liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Apendyks

  

czyli

krótko o pragmatyzmie przodków


Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące skrzyżowania Partyzantów, Michałowicza i 1 Maja i unaocznić, gdzie mógł stać budynek z fotografii archiwalnej popełniłem mały kolaż (fotomontażem tego nie nazwę - nie mam odwagi).

Gimp w moich rękach ciągle jest jak skalpel w dłoni pijanego felczera, jednak staram się jak mogę.

Oto skrzyżowanie dzisiaj i nieistniejący już budynek. Myślę, że umiejscowiłem go w miarę poprawnie. Fotograf robiący stare zdjęcie stał zapewne na rogu, tuż przy hali dawnej Befamy (niedawnym Tesco).

Co do budynków w tle zdjęcia - jak już pisałem - jeden z nich, ten żółty z brązowym dachem, to kamienica Fussgängerów. Zbudowana w 1911 roku stoi do dziś. Jego fragment widać również na starej fotografii.

Warto poświęcić jej trochę uwagi. Kamienica powstała w miejscu starszego budynku (zaznaczony na zielono), dużo mniejszego - część parceli, bezpośrednio przylegająca do ulicy Alleegasse (1 Maja) była pierwotnie pusta. Na powyższym fragmencie planu Friedla widać dokładnie, dlaczego tak było. Otóż jeszcze końcem XIX wieku potok Sikornik przepływał właśnie w tym miejscu. Stary dom Fussgängera przylegał do jego koryta. Co ciekawe, nowa kamienica także budowana była z uwzględnieniem tego cieku. Wprawdzie Fussgänger ten nowy dom zbudował już na całej parceli, aż do Alleegasse, tak jakby Sikornika już tam nie było, jednak wprawne oko zauważy, że budynek, w miejscu, gdzie łączą się jego obie części (lewo- i prawobrzeżna), do dziś posiada biegnącą przez całą wysokość, maskowaną szczelinę dylatacyjną. Właśnie w miejscu dawnego przebiegu kanału Meisengrundbach.

Przebieg cieków wodnych w obrębie dzisiejszego skrzyżowania przy Blichu to już całkiem osobne zagadnienie. I niezwykle ciekawe. Zarówno na planie katastralnym z 1836, na planie Schwarza, jak i na późniejszym nieco planie Friedla siatka wodna zaznaczona jest bardzo wyraźnie. I oprócz tego, że znany jest przebieg potoków, można z niego dodatkowo wywnioskować jeszcze inne, mniej rzucające się w oczy fakty.

Proszę spojrzeć na dolny kraniec tego fragmentu planu Schwarza. Spływający z obszaru zwanego Meisengrund, od dzisiejszej ulicy Michałowicza potok Sikornik, po połączeniu się z płynącą od południa Młynówką, właśnie tu, w okolicy dzisiejszej stacji benzynowej zatacza spory, niespodziewany łuk. Naturalny charakter tego meandru pozwala wnioskować, że potok musiał omijać jakąś znaczącą przeszkodę, która stanęła na jego drodze. Tą przeszkodą mogła być tylko wybitna wyniosłość terenu. Ten wniosek zdaje się potwierdzać dawny przebieg końcowego odcinka ulicy Michałowicza, który przed połączeniem z Partyzantów niespodziewanie odchyla się ku północy, jakby próbując ominąć tę samą wyniosłość od drugiej strony.

(Dziękujemy Ci, Google! Potrzykroć!)

Dziś po tym elemencie geomorfologicznym nie ma, rzecz jasna, śladu, tak jak i po samych potokach. Ale mimo, że Młynówka i Sikornik zniknęły z krajobrazu tej cześci miasta, ciągle pozostały milczące ślady obecności przeszkody, którą musiały omijać tutejsze drogi.

Skośny odcinek ulicy Partyzantów przeznaczony dziś do skrętu w prawo, w ul. 1 Maja, to pozostałość po starej drodze blichowej. Pierwotnie na Blich jeżdżono właśnie tędy. Szosa ta także - a raczej jej odchylenie od linii prostej - jest dowodem na to, że w miejscu dzisiejszego skrzyżowania, jeszcze sto lat temu wznosiła się prawdopodobnie przeszkoda. Zapewne nie była to żadna niebotyczna góra, być może zwykły naturalny kopiec. Najpewniej jednak na tyle wyniosły, że dawnym mierniczym bardziej opłacało się zmienić bieg drogi, niż wkopywać w jego stok, lub całkiem niwelować.

Biorąc pod uwagę pragmatyzm naszych przodków, nie ma wątpliwości, że doskonale oszacowali wszystkie za i przeciw. Cokolwiek stało im na przeszkodzie, wytyczenie takiej a nie innej linii drogi było najlepszym, a być może jedynym rozwiązaniem w tamtych zaprzeszłych czasach.

2016-06-03 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-06-04 22:01:17
Jak zwykle, podziwiam wiedzę i dociekliwość Szanownego Autora. Ośmielam się uzupełnić, że ten "skośny przebieg Partyzantów do sketu w 1 Maja" to był ongi jej bieg podstawowy (napomykasz o tym mówiąc o drodze na Blich). Tedy jechał tramwaj, po przeniesieniu w 1926 r., tor był po stronie zabudowanej; pod opisywaną dużą kamienicą był przystanek. Przynajmniej tak było w latach 60., które pamiętam najlepiej...
MarianS.
2016-06-05 16:22:48
Tak P.AndrzejuP. - a po przeciwnej stronie wyburzono całą pierzeję aż do szk.nr 5 dla poszerzenia ul. Partyzantów - tak ok. 71-73r.- jak pamietam - chociaż na stałe zamieszkałem w BB dopiero w 74r. Pozdrawiam.
Komentarzy (2)

Bakcyl

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

część trzecia

Secesja, której obecność w naszym mieście zaznaczyliśmy w poprzednim odcinku Stronniczej i subiektywnej historii bielsko-bialskiej architektury, wbrew pozorom i mimo niezwykle krótkiego okresu, w jakim funkcjonowała, wcale nie była nurtem jednorodnym. Również i ona, być może nawet w sposób szczególnie intensywny, podlegała zmianom i mutacji, których odbicia dostrzegamy także i w naszym mieście.

Secesja była pierwotnie zjawiskiem - jak już wiadomo - o cechach wybitnie estetycznych, przy czym ten estetyzm podlegał, podobnie jak w poprzednich epokach, pewnym ścisłym zasadom. I tak mamy tu szczególnie mocne akcenty położone na harmonię linii i proporcje kształtów, równowagę ornamentu i oszczędną tonację barw. Budowle o takiej charakterystyce mogły uchodzić wręcz za kontynuację historyzmu, tylko tym razem w nieco fantastycznym, artystowskim kostiumie.

Tego typu zjawiska nie trwały jednak zbyt długo. Rychło okazało się, że w rewolucji, która wybuchła u schyłku epoki, chodziło nie tylko o zerwanie ze schematycznością historyzujących stylów, nie tylko o wyzwolenie z więzów krępujących swobodną ekspresję pomysłów, ale również i o szczególne, niezwykle mocne zaznaczenie indywidualności projektu, a co za tym idzie, indywidualizmu jego twórcy.

Być może demonizuję nieco, ale sądzę, że to, co pojawiło się na przełomie wieku XIX i XX w pracowniach architektonicznych całego cywilizowanego świata, ta przemożna chęć wywarcia na projekcie, budowli a wreszcie i na samym mieście indywidualnego piętna architekta, stało się zarzewiem wielkiego, wszechogarniającego płomienia estetycznego buntu przeciw schematyzmowi architektury.

Kiedy spojrzymy krytycznym okiem na secesję w naszym mieście, być może dojrzymy w fasadach tych kamienic, w ich rysunku i charakterze pewne zasadnicze różnice. Część budynków - nawet na tle tak oryginalnego przecież stylu - zdaje się odróżniać znacząco od innych. Na tle secesji stonowanej, dość "konserwatywnej" powiedzielibyśmy, przemawiającej jeszcze starymi brzmieniami, mocno wyróżnia się nurt odmienny, bardziej odważny, cyzelowany, pozbawiony kaftana zasad. Nurt swobodny, oryginalny i indywidualny właśnie.

Nurt tak indywidualny, że aż w jakiś bezczelny sposób uroczy. Zerwanie z zasadami harmonii, proporcji i złotego podziału widać wyraźnie choćby w fasadzie kamienicy, przy ulicy Barlickiego 3 (powstałej jako gmach Komunalnej Kasy Oszczędności w Bielsku). Ponieważ stoi ona opodal słynnej, wielokrotnie przedstawianej, omawianej i analizowanej modernistycznej kamienicy Fabianiego (Cafe del Europe), tkwi więc w cieniu tamtej, sławniejszej sąsiadki. A przecież ta secesyjna, a w pewnym sensie już modernistyczna budowla również zasługuje na uwagę. Jej ornament, charakterystyczny dla secesji późniejszego nurtu nie jest już wystudiowanym, obecnym jedynie w architekturze zdobnikiem. Proszę zwrócić uwagę, że te migdałowe formy w kartuszach międzyokiennych i w portalu, nie zawierają już tej matematycznej, geometrycznej regularności, choć płynne i łagodnie obłe, wymykają się proporcji i złotemu cięciu. Oto niepostrzeżenie do architektury wkradła się dowolność! Improwizowana, intuicyjna estetyka, nowy ład. Ale prócz tego jest tu coś jeszcze. Oto na fasadzie pojawiają się elementy, które równie dobrze można byłoby znaleźć w książkowej ilustracji, na olejnym płótnie, czy w niewysublimowanej rzeźbie.

Pojawia się zdobienie, które jest i nowe, bo przecież w takiej formie nigdy dotąd nie występowało, i bardzo stare, posiadające wiekowe tradycje, bo oto w kamieniu, gipsie i cegle oddano to, co od zawsze towarzyszyło człowiekowi, ale w sztukach zupełnie innych niż architektura. Przekopiowano na elewacje motywy graficzne, malarskie i rzeźbiarskie, czyniąc z kamienic coś w rodzaju ilustracji. Czasem zapierających dech, czasem delikatnych i dyskretnych. Tak jak na powyższym zdjęciu. To nadal budynek przy Barlickiego. Niepozorny polny ptaszek sprawia wrażenie, jakby był wycięty z jakiejś książkowej ilustracji i po prostu wklejony nad balkonowe okno kamienicy.

Nieopodal towarzyszy mu martwa natura żywcem wyjęta z olejnego malowidła.

Znamiennym jest fakt, że projekt gmachu Komunalnej Kasy Oszczędności był projektem, który zwyciężył w konkursie, pokonując dziewiętnaście innych propozycji. Już samo to dużo mówi o ówczesnych gustach.

Kamienica przy Komorowickiej, której fasada z kompozycyjnego punktu widzenia zupełnie wymyka się utartym schematom, to również przykład takiej właśnie dyskretnej secesyjnej "ilustracyjności". Fantazyjna roślinna kiść, a także zdobiące wykusz kamienicy festony, do złudzenia przypominają graficzne winietki w książce, czy w gazecie. Oryginalnie? I tak, i nie.

Na pewno brak tutaj bezdusznej, matematycznej kalkulacji, brak schematów i wzorów, brak linijki i kątomierza. Nie brak za to fantazji, chociaż, jak się okazuje ta fantazja też cechuje się pewną wtórnością.

Jednakże to nie owa ilustracyjność ornamentu (zapożyczona przecież) stanowi o doniosłości secesji, nie ów obrazkowy charakter jest najważniejszy - nie tylko dla niej samej, ale i dla przyszłego rozwoju architektury - ale raczej ta głęboka, czasem niedostrzegana indywidualność projektów właśnie. Ten indywidualistyczny sznyt, wyzwolenie spod reżimu schematu i z przymusu, zaniechanie zasad i reguł. To one, raz zapuściwszy korzenie w umysłach architektów i urbanistów, rozkrzewiły się niczym dziki, żywotny busz, obejmując w swe władanie coraz większe połacie architektonicznych obszarów. Bezdyskusyjnie, bezkompromisowo, bez odwrotu.

Nagle bowiem okazało się, że twórca może konstruować rzeczywistość z pominięciem każdej reguły, prócz tych najbardziej oczywistych, jak grawitacja i zasady bezpiecznego stawiania domów. Poza tymi, czysto fizycznymi barierami, architekt nie miał już żadnych innych ograniczeń. Jego fantazja była ostatnim bastionem, a zdrowy rozsądek ostatnią nadzieją. Czasem złudną.

Oczywiście koniec świata nie nadszedł. Domy, kamienice, fabryki, ratusze i kościoły nadal cechowały się specyficznym pięknem i harmonią, bo mimo uwolnienia się od schematu i dyktatu zasad, przestrzeń publiczna ciągle wymagała od twórców pewnej delikatności i przyzwoitości, a sami twórcy mieli jeszcze wystarczającą dozę pokory i samokontroli, a także wiedzy i doświadczenia, aby świat, który kształtowali siłą swych umysłów i rąk nie stał się kamienno-ceglaną karykaturą. Jakimś cudem - mimo secesyjnej wewnętrznej przemiany - udało się w miastach Europy zachować umiar, sens i piękno.

Jednak, niestety, raz zainfekowane bakcylem individuelosis originaliensis umysły utraciły kontrolę nad sobą i podryfowały w kierunku nieznanych, odległych horyzontów estetyki, na zimne, puste wody morza modernizmu.

Jeszcze modernizm bardzo wczesny, ten wykwitły bezpośrednio z secesji i eklektyzmu, nie zapowiadał tego, co miało wydarzyć się już wkrótce. W jego kształcie tkwi jeszcze i pobrzmiewa (odrobinę nieszczerze) dawna wyszukana świetność, ciąży ku "ciemnemu" okresowi, w którym królowały "napuszone ornamenty" i "przesadzona stylistyka pałacu" - jak lubili kwitować te tendencje oświeceni moderniści.

Przykład wczesnej moderny w naszym mieście rzeczywiście może zdumiewać przywiązaniem do tradycji i dawnych rozwiązań. Będący dziełem architekta pozostającego pod wpływem wiedeńskiej szkoły, gmach Banku Austro-Węgierskiego przy Pastornaku w ogóle nie sprawia wrażenia, jakoby miał być zapowiedzią modernizmu. Bogactwo formy wylewające się z nadokiennych portali, gzymsów, kartuszy i pilastrów oszałamia. Ale i budzi jakąś nieufność. Szczególnie jeśli wie się, czego zapowiedzią jest ten piękny - nie przeczę - budynek pozostający na uboczu i w cieniu gmachów teatru oraz poczty.

Dziś budowla dawnego banku, mocno odarta z przeszłej świetności, pozbawiona przepysznego fryzu z majestatycznym centralnym jego zwieńczeniem nadal cieszy oko (choć samo zwieńczenie stało się ofiarą zacierania niepolskich śladów w mieście - jakiś barbarzyńca, miast skuć po prostu C.K. orła, zwyczajnie i po chamsku zlikwidował całe zwieńczenie wraz z kartuszem). Nadal radują finezyjne portale nadokienne, bogata, choć nieprzesadna dekoracja piętra z przeciekawym rozwiązaniem łuków międzyokiennych, nadal imponują olbrzymie (największe w mieście) głowy lwów tkwiące nad kartuszami, flankujące wybrakowane już dziś zwieńczenie piętra.

To wszystko jednak miało już niebawem odejść w niebyt. Postępujący (co ja mówię - galopujący raczej) modernizm zadbał o to skutecznie. Zrodził się z indywidualizmu. Jednak nie chodziło o indywidualny projekt, ale raczej o indywidualistyczne podejście do samej architektury. Projekty bowiem (co okaże się już niebawem) cechowały się daleko idącą redukcją oryginalnego sznytu, cech własnych i nieszablonowych, a w związku z tym coraz bardzie zaczęły być do siebie podobne.

Na samym początku nic tego nie zapowiadało. U zarania XX wieku zaczęły powstawać budowle coraz bardziej w swej formie wyciszone, spokojne, stonowane. Architektonicznie wręcz ascetyczne. Jednym z reprezentantów takiej architektury jest gmach kolejarskiego domu mieszkalnego przy Wyspiańskiego róg Głowackiego. Ale takich przykładów w mieście jest, rzecz jasna, więcej.

Modernizacja architektury mogła pójść - tak sądzę - w jednym tylko kierunku - ku prostym, solidnym formom codzienności. Zmęczenie architekturą dekoracyjną, przesyt ornamentyką, tęsknota za wyciszeniem i uspokojeniem form, to wszystko jednoznacznie zmierzało ku budowlom, których podstawową cechą jest harmonijna funkcjonalność.


Myliłby się jednak ten, kto zbyt łatwo uległby wrażeniu prostackości. Ja sam, choć modernizmu nie darzę szczególną atencją, doceniam ciekawe projekty, cechujące się szlachetnością i urokiem.

Na całe szczęście w naszym mieście nie trzeba ich długo szukać. Modernizm jest nurtem na stałe zasiedziałym w Bielsku i ma swoją mocną reprezentację, począwszy od budownictwa kompleksowego,

takiego, jak słynne już, omal przysłowiowe, osiedle w dawnych ogrodach zamkowych, stanowiących piękny przykład osiedla pełnego

poprzez spółdzielcze i spółkowe budownictwo wielorodzinne

poprzez budynki użyteczności publicznej (zaprojektowany w 1936 roku bank Komunalnej Kasy Oszczędności nie należy do moich ulubionych projektów, prawda jest jednak taka, że dzisiejszy plac Chrobrego bez tego wybudowanego w stylu funkcjonalistycznym gmachu dziś byłby już niepełny)

aż po zabudowę jednorodzinną, równie u nas obfitą i nierzadko naprawdę wysmakowaną - choć przecież oszczędną (ul. Konopnickiej).

Modernizm to jednak taniec na wulkanie. Tak naprawdę po nim nic już nie było takie jak wcześniej. On był jak fałszywy drogowskaz, który w gęstym, ciemnym lesie wskazywał kierunek. Wszyscy wiedzieli, że pokazuje złą drogę, bo na jej końcu było coś, co groziło estetycznym zatraceniem. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ta droga jest drogą donikąd.

Ale innego drogowskazu nie było.

2016-05-26 | Dodaj komentarz
Krzysztof Czyż
2016-05-30 00:46:49
Bardzo ten wpis mi się podobał. Brakuje mi obecnie takiego wyważonego krytycznego podejścia do architektury doby modernizmu, która przecież wywiera tak wielki wpływ i na współczesność. Historia sztuki ma to do siebie, że wywyższa to co nowe i oryginalne. Kiedyś wszystko mieściło się to w jakichś powszechnie rozumianych i akceptowanych normach piękna (porządki architektoniczne, detal - również secesyjny). Wraz z przełomem modernistycznym te ramy pękły a piękno obiektywne zostało wyrugowane z dyskusji o sztuce i architekturze. Masowość, relatywizm, globalizacja (wszak funkcjonalim określa się też mianem stylu międzynarodowego), to wszystko sprawiło, że ten modernistyczny przełom był raczej nieunikniony. Wielu nie może tego odżałować. Ja jednak zwykłem mawiać, że bez tego co wydarzyło się w XX wieku nigdy nie potrafilibyśmy docenić dawnej architektury, włącznie z podobno odtwórczym historyzmem XIX wieku, tak bardzo jak jest to dzisiaj.
Maciej P.
2016-05-30 19:40:53
@Krzysztof Czyż. Dziękuję za dobre słowo. Muszę przyznać, że w trakcie redagowania wpisu pewne sprawy przedstawiają się bardziej wyraźnie niż na przykład podczas spacerów z aparatem w terenie. Nabierają konkretnych kształtów. Żeby było zabawniej jeszcze jaskrawiej sprawa przedstawia się w przypadku architektury współczesnej. Sam jestem zdziwiony :-) Ale o tym nieco później, w następnym wpisie z cyklu. Ostatnim dotyczącym historii architektury. Pozdrawiam.
Komentarzy (7)

Prostowanie dróg

  

czyli

krótko o odczarowywaniu

Zagadka okazała się być raczej prosta. Rzeczywiście jedynym charakterystycznym, istniejącym do dziś fragmentem zabudowy, który znajduje się także na fotografii jest kamienica Fussgängera, widoczna z prawej strony oraz jej ledwie dostrzegalna sąsiadka. Dziś kamienica (zwana też "związkową") niewiele się zmieniła i może być wystarczającym punktem odniesienia dla ewentualnych analiz. Myślę, że stare zdjęcie wykonano mniej więcej (z naciskiem na "mniej") z tego miejsca:

Przywołałem tę archiwalną fotografię nie bez powodu. Jest dość oryginalna i świetnie ilustruje olbrzymie zmiany, jakie zaszły w tej części miasta na przestrzeni naprawdę niewielu lat.

Skrzyżowanie dzisiejszych ulic Partyzantów i Michałowicza to miejsce samo w sobie dość leciwe. Zaistniało w czasach nowożytnych jako rozstaje głównego szlaku północ-południe (Śląsk - Żywiec) i drogi Wapienickiej (później Aleksandrowickiej). Dzisiejsza Michałowicza jest pozostałością traktu wiodącego północnym skrajem Mühlbergu ku Wapienicy (być może jej proweniencja sięga więc szesnastego wieku).

Skrzyżowanie, które znamy dziś, jeszcze kilka dekad temu wyglądało całkiem inaczej. Pierwotnie w ogóle nie było to skrzyżowanie przelotowe. To znaczy ulica Michałowicza (wcześniej Górska, jeszcze wcześniej Berggasse) nie miała pierwotnie przedłużenia ku rzece.


Więcej. Od samego zarania droga ta dochodziła do ulicy Młyńskiej i dopiero za jej pośrednictwem do Blichowej na wysokości dzisiejszego Domu Handlowego "Halny", zaś w miejscu dzisiejszego środka skrzyżowania były ogrody i nieużytki. Ulica 1 Maja, na jej odcinku od skrzyżowania do rzeki (pierwotnie Alleegasse), to pieśń dużo późniejsza - pierwsze lata XX stulecia.


Warto rzucić okiem na uwidocznione na starych planach zmiany, jakie dokonywały sie w obrębie tego niewielkiego fragmentu miasta na przestrzeni wieków.

Na planie wykreślonym na potrzeby barona Schwarza i jego projektu wodociągów w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, ale z wykorzystaniem podkładu mapy katastralnej z 1836 r., pięknie widać przebieg dróg w tym fragmencie miasta. Warto zwrócić uwagę na kompleks budynków stojący tuż przy wylocie ulicy Młyńskiej na Blichową (zaznaczone kółkiem). Ten zespół przetrwa nadspodziewanie długo.

Na planie Friedla - bardzo dokładnym i całkiem przyzwoicie odzwierciedlającym stan zabudowy miasta w roku 1901 - także widać te budynki. Niestety nie znam ich przeznaczenia, ale mam wrażenie, że spełniały dość ważną rolę. Być może Czytelnicy podpowiedzą jaką pełniły funkcję. Ja nie zdołałem doszperać się informacji na ten temat.

Na późniejszych planach sprawa nie przedstawia się już tak jednoznacznie.

Jednak na planie Pharusa z 1914 r., choć odwzorowanie posiada mocno zredukowany szczegół, również widać w tym miejscu ogrodzoną działkę. Ulica Górska biegnie tutaj, rzecz jasna, jeszcze po staremu. Jeszcze nikomu nie przeszkadza jej niewygodny dla podróżujących od strony Żywca przebieg.

Na planie z lat 30-tych XX wieku już niewiele widać, ale Verkehrsplan ze zbioru "Kartenbeilagen zur Militärgeographischen Beschreibung von Polen" to tylko mapa poglądowa.

Na bardzo oryginalnym radzieckim, rosyjskojęzycznym planie z 1978 roku, który pokazuje już nowy przebieg ulicy Michałowicza, o dziwo także widać coś na kształt zabudowań.

Czy jest to ten sam, widoczny na starym zdjęciu zespół budynków, czy to już tylko jego echo? Czy stoi w tym samym miejscu, czy już niezupełnie?


Tkwiące samotnie zabudowania, w latach sześćdziesiątych stały się niewygodne. Na deskach kreślarskich bielskich urbanistów ulica Michałowicza została wyprostowana, przecięła ul. Młyńską, ul. Grażyńskiego i połączyła się z 1 Maja. Aby wprowadzić ten projekt w życie należało usunąć wszelkie przeszkody. W pierwszej kolejności stojące niemalże w samym środku planowanego skrzyżowania zabudowania.
I tak się stało.

W ten sposób budynki, pamiętające jeszcze być może wiek osiemnasty, a z całą pewnością pierwsze dekady dziewiętnastego, znikły z powierzchni ziemi i - równie szybko - z pamięci mieszkańców. Tylko nieliczne stare zdjęcia przypominają o nich czasami, pokazując dawną zabudowę i dawny, odwieczny przebieg ulic, które dziś są już może proste i szerokie, ale też zupełnie pozbawione swego dawnego czaru.

2016-05-18 | Dodaj komentarz
AndrzejN
2016-05-18 10:59:34
Gdzieś w połowie lat 60., wprowadzono ruch jednokierunkowy na ul. Partyzantów na odcinku od Batorego do 1 Maja, Ulicą Partyzantów można było jechać do śródmieścia i skręcić w 1 Maja, bo Partyzantów dalej też była jednokierunkowa, ale w stronę przeciwną. Ruch w stronę Szczyrku, Mikuszowic, (także Cygańskiego Lasu!) poprowadzono Młyńską i Batorego. Być może to wówczas i z tej przyczyny przebudowano opisywane skrzyżowanie.
Bielski Rynek
2016-05-18 12:07:41
Witam Panie Macieju ponieważ nie dysponuję Pana mailem proszę o przesłanie na adres: redakcja@bielskirynek.pl informacji - chcielibyśmy w imieniu redakcji naszej gazety skontaktować się z Panem.
Maciej P.
2016-05-19 11:08:47
@AndrzejN. Ruch jednokierunkowy na wąskiej wówczas jezdni mógł być wywołany albo rosnącym natężeniem ruchu Bielsko-Szczyrk, albo częstymi robotami naprawczymi, albo - co wydaje mi się bardziej prawdopodobne - przygotowaniem do przebudowy skrzyżowania. To możliwe. Ciekawe jest, że skrzyżowanie, choć totalnie przebudowane, jeszcze dziś zawiera relikty dawnych rozwiązań. między innymi fragment pierwotnego przebiegu ulicy Blichowej jeszcze przed jej wyprostowaniem (w okolicach wylotu 1 Maja).
dziadek
2016-05-30 11:15:52
Czy te zabudowania nie stały w miejscu, w którym obecnie znajduje się stacja benzynowa? Wiem, że w którejś książce - może w "Dziejach Domu Polskiego"? - był dokładny plan tego miejsca, ale szczegółów nie pamiętam
Maciej P.
2016-05-30 19:43:35
@dziadek. Według moich szacunków zabudowania, o których traktuje wpis stały jednak nieco gdzie indziej niż stacja benzynowa. Analizując przebieg dzisiejszych ulic na tle siatki sprzed lat wychodzi, że zabudowania stały bardziej na północ, dokładnie tam, gdzie dziś na trawiastym klinie pomiędzy jezdniami zieleni się kępa niskich drzewek (widoczna na aktualnej fotografii zamieszczonej powyżej). Stacja benzynowa stanęła natomiast opodal płynącego tutaj łukiem potoku Sikornik pięknie uwidocznionego na planie Schwarza i Friedla. Pozdrawiam.
dziadek
2016-06-01 09:51:52
W którym miejscu stał budynek na pierwszym zdjęciu? W jakim miejscu stał fotograf i co to za budynki w tle. Kompletnie się pogubiłem!
Maciej P.
2016-06-01 20:44:33
@dziadek. Proszę o cierpliwość. W następnym wpisie, jutro, najdalej w piątek, wszystko wyjaśnię. Pokażę też całe skrzyżowanie z uwzględnieniem dawnego przebiegu ulic i niewidocznych już dziś cieków wodnych. Sprawa jest bardzo ciekawa... Pozdrawiam serdecznie.
Komentarzy (6)

Somnium finis

  

Kwietniowa, przeznaczona na ostateczne otrząśnięcie się z przedwiośnianego letargu przerwa, w sposób zupełnie niekontrolowany przemieniła się w małe wakacje.

Przepraszam szanownych Czytelników za długie milczenie, brak wpisów i odpowiedzi na komentarze. Winą obarczam - jak zwykle - trudności natury obiektywnej, pracę kwerendalną, nieopanowane myszkowanie po antykwariatach ale również i egzamin maturalny mojej córy, który skutecznie odbierał mi umiejętność skupienia sie na rzeczach ważnych, mniej istotnych i tych całkiem pobocznych.

Wymuszona przerwa dobiega końca, a ja biorę sie do roboty. Somnium finis - koniec snu!
Od przyszłego tygodnia ruszamy z kopyta i chociaż wpisy będą ukazywały się pewnie z dotychczasową częstotliwością, lub nawet ciut rzadziej, obiecuję że rytm wpisow będzie stały i miarowy jak turkot postrzygarki w Muzeum Techniki i Włókiennictwa.

Dziś, na rozruszanie, tylko kilka fotografii retro (powyżej) i dwie małe - chyba nietrudne - zagadki (poniżej).

Być może Czytelnicy znają doskonale te zdjęcia, byc może dysponują nawet znacznie lepszymi technicznie kopiami... Ja posiadam jedynie takie - fatalne skany. Ich jakość jednak ma swoje zalety. Dzięki temu zagadki nie będą może banalnie łatwe.


FOTOGRAFIA1


FOTOGRAFIA2


Czy ktoś wie, gdzie robione były te fotografie?

2016-05-12 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2016-05-12 22:04:02
Fot 1 - Czy to nie jest ulica Wałowa, w oddali Barlickiego, zdjęcie robione z miejsca gdzie stoi obecnie Sfera 2 ?
Maciej P.
2016-05-13 11:15:08
@Ichabod Crane - brawo! To jest rzeczywiście ul. Wałowa. Jeszcze porośnięta drzewami, jeszcze z ZPW Finex po lewej (w domyśle), jeszcze bez rond. Dobra odpowiedź.
Ichabod Crane
2016-05-16 12:47:40
Przy Fot.2 będę strzelał, Plac Żwirki i Wigury, wylot ulic Przekop i Sukienniczej, na miejscu budynku z pierwszego planu jest obecnie parking?
Maciej P.
2016-05-16 20:07:03
Tym razem strzał niecelny. Dla pewności spróbowałem jeszcze przyporządkować fotkę do podanej przez Ciebie lokalizacji (bo może to ja się mylę), ale nie, nie pasuje. Miejsce dziś jest bardzo zmienione, a o jego właściwej lokalizacji mówi tylko jeden szczegół zdjęcia. Pozdrawiam.
Ichabod Crane
2016-05-17 10:09:14
W takim razie strzelam po raz drugi - skrzyżowanie ulic Partyzantów, Michałowicza, 1 maja. W oddali widok na budynki przy wylocie ulicy 1 maja.
Maciej P.
2016-05-17 23:34:24
Bingo! Teraz trafiony. Ulica Młyńska, Michałowicza, wylot ku Partyzantów. Zagadka średniej trudności, ale samo miejsce dość ciekawe. Jutro kilka słów na ten temat... Pozdrawiam.
Komentarzy (3)

Miejski szlag architektoniczny

  


Różnie to bywa... Czasem szwendam się po mieście z aparatem i - proszę mi wierzyć - zdarza się, że nawet nie wyjmę go z torby. Czasem jednak rzuca mi się w oczy coś, co sprawia, że krew się we mnie gotuje. Łapię wtedy za lustrzankę i uwieczniam kuriozum zagryzając przekleństwem.

Panorama. Odwieczna. Stara niczym samo miasto.... Przez wieki ulegająca niewielkim tylko przemianom. Domy trochę urosły, zhardziały kamiennymi, tynkowanymi licami, zarosły papą, gontem i dachówką... Ale poza tym wszystko tutaj do dziś pozostało takie jak dawniej. Te same ściany, te same dachy, taki sam bruk...
No, prawie taki sam.

XXI wiek to epoka cudów. Naprawdę. Nie przesadzam.
Wiemy więcej (prawie wszystko), umiemy lepiej, znamy się dokładniej, jesteśmy mądrzejsi, bardziej doświadczeni, lotni i pełni inwencji niż nasi zacofani, żyjący w prymitywie, brudzie i chłodzie przodkowie. Z troską patrzymy na zapyziały, szary, rozmyty świat przeszłości, z troską, która lubi niepostrzeżenie przemieniać się w protekcjonalne politowanie. W poczucie wyższości i bezczelnej megalomanii.


I to pewnie dlatego czujemy tak przemożną i niepowstrzymaną chęć wcinania się z tymi naszymi technologicznymi cudeńkami zawsze kiedy tylko nadarzy się okazja, wszędzie, gdzie się da, nawet w najstarszą panoramę miasta. O, tak jak tu!

Tak, tak. Nie mylą nas oczy. W dachu starego, liczącego sobie setki lat budynku ktoś wyfasował... okna dachowe. Piękne, błyszczące, zgodne z europejskimi normami i poczuciem estetyki troglodyty konstrukcje, które pasują do tego krajobrazu jak szyberdach do cesarskiej karety. I, proszę Państwa, to nie jest żaden żart. To nie jest fotoszop... To się dzieje naprawdę.


Chyba nie przypadkiem całkiem podobnie, ale w konsekwencji chyba jeszcze gorzej (bo jest to widoczne jak na dłoni) prezentuje się ta kamienica od frontu, od strony Rynku. Wyrosłe ni stąd ni zowąd facjatki na dachu, który nigdy ich nie posiadał, a także wielkie okna dachowe, wepchnięte w połać bez dbałości choćby o podstawowe zasady architektonicznej estetyki, kaleczą boleśnie i dach, i oczy patrzącego. I nawet jeśli co do sensowności umieszczenia w specjalnie do tego podniesionym dachu zabytkowej kamienicy facjatki można jeszcze dyskutować (odpowiednio zaprojektowana, wyważona w proporcjach i ledwie rzucająca się w oczy od biedy ujdzie), to tego typu idotyczne pomysły, jak okna połaciowe, wołają o pomstę do nieba! Noż do diabła, jak można!

Podobnie ma się sprawa w wielu miejscach miasta. Dźwigane z ruin (zaraz ktoś się przyczepi, że sugeruję jakoby Bielsko było w ruinie) rudery, stawiane na nowo, zyskują prócz nowych tynków i kolorów także nowe oblicza. Tak jest z kamienicami przy Rynku, pod nr. 30, czy w nowo odrestaurowanej kamienicy 18, tak jest na Celnej 10, tak jest też na Sobieskiego 28, w dawnej restauracji Herzyka.

Jeszcze w tym konkretnym przypadku, w kamienicy Rynek 19, facjatki jakoś się prezentują. Pobudowane w stylistycznej zgodzie z całą, nienagannie restaurowaną resztą, sprawiają wrażenie, jakby faktycznie były na swoim miejscu. Tutaj trudno się do czegoś przyczepić (może poza samym faktem dobudowania czegoś, co nigdy nie istniało). Gorzej jednak, jeśli mieli się staromiejska tkankę i pichci z tej mielonki mało strawne, pseudozabytkowe danie.

Teoretycznie mamy tu sytuację bardzo podobną. Kamienica Rynek 18 także, podobnie jak jej sąsiadka, odremontowana została z pełnym pietyzmem, z wykorzystaniem całego arsenału środków rewitalizacyjnych z przywracaniem detali i kolorów (bazującym na wnikliwych badaniach stratygraficznych nawarstwień malarskich). A jednak w tym wypadku nie ustrzeżono się przed zgrzytem dachowym. Okna połaciowe są tutaj tak samo na miejscu, jak rzeźbiony galion na dziobie dłubanki, albo weranda w malborskim zamku.

Nie, nie czepiam się. Doceniam, że w ogóle ktoś coś z tym bałaganem robi. Ale jednocześnie nie mogę znieść sposobu, w jaki to się odbywa. Zupełnie, jakby ktoś zrobił deal: "ja inwestuję w renowację kamienicy, w zamian za to miasto idzie na ustępstwa dotyczące pozwoleń." I o ile zgodnie z Art. 30. Prawa budowlanego, na wstawienie okien dachowych wystarczy tylko zgłoszenie w urzędzie, to już przebudowa konstrukcji dachu i wykonanie lukarny dachowej uzależnione są od pozwolenia na budowę. Sprawa z zabytkami jest jednak dużo bardziej skomplikowana, bo w tym wypadku wszelkie zmiany wprowadzone w konstrukcji zabytku obwarowane są nie tylko pozwoleniami na budowę, ale również pozwoleniem na prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru. To zaś pozwolenie wydawane jest przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Nie sądzę, aby prace w obrębie naszego najstarszego założenia miejskiego odbywały się z pogwałceniem prawa, natomiast śmiem twierdzić, że w wielu przypadkach pogwałcono przede wszystkim zdrowy rozsądek i dobry smak.

Przesadne hołdowanie utilitas w architekturze prowadzi czasem do sytuacji skrajnych. Dramatycznych. Oto przykład. Pochodzący z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku budynek starej szkoły katolickiej w Białej jest zabytkiem (A/128/76). Kilka lat temu zabytek odremontowano, jednak remont nie został zakończony, a sam budynek, nieużywany, niszczał imitując udaną inwestycję. Stosunkowo niedawno ktoś wydał pozwolenie (no chyba że odbyło się to bez żadnej decyzji, zupełnie samowolnie, to jeszcze gorzej) na przeprucie ściany frontowej "alkierza" budynku i wstawienia tam aluminiowych drzwi. Budynek stracił swą pierwotną formę, został oszpecony idiotycznym qui pro quo.

Czy zabytek A/128/76 przestał być zabytkiem? A jeśli tak, to kiedy i z jakiej racji? A może ta część budynku, ów charakterystyczny alkierz już zabytkiem nie jest? Nie wiem. Nie rozumiem. Nie mogę pojąć. Jak to się stało? Kto na to pozwolił? I dlaczego?

Dopiero patrząc od tyłu, od zaplecza na ten obecnie żałośnie okaleczony obiekt, choć obiektywnie jeden z ciekawszych w naszym mieście, można zrozumieć, w czym rzecz. To już istotnie nie jest żaden zabytek. To już faktycznie nie jest sól tej ziemi. To już zwyczajny developerski ochłap, może jakoś tam atrakcyjny, może w jakiś sposób pożądany. Ale jednak ochłap. Rozpadający się wrak, gnijący, umalowany trup. Truchło. Wystarczy spojrzeć... Tak nie wyglądają zabytki. Tak nie prezentują się budynki pod ochroną.

Na naszych oczach klimatyczny, starodawny świat odchodzi w niebyt, skażony trądem nowoczesności, ospą technologii, grzybicą obojętności i dżumą bezmyślności. I powiem szczerze, że zupełnie nie rozumiem, jak można być tak bezmyślnym, tak krótkowzrocznym, aby w tak bezceremonialny, bezrefleksyjny sposób pozbywać się z miasta i z własnej historii czegoś, co jest jej żywą pozostałością, co jest prawdziwym "gościem" stamtąd. Nie pojmuję, jak można z taką łatwością przepuszczać przez palce coś, za co inne miasta, oglądające swoją dawną świetność tylko na starych zdjęciach i rysunkach oddałyby wszystko? Nie wiem, jak to się dzieje, że tutaj, w Bielsku-Białej, zasobnej nie tylko w zabytki, ale przez to również i w świadomość ich wartości, że tutaj dochodzi do tak jawnych i bezczelnych gwałtów na tych zabytkach...

Sapiehówka od frontu wygląda wręcz imponująco. Wprawdzie trzy gible, dla osób pamiętających zabytek sprzed lat wydają się obcymi naroślami; wprawdzie zachowano - mimo ocieplenia i nowoczesnych tynków - charakterystyczne dla epoki józefińskiej łuki nadokienne. To wszystko pięknie. Tymczasem od tyłu...


Czasem myślę sobie, że to wszystko nie dzieje się przypadkiem. Że to nie jest tylko niefrasobliwe w swych konsekwencjach poszukiwanie tańszych może sposobów na inwestycję, może skuteczniejszych w swym technologicznym zaawansowaniu, może łatwiej dostępnych. Przeciwnie. Czasem mam przemożne wrażenie, że takie działania są inspirowane w jakimś konkretnym, nieznanym mi celu. Nie wiem - aby zmusić konserwatora zabytków, czy inne gremia decyzyjne do ustępstw, aby postawić je przed faktem dokonanym, może po to, aby po prostu celowo zniekształcić historyczny krajobraz kulturowy zohydzając go i pozbawiając najbardziej "wstecznej" cechy, jaką jest jego historyczność...

Ale nie dla samego niszczenia. Nie... Zabytek jest wrogiem, bo przepisy, które go chronią, nie pozwalają go zmieniać, zabraniają weń ingerować, stoją na straży jego nietykalności. A z punktu widzenia zuchwałego w tym względzie prawa własności, taka nietykalność jest nieopłacalna, bezsensowna, przynosi straty i... stoi na drodze wolności osobistej jednostki.

Jestem chyba coraz bardziej zmęczony i zniechęcony. I po trochu dzieje się tak dlatego, że wokół nas takich chorych, bezsensownych pomysłów na unowocześnianie bielsko-bialskiego krajobrazu, jak te, które opisałem powyżej, jest coraz więcej. A świadomość, że zwyczajni mieszkańcy na to wszystko nie mają żadnego wpływu tylko pogarsza sprawę.

I właśnie dlatego trafia mnie szlag. Architektoniczny szlag.

2016-04-03 | Dodaj komentarz
Ichabod Crane
2016-04-13 13:09:12
Renowacje w Bielsku-Białej to nie jest temat prosty. Zdarzają się te zacne jak i te wołające o pomstę. Problemem generalnie są te które wykonane nieźle szpecą tym jednym elementem który kompletnie burzy odbiór całości. Mnie osobiście zawsze denerwowały te gible na rynku, kompletnie nie pasujące do całości. Albo te witryny sklepowe w postaci przeskalowanej szyby. Okna dachowe są do przecierpienia ale nie od strony frontu elewacji budynku.
Nikt
2016-04-17 22:31:11
Kolejnym przykładem zmieniającym oblicze na gorsze jest budynek dawnego przytułku św. Anny stojącego tuż przy kościele św. Trójcy...
Doświadczony
2017-04-09 09:46:41
W bielskiej delegaturze Wojewódzkiego Śląskiego Konserwatora Zabytków są "ludzkie paniska" - ochrona ochroną, przepisy, przepisami - ale wszystko można co nie można....Tacy są........."elastyczni".

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» grudzień (1)
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[Maciej P.]
@ Kajo - dziękuję za miłe słowo. Proszę dać znać, czy książka spodobała się wnukowi....
[Maciej P.]
@ gjp - dziękuję za wyrozumiałość. Materiały zbieram, ale czasu starcza najwyżej na odpowiednie skatalogowanie...
[Kajo]
HONOR LONTRUSA będzie prezentem pod choinkę dla mojego wnuka. Przeczytałem i polecam, to dobra literatura...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 272053
Newsów: 92
Komentarzy: 336
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała