nie traktowało rzeki jako miejsca szczególnie przyjaznego dla mieszkańca, czy chociażby wartego zainteresowania innego niż industrialne. Inaczej niż na wsi, rzeka w mieście traktowana była wyjątkowo utylitarnie, nawet w czasach, kiedy rekreacja jako sposób realizacji jakichś wznioślejszych ideałów (towarzystwa gimnastyczne na przełomie XIX i XX wieku) kwitła w najlepsze.

Oczywiście powodem tego stanu rzeczy był na pewno nieobliczalny górski charakter Białej i wynikające zeń okresowe znaczne przybory wody. To one były zjawiskiem wymuszającym takie a nie inne rozwiązania inżynieryjne, które jednoznacznie przekreślały lekkomyślne korzystanie z żywiołu.

Tereny nad brzegami rzeki, w ścisłym centrum miasta, a szczególnie w dzielnicach przemysłowych nabierały przez to specyficznego, raczej odstręczającego wyglądu. I tak było nie tylko u nas.

Dlaczego o tym piszę?
Coraz częściej słychać w Bielsku-Białej głosy nawołujące do tego, by miasto zwróciło sie ku rzece, nad którą od wieków leży.

Głosy te pojawiają się w przestrzeni publicznej zarówno w kontekście przemysłowo-handlowym, rekreacyjnym, jak i kulturowym (jeszcze niedawno tak radośnie promowanym przez członków Klubu Gaja odważnie plażujących nad Białą, na Kamieńcu, u stóp kamienicy Burdy). O ile pierwszy z kontekstów nieśmiało już zaczyna dojrzewać w głowach inwestorów, czego przykładem jest choćby zwrócenie sie ku nabrzeżom Białej niektórych lokali w Sferze II i otwarcie nań tarasów ze stoliczkami, o tyle kontekst dotyczący rekreacji bardziej czynnej jest kwestią dużo trudniejszą do realizacji. A miejscami wręcz niemożliwą. Prawdę powiedziawszy w naszej Bielsko-Bialskiej rzeczywistości pomysł ten jest - z powodów przytoczonych wyżej - pomysłem tak nienaturalnym, że na pierwszy rzut oka wręcz absurdalnym.

Rzeka w naszym mieście - jako się rzekło - nigdy nie była postrzegana jako miejsce miłego wypoczynku, całe wieki toczyła przecież nie tylko wody, ale i odpady farbiarskie, mydliny z bud pralniczych, ścieki przemysłowe... Później - kiedy przemysł obumarł ostatecznie - już tylko straszyła wybetonowanymi nabrzeżami. Czy w mieście o tak słabych tradycjach rzecznych (w pełnym tego słowa znaczeniu) można w ogóle myśleć o zbudowaniu od podstaw miejskiej "riviery"?

Dlaczego nie? Biorąc pod uwagę, że istniejący tutaj przemysł, od wieków czerpiący z rzeki swe siły, dziś przestał już "okupować" Białą, nie jest to pomysł (nomen-omen) niedorzeczny. Oczywiście nie mam na myśli plaży przy ujściu Niwki, ale raczej miejsce, które otwierałoby miasto na rzekę w dużo szerszej perspektywie.


Już jakiś czas temu rozmyślano nad projektem utworzenia schodów do rzeki właśnie tam, w okolicy 11 Listopada. I chociaż akurat tej lokalizacji jestem przeciwny, wiedząc jak uciążliwa potrafi być Niwka wlewająca swe nie zawsze przejrzyste wody do Białej, to samemu projektowi można tylko przyklasnąć. Całemu fragmentowi miasta wraz z istniejącymi założeniami zielonymi, fontannami i skwerami nadałoby to specyficznego, naprawdę oryginalnego charakteru.

Tego typu rozwiązania mogłyby pojawić się wszędzie tam, gdzie jest nieco wolnego miejsca i ruch kołowy nie doskwierałby zanadto odpoczywającym. Mamy bulwar w pobliżu Ratusza, na najstarszym bialskim blichu, skwer wzdłuż ul. Sempołowskiej, park Mickiewicza, skoro już poruszamy się w górę rzeki... Na całej, kilkukilometrowej linii rzeki aż po Park Strzygowskiego i skwery wzdłuż ul. generała Maczka takie możliwości istnieją i wszędzie tam, (albo choćby w jednym z tych miejsc) taki projekt warto uskutecznić... Potrzeba tylko chęci. I pieniędzy. No właśnie...

Już wiadomo, że duży projekt Urzędu Miasta „Rewitalizacja przestrzeni nadbrzeżnych: rzek, potoków i zbiorników wodnych Subregionu Południowego", który ma być realizowany do 2014 r. nie będzie obejmował zmian tego typu. A szkoda. Pozostawienie tej centralnej osi miasta w stanie dotychczasowym, samemu miastu może tylko zaszkodzić.

Wprawdzie powoływanie się w tym kontekście na miasta zachodnie, które zwracają się ku rzekom, nad którymi leżą, jest właściwie nadużyciem ze względu na zupełnie inny ich charakter, ale, jak widać poniżej, również w Bielsku-Białej idea zaczyna nieśmiało kiełkować i - kto wie - może już niedługo coś w temacie ruszy...?

Miasto zmienia się na naszych oczach. Z ośrodka przemysłowego gwałtownie przekształca się (właściwie w kontekście historycznym można powiedzieć: na powrót) w ośrodek handlowy, usługowy i - co jest już pewną nowością - turystyczny. Może warto pójść w tym kierunku i wykorzystać potencjał w nim tkwiący, tam właśnie inwestując środki?

2013-01-17 | Dodaj komentarz
Angus
2013-01-22 09:25:59
Jedną z lepszych lokalizacji do tego typu inwestycji są okolice parku Strzygowskiego. Teren przez lata zapomniany, dziś, gdy opodal rozrasta sie Gemini, móglby odżyć i stać się kolejnym miejscem rekreacji dla mieszkańców...Może kiedyś?
Maciej P.
2013-01-23 12:31:54
Tak, to prawda. Park Strzygowskiego, po odpowiednim przygotowaniu mógłby być doskonałym miejscem lokalizacji takiej inwestycji. Zyskałby przy tym również sam park, który ma w sobie spory potencjał i mógłby stać się po Cygańskim Lesie i parku Mickiewicza (parku Słowackiego od ostatniej skandalicznej "renowacji" na tę listę nie wpisuję) jednym z ciekawszych miejskich terenów zielonych. Nawet bliskość ul. Partyzantów nie jest, jak sądzę, zbytnią przeszkodą. Rzeka w tym miejscu płynie wśród gęstej zieleni.

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[marzanna]
Dom Karola Korna znajduje się na ulicy Mickiewicza.Niedawno odsłonięto pamiątkową tablicę na jego cześć. Nawiązując...
[marzanna]
Cudownie,że znowu pan pisze. Opowieści pana czytam po kilka razy. Czekam z niecierpliwością na następne....
[beskid]
Teraz dopiero odkryłem Pańskiego bloga... GRATULUJĘ

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 244105
Newsów: 91
Komentarzy: 328
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała