liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Harmonia, rytm i rym

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

część druga


Architektura ciężkiej, mało ciekawej, niezbyt obfitującej w inwencję zabudowy przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku powoli odchodziła w niebyt. Była dla tambylców ciężarem, balastem, który ciążył w dół, do szarego dna miejskiej codzienności. Warto pamiętać, że nie tylko kształt brył, ale również i ich wzajemne osadzenie względem siebie miało niebagatelne znaczenie. Skupiona na małej przestrzeni, gęsta i zacieniająca wilgotne ulice zabudowa, tak charakterystyczna dla ówczesnych miast już za chwilę miała przeżyć swoją głęboką metamorfozę. Aby jednak choć przez chwilę poczuć ten zawilgocony, zagrzybiony, klaustrofobiczny klimat, warto przespacerować się na ulicę Sobieskiego, gdzie mniej więcej na wysokości wylotu Wyspiańskiego, nieco w kierunku Hulanki, można na własne oczy przekonać się o prawdziwym charakterze miasta przełomu wieków XVIII i XIX. Wprawdzie przedstawione na powyższym zdjęciu domy mogą być w swojej formie nieco późniejsze, to właśnie taki zagęszczony na metrze, "zamurowany" do granic charakter miało ścisłe centrum naszego miasta w tamtym czasie, szczególnie na jego górnym i dolnym przedmieściu, a konkretnie na tyłach stojących przy głównych ulicach domów. Ciemne, zagrzybione i zapleśniałe przesmyki, duszne śmierdzące zaułki, odrapane, łośluprane tynki z fasad domów (wiele z kamienic najczęściej w ogóle bez tynków - im dalej od centrum tym więcej), słowem - klimatyczne qui pro quo.

Jednakowoż... Poprzednią część historii bielsko-bialskiej architektury zakończyliśmy u progu jednego z najistotniejszych dla tej architektury wydarzeń - pojawienia się tego, co stanowi o dzisiejszym charakterze naszego miasta - historyzmu.


Nurt to często pogardzany, odsądzany od czci i wiary, nielubiany. A wszystko przez swoją pozorną wtórność. No dobra, nie pozorną, tylko faktyczną.
Rzeczywiście historyzm kopiował miast kreować, powielał, zamiast wymyślać, czerpał z historii, zamiast ją tworzyć.

Czy te oskarżenia - choć z formalnego punktu widzenia dość słuszne - są jednak na miejscu, zważywszy na fakt, że nawet ta rzekoma wtórność historyzmu dotyczyła jedynie formy? Czy mają rację krytycy nurtu twierdząc, że dla historii architektury był on kotwicą i rodzajem stylowego wstecznictwa? Najpierw zastanówmy się nad rzeczą dla całej tej sprawy najważniejszą. Czym tak naprawdę ów historyzm był?

Dzisiaj historyzm, który otacza nas zewsząd, błędnie odbieramy tylko przez mocno zniekształcający pryzmat estetyki i harmonii bryły, zapominając o założeniu całego nurtu, założeniu głębszym, bo dla kształtu tej architektonicznej bryły pierwotnym - o idei. Historyzm nie zaczął się tylko dlatego, że ktoś postanowił nadać projektowanemu budynkowi cechy historyczne. "A zbudujmy sobie klasycystyczny pałacyk, albo renesansową willę! A walnijmy na wzgórzu jakiś barokowy kościółek."
Nic z tych rzeczy. Owszem, pierwsze, nieśmiałe próby historyzowania mocno czerpały z okresu romantyzmu, a co za tym idzie charakteryzowały się głębokim indywidualizmem, ale ci pierwsi projektanci wcale nie wiedzieli, że było coś takiego jak romantyzm.
Nie! Wówczas niczego takiego nie było!

W połowie XIX wieku rzadko kiedy w ogóle używano takich określeń jak styl barokowy czy renesansowy, bo wówczas, tak naprawdę idea stylowości w architekturze dopiero kiełkowała. Dopiero powstawały zręby nauki o stylach, dopiero zaczęto dostrzegać i kodyfikować istotne różnice pomiędzy architektonicznym wyrazem poszczególnych epok. I dopiero na fali tej nowej wiedzy zaczęły rodzić się pomysły na powrót do dawnych, teraz już sklasyfikowanych form przestrzennych, z których każda dotyczyła jakiegoś innego wymiaru ludzkiej egzystencji.

Ale nawet wówczas sprawa wcale nie była taka prosta. Gotyk i styl romański łączono początkowo z duchowością i rezerwowano dla budowli sakralnych. Neoromańskie i neogotyckie były więc pierwotnie tylko kościoły (w niektórych rejonach Europy zachodniej tak zostało aż do pierwszych dekad XX wieku), styl neorenesansowy zarezerwowany był tylko dla mieszczańskich siedzib - nawiązując tym samym do charakterystycznego włoskiego i francuskiego renesansu mieszczańskiego. I nie chodziło tylko o formę dla niej samej, ale o pewną ciągłość, o zachowanie pewnego schematu, pewnej istotnej z cywilizacyjnego punktu widzenia kompozycji kształtu i symbolu. Formy neoklasycystyczne nawiązujące do klasyki starożytnej z kolei charakteryzowały obiekty miejskie, municypalne.

Neogotyckie cechy charakterystyczne dla budowli sakralnych, pojawiają się również i w Bielsku. Co więcej, nie było przecież tylko tak, że w historyzmie stawiano nowe budowle. Również już istniejące przebudowywano tak, aby były zgodne z architektoniczną ideologią. Ewangelicki kościół Zbawiciela na Syjonie był pierwotnie budynkiem w stylu klasycystycznym, od połowy XIX wieku posiadał neoromańską wieżę (prawda, że dziwne?),
jednak w 1881 roku zarówno bryła główna świątyni, jak i wieża zostały przebudowane w duchu modnego neogotyku.


Tak więc każdy z projektów zakładał nie tylko odrębną formę, ale i konkretyzował oczywistą, indywidualną, zależną od charakteru budowli treść. To niezwykle ważne bo unaocznia nam, że niegdyś projektowano nie tylko po to, żeby było ładnie, ale w bryle zamykano też jakieś konkretne przesłanie, jakiś stały porządek. I przywiązywano do tego naprawdę duże znaczenie.

Jednak - jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - te ogólne założenia porządkujące przestrzeń nie tylko fizyczną, zewnętrzną ale i wewnętrzną, ideową, szybko przestały obowiązywać. To znaczy w pewnym momencie zaczęły tracić na znaczeniu. Zepchnięto je do narożnika z napisem "formalizm" i pożegnano. Od tej chwili w architekturze zaczął się okres prawdziwego eklektyzmu, który wyrósł na gruncie głodu piękna i pędu ku przepychowi, zerwał z "dyktaturą znaczeń", pozostając jednak ciągle w ścisłym związku z historią i w łączności z prawdziwym kunsztem.

Neorenesansowy budynek oficerski koszar na Górnym Przedmieściu. Czy również w tym wypadku, przypisana obiektowi funkcja rzutowała na styl, w jakim został wybudowany? Śmiem uważać, że stanowczo tak. Renesansowa w swym charakterze stylistyka idealnie pasuje do mieszkalnej, a jednocześnie oficjalnej, reprezentacyjnej formy budynku. W dodatku jestem zdania, że ten niepozorny budyneczek, który dziś jest już tylko bladym odbiciem, echem tego, co widać na powyższej fotografii, był jednym z najpiękniejszych obiektów epoki w mieście. Jego doskonałe proporcje, lekkość i linia, wysmakowana dekoracja, nienachalny detal - wszystko to sprawia, że na Offiziersgabäude (a raczej na jego dawne przedstawienia) patrzę z zachwytem.

Ponieważ jest to subiektywna historia architektury, pozwolę sobie - w kontekście architektury, rzecz jasna - na jeszcze jedną, bardzo osobistą wycieczkę w głąb czasów zaprzeszłych i w głąb rzeczywistości bezpowrotnie minionej. Oto budynek, w którym od 1911 roku mieścił się tzw. Nowy Dom Polski, czyli siedziba założonego przez ks. Stojałowskiego towarzystwa patriotycznego. Nowy, bo stary, mniejszy znajdował się tuż obok, był jednak zbyt ciasny, w związku z tym w 1911 roku towarzystwo zakupiło ten piękny, neobarokowy dom mogący pomieścić i 400 osób. Jego niesymetryczna fasada z bogatym ale adekwatnym do wielkości budynku zdobieniem, z finezyjnymi obramieniami okien, z dyskretnym ryzalitem wejściowym wraz z palmetą w wolutowym portalu i wreszcie z wieńczącą całość i podkreślającą barokowy charakter centralną lukarną poddasza nad oryginalnym fryzem, sprawiały, że budowla plasuje się w pierwszej dziesiątce moich bielsko-bialskich architektonicznych hitów. Niestety, domu tego, jak wiadomo, już nie ma. W jego miejscu ciągnie się poszerzona ulica Partyzantów. Zanim jednak wyburzono ten dom i wszystkie stojące obok, przebudowano go, bezpowrotnie niszcząc ten specyficzny barokowy charakter budowli.


Historyzm, dzięki odniesieniom do wielu stylów, pozostawał nurtem wielce różnorodnym. W dodatku w późniejszej fazie nie zamykał się w wąskich ramach wybranego stylu, ale próbował syntetyzować je ze sobą, doprowadzając czasem do przeładowania detalem i formalnej przesady, które niweczyły estetyczny zamysł (ale przecież, dopóki w grę wchodziło zrozumienie zasad harmonii, takie kurioza zdarzały się stosunkowo rzadko).

Wysmakowany eklektyzm był jednak zawsze naszego miasta ozdobą. Budynek teatru, wybudowany w nurcie historycznym, neobarokowym, z przewagą neoklasycyzmu jest tego dowodem. Eklektyzm, jak widać, wcale nie musi kojarzyć się z pstrokacizną, chaosem, ze stylową graciarnią. Może stanowić doskonałą, zamkniętą, idealną całość. Jednak całość, która w dużej mierze da się jeszcze formować. Na fotografii widać bowiem budynek jeszcze sprzed przebudowy, która miała miejsce w 1905 roku. Po rozbudowie, która - oczywiście, jakże by inaczej - przeprowadzona była w ścisłym nawiązaniu do charakteru całości, teatr nadal imponuje czystością stylu i zwartym porządkiem. Zastanawiam się czasami, jak przebudowano by ten gmach, gdyby za remont wzięto się dzisiaj. Strach pomyśleć... Betonowe flanki, szklana winda zewnętrzna, plastikowe rynny... I deszcz nagród za modernizację roku.

Mimo to sam nurt był przecież nurtem wysoce estetycznym i jest to widoczne we wszystkich niemal budowlach tamtego okresu.

Tak się jednak składa, że i tutaj, również w Bielsku i w Białej, pojawiły się dość koślawe, wynikające z przesady wyjątki, epatujące nadprogramową porcją piękna. To może drobiazg, może rzecz nie warta wspomnienia, ale mimo wszystko dobrze jest mieć tego świadomość. Architektura to szczególna dziedzina, w której wszelkie przejawy przesady, nie dość, że są bardzo widoczne, to jeszcze mszczą się okropnie. Na twórcy, na inwestorze i wreszcie na świadkach, czyli na tych, którzy z tą architekturą muszą obcować. Nie eklektyzm, ale właśnie neobarok był w tym względzie bodaj najgorszy...

Przykład to może niezbyt oczywisty, ale w mojej historii subiektywnej zajmuje wysokie miejsce architektonicznej przesady, nadkompozycji i braku hamulców. Druga kamienica Burdy. Spory, neobarokowy budynek wystawiony dla cesarskiego radcy w 1905 roku i jego nadekspresyjny maszkaron w portalu nad wejściem od ulicy Cechowej. Przykuwa wzrok. Bez dwóch zdań, to prawda, ale przede wszystkim zadziwia formatem i jakimś takim "rokokowym" grande masacre calibre... Przyznam szczerze, mnie ten rozwrzeszczany koleś zawsze nieco śmieszył.

Oczywiście zjawisk tego typu mamy w mieście niewiele i procentowo, w ogólnym rozrachunku, są to ledwie promile. Bogu dzięki do historyzmu mamy szczęście, nawet do tego późnego. I wynika to właściwie tylko i wyłącznie z faktu, że mieliśmy szczęście do dobrych architektów. To byli specjaliści jak się patrzy, doskonale znali swój fach i wiedzieli z czym to się je. A przykłady takiej dobrej roboty można mnożyć bez końca.

Posłużmy się przykładem oczywistym. Znana wszystkim kamienica Neumanna, zbudowana mniej więcej w tym samym czasie, co wzmiankowany powyżej dom Burdy, nadaje się do tego wyśmienicie, mimo, że ten neobarokowy budynek jest dość późnym, raczej schyłkowym przejawem historyzmu.
Kiedy patrzy się nań od strony placu Wolności, można dostrzec charakterystyczny dla nurtu, ścisły, żelazny wręcz podział kondygnacyjny. Każde z pięter, w tym również parter, akcentowane jest na swój sposób. Jednak akcentacja nie jest chaotyczna, a poprowadzona w szczególnym, rzec można malejącym porządku. Parter i pierwsze piętro, dyskretnie boniowane na całej długości stanowią wizualną bazę. Tutaj okna (czyli najbardziej eksponowane w bryle elementy architektoniczne), jako, że są najbliżej patrzącego, obwiedzione są oszczędnie opaskami bez szczególnych zdobień. Tylko ponad skrajnymi oknami gzyms uformowany jest w oryginalne barokizujące woluty, które jednak nie psują spokojnej harmonii piętra, a wręcz są rodzajem estetycznej "zapowiedzi" piętra drugiego. Ono bowiem, mimo braku boniowania, jest jednak najbogaciej zdobionym piętrem budowli. Skrajne okna zamknięte zostały biegnącymi przez wysokość drugiego i trzeciego piętra pilastrami i zwieńczone wyróżniającymi się nadokiennikami, co nadaje fasadzie bardzo ciekawy efekt architektonicznego rymu. Rym ten powtarza się zresztą, dzięki pilastrowym portalom, także i w kondygnacji wyższej.


Mamy więc tutaj szczególną harmonię. Rytm zaznaczony jest w pionie poprzez zróżnicowanie poszczególnych pięter, w poziomie, poprzez zaakcentowanie skrajnych okien. Szczególnym zaś przejawem estetyki jest tu zaznaczenie fragmentów fasady w taki sposób, że układają się w dyskretny rym obecny - podobnie jak w wierszu - w odległych od siebie frazach.

Dziś tego już nie widać, bo dach budowli został nieco przebudowany, ale i on "rymował" się z pozostałymi częściami bryły. Pierwotnie bowiem, w połaci dachowej ponad trzecim i piątym rzędem okien (tam, gdzie dziś w dachu widnieją świetliki) istniały małe barokizujące lukarny, doskonale współgrające z barokowym charakterem wspomnianych nadokiennych gzymsów pierwszego piętra.

Efekt estetyczny, nawet bez szczególnej analizy, daje się odczuć już na pierwszy rzut oka. Piękno budynku leży wszakże w jego matematycznym rysunku, ale dostrzegalne jest intuicyjnie, bez potrzeby przykładania linijki i kątomierza.

Kamienica Neumanna jest szczególna z jeszcze jednego powodu. Dyskretnie i niepostrzeżenie łączy bowiem w jedno dwie epoki, dwa nurty, dwie formy. Stary, odchodzący do lamusa historyzm opisany w zewnętrznej bryle kamienicy i nowe, odkrywcze wręcz wnętrze, które stało się już wtedy czymś na kształt konieczności, jakiejś estetycznej potrzeby, przemożnym imperatywem zastąpienia historyzmu czymś, co byłoby (jak zawsze w takich sytuacjach) choć odrobinę świeższe. I - jak się już rzekło - nie dlatego, że sam historyzm był nieporozumieniem, koncepcyjnym błędem, ale dlatego, że pokolenie fin de siecle'u dorosło wreszcie do pracy kreatywnej. Dojrzało do nowych, świeżych pomysłów, nabrało ochoty na eksperyment, odwagi na wyzwolenie z jarzma schematu.

Pojawiła się secesja.


Prąd w istocie odmienny i - co ważniejsze - odmieniający oblicze miasta. I choć był to prąd krótkotrwały, miał niebywałą siłę i moc. Rozkwitł błyskawicznie (dosłownie - irysami, słonecznikami i sitowiem na fasadach domów), zatoczył szerokie kręgi, wzbudził potężną falę, przelał się przez krawędzie ram architektonicznych zapładniając malarstwo, rzeźbę i sztukę użytkową w stopniu dotąd niespotykanym i... zastygł jak lawa w ciągu kilku zaledwie dekad. W wyniku tego nagłego potopu powstały w naszym mieście dzieła oryginalne, śmiałe, czasem szokujące...

W tym właśnie kontekście secesja była eksperymentem bardzo poważnym i znamiennym. Była jak burza po dusznym dniu.
Ale czy rzeczywiście była architektoniczną rewoltą?


Zerwanie z kontekstem architektonicznym wywołało pierwotnie niepokój i sprzeciw. Niosło za sobą niebezpieczeństwo graniczącej z chaosem swobody. Nęciło i napawało strachem jednocześnie. Jednak z czasem lęki te okazały się zupełnie (lub prawie zupełnie) pozbawione podstaw. Dzisiaj w miejscu domu Kolbenheyera przy placu Smolki stoi potężna (w porównaniu z poprzedniczką) secesyjna kamienica. Stoi i zdaje się dowodzić, że secesja wcale nie była wyrodną córką historyzmu. Okazały, centralny portal okienny, festonowa dekoracja okien poddasza, dyskretne boniowanie piętra - to wszystko razem krzyczy: piękno, głupcze!

Jeszcze lepiej widać to na papierze, czyli na projekcie autorstwa Lindner/Schreier. Lepiej, bo linia rysunku jest bardziej wyidealizowana, a sam projekt czysty, nieskazitelnie secesyjny, pozbawiony jeszcze późniejszych, fatalnych naleciałości i zniekształceń, szczególnie tych w partii parteru, które odarły budynek z tego specyficznego, finezyjnego sznytu, "gęstego filigranu" typowego dla nowego stylu.

Tak było. Secesja była w opozycji do historyzmu ale tylko w koncepcji plastycznej powierzchowności. Założenia głębsze, kanoniczne były bowiem przecież nadal kultywowane i mimo, że secesję uznaje się za początek modernizmu, to tylko przez zupełnie nowatorskie podejście do detalu, a nie przez zerwanie z odwiecznymi zasadami.


Przy okazji dyskusji o nowatorstwie secesji rzadko się o tym mówi, a czasem nawet celowo pomija, zauważając w secesji tylko rozbuchaną oryginalność i rozciągając ją na cały styl, jakby w każdej najdrobniejszej nawet cząstce był pełną kontestacją i absolutnym przeciwieństwem stylów poprzednich. To nie tak. Nowa architektura, wchodząc z przytupem na ulice naszego miasta, w swym odmiennym entourage'u naruszyła wprawdzie "odwieczny" porządek, ale - o dziwo - nie złamała zasad harmonii. Przeciwnie, choć wielu widziało w niej estetyczną nowość, to przecież architektura secesji nie stworzyła nowej estetyki, nie uformowała nowego kanonu piękna. Ona tylko do starych zasad przystosowała nowe linie. Nic więcej. Proszę spojrzeć na powyższy projekt. On mówi sam za siebie. Symetria bryły jest poprowadzona z taką niezachwianą logiką i żelazną dyscypliną, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, jakby rysunek był ilustracją do "Elementów" Euklidesa. Fasada zachowuje doskonałe proporcje, z punktem środkowym płaszczyzny wypadającym dokładnie pomiędzy pierwszym a drugim piętrem, tam, gdzie projekt zakładał palmetę. Łuki, choć rzadkie - szczególnie w centrum bryły i w falującej linii okapu, komponują się bardzo harmonijnie i mam wrażenie, że jawnie zdradzają fascynacje złotym porządkiem.

Tego typu fascynacje wyzierają z każdego niemal secesyjnego kąta w naszym mieście.

Żeby daleko nie szukać. To ten sam plac, na którym puszy się kamienica Neumanna, plac Wolności. Spokojny, stonowany ornament, nieprzesadne, acz przecież wyraziste (i jakże odmienne od poprzedniczek) linie.

Tak, nie ma wątpliwości, to piękne linie.

Generalizując można powiedzieć, że tak naprawdę zerwanie z historyzmem pod koniec XIX wieku nie było żadną rewolucją. Było tylko próbą wymyślenia całkiem nowego kostiumu dla tej samej, ciągle przecież obowiązującej estetyki! Cóż z tego, że kamienice secesyjne nie posiadały już typowego boniowania, wolut, akantów, zwykłych portyków, supraport, pilastrów i gzymsów, cóż z tego, że nie miały prostych - klasycystycznych, czy rozchwianych - barokowych form...


Cóż z tego, skoro te nowe festony, bluszcze, kiście, arabeski, meduzy i mozaiki nadal wpisywały się w stary kanon piękna, nadal kurczowo trzymały się oczywistych zasad kształtowania przestrzeni w oparciu o harmonię, złoty podział i proporcje...

Secesja, choć formalnie uznajemy ją za awangardę moderny, od poprzedzającej ją epoki tak naprawdę niewiele się różniła. Hołdowała pięknu i harmonii.


Bo prawdziwa rewolucja, czy raczej krwawa rewolta pod postacią twardego i bezwzględnego modernizmu, miała dopiero nadejść.

I takiej bomby nie spodziewał się nikt.

CDN

2016-02-27 | Dodaj komentarz
Krzysztof Czyż
2016-03-14 11:35:04
Z dużą przyjemnością przeczytałem ten wpis. Oczywiście pochwała należy się, za takie przedstawienie rozwoju czy może bardziej zmian w architekturze, które sprawia, że czyta się to nie jak podręcznik, ale raczej jak ciekawą opowieść rozgrywającą się na przestrzeni dziejów BB. Czytało mi się ten wpis tym bardziej przyjemnie, że sam będąc urodzonym w ścisłym historycznym centrum miasta jego architekturę traktuję jako coś do czego odnoszę i porównuję wszystko inne. Z jednej strony uważam, że jest to szczęście dorastać w takim miejscu, z drugiej raz go opuszczając zawsze się za nim tęskni. Wiele wędrówek odbyłem kiedyś po Bielsku szukając nowych ciekawych obiektów, czy detali architektonicznych, czasami zapuszczając się bardzo daleko. Taką najlepszą, wręcz wzorcową ulicą dla ukazania rozwoju miasta trzeba chyba uznać ulicę 3 Maja, wzdłuż której powstawały wraz z upływem czasu i bogacenia się miasta coraz to nowe budynki. Mamy więc zamek - wczesny historyzm, dalej dojrzały dojrzały, secesję, modernizujący historyzm, modernizm, funkcjonalizm, klasycycyzujący modernizm, by skończyć wreszcie na powojennym moderniźmie dworca PKS i współczesnych pozbawionych jakiejkolwiek wartości artystycznych budynkach dealerów samochodowych, czy stacji benzynowych. I tak wędrując w kierunku dworca zawsze miałem to wrażenie, że im dalej, tym bardziej ta architektura jest jakaś prosta, uprymitywniona, mniej ,,bielska''. Może to moje przyzwyczajenie do starego dobrego BB i do jego historyzującego serca, a może rzeczywiście jest tak, że to co było, było lepsze i mimo większych pieniędzy czy rozwoju techniki, lepiej już nie będzie...
Maciej P.
2016-03-14 19:24:40
"Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury" dlatego właśnie stała się subiektywna, ponieważ był to jedyny sensowny sposób przedstawienia dziejów bez popadania w akademicki ton z jednej strony i wkraczania na obszary zbyt luźnej gawędy o wszystkim i o niczym z drugiej. Właściwie tak naprawdę chodziło o to, żeby kilkoma przykładami z mojej listy "top ten" architektury zilustrować całość jej dziejów w mieście. Tak się jednak składa, że w miarę jak przerzucam literaturę i wgryzam się w temat, liczba przykładów rośnie, a ja mam coraz bardziej palące poczucie, że powinienem poruszyć jeszcze całą masę problemów i zagadnień. Dlatego na razie mamy małą przerwę w SSHBBA. Przykład z ulicą 3 Maja doskonały. Myślę, że to świetny pomysł do wykorzystania przez przewodników miejskich. Mamy w mieście jeszcze kilka takich ulic samograjów: 11 Listopada (już, niestety, bez tej płynnej stratygrafii), czy Komorowicka (ta zaś to już raczej dość wyspecjalizowana ścieżka dydaktyczna: "architektura przemysłowa i architektura przemysłowców"). Tak, to prawda. Mamy naprawdę wielkie szczęście mieszkać właśnie tutaj. Również to doceniam.
Komentarzy (8)

Szkic o pięknym mieście

  

czyli

Stronnicza i subiektywna historia bielsko-bialskiej architektury

Część pierwsza

Czy jestem fantastą? Chyba tak. Gloryfikuję odległe czasy, idealizując je przesadnie. I nic na to nie poradzę. Inna rzecz, że ówczesny świat - choć przecież bezsprzecznie bardziej zacofany, prostszy, zakurzony, zasnuty sadzą i pełen dziwnych zapachów - był przecież w swej prostocie światem naprawdę o niebo lepszym.
I tego się trzymam.


Czasy i miejsca, które odeszły zamieszkiwali ludzie po stokroć bardziej mądrzy, prawdziwi i piękni. Mądrzy, bo rozumieli, że to, co ich otacza ma wielki wpływ na to kim są i jak żyją. Prawdziwi, bo nie gonili za mrzonkami, a otaczający świat konstruowali tak, aby był nie tylko pożyteczny, ale i solidny. Piękni, bo otaczali się rzeczami, formami i kształtami, które nadawały ich życiu blasku.

I o tym będzie dzisiejszy wpis.

Spojrzymy przez chwilę na miasto z trochę innej perspektywy. Z perspektywy... systematycznej. Proszę jednak nie brać słowa "systematycznie" zbyt poważnie, moje drugie imię to Chaos i zakładam, że mój wywód pełen będzie zbytnich uproszczeń, ocierania się o tematy mało istotne, przywiązywania wagi do kwestii drugorzędnych. Moje spojrzenie na architekturę Bielska i Białej jest dość specyficzne, a ponieważ nie jestem specjalistą, będzie to istotnie podróż bardzo subiektywna.

Spojrzymy na Bielsko i zapytamy, czy miasto, jako struktura może rozwijać się harmonijnie, mimo powolnego przenikania, a potem zupełnego pomieszania stylów. W pewnym sensie już w tej tezie zawarta jest odpowiedź na to pytanie, bo co drugi mieszkaniec naszego miasta doskonale wie, że architektura i rozplanowanie przestrzenne - zanim do głosu doszły chaos, egoizm i Karta Ateńska - miały się dużo lepiej niż dziś. Nawet wówczas, gdy pojawił się eklektyczny, rozbuchany historyzm.
Bo chyba tylko ktoś, kto naprawdę nie lubi historyzmu, a sam historyzm kojarzy jedynie z przeładowaniem detalem i "bezsensowną" wielostylowością, może mieć jakieś "ale".


Spróbujmy jednak popatrzeć na sprawę bez uprzedzeń i spojrzeniem odartym z narosłych wokół zagadnienia schematów i stereotypów.

O architekturze z perspektywy czasu pisaliśmy już tutaj kilkakrotnie, czasem dość pochlebnie, innym razem znów, trochę w tonie prowokującym. Ta rozbieżność, rzecz jasna, wynikała nie z mojego niezdecydowania, ale raczej z faktu że architektura to dość szczególne świadectwo estetyki, świadectwo płynne, podlegające zmianom, narastające i przybierające na sile, a czasem wybuchające niekontrolowaną erupcją projektów z ideowego punktu widzenia odważnych, wręcz zuchwałych, choć ciągle artystycznie i estetycznie wspaniałych.

Bielsko i Biała to miasta szczególnie mocno nasycone historyzmem i jest on w tej chwili ogólnym nurtem, który zdominował wygląd naszych ulic. Pierwszą budowlą przebudowaną w tym stylu był zamek. Nie trzeba było jednak czekać zbyt długo na kolejne emanacje tego nurtu. Ale przecież historia architektury, również w naszym mieście, nie zaczęła się w połowie dziewiętnastego stulecia. Warto więc zapytać: co było wcześniej?


Bielska architektura zazdrośnie strzeże tajemnic związanych ze swoimi początkami. Dopiero stosunkowo niedawno archeologom udało się uchylić nieco rąbka tych tajemnic. Spod grubych warstw ziemi, spod nienaruszonego, gromadzącego się od setek lat piasku, humusu i pyłu, wyłoniły się szczątki pierwszych, prymitywnych budowli posadowionych na późniejszy wzgórzu miejskim.

Akurat słowo "budowla", jakkolwiek technicznie poprawne, jest jednak w tym przypadku eufemizmem. Datowane na XII/XIII wiek konstrukcje przypominają raczej szałasy początkujących zuchów (w dodatku zmarzniętych i przerażonych pierwszą nocą w lesie), niż porządne siedziby ludzkie. Jednak z całą pewnością tak właśnie wówczas budowano. Świadczą o tym znaleziska z wielu stanowisk w okolicy. Zatem nie tylko grodzisko w Starym Bielsku (gdzie odnaleziono analogiczne, niemal identyczne pozostałości po chatach, w dodatku w pięknym o_mało_co_miejskim układzie), ale i Zdiar, Stare Hory, Tisova, Sekanka, Rýmařov... Cała okolica, szczególnie po Morawskiej i Czeskiej stronie (ale także i w Mołdawii!) nasycona jest identycznymi niemal konstrukcjami. Jak wyglądały te domostwa?

Być może tak właśnie, jak powyższa polozemnica ze skansenu w Děčínie. Lub bardzo podobnie. Kryta słomą lub sitowiem, budowana metodą szalunkową (do pionowych, narożnikowych słupów przybijano poziome łaty, do których z kolei mocowano pionowo deski pokrycia ścian), prosta dwuizbowa chałupa, datowana radiowęglowo i dendrochronologicznie na lata 1141 - 1210, była według naszych standardów bardzo prymitywna, a jednak stanowiła, jak można sądzić, podstawę dla rozwoju Bielska, bazę dla przyszłej osady.

Można domniemywać, że podobne półziemianki stanowiły zalążek przyszłego regularnego miasta i - podobnie jak na grodzisku w Starym Bielsku - tworzyły zwarte założenie w miejscu, w którym do dziś tkwi Stare Miasto. Pewności nie ma, ale jeżeli na bielskim grodzisku odnaleziono cały zwarty kompleks regularnej zabudowy skupionej wokół centralnego placu, tworzącej zespół do złudzenia przypominający lokowane miasta, nie widzę przeszkód, aby początki Bielska na Wzgórzu Miejskim postrzegać inaczej. Bo niby dlaczego? Skoro podobne konstrukcje sprawdzały się wszędzie dokoła, skoro półziemianki tego typu budowano na całkiem sporym obszarze od Wisły po Igławę, to skąd pomysł, że były złe? To właśnie takie domy były najpewniej początkiem Bielska, od nich zaczęła się historia tutejszej architektury - jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi...

W dodatku i na Wzgórzu przecież odkryto identyczne niemal relikty zabudowań. Dosłownie 75 metrów od płyty Rynku. I w dodatku - jakimś dziwnym trafem - zabudowania te zorientowane były niemal identycznie, jak późniejsze założenie miejskie. Przypadek? Nie sądzę...

Z drugiej strony, kiedy patrzy się na te konstrukcje, których relikty odnaleziono w ziemi, budzi się w człowieku wątpliwość, że były one siedzibami budowanymi z myślą o wieloletnim funkcjonowaniu. Ich delikatna, prowizoryczna konstrukcja wydaje się zbyt licha, by mogła ochronić przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi, wiatrami, deszczami, wilgocią, mrozami i śniegiem.

A jednak przez całe stulecia świetnie sobie radziła.

Półziemianka z dwuspadowym dachem stała się poniekąd protoplastą pierwszych drewnianych jeszcze, choć już czasem podmurowanych domów. Ten sam patent, te same rozwiązania, tylko na większą skalę. Konstrukcje drewniane pojawiły się w mieście w chwili jego lokowania. Stawiane na wąskich działkach, charakteryzowały się stromymi dachami, wąskimi oknami, generalnie małymi gabarytami izb mieszkalnych, gdzie zamiast wszerz, budowało się wzwyż. Wgłąb też. Czy zastanawialiście się, dlaczego tablicę pamiątkową z okazji fundowania miasta umieszczono na rynkowej kamienicy nr 23? Otóż był to najprawdopodobniej pierwszy murowany obiekt w mieście, jeszcze średniowieczny. Fakt ten potwierdza konstrukcja jego piwnic, które podobno należą do najstarszych na całym Starym Mieście.

Odkryte podczas prac archeologicznych na Rynku relikty najstarszej zabudowy starego miasta. Murowane, kamienne piwnice. Ten ciemny, wilgotny, zagrzybiony i zatęchły świat to dla mnie absolutnie niesamowity, tajemniczy kosmos, prawdziwy wehikuł czasu.

Do piwnic przy rynku mamy szczęście. Większość domów sadowionych jest na bardzo starych, pamiętających jeszcze wiek XVI lub nawet XV fundamentach. Do dziś w poczerniałych od czasu i węgla ścianach tych piwnic tkwią świadectwa dawnych przestrzennych układów, pozostałości sklepionych korytarzyków, przejść, okien i wewnętrznych zsypów.


Drewniane gotyckie domy - jeszcze nie kamienice z prawdziwego zdarzenia, ale już nie chałupy - to tak naprawdę osobny temat. Niewątpliwie na nowo wytyczonych działkach siedliskowych, wąskich, bo liczących tylko niespełna 6,5 metra, musiały stanąć siedziby dość szczególne. Z naszego punktu widzenia nieco karykaturalne W średniowieczu były powszechne jak diabli, wypełniały po brzegi wszystkie większe i mniejsze miasta w Europie. A mimo to trudno dziś rzec, jak wyglądały te nasze, rodzime.

Czy tak jak ta, na powyższej ilustracji, brugijska, typowa dla sporego obszaru starego kontynentu, czy raczej bardziej niemiecka, jeszcze powszechniejsza, szachulcowa, belkowana jak stodoła?

Większość "kamienic" przy Rynku stawiano w drewnie od czasów średniowiecza, aż po wiek XVIII. Upór we wznoszeniu ciągle drewnianych, a więc łatwopalnych domostw zadziwia. Jedynym wytłumaczeniem dla takich praktyk była oszczędność - było nie było drewno kosztowało zawsze mniej niż kamień i cegła. Dlatego też (i to także warto wziąć pod osąd) ówcześni inwestorzy, właściciele miejskich parceli, mając do wyboru budowanie w kamieniu lub w drewnie, woleli jednak budować w tym drugim tworzywie, bo spalenie domu w częstych wówczas pożarach było mniej dotkliwe finansowo. Zresztą murowanie domu w sytuacji, gdy wszystkie inne dokoła są drewniane nie miało żadnego sensu, bo wcale nie zabezpieczało przed pożogą. Gdy płonęło całe miasto, wypalał się także drogi murowany gmach.

Relikt z odległych czasów. Belka stropowa, która jest - jak mówi widoczna na licu data - rówieśnicą Białej jako pełnoprawnego miasta. Ale przecież ta belka, pochodząca z kamienicy Wzgórze 4 i funkcjonująca cały czas zgodnie ze swym przeznaczeniem (a więc nie polegująca w muzeum, ale dzielnie dźwigająca strop parteru) to wcale nie jakiś bielski ewenement. Stadtberg aż roi się od odobnych perełek, niejednokrotnie nawet dużo starszych. I byłoby ich stanowczo więcej, gdyby nie te nieszczęsne pożary, które wypalały do gołego kamienia drewnianą tkankę miasta.

Drewniane miasto - nie licząc tych sytuacji, kiedy szło z dymem - prosperowało jednak całkiem nieźle. Stanowiło dość pewny gwarant bezpieczeństwa i dobrobytu dla bielskich wielkomieszczan. Mogli się bogacić, obrastać w piórka, wybijać na okoliczne tuzy i szychy. Z czasem ich status był już niezaprzeczalny, a ich pozycja zaczęła odbijać się również i w architekturze. W mieście coraz częściej pojawiają się więc solidne domy murowane, budowane z kamienia i porządnej cegły. Z dachami krytymi ceramiczną dachówką, ewentualnie drewnianym gontem.

Bielsko przez całe stulecia nie różniło się architektonicznie od innych, podobnych mu miast. Forma zamykała się w funkcjonalnej prostocie, nadając miastu charakter dość nieuporządkowanej, estetycznie przypadkowej zbieraniny. Ale wznoszone wówczas budowle, nie musiały być wcale do siebie podobne, niektóre z nich posiadały ciekawe cechy charakterystyczne. Na powyższej ilustracji widać tego bardzo ciekawy dowód (jeśli wierzyć Konecnemu, autorowi grafiki opartej o przedstawienie Jahanny'ego - ale właściwie dlaczego nie wierzyć?). Ten umiejscowiony w okolicy dzisiejszej ulicy Barlickiego dom z wyraźnie zaznaczonym niesymetrycznie sadowionym ryzalitem, podkreślonym biegnącymi przez całą jego wysokość pilastrami lub lizenami, wygląda bardzo interesująco. Odcina się od szarego, nieciekawego tła sąsiadujących domów. Rodzi się pytanie: czy był to tylko przypadek, wyjątek od zasady, czy może właśnie obowiązująca w mieście reguła?

Wbrew pozorom przez całe dekady nasze miasto odznaczało się dość ciekawą architekturą. Oczywiście bez szaleństw - żaden tam Wiedeń, ani Wenecja północy, to prawda. Ale już powyższa ilustracja Konecnego sugeruje, że nie była to także żadna estetyczna pustynia. Zresztą wystarczy zastanowić się nad tym głębiej i natychmiast przywołamy z pamięci wiele przykładów na to, że już w XVIII wieku, pośród wąskich uliczek miasta wiele było obiektów pięknych, które odznaczały się wyjątkowymi walorami. Barokowe kamienice w Rynku, zespół barokowych kamieniczek przy Celnej, kościół Trójcy Przenajświętszej (niegdyś posiadający jeszcze bardzo czytelne formy późnogotyckie), kościół św. Mikołaja, kamienice Dolnego Przedmieścia (osiemnastowieczna kamienica Bartelmussa, znana dziś pod nazwą kamienicy Kałuży) i wiele innych. One wszystkie są dowodem na to, że przed wielkim boomem architektonicznym XIX wieku istniało życie! :-) Dość nawet bogate.

Fragment jednego z najstarszych fotograficznych przedstawień bielskiego rynku. W północno-zachodnim narożniku Ringu widać wyraźnie fragment pięknego, barokowego zwieńczenia kamienicy przy ul. Celnej nr 2. Podobnymi frontami mogły pochwalić się także kamienice nr 4 i 6 przy tej ulicy, a także - nie wiem tego na pewno, ale wierzę święcie - wiele innych kamienic w mieście. To, co dziś znamy tylko z elewacji kamienicy Kałuży było - jak się okazuje - zjawiskiem bardzo w mieście powszechnym. Niestety, domy powyższe, mimo że z kamienia, spłonęły tracąc piękne fasady.

Druga połowa osiemnastego wieku to szczególny rozkwit architektury klasycyzującej. Jednakże w Bielsku nie miała ona zbytniego wzięcia. Stricte klasycystycznych budowli było to stosunkowo niewiele. Do dziś pozostały tylko, jako budowle sztandarowe (i to raczej dzięki dekretom józefińskim), kościoły ewangelickie w Starym Bielsku i w Białej.

Charakterystyczne dla klasycyzmu proste, dostojne wręcz formy nawiązujące do antyku pojawiały się również i w naszym mieście. Jednak sporadycznie. Kościół ewangelicki Zbawiciela z 1790 r. jest (a raczej był, bo świątynia jeszcze w XIX w. została gruntownie przebudowana) jednym z nielicznych przykładów tego narzuconego świątyniom protestanckim przez cesarza Józefa II Habsburga stylu. Stylu chyba niezbyt przez to lubianego. W pewnym sensie szkoda - trochę brakuje w mieście tych spokojnych, klasycznych linii, pilastrów i frontonów; brakuje tej delikatnej, nieco chłodnej, bardzo wypracowanej harmonii.

Miasto nasze nie miało do klasycyzmu szczęścia. Ta specyficzna architektura była u nas raczej słabo obecna (ale kto wie, być może kamienica uwidoczniona na rycinie Konecnego była właśnie jednym z reprezentantów tego nurtu?). W zamian za to epoka józefińska wykształciła tutaj swój własny styl oparty o zredukowany w detalu, spokojny, stonowany późny barok zawierający zaledwie elementy architektury klasycystycznej. Takich budowli mamy w mieście naprawdę sporo (a mieliśmy jeszcze więcej). I to właśnie one stanowią element przejściowy pomiędzy barokiem, a pierwszymi formami historyzującymi.

Niestety z estetycznego punktu widzenia okres ten był okresem dość jałowym i "mrocznym" w bielskiej architekturze. Redukacja detalu postępowała tak dalece, że w pewnym momencie miasto zaczęły zaludniać formy coraz bardziej masywne, przysadziste i płaskie. Mdłe.

Ja wiem, bluźnię, przecież dzisiaj domy z końca XVIII wieku - dość licznie występujące w naszym mieście - są w skali kraju zjawiskiem co najmniej rzadkim, a ich ilości zazdrości nam niejeden Radom. Tak, to prawda. Wzniesiona w roku 1783 roku późnobarokowa kamienica (przy 11 Listopada)
to dziś perełka. Tak. Dziś. Jednak w epoce schyłku osiemnastego stulecia budownictwo tego typu, niejako "fabrycznie" pozbawione przesadnego detalu, było stanowczo nadreprezentatywne. Stało się pospolite i nudne. Monotonne i bez wyrazu. Dla współczesnych, rzecz jasna.

Oto dom Kolbenheyera, typowa kamienica z piętrem, stromym dachem, charakterystycznymi łukowymi naświetlami i masywnymi drewnianymi witrynami. Tego typu budowle były i domami mieszkalnymi, i kamienicami czynszowymi, i szpitalami, i budynkami użyteczności publicznej, i wreszcie siedzibami licznych manufaktur. Przez dziesięciolecia pełniły wszystkie możliwe funkcje.

Dom Tobiasa. Jeden z najbardziej znanych (choć już nieistniejący) bielskich przykładów klasycyzmu. Dopiero w zestawieniu z kamienicą Kałuży doskonale widać różnicę pomiędzy pełnym formy barokiem, a zwietrzałym bielskim klasycyzmem. Z jednej strony szlachetna linia, wymowa kształtu, harmonia, z drugiej masywność, niewyszukany, ograniczony do minimum detal... Mimo, że sama bryła zdradza cechy foremności i proporcji, nie dorównuje starszej sąsiadce.

Budynków tego typu było wiele. To musiało denerwować. Musiało być irytujące. I to musiało w końcu eksplodować twórczym niezadowoleniem. To, co my dzisiaj nazywamy przeładowanym, karykaturalnym, zmanierowanym historyzmem, gdzie bez opamiętania sięgano po dawne wzory, wówczas było odtrutką na estetyczną jałowiznę miast. Było świeże i pełne uroku!

Wiek dziewiętnasty to pole bitwy pomiędzy architekturą utilitas, promowaną przez pierwszych przemysłowców, architekturą prostą, tanią, biorącą swój początek w epoce józefińskiej, a nową, przepojoną jakimś niezwykłym światłem architekturą venustas, która zaczęła pojawiać się w połowie stulecia. Nieśmiało zaczęto tworzyć nawiązujące do historii formy (uznając chyba, że to, co stare, to lepsze), zaczęto przywiązywać szczególną wagę do detalu i wykończenia. Nagle zaklęta w kamieniu forma, nowa, pełna piękna architektura zaczęła cieszyć, zaczęła radować oko.

Na przecięciu tych dwóch walczących ze sobą światów, na styku dwóch ścierających się prądów, przez krótką chwilę tryumfował jednak schyłkowy nurt klasycyzmu, zwany Empire. Jego specyficznie klasycystyczne cechy, takie jak oszczędne zdobienie fasad nienachalnymi gzymsami i pilastrami o lekko podkreślonych głowicach, wykorzystanie płaskich ryzalitów i uskoków, wreszcie dyskretna, choć czasem rozbudowana ornamentyka przestrzeni międzyokiennych, pojawiły się w połowie XIX wieku w mieście. Ostatnim projektantem czerpiącym z ducha empirowego piękna był Emanuel Rost ojciec. Jego ostatni projekt w tej stylistyce domu przy Cechowej 12 zachował się do dziś.

Był to jednak łabędzi śpiew klasycyzmu. Oto bowiem na arenę dziejów, a więc na ulice miast wchodzić zaczęła zupełnie nowa jakość. Nowe tchnienie i świeży powiew.


Druga połowa XIX wieku była dla Bielska bardzo znamiennym okresem. W sensie architektonicznym, oczywiście. Miasto żegnało się ze starymi formami i witało zupełnie odmienne, nowoczesne, rzec można "światowe" idee. Na powyższej fotografii przedstawiającej Bahnstrasse (dziś Barlickiego) widać jeszcze stary świat. Lewa, zachodnia strona ulicy to niskie, charakterystyczne dla małych miasteczek kamienice pamiętające nierzadko poprzednie stulecie. W niczym nie sugerują wielkiego miasta, ośrodka handlu, przemysłu i włókiennictwa. Przypominają bardziej architekturę prowincjonalnej Białej. Niepozorne, omalże liche, jednak bardzo swojskie i bliskie domy są jakby żywcem przeniesione z okolic ul. Szkolnej, czy Komorowickiej. Tak wyglądało Dolne Przedmieście i całe Bielsko w przededniu wielkich zmian.

Zmian, o których opowiemy sobie już wkrótce.

2016-02-14 | Dodaj komentarz
gjp
2016-02-14 22:07:35
"Gloryfikuję odległe czasy, idealizując je przesadnie. I nic na to nie poradzę" - pod tym mogę się podpisać, dalej brakuje mi niestety wiedzy, więc czytam i zachwycam się tym bardziej ;)
Paweł
2016-02-14 23:47:10
Popieram to, co pisze i Autor i gjp. I ulga, nas, wariatów, którzy wierzą w ten lepszy, stary świat jest więcej! :) P.S. A może jednak był odrobinę lepszy?
dziadek
2016-02-17 16:05:29
Jak zwykle mnóstwo cennej wiedzy i masa cennych obserwacji. Gratuluję świetnych tekstów. Ja akurat też zaliczam się do entuzjastów architektury bielskiej z okresu "przedhistoryzującego", której wbrew pozorom zachowało się trochę w naszym mieście, często w nietypowych miejscach. Moją uwagę zwrócił parterowy "domek" na ul. Cechowej, pośród wysokich wielkomiejskich kamienic, nadproże z Okiem Opatrzności przy ul Stojalowskiego 2, należące jeszcze do osiemnastowiecznego wystroju kamienicy (swoją drogą ciekawe, że przetrwało nietknięte pewnie niejedną przebudowę), kamienica przy ul. Krasińskiego 10...Zastanawia mnie jeszcze domy przy ul Młyńskiej 20 i Partyzantów w okolicy placu Mickiewicza, kryty mansardowym dachem z lukarną. W tamtych czasach - w 18 i 19 wieku były to głębokie przedmieścia Bielska. Czy wiadomo coś Panu na temat tych domów?
andrzej
2016-02-17 21:26:46
Swego czasu, przy okazji przetargu na sprzedaż przez miasto kamienicy Rynek 20 w ramach tzw. godziny na oglądanie obiektu, skorzystałem z tej okazji. Odniosłem wrażenie, iż poziom poniżej parteru, czyli jak by nie było piwnica i przyziemie to jakby inny świat w porównaniu z resztą. I tu i tu widać wiele ingerencji na przestrzeni czasu, niektóre bardzo rażące. Jednak układ, materiały i klimat pochyłych, wąskich chodników i kamiennych przesklepionych podziemnych pomieszczeń robi wspaniałe wrażenie. Jeśli dobrze kojarzę obecnie trwa ponowna oferta przetargowa, bowiem kupca nie było. Z kolei przy remoncie jednej z kamienic przy południowej pierzei ( jest tam jakaś restauracja) nieuporządkowane naówczas piwnice, niesamowicie głębokie, z polepą zamiast posadzki, wilgotne, tchnące tą specyficzną stęchlizną, w której wyczuwa się miniony czas, sprawiały na mnie podobne odczucia przenikania wraz z poziomem gruntu do innej strefy czasowej. Taka metafizyka Rynku. Zdecydowanie nie czuć tego w nowszych budynkach np. tym obok byłej już apteki, gdzie też miałem okazję buszować. Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy.
Maciej P.
2016-02-18 11:39:34
@gjp i Paweł. Miło, że podzielacie moje zdanie. Przyznam jednak, że moje bezprzykładne idealizowanie miewa też swoją drugą stronę. Taką mniej romantyczną. Przekopując dokumenty i prasowe notki muszę czasem stanąć przed mało przyjemnym, czasem odrażającym obliczem Klio. Takie oblicza miewa ona również. To są chwile, które sprowadzają mnie na ziemię, ale - szczerze mówiąc - na krótko. Zdradzę jednak, że na łamach niniejszego blogu, 1 marca - również na chwilę - wspólnie staniemy przed tym innym, paskudnym obliczem. Ot tak, dla odmiany. Pozdrawiam Panów serdecznie.
Maciej P.
2016-02-18 11:40:56
@Dziadek. Wszystkie te budowle to faktycznie architektura przedhistoryzująca. Skromne domostwa wywodzące się czasem z osiemnastego wieku, wymurowane częściej w wieku dziewiętnastym. Cechowa 14, ów parterowy domek wśród wyższych kamienic, to pozostałość po prawdziwie starej, "przedpotopowej" zabudowie miasta. Zabudowie przedcechowej, charakterystycznej dla warsztatów jeszcze z jednymi krosnami, a więc sprzed dekretów terezjańskich... O kamienicy z "okiem Opatrzności" fenomenalnie opowiadał pan Jacek Proszyk w swoich cyklicznych spektaklach Fabryki Sensacji. Kamienica będąca fragmentem zabudowy dzisiejszego placu Smolki, była świadkiem dość szczególnego morderstwa, a jej wnętrze kryje jeszcze wiele ciekawostek - ślad po mezuzie na ościeżnicy, czy fantastyczne drewniane stropy. O "dworku" przy Krasińskiego 10 już niedługo będzie osobny wpis, bo fabryka sukna Henryka Mehlo z 1855 roku (choć budynek jest właściwie wiele starszy), to jedno z ważniejszych miejsc na mapie pierwszych manufaktur Bielska... I inspirujące, bo, mimo pozorów, architektonicznie niezwykle oryginalne. Kłaniam się nisko.
Maciej P.
2016-02-18 11:42:05
@Andrzej. I dlatego właśnie ścisły Stadtberg budzi moje wielkie emocje i rozgrzewa do białości moją chorą wyobraźnię. We francuskim filmie "Szczury Paryża", emitowanym w latach siedemdziesiątych, jeden z bohaterów, antykwariusz i paryzjanista, stojąc przed witryną sklepową, mówi do kogoś stojącego obok, że ten kamienny parapet ma z dwieście lat i on, dotykając go i mając świadomość, że przed nim dotykało go tyle pokoleń paryżan, czuje przyspieszone bicie serca... Cóż, gdyby zszedł do pierwszej z brzegu piwnicy na Rynku w Bielsku, pewnie dostałby apopleksji. Ja sam, tam pod ziemią, czuję się dość szczególnie. Pozdrawiam ciepło.
2016-11-08 21:31:36
Okay this YouTube video is much enhanced than last one, this one has pleasant picture feature as well as audio. beddckegadfadddc
Komentarzy (2)

Realność nr 82

  

Od dłuższego już czasu śledzę postępy w pracach nad gruntownym remontem budynku przy ulicy Wzgórze, róg Podcienie. Realność, która w swej historii najczęściej pełniła funkcję gastronomiczną, również i tym razem będzie zagospodarowywała niszę gastronomiczno-hotelowo-usługową.

Ta dość spora budowla, z którą czas obszedł się raczej obcesowo, powstała w osiemnastym wieku jako karczma miejska. Być może stanęła w miejscu uświęconym tradycją szynkarstwa, jak to zwykle bywało, to znaczy, zastąpiła jakąś starszą, może jeszcze średniowieczną, gospodę - tego nie wiadomo. Biorąc jednak pod uwagę genialne położenie tuż przy pradawnym szlaku wschód - zachód, kilkanaście metrów od dolnej bramy miejskiej, jest to scenariusz wielce prawdopodobny. Dobrych lokacji się nie porzuca.
Nawet dziś, mimo że nie przebiega już tędy szlak Lwów - Wiedeń, lokalizacja ta ciągle jest z logistycznego i turystycznego punktu widzenia przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Samo centrum starego miasta, tuż przy zamku, o rzut kamieniem od wszystkich innych miejskich atrakcji... Lepiej trafić nie można.

Działka, na której leży obiekt była niegdyś podzielona na trzy nierówne parcele. Podział ten czytelny jest do dziś. Karczma zajmowała największą z parcel, tę z numerem katastralnym 82. Uliczka Zaułek, biegnąca na tyłach kwatery ma równie długi rodowód co sama kamienica, a może i dłuższy, w każdym razie już na planie katastralnym z 1836 r. istnieje jako dość szeroka uliczka, stanowiąca zaplecze karczmy.

Wąski, ostry zakręt w uliczce na tyłach karczmy był szczególnie narażony na obtłukiwanie przez liczne wozy z towarem. Stąd w tym wąskim gardle aż trzy kamienne odboje.

W latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, kiedy dokonano regulacji ulicy Stadtberg, zmniejszając jej stromiznę przez wcięcie się we wzgórze miejskie i obniżenie poziomu samej ulicy, przybytek uciech gastronomicznych znalazł się kilka metrów ponad traktem, a tuż przed wejściem do karczmy pojawił się spory taras.
To właśnie dlatego jedna z pierwszych nazw, jakie znalazły się na szyldzie nad wejściem do restauracji brzmiała: "Tarasowa".

Dziś trudno już zliczyć wszystkie nazwy tych jadłodajni, które gościły w murach budowli. Zatem najpierw "Tarasowa", a później przedwojenna "Restauracja Mieszczańska", powojenna, dość mroczna "Podhalanka", "Italia", wreszcie "Karczma Słupska" z rewelacyjnymi pierogami, "Masala"... I parę innych, niekoniecznie polskojęzycznych.

Remont powoli dobiega końca i choć w części przeprowadzony jest bez wierności pierwowzorowi historycznemu (ot, choćby dachowe gible), co wywołane jest, jak sądzę, koniecznością dostosowania architektury do planowanego charakteru hotelowego obiektu, to już w kwestii "murcheologicznej" sprawa przedstawia się dużo ciekawiej.

Szczególnie interesująca jest ściana od strony ul. Podcienie, która została gruntownie oczyszczona z tynków i kamiennych płyt okładzinowych, spod których wydobyto jak sądzę najstarsze, pierwotne, a więc XVIII-wieczne elementy. Ze ściany wystają skryte dotąd masywne nadproża, węgary i żelazne skoble drzwi i okien, które tutaj niegdyś funkcjonowały. Robią wrażenie. A w dodatku zupełnie niespodziewanie stają się namacalnym potwierdzeniem faktu, że poziom ulicy Podcienie został swego czasu znacznie obniżony. Proszę przyjrzeć się węgarom tego zamurowanego otworu drzwiowego. Ich stopy osadzone są dobre siedemdziesiąt centymetrów nad dzisiejszym poziomem bruku. Nic dziwnego, w chwili, kiedy budowano kamieniczkę, poziom ulicy był dużo wyżej.

Ci, którzy pamiętają ten budynek sprzed kilku lat, kojarzą zapewne stylizowane arkady, znajdujące się w ścianie północnej, tuż obok tarasu. Czy istniały tu pierwotnie podcienia, do których te arkady mogłyby nawiązywać? Tego nie wiem, ale szczerze wątpię (w chwili, kiedy budynek powstawał, miasto raczej pozbywało się podcieni w Rynku z powodów przeciwpożarowych). W każdym razie, w latach siedemdziesiątych utworzono je nie dlatego, że dobrze komponowały się z podcieniami sąsiadującej uliczki, ale dlatego, że w 1969 roku miała tu miejsce katastrofa - wybuch gazu, który poważnie uszkodził ścianę, a mówiąc wprost, po prostu wywalił w tej ścianie potężny otwór. Samo zdarzenie nie miało nic wspólnego z działalnością gastronomiczną lokalu. W tej części budynku w latach sześćdziesiątych istniały mieszkania prywatne, a raczej lokatorskie. I to właśnie z jednym z tych mieszkań związana jest ta historia.

Tego feralnego kwietniowego popołudnia, w mieszkaniu Anny Kurowskiej zaczął ulatniać się gaz. Niezabezpieczony zaciskami wężyk doprowadzający paliwo z butli do palnika zsunął się z dyszy i pomieszczenie zaczęło wypełniać się gazem. Do wybuchu doszło w chwili, gdy pani Anna chciała rozpalić ogień w piecu.


Eksplozja była potężna - osypujący się na ulicę Podcienie mur ranił przechodzącą tamtędy bielszczankę, Krystynę Kapiszczak. Pani Anna Kurowska z poważnymi oparzeniami została odwieziona do szpitala.
Wybuch zniszczył doszczętnie cały pokój, naruszył konstrukcję budynku (uszkodził ściany również w "Podhalance"), a w oknach stojących opodal domów wyleciały szyby.


Wyrwa w murze stała się swoistym pratekstem do tego, aby ten fragment zabytkowego, bądź co bądź, budynku przebudować tak, aby współgrał z jedną z najbardziej malowniczych uliczek miasta. Pojawiły się więc arkady, coś na kształt podcieni, które stały się uroczym knajpianym aneksem, a potem, o ile się nie mylę, częścią odrębnego lokalu.

Dziś na nowo, jak w pętli czasu, pobrzmiewa w architekturze północnej fasady znajomy motyw. Arkady powróciły. Stylowe łuki znów będą współgrać z przeciwległymi podcieniami, chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że są one, z tym oszczędnym, neo-neorenesansowym boniowaniem, trochę jakby na siłę. Można się zżymać na odstępstwa od "historyczności", na pewną swobodę architektoniczną i brak konsekwencji, czy raczej stylowego reżimu.


Mniejsza z tym. Grunt, że coś się dzieje. Grunt, że miastu przywrócono zabytek. Jeszcze niedawno wydawało się - bezpowrotnie stracony.

I przywrócono nie tylko budowlę, nie tylko namacalny konkret, ale odsłonięto i odpowiednio naświetlono również kilka zapomnianych tajemnic w tym kamiennym konkrecie zatopionych.


I to bardzo cieszy...

2016-01-31 | Dodaj komentarz
Obserwator
2016-02-04 20:02:43
Ciekawym uzupełnieniem informacji o ul. Zaułek jest ta podana w przewodniku J. Polaka. Uliczka ta miała być zamieszkiwana ( ale zapewne raczej wykorzystywana jako miejsce pracy) przez bielskie kurtyzany... i to dopiero rozpala wyobraźnię ;). Tak zacna gospoda gwarantowała dobrą klientelę...
Maciej P.
2016-02-05 15:18:05
Faktycznie, dodaje to nieco pikanterii sprawie. I choć miejsce jest dość obskurne, to chyba jakby stworzone do tego typu, gorszej jakości usług (lepszą jakość, już choćby z punktu widzenia dyskrecji i komfortu, oferował choćby zamtuzik w Białej, nad rzeką)... Można się tylko domyślać, że właściciele lokalu przy ul. Wzgórze mieli z tym pokątnym procederem coś wspólnego, a zatem z pewnością gastronomia to nie była jedyna sfera usług jaką świadczyli. Pozdrawiam
Komentarzy (3)

Baśń

  

albo

Nowe sklepy cynamonowe

Południe. Dzień powszedni. Gwar.
Tłok na głównej ulicy wielki. Niebezpieczny dla nieostrożnych, nieletnich lub zawianych. Woźnica nie patrzy jak jedzie, ma w nosie wszystko. Zresztą nie da się zatrzymać w miejscu ciężkiego załadowanego po brzegi wozu.
Bruk aż tętni od podkutych kopyt, metalowych obręczy kół, obcasów przechodniów i gołych pięt rozbrykanych i rozwrzeszcznych dzieciaków.

Stojące wysoko słońce, nagrzewa czarną papę dachów, skutkiem czego atmosfera ciasnej, zakurzonej i tłocznej ulicy gęstnieje jeszcze bardziej, a do wszystkich tych ciepłych zapachów wczesnej jesieni dołącza woń smoły i drewna.


Pod sklepem Feinera mieszczącym się w niewysokiej, krytej stromym dachem kamienicy zebrała się grupka mężczyzn. Nie jest zbyt gorąco, ale oni, pamiętając żar niedawnego lata i tak za chwilę wychylą kufel lub dwa w nieodległej gospodzie. Tuż przy krawężniku stoi mały, drewniany wózek. Czy przywiózł nową dostawę tektury i gładkiej skóry dla mającego tu swój warsztat introligatorski Moritza Mücklera? A może towar do istniejącej tutaj od ponad piętnastu lat drogerii Feinera? Wystarczy uchylić drzwi jego sklepu, aby na ulicę buchnęła symfonia stu zapachów...

Po przeciwnej stronie "Cesarki", opodal wylotu Tiefegasse, tuż przy ogrodzeniu niepozornej, ale starej, ponadstuletniej kamienicy, zebrał się jeszcze wększy tłumek gapiów, zaaferowanych niecodzienną atrakcją, jaką zafundował im przygotowujący się do zrobienia zdjęcia fotograf.

Nieco dalej, w perspektywie ulicy, w narożniku Franzensplatz i Hauptstrasse widać inny, dość spory, ale także wiekowy dom. Stoi tu już od prawie stu lat. Należy do Michaela Neumanna.


Dziwne jest to zdjęcie. Dziwna perspektywa. Niby znajoma, a jakaś obca. Pozornie swojska, a przecież zupełnie nieznana. Oczywiście... Tego budynku już nie ma. Od stu dziesięciu lat istnieje już tylko w przestrzeni papierowego świata pocztówek i starych, nadgryzionych zębem czasu fotografii.

Tak, cały ten nieznany i bliski jednocześnie kosmos, który wychyla się ze starych fotografii, cały ten niespodziewany wszechświat końca XIX wieku patrzący z poplamionego papieru, jest niewiarygodny w swoim wyrazie. Patrzę na tę ulicę, którą codziennie przemierzam w drodze do pracy i, chociaż mam wrażenie, że znam ją doskonale, że poznaję układ tych kamienic, linie bruku, chodników, gzymsów i parapetów, że znajome są mi wszystkie załomy i wzajemne płaszczyzny kamienic, to jednak tak naprawdę nic na tym zdjęciu nie jest takie, jakie znam.

Tymczasem jednak cały ten krajobraz schyłku dziewiętnastego stulecia, tchnie jakimś niezwykłym klimatem. Zapyziałym, prowincjonalnym, zapadłym... A przecież dziwnie znajomym. Zza narożników, z okien, sponad dachów tych starych domów wypływa jakaś nie do końca określona aura ni to historii, ni to baśni.
Tak. To słowo właśnie tutaj, w tych czarno-białych i sepiowych klimatach wydaje się być szczególnie na miejscu: Baśń.

Czasy odległe jak legenda, wypieszczone w marzeniach i nielicznych wspomnieniach. One naprawdę są jak bajka, dotyczą tych samych kamieni i drzew, choć opowiadają o ludziach, których nigdy nie widzieliśmy na oczy, z którymi w życiu nie zamieniliśmy nawet słowa. Ale my wiemy, że oni byli, że chodzili tymi ulicami, oddychali tym powietrzem. Dowody na to leżą przed nami.

Błogi spokój... Hauptstrasse. Najważniejsza komunikacyjna arteria tamtego świata. Jeszcze cicha, jeszcze nietknięta ulicznym chaosem. Jeszcze senna i leniwa. Ciszy nie zakłóca ani pokrzykiwanie majstra nadzorującego wyładunek przy zabudowaniach Fränkla, ani rżenie zmęczonych koni. Nawet wrzaskliwi dotąd chłopcy zamarli bez ruchu patrząc ciekawie a bezczelnie prosto w obiektyw. Każdy z nich w kusych portkach i w kapeluszu na głowie. Boso, ale z fasonem... Dwie kobiety po dwóch stronach ulicy przystanęły, zeby zamienić słowo. Nikomu nie przeszkadzają końskie placki na bruku. Niebawem znikną. Ciepły wieczór, przepełniony będzie aromatami płynącymi z lipnickich ogrodów i z otwartych okien kuchni.

Ja wiem, że to tylko moja wyobraźnia, ja wiem, że idealizuję bezkrytycznie ten świat, który odszedł, czepiając się każdego, najmniejszego nawet okrucha, który wydobywa na światło dzienne tamten czas. Wydobywa i pokazuje prawdę o kształtach, zapachach, zdarzeniach i chwilach, które już nie wrócą. Wiem. I mimo to nie potrafię przestać. Kiedy patrzę na te dokumenty nieistniejącego już świata, mam wrażenie, że gdzieś z oddali, jak przez mgłę, słyszę mistrza Schulza...

"Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem."

2016-01-26 | Dodaj komentarz
Obserwator
2016-01-28 13:53:43
Jak zwylke piękny wpis. Zabrakło mi jedynie dla ubarwienia jednej widokówki ( publikowanej już w innym wydawnictwie ) ukazującej opisywany narożnik Franzensplatz i Hauptstrasse ze wspomnianym domem Neumanna oraz hotelem pod Czarnym Orłem przed przebudową. Może warto go zamieścić?
Maciej P.
2016-01-28 18:59:26
Cóż, z punktu widzenia rzetelności encyklopedycznej może i warto. Jednak tych klika fotografii placu Franciszka Józefa, które posiadam, a które ukazują stan placu przed rozbudową kamienicy Neumanna i Hotelu pod Czarnym Orłem, żadna nie ma w sobie tego "cynamonowego" klimatu. I to raczej je dyskwalifikuje. Ten wpis - znów, niestety, trochę zbyt emocjonalny - to raczej podróż w głąb bialskiego uniwersum, bez krytyczno-analitycznych ambicji. Dziękuję za miłe słowo. Pozdrawia ciepło.
Grzegorz
2017-03-22 12:24:33
Czytam te opisy, przepraszam : wchłaniam je i nie mogę się nadziwić jak wspaniale można powiązać fakty historyczne ze szlachetną konfabulacją. Ulegam magii tego bloga. Wielki szacunek panie Macieju !!
Komentarzy (0)

Widmo

  

czyli

Gloria victis

To była środa. Wczesny marcowy poranek. W promieniach wstającego niemrawo słońca okolica wyglądała jak uśpiona. Nie spała jednak. W kilku miejscach ponad słomiane dachy chałup biły w niebo słupy dymu. Tu i ówdzie, w obejściach, widać było niecodzienny ruch. Raz po raz padały pojedyncze strzały.
Przez wieś szło wojsko...

Równa, karna i zdyscyplinowana kolumna parła na południe żywieckim traktem.
Liczący 1100 żołnierzy szwedzki oddział generała hrabiego Jan Weyharda Wrzesowicza, dotarłszy na skraj wsi, u samych wrót Wilkowickiej Bramy, na pofalowanej równinie, tuż przy zakolu rzeki, wstrzymał pochód. W wąskim przesmyku utworzonym przez stromy stok Łysej Góry i zakole Białej czekała na niego niespodzianka. Dalszej drogi na Żywiec broniła potężna, gęsto obsadzona partyzantami fortyfikacja.

Usypana wedle wszelkich reguł forteca swoimi nieprzeciętnymi rozmiarami robiła spore wrażenie. Największy, czworoboczny szaniec, tkwiący w samym środku wąskiego gardła Bramy Wilkowickiej, wznosił się stromymi ścianami na wysokość kilku metrów. Wieńczący go nadszaniec artyleryjski budził szacunek, mimo, że zza wypełnionych ziemią koszy wyzierała tylko jedna armatnia lufa. Po obu bokach szańca, w pewnym od niego oddaleniu, wyrosły dwa mniejsze szańczyki, połączone z centralną konstrukcją szerokim obwarowanym od północnej, frontowej strony chodnikiem, który dzięki wysokim koszokopom wyglądał jak najeżony grzbiet smoka. W blasku wschodzącego słońca wszystko to, choć groźne, wyglądało wręcz majestatycznie. Ten widok musiał podobać się każdemu żołnierzowi.

Powstańcza załoga w pełnej gotowości obsadziła swoje stanowiska. Centralny szaniec zajęły dowodzone przez dziekana żywieckiego, księdza Kaszkowica zwanego "Kądziołką" główne siły polskie wzmocnione silnym oddziałem chłopów i górali oraz armatą obsługiwaną przez ostrzelanych artylerzystów. Sam dowódca cieszył się wielkim posłuchem wśród żołnierzy, bo kilka miesięcy wcześniej dowodził swymi podkomendnymi w czasie obrony Częstochowy. Lewy, zachodni, bliższy rzece szaniec zajęła piechota chłopska z Mikuszowic i Wilkowic i mieszczanie żywieccy pod dowództwem podstarościch - żywieckiego Marcina Piegłowskiego i czorsztyńskiego, weterana beresteckiego, Jana Karwackiego. Prawe, wschodnie dzieło obsadzili hajducy w liczbie czterech setek, pod komendą administratora łodygowickiego Jana Grzegorza Torysińskiego. Jazda, złożona z kilkudziesięciu lekkozbrojnych ludzi starosty piotrkowskiego Jerzego Ossolińskiego (którą jeszcze dzisiaj, pod Bielskiem rozbił ten sam Wrzesowicz) stała w gotowości tuż przed fortalicją. Wszyscy czekali w napięciu.

Generał Weyhard, mimo wrażenia, jakie uczyniła na nim budowla, natychmiast przygotował swój oddział do ataku. Podzielił go na trzy formacje szturmowe, każdą z nich ustawił naprzeciw jednej z redut. Lewym skrzydłem szwedzkim dowodził major Schacht, prawym oberszter lejtnant Seherr, środkowe, główne siły prowadził sam Weyherd Wrzesowicz. Pierwsza do ataku ruszyła jazda Schachta i skierowała się wprost na gotowych do walki i chcących odebrać srogi rewanż za poranną porażkę kozaków Ossolińskiego. Zwarcie było ostre i szybkie. Niestety dla Polaków - podobnie jak wczoraj - nieudane. W boju śmierć poniosło trzynastu towarzyszy, pozostali rozproszyli się, aby powrócić za szturmującym już wschodni szaniec wrogiem. Walka na reducie rozgorzała krwawa. Obrońcy bronili się zajadle, lecz z każdą chwilą na wały szańca wdzierało się coraz więcej szturmujących.

Walczono o każdy dosłownie skrawek fortyfikacji.

W tym czasie oddział podpułkownika Seherra przypuścił atak na zachodni szaniec broniony przez Piegłowskiego i Karwackiego, których żołnierze również zmuszeni byli bronić się na samych wałach. W tym samym czasie graf Weyhard ruszył największymi siłami na centralny, najsilniejszy fort. Zaatakował z niespotykanym impetem, Wdarł się na wały, licząc na szybki sukces, jednak zawiódł się srodze. Opór, jaki napotkał, był zdumiewający. Odrzucony od korony szańca raz po raz przypuszczał ataki na redutę księdza Kądziołki, który zagrzewał do boju swoich chłopów, samemu się nie oszczędzając.

Przesilenie przyszło niespodziewanie. Prawy szaniec padł pierwszy. Postrzelony został walczący jak lew Torysiński i hajducy, pozbawieni przywództwa, rozbici i pogubieni rzucili się w las, ciągnąc za sobą rannego komendanta. Szwedzi wdarli się na szaniec i natychmiast - sformowawszy szyk - runęli jak burza na centralny okop. Znienawidzony przez wrogów Kądziołka, wzięty w dwa ognie znalazł się w sytuacji tragicznej. Bronił się rozpaczliwie, jednakże trud ten okazał się daremny. Regularna armia ciągle jeszcze górowała nad partyzantami doświadczeniem bitewnym, wyszkoleniem i - przede wszystkim - wojennym duchem. Spędzeni z szańca obrońcy pierzchnęli na stoki Łysej Góry.

Najdłużej bronili się górale Piegłowskiego. Wytrwali kilka srogich szturmów, jednak widząc, w jak fatalnej sytuacji znaleźli się po rozbiciu pozostałych szańców, również i oni - wymęczeni, wykrwawieni, pod groźbą okrążenia - salwowali się ucieczką w ślad za oddziałem księdza Kaszkowica.


Bitwa była przegrana. Na placu boju pozostało wielu rannych partyzantów, którzy - niestety - nie doczekali się litości ze strony najeźdźcy. Szwedzi dobijali wszystkich, którzy dawali oznaki życia. To była prawdziwa rzeź. Podpalano chałupy, w których ukrywali się Polacy (lub w których podejrzewano obecność uciekinierów), spalono Mikuszowice, spalono Wilkowice z folwarkiem, spalono i złupiono całą okolicę...

_________________

Dzisiejszy poranek chyba niewiele różnił się od tego marcowego świtu 8 marca 1656 roku. Powietrze - mimo alarmu smogowego - było dość czyste i przejrzyste, na stokach Łysej Góry leżał śnieg, a Bielsko - podobnie jak 360 lat temu - było widoczne jak na dłoni.


Wydarzenia, które w miejscowej historiografii zapisały się pod nazwą Bitwy na Mikuszowickich Szańcach, miały miejsce właśnie tutaj, na południe od Mikuszowic, pomiędzy zboczami Łysej Góry, a korytem rzeki Białej. O zajściu wiemy doskonale z dwóch źródeł. Jedno z nich to "Dziejopis Żywiecki" Andrzeja Komonieckiego, a drugi to relacja naocznego uczestnika bitwy, samego generała Wrzesowicza.

Mikuszowicka Boża Męka. Miejsce pochówku 13 szlachciców z oddziału Jerzego Ossolińskiego. Krzyż stał tutaj, w dolince potoku Skleniec, jeszcze przed potyczką. Ten, który stoi dziś, jest kolejnym w tym miejscu. Według opracowania mgr Justyny Liro z Instytutu Geografii i Gospodarki Przestrzennej Uniwesytetu Jagiellońskiego, ten, który możemy oglądać obecnie pochodzi z 1828 r.


Na marginesie drobna dygresja. Otóż z tym krzyżem i z potyczką powstańczą wiąże się pewna, dość ciekawa wątpliwość. Dlaczego pod Bożą Męką pochowano tylko 13 żołnierzy z jazdy starosty, chociaż w bitwie życie oddało znacznie więcej obrońców? Światło na sprawę rzuca zapiska u Komonieckiego. Dziejopis informuje:

"Szwedzi w jedynastu set żołnierza kommunnego napadli na szańce od Bielska mikuszowskie. Gdzie szlachty polskiej kilkadziesiąt wprzód przyskoczyło do szańców, konnych, chcąc na obronę szańców do naszych przystać; ale nasi im nie uwierzyli, bojąc się jakiej zdrady od Szwedów. Którzy powracając, na tych Szwedów napadli i trzynastu nad folwarkiem mikuszowickim Szwedzi zabili."

Oto i ciekawa, a nawet nieco zdumiewająca relacja! Rozbity w potyczce pod Bielskiem oddział jazdy salwujący się ucieczką pod same szańce; nieufni partyzanci Kądziołki i Torysińskiego, którzy z obawy przed podstępem nie przyjęli ich w szeregi obrońców. Ba! Być może nawet przywitali ogniem! Wreszcie sam Ossoliński, w sytuacji bardzo szczególnej, decyduje się na krok - jak sądzę - rozpaczliwy i ostateczny: samobójczy, pozbawiony jakichkolwiek szans powodzenia atak na Szweda.

Czy pochowanie 13 towarzyszy pod krzyżem było ze strony partyzantów wyrazem uznania waleczności poległych i swojej wobec nich winy? Spóźniony hołd i ekspiacja jednocześnie? Bardzo to możliwe.


Określenie Mikuszowickie Szańce, jakkolwiek nazwa ta wydaje się być nieco na wyrost, bynajmniej przesadą nie jest. Bitwa, jaka miała tu miejsce, mimo iż z taktycznego punktu widzenia była potyczką niewielkiej miary, to już z punktu widzenia strategii całego polsko-szwedzkiego konfliktu - raczej trudna do przecenienia. Istnieją podejrzenia, że to właśnie ta potyczka, choć przegrana, wystarczająco skutecznie wstrzymała szwedzki pościg za polskim monarchą i udaremniła pojmanie uciekającego króla Jana Kazimierza, a co za tym idzie umożliwiła mu niedługo potem tryumfalny powrót i ostateczne zwycięstwo.
I tego się trzymajmy.


Oto sceneria wydarzeń, jakie rozegrały się tu w czasach Potopu szwedzkiego. Blady, monochromatyczny omalże krajobraz na swój sposób pobudza jednak wyobraźnię. Właściwie gdyby nie te domy, gdyby nie sieć przesyłowa, nie różniłby się wiele od tego z roku 1656. Ta sama zimna, zaśnieżona, porosła chaszczami i pofalowana równina.


Dziś po Szańcach Mikuszowickich nie ma już śladu. Istniały długo (nawet bardzo długo, jak na siedemnastowieczne umocnienia), bo do lat trzydziestych XX wieku. To pośrednio świadczy o rozmachu, z jakim przygotowano te dzieła fortyfikacyjne. Musiały być naprawdę potężne, skoro przetrwały w krajobrazie prawie trzysta lat, a w dodatku ich koniec związany był nie z degradacją naturalną, ale z ziemnymi pracami niwelacyjnymi.
Tak, niewątpliwie było to imponujące przedsięwzięcie. Znana jest bezpośrednia relacja samego generała Wrzesowicza, który, spostrzegłszy, z jak wielkim dziełem fortyfikacyjnym ma do czynienia, wyraził nawet przypuszczenie, że robotę tę wykonali biegli w tej sztuce Holendrzy. Mylił się.

W istocie Szańce Mikuszowickie powstały niewiele wcześniej, właśnie w związku z zagrożeniem szwedzkim. Były to umocnienia wchodzące w skład całego systemu obrony Żywca przed atakiem z północy. Pozostałe dwie fortalicje istniały jeszcze w dolinie Soły, w Międzybrodziu i na Przełęczy Kocierskiej.

Wprawdzie inne źródła przypisują powstanie tych fortyfikacji okresowi nieco wcześniejszemu, a mianowicie czasom konfliktu Stanisława Warszyckiego z władzami austriackimi i słynnej "wojny" o Mikuszowice Śląskie i las miejski (dziś Cygański), to jednak istnieje podejrzenie, że w czasach "Pana na Łodygowicach" umocnienia te były dużo lichsze, a ich ostateczny kształt miał związek jednak z Potopem i bezpośrednim zagrożeniem ze strony wojsk szwedzkich.

Przechadzając się pośród pagórków, które dawno temu były świadkami krwawych zdarzeń, próbując umiejscowić, choćby w przybliżeniu owe Szańce Mikuszowickie, w oczy rzucił mi się jeden, dość szczególny fakt. W istocie teren ten jest dziś miejscami zupełnie niezurbanizowany, można wnosić, że nie był on zurbanizowany nigdy. Tym bardziej zadziwia, że dziś nie ma po tych, niegdyś olbrzymich założeniach ani śladu.
Tak, wiem, władze miasta w czasach II RP teren wyrównały. Zastanawia jednak, po co i dlaczego, skoro ostatecznie nic tu nie powstało? Częściowo można to tłumaczyc poszerzaniem drogi na Żywiec, częściowo inwestycjami prywatnymi. Ale czy jest to wystarczające wytłumaczenie?

Sprawa zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłem dokonać małego rekonesansu terenowego. Niestety w naturze wszystko jest zbyt zamazane, nieczytelne i wieloznaczne. Na dobrą sprawę każdy wał, każda napotkana nierówność terenu, których tutaj pełno, mogła stanowić jakiś relikt umocnień, a mogła też być formą ze wszech miar naturalną.

Żeby rozwiać wątpliwości postanowiłem przejrzeć dostępne mi mapy tego terenu z okresu przed niwelacją, mając nadzieję, że uda mi się odnaleźć chociaż ślad, choćby nikłą wskazówkę, pozwalającą na dokładniejsze usytuowanie szańców. Tylko na dwóch mapach, jednej dość ogólnej i jednym nieco dokładniejszym odwzorowaniu topograficznym udało mi się odnaleźć coś, co przypomina poszukiwany kształt.

Na tej ogólnej austriackiej mapie (Franziszeische Landesaufnahme 1806-1869) z początku XIX wieku, rzuca się w oczy przede wszystkim ciekawa struktura, oznaczona wzdłuż potoku, który da się zidentyfikować jako spływający z Josefbergu Skleniec (tuż obok napisu "Wilkowice"). Struktura jest wyjątkowa w skali całego przedstawionego obszaru. Wprawdzie nie sprawia wrażenia regularnej formacji obronnej, jeśli jednak jest to forma naturalna, charakteryzuje się wyjątkową stromizną typową dla obszarów górskich. Być może Skleniec był wówczas szczególnie głęboko wciętym w podłoże potokiem, warto jednak zwrócić uwagę, że na mapie strome skarpy nie są związane tylko ze strumieniem, zaznaczono je również poza przebiegiem koryta, szczególnie na północy. Co więcej: kreskowanie, sugerujące strome zbocza, ciągnie się nieprzerwanie od szosy żywieckiej aż do rzeki. To daje do myślenia.

Oto fragment mapy z roku 1906 z zaznaczonym na niej krzyżem. Opodal widać charakterystyczną, nienaturalną, dominującą nad okolicą wyniosłość o charakterze kopca. Czy to nasz szaniec? Jeśli tak, dlaczego na północny zachód od krzyża, zamiast na południe?

Można uznać, że to nic innego, jak pomyłka lub nieścisłość w odwzorowaniu, co w przypadku mapy o takiej skali nie byłoby niczym szczególnym. Podobnie jednak sprawa przedstawia się w przypadku późniejszej o sześć lat Spezialkarte der österreichisch-ungarischen Monarchie. Być może skala mapy (1:75 000) rzeczywiście jest już zbyt mała, aby wystarczająco wiernie i miarodajnie odwzorować teren, dlatego aby rozwiać wątpliwości postanowiłem uciec się do nowszej techniki. Uznałem, że odwzorowanie lidarowe da bardziej rzetelny odczyt.

Piękny obraz lidarowy okolic krzyża. Głęboko wcięte koryto potoku Skleniec (1), równa jak stół płaszczyzna na południe od cieku (2) i żadnych pozostałości fortalicji... Pewną nadzieję budzi nienaturalna, bo zbyt kształtna formacja na południowy wschód od koryta Skleńca (3), tuż przy drodze żywieckiej. Pozornie wygląda jak pozostałość wydłużonego nasypu, do złudzenia przypomina nawet szaniec z wyodrębnionym nadszańcem. W dodatku jego położenie dokładnie w linii największego przewężenia Bramy Wilkowickiej sugeruje militarną celowość tego założenia. Niestety wyrazistość kształtu podpowiada, że mamy do czynienia z tworem współczesnym, co potwierdził rekonesans w terenie. Jest to nasyp utworzony stosunkowo niedawno, być może jako dojazd do szosy. Czy wykorzystuje bardziej pierwotne konstrukcje? Tego nie wiem i chyba trudno będzie to rozstrzygnąć.

Według siedemnastowiecznych reguł wojennych, szańce obronne, budowane w terenie wymuszonym (a Brama Wilkowicka jako miejsce najlepsze w okolicy pod pod tego typu dzieło, była przecież jak najbardziej lokalizacją wymuszoną) budowano zazwyczaj w taki sposób, aby wszelkie naturalne przeszkody terenowe służyły obrońcom. Można uznać, że dość strome jeszcze i dziś brzegi potoku Skleniec wykorzystano jako naturalną fosę na przedpolu reduty, dzięki czemu uzyskiwano dodatkowe metry stoku skarpowego. Aby miało to sens, sam szaniec musiałby być usypany bezpośrednio przy potoku, a więc o kilka lub kilkanaście metrów od miejsca, gdzie dziś znajduje się krzyż z pamiątkowym kamieniem. Wiele więc wskazuje na to, że szańce usypano właśnie opodal krzyża, który wówczas już tam zapewne stał (co wyraźnie opisuje Komoniecki). Dlatego tym dziwniejsze jest to, że do dziś, w spodziewanym miejscu nie pozostał nawet najmniejszy, widoczny na lidarze regularny ślad.

Pytanie jednak: czy szańce rzeczywiście posadowiono na południe od Skleńca? Czy nie mogło być tak, że szańce leżały od niego... na północ? Tak, jak sugeruje chociażby mapa Spezialkarte der österreichisch-ungarischen Monarchie? Pomyślmy.

To, co powyżej napisałem o regułach budowania umocnień ziemnych jest oczywistością. Wykorzystanie głębokiego strumienia na przedpolu jako fosy to fortyfikacyjne abecadło. Ale czy od tej reguły nie było nigdy odstępstw? Czy nie stosowano również innych rozwiązań?


A co, jeśli zamiast pełnych wielobocznych szańców zamkniętych ze wszystkich stron, w mikuszowickiej twierdzy mieliśmy do czynienia z lunetami?
W żadnym źródle, ani u Komonieckiego, ani u Wrzesowicza opis umocnień nie daje nam podstaw do tego, by uznać, że te "holenderskie" imponujące fortyfikacje były pełnymi, zamkniętymi szańcami.

Luneta to dzieło forteczne umocnione od czoła i z boków, natomiast zupełnie otwarte i w pełni dostępne od tyłu. Tego typu fortyfikacje stosowane były choćby pod Chocimiem w 1621, gdzie zespół lunet i koszokopów ciągnął się setkami metrów, a szańce Weyhera, Życzewskiego, czy Denhoffów, mimo, że otwarte od tyłu, doskonale spełniły swe zadanie.
Czy w naszym przypadku można brać takie rozwiązanie pod uwagę? Sądzę, że tak. Więcej. Budujący te umocnienia Warszycki nie miał wiele czasu, myślę, że mógł wystawić przeciw Austriakom lunety, bo tak było szybciej. Aby jednak zabezpieczyć je w pełni ze wszystkich stron, posadowił je tak, aby Skleniec... mieć z tyłu i wykorzystać potok jako naturalną osłonę przed atakiem od strony Żywca.

Sprawa więc - dość niespodziewanie - układa się w całkiem sensowną całość. Szańce posadowiono na prawym, północnym brzegu Skleńca i to dlatego dziś nie ma po nich śladu, ponieważ to właśnie na prawym brzegu wybudowano w XX wieku kilka domów, których postawienie wymagało niwelacji (brzeg lewy natomiast pozostał niezabudowany - po cóż więc było go niwelować?).

Usypanie umocnień świetnie też koresponduje z sugestiami zawartymi na mapach, gdzie wybitne anomalie geomorfologiczne ukazane są właśnie na północ od potoku. Wreszcie, last but not least, ostatni argument.

Jeśli założymy, że szańce faktycznie leżały - jak chce powszechna opinia - na południe od potoku Skleniec, to rodzi się ciekawe pytanie: dlaczego zwą się one... Mikuszowickimi? Przecież Skleniec jest w tym miejscu administracyjną granicą miasta, w przeszłości zaś był południową granicą Mikuszowic. W związku z tym wszystko, co znajdowało się na południe odeń, to już... Wilkowice! Zatem chyba raczej Szańce Wilkowickie! Czy nikt tego nie zauważył?


A jakże! Pan Władysław Wala ze stowarzyszenia "Wrota Beskidów" już dawno temu dostrzegł tę nieścisłość i postulował, aby szańce, skoro leżą (i historycznie również leżały) w granicach Wilkowic, zacząć nazywać wilkowickimi, a nie mikuszowickimi. Cóż, trudno odmówić rozsądku. Ale czy pan Wala ma rację?

Może nasi przodkowie, nadając szańcom nazwę "Mikuszowickie", naprawdę wiedzieli, co robią? Może dawali w ten sposób do zrozumienia, że szańce naprawdę leżały... w Mikuszowicach, a więc na północnym brzegu granicznego potoku?

Chyba coś jest na rzeczy...

2016-01-09 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[andrzej]
Połowę swojego życia mieszkałem w tym rejonie, zatem nie dziwi fakt, że odbieram tą dzielnicę...
[Mada L]
Wspaniała opowieść
[Angus]
Pozwolę sobie powtórzyć kluczowe dla mnie zdanie tego tekstu: "Bo może wtedy jeszcze komuś zależało...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 224856
Newsów: 90
Komentarzy: 325
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała