liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (3)

Pomruki

  

czyli

Entropia miasta

Grudniowy późny wieczór. Chłodny, szary i zamglony.

Ostatni zmarznięci przechodnie ze wzrokiem wbitym w chodnik, z twarzami poszarzałymi ze zmęczenia, mijają się w drodze do domu, nie zwracając na siebie uwagi. A może to tylko złudzenie. Jest ciemno, nie widzę przecież ich twarzy. Nie znam myśli, ani pragnień.

Siedzę na zimnej ławce tuż przy teatralnym podjeździe, za plecami mam stromy skłon kolejowego torowiska i mimo, że chłód wciska się pod kurtkę i koszulę, beznamiętnie wpatruję się w masywną, ciężką bryłę zamku wiszącą nad ruchliwą jeszcze, mimo pory, ulicą. Zwalista sylwetka twierdzy góruje nad całą okolicą nie tylko fizycznie, nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Odcina się od rzeczywistości i przywołuje na myśl odległe lata, kusi, aby choć rzucić okiem na nieistniejące już dziś zdarzenia, krajobrazy, słowa. Aby spróbować chociaż na chwilę odetchnąć ówczesnym powietrzem, zobaczyć tamto niebo, poczuć pod palcami fakturę tamtych ceglanych ścian i drewnianych futryn. Mami.

Mrok robi się coraz gęstszy. W przedziwny sposób nie rozświetlają go uliczne latarnie ani samochodowe reflektory. Powoli zapadam się w ten ciepły przyjazny stan oderwania od rzeczywistości, od teraźniejszości. Pozostają tylko kontury, tylko ogólne kształty, które już wcale nie są kształtami tak dobrze mi znanymi, ale przypominają te odległe, nieistniejące, dawno odeszłe. Tkwiące tylko na starych pożółkłych fotografiach.

Takich jak ta jedna, tajemnicza, na którą natknąłem się zupełnie niespodziewanie...


Surowa, szaro-żółta ściana muru zamkowego, a raczej muru oporowego zamkowej skarpy wygląda tu łudząco podobnie do muru dzisiejszego. Jednak to nie jest ten sam mur. Ten, który widać na fotografii to mur kamienny jeszcze z okresu sprzed słynnych - będących wizytówką tej części miasta - bazarów. Fotografia więc pochodzić musi sprzed roku 1898. W tymże bowiem roku zdecydowano się zburzyć nadwerężony, grożący zawaleniem mur oporowy i postawić nowy, dobudowując doń ciąg wymurowanych w klasycystycznym stylu bazarów zamkowych na Wysokim Trotuarze. Pomysł przebudowy tego fragmentu ulicy pojawił się już w początkach lat osiemdziesiątych, brakło jednak i pieniędzy, i woli. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, jedno i drugie znalazło się natychmiast po tym, jak w 1897 roku zawalił się spory fragment muru vis-a-vis budynku nowo powstającej poczty. Okazało się wówczas, że nie można dłużej zwlekać z remontem, w 1898 roku zabrano się więc do pracy.

Oznacza to, że na tym archiwalnym zdjęciu widać stare, jeszcze szesnastowieczne umocnienia sprzed przebudowy. Widać też całą masę innych niesamowitych szczegółów. Brak tutaj trakcji tramwajowej (co precyzuje datowanie fotografii na okres pomiędzy rokiem 1890, kiedy stanął teatr, a grudniem 1895, kiedy to otwarto linię kolei elektrycznej). Brak także charakterystycznego klombu z fontanną. Prace przygotowawcze do jego założenia rozpoczęły się w kwietniu 1895. Widać tylko owalny podjazd do teatru.

Co jeszcze widać? Widać furtę w murach, która wykorzystywana była do komunikacji pomiędzy zamkiem, a zamkowym parkiem. Jej niezbyt wyszukany, prostokątny kształt daje jednak do myślenia. Jeszcze na litografii Johanny'ego, datowanej na 1801, rok furta ta jest opatrzona w piękną, barokową lub renesansową oprawę z bardzo ciekawym detalem.


Jeżeli jest to więc - jak chcą historycy - mur szesnastowieczny, to prawdopodobnie w jego przebiegu z całą pewnością przeprowadzano prace remontowe pomiędzy 1801, a 1897 rokiem. A może po prostu katastrofa budowlana z 1897 roku objęła swym zasięgiem również i furtę wschodnią, odbudowano ją więc w prostej formie licząc się z nadchodzącym poważnym remontem...

Ta ostatnia ewentualność mocno mi nie pasuje. Na pochodzącej z 1870 roku ilustracji, ukazującej zamek i mur zamkowy od strony książęcych ogrodów (jeszcze przed poprowadzeniem linii kolejowej) furta już posiada ten prostacki prostokątny kształt. Oznacza to, że przebudowy furty dokonano wcześniej. Kiedy? Nie wiem. Może po pożarze w 1808, może w 1836. A może podczas przebudowy w 1855 r...

To ostatnie jest - dla odmiany - bardzo możliwe. Tym bardziej, że właśnie w 1855 roku potężny, zakrojony naprawdę na wielką skalę remont zamku zaczął się właśnie od kaplicy. Niewykluczone więc, że nieco późniejsza organizacja górnego ogrodu zamkowego w międzymurzu połączona była z przebudową furty (wówczas już niezbyt pasującej do planowanego ogólnego wyglądu zamkowej bryły).

Cóż, teraz już tego nie rozstrzygnę.

Kontury starego zamku rozpływają się powoli. Mrok staje się coraz gęstszy, a ja ciągle siedzę na zimnej ławce i wpatruję się w poszarzałe mury warowni. Mury, które - jakby na złość, jakby zupełnie celowo - znów przypominają o sobie. Kilkanaście dni temu zaczęła się wybrzuszać i osypywać zewnętrzna warstwa muru nad trotuarem. Ściana znów postraszyła katastrofą, znów pogroziła palcem. Tym razem - na całe szczęście - groźba dotyczyła tylko zewnętrznej, ceglanej okrywy licowej. Wewnętrzne warstwy, te, które stabilizują tę część zbocza, rzekomo pozostały nienaruszone.

Niemniej faktycznie trochę powiało grozą. Zamkowe wzgórze, jak śpiący olbrzym, znów dało o sobie znać, przebudziło się z głębokiego, ponad stuletniego snu, z którego nie zdołały go przebudzić nawet poczynania dworu pana Kobieli w latach siedemdziesiątych. Trotuar został zamknięty dla ruchu pieszego, trwają rozmowy na temat sfinansowania remontu, ślą się interpelacje, krzyżują argumenty, a na pieniądze, jak się okazuje, raczej nie ma szans.

Teoretycznie groźby osunięcia muru nie ma. Teoretycznie... Solidne betonowe oparcie ciągle jest w dobrym stanie. Można więc spać spokojnie. Teoretycznie.

Mrok zapadł już całkiem nad bielskim zamkiem. Kolorowe świąteczne instalacje rozpraszają ciemności i rozweselają krajobraz, ale mnie nie jest do śmiechu. Dominująca bryła warowni znów pokazała, jak dalece tkanka miasta jest tkanką żywą i dynamiczną, jak bardzo delikatna i wrażliwa jest niewzruszona wydawałoby się, odwieczna, opoka, na której wzniesiono nasz gród. I jak dalece ta niewzruszoność jest złudzeniem.

Wystarczy się rozejrzeć. Katastrofalne oberwania brzegów Białki w czasie ulewnych deszczów, czy to w Parku na Blichu (oczywiście dawno naprawione), czy przy "Wokulskim" (nadal straszy); siejące spustoszenie wiatrołomy; pękające ściany kamienic Schuberta i Giebnera nad tunelem kolejowym, zapadające się chodniki i jezdnie, wreszcie zamkowy mur... Żaden fragment miasta nie jest wolny od tego zagrożenia, o czym można się było przekonać w 1998 r., również w grudniu, kiedy zawaliła się zabytkowa kamienica w samym centrum starego miasta...

To nie jest drobiazg. Miejska entropia - nawet dziś, w tak hołubionym XXI, bezpiecznym, technologicznie zawansowanym, zaprojektowanym i zaplanowanym stuleciu - ciągle daje o sobie znać. Przemożna tendencja natury do zmierzania w kierunku nieuporządkowania przejawia się i tutaj. A może nawet tutaj szczególnie mocno. Znieczuliliśmy się na nią. I na jej oznaki. Destrukcja potrafi być bardzo podstępna i skryta. Czasem tylko, ostrzegawczo, wydaje złowieszcze pomruki.

I trzeba na nie reagować natychmiast.

Póki jeszcze czas.

___________________________________

Dziękuję wszystkim Komentatorom! Dziękuję za życzenia, za uznanie i troskę. Zapewniam więc gorąco, że bez względu na cokolwiek, blog Liceum mundi w kształcie obecnym, zmienionym, lub w ostateczności (z powodów obiektywnych) przeniesiony na zupełnie inną platformę, tak czy siak kontynuowany będzie. Rezygnować nie zamierzam.

Mam nadzieję, że będziecie mnie w tym wspierać. Rzecz jasna nie sami, bo do spółki ze św. Mikołajem, patronem miasta, ma się rozumieć.

2016-01-03 | Dodaj komentarz
MarianS.
2016-01-03 18:01:32
Niby w paru zdaniach (ale jak naisanych!) powiało grozą. Te pęknięcia, osuwiska, osiadania.... - czułem jakby to się działo tu i teraz, a jednak nie, bo przecież objęło to szmat czasu. Sama przyjemność w czytaniu, dzięki. Pozdawiam.
andrzej
2016-01-15 15:43:43
Opisywana przez Autora wizja katastrofy tektonicznej , to nie jest straszenie „czarną wołgą” albo porwaniem dla przeszczepu nerek. Ja także ufam technice i myśli inżynieryjnej ale patrząc wstecz musimy sobie uświadomić, że miała tu miejsce niezła obsuwa. Mam na myśli północno-wschodni narożnik zamku, w miejscu obecnego tarasu nad przejściem dla pieszych przez ul Zamkową. Żadna to tajemnica ,iż to właśnie w tym miejscu ubyło nam trochę ( albo i więcej niż trochę) skarpy wzgórza zamkowego. Nie natrafiłem jednak nigdzie na zapis o tym kiedy to miało miejsce. Musiało to wyglądać spektakularnie i napędziło zapewne sporo strachu panującym na Wzgórzu. Uświadomiłem to sobie wyraziście , kiedy trzy lata temu, przy okazji bodajże Światowych Dni Dziedzictwa Kulturowego, miałem okazję zajrzeć do pomieszczeń piwnicy zlokalizowanych w tymże narożniku zamku. W ścianie wschodniej tejże , znajduje się wtórnie wykuty otwór. Nic nadzwyczajnego. Ciekawe jest dopiero obejrzenie, na jakiej wysokości znajduje się on po zewnętrznej stronie tego grubego muru. Ładnych parę metrów. A zatem piwnica jest usytuowana dużo powyżej obecnego poziomu terenu. To tak ku przemyśleniom. I jeszcze jedna uwaga. Proszę uważać podczas swoich peregrynacji po przedwiecznym Bielsku na napotykane tam postaci. Jeśli pojawi się tam osoba ubrana w znajomo współczesne ciuchy, to nie będzie złudzenie. Ja bowiem, także zapuszczam się na przechadzki po dawnym mieście i odwiedzam te same zaułki. Wydaje mi się, że w wyobraźni ale kto wie …. Do zobaczenia zatem.
Maciej P.
2016-01-22 22:30:49
Sprawa osunięcia północno-wschodniej części muru zamkowego bardzo mnie kiedyś zajmowała. Zastanawiałem się, jakie okoliczności mogły spowodować tak potężną przecież katastrofę budowlaną. Według wszelkiego podobieństwa miała ona miejsce w drugiej połowie XVI wieku. Być może była spowodowana naturalnym osunięciem się ziemi, ale ponieważ miała tak dużą skalę, bardziej prawdopodobne wydaje się, że za ten stan odpowiedzialna była ingerencja ludzka. I to w pewnym sensie planowana. Znaczy się wojna... Myślę, że jedyne działania wojenne, które mogły doprowadzić do osunięcia się tego fragmentu skarpy (grubo ponad pół tysiąca m3 ziemi), a w konsekwencji do rozebrania całego północno-wschodniego narożnika, to rok 1587 i kampania Maksymiliana Habsburga, wspomaganego przez Tatarów i Kozaków. Skądinąd wiadomo, że ci ostatni splądrowali miasto i - z dużym prawdopodobieństwem - oblegali zamek. Czy do katastrofy doszło wówczas? Tak sądzę.
Komentarzy (4)

A jednak się snuje!

  


czyli

w poszukiwaniu wody


Pod jednym z poprzednich wpisów wynikła bardzo ciekawa dyskusja na temat miejscowych nazw, które albo miały bardzo wąski krąg użytkowników, albo ich użycie zamknięte było w dość krótkim, niemającym kontynuacji czasie. W dyskusji tej padł pomysł, aby utworzyć coś w rodzaju słownika nazw nieznanych, nie do końca znajomych, lub też zapomnianych.

Od tego czasu, proszę mi wierzyć, myśl o utworzeniu takiego słownika nie dawała mi spokoju. Myślałem usilnie nad sporządzeniem chociażby listy określeń zapomnianych, które figurują już tylko na starych niemieckojęzycznych mapach, albo - co dużo trudniejsze w pozyskaniu - jedynie w świadomości i pamięci wąskich, coraz węższych, kół starszych ludzi. Na liście tej, prócz nazw już w tym blogu poruszanych (Blich, Pastornak, Kozielec), znajduje się jeszcze całkiem spora grupa nazw, które powoli odchodzą w zapomnienie i z pewnością - jeśli nie zostaną przypomniane - odejdą tam na zawsze. Prace nad słownikiem pełną parą ruszą od stycznia, o postępach będę informował na bieżąco (rzecz jasna Wasze propozycje do słownika będą bardzo mile widziane).

Dziś jednak - pominąwszy te wszystkie Konfirunki, Zabawy, Gutaje i Szaleńce - swoją uwagę chciałbym zwrócić znów ku ścisłemu centrum miasta i przywołać z otchłani (nie)pamięci coś, co - wydawałoby się - już dawno zostało zapomniane: prawdziwą nazwę Nipru.

Potok o wdzięcznym imieniu Niper, od 1863 roku skanalizowany pod powierzchnią ulicy, to jeden z najkrótszych potoków na terenie miasta. Jego długość szacuje się na ok. 800 metrów, choć w istocie (zmierzywszy jego pierwotny, nieuregulowany, bieg) miał ponad kilometr długości. Niper obecny jest w świadomości każdego bielszczanina, który ma choćby mgliste pojęcie o mieście. Każde dziecko wie, że pod powierzchnią ulicy Nad Niprem przepływa ujęty w karby betonowego koryta stary potok. To jest absolutne abecadło.

W zachodniej części Bielskiego Syjonu, w miejscu, gdzie dziś znajduje się parking przy Augustanie, przebiegała kiedyś dolinka Nipru, której morfologiczne pozostałości są widoczne również na powyższej fotografii. Łagodny skłon zbocza doliny, na którym znajduje się dom kantora, wyznacza północną krawędź koryta strumienia. Na tym zdjęciu potoku rzecz jasna już nie ma, od kilku dekad jest przykryty dla oczu przechodniów. Dziś nikt już nie pamięta, że dołem płyneła kiedyś woda.

Można więc przypuszczać, że o Niprze właściwie ciężko powiedzieć coś nowego i odkrywczego, trudno w kwestii cieku istniejącego w dodatku już tylko w wyobraźni, bo od dawna zakrytego dla ludzkich oczu, odkryć cokolwiek świeżego i nowego. A jednak. Kilka miesięcy temu, podczas prac przymiarkowych do "słownika nazw zapomnianych", natrafiłem na dość szczególny trop, który sprawił, że na potok Niper zacząłem patrzeć zupełnie inaczej.

Oto w tracie przerzucania materiałów zgromadzonych przez redaktora Świerka, udało mi się dotrzeć do uczynionych przez niego i opatrzonych komentarzem zapisków z lektury i z rozmów z jednym z najlepszych znawców straceńskiej gwary, autochtonem i gawędziarzem, panem Józefem Zającem. W notatkach na temat nazw własnych okolicznych punktów topograficznych pojawiła się także nazwa Niper.

Pan Zając z całą stanowczością twierdził, że nazwa Niper jest tylko wtórnym, niemieckim tłumaczeniem starej polskiej nazwy tego potoku, bardzo często jeszcze w XIX wieku spotykanej na całym obszarze Beskidu Żywieckiego (gwara straceńska jest i zawsze była gwarą górali żywieckich!). Jak brzmiała ta nazwa?

Snóska. Oto prawdziwe imię najbardziej tajemniczego potoku miasta. Snóska - strumień, strumyk, potoczek. Wolno toczący swe wody, snujący się zakolami, kluczący pomiędzy polnymi zagonami i leśnymi ostępami.

Zdumiewające. Przyznam szczerze, że sprawa ta rozbudziła moją wyobraźnię i przyjrzałem się problemowi bliżej. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale istotnie: niemieckie słowo "nippen" jest dokładnym odpowiednikiem polskiego "snować", "snuć", a w kontekście hydrologicznym odpowiada polskim słowom "sączyć", "ciec", "ciurkać". Czy więc możliwe jest, że Niper faktycznie kiedyś nosił inną, choć przecież znaczeniowo bardzo zbliżoną, polską nazwę?

Tutaj rodzi się pierwsza wątpliwość. Jeśli rzeczywiście Niper miał (zarówno w niemieckim jak i w polskim znaczeniu) sączyć się i meandrować, to... gdzie te meandry?

Każdy, kto dziś spojrzy w perspektywę ulicy Nad Niprem w jednej chwili zorientuje się, że potok Niper biegł tutaj prosto jak z bicza strzelił. Nie mógł biec inaczej. O żadnych meandrach mowy być nie mogło. Zgoda. Od końca XVIII wieku, na odcinku od bielskiego Syjonu aż do placu Garncarskiego potok z całą pewnością płynął równym, prostym korytem, które przebiegało przy prawej (patrząc od Syjonu), południowej pierzei ulicy, tuż pod murami domów. Jedyną anomalią w przebiegu koryta strumienia był zakos na Töpferplatz (który w 1863 r. zniwelowano, przeprowadzając kanał cieku na wprost, wzdłuż północnej pierzei placu) oraz łagodny skręt kilkadziesiąt metrów przed ujściem do Białki. Zatem gdzież ta meandrująca Snóska?

Być może nazwa tak naprawdę nawiązywała nie do krętego biegu potoku, lecz do niewielkiej ilości wody, którą niósł? Ta teza jest prawdopodobna, ale w tym wypadku chyba nieprawdziwa. Potok - przed melioryzacją Górnego Przedmieścia - musiał nieść przyzwoite ilości wody, bo od tego uzależniony był byt kilku zakładów położonych nad jego brzegami - mydlarni Fibera przy późniejszej Strzelniczej, fabryki sukna Kergera i fabryki Batheltów, czy farbiarni Zipsera na Dolnym Przedmieściu. Ta teoria musi więc upaść. Niper był Niprem z zupełnie innego powodu.


O jego prawdziwej naturze mówi nam wiele jego stary, widoczny jeszcze na planie katastralnym z 1836 roku przebieg. Biorący swój początek gdzieś w okolicy dzisiejszego skrzyżowania ul. Moniuszki z ul. Sobieskiego ciek, pomiędzy źródłem, a Syjonem, jeszcze w XIX wieku był typowym dzikim potokiem.

Na planie widać wyraźnie prawdziwe oblicze potoku. Snuje się swobodnie zakolami, pomiędzy niwami Górnego Przedmieścia, spływając ku centrum miasta. Można sądzić, że zanim w 1782 roku przystąpiono do zabudowy bielskiego Syjonu, a potem do częściowej zabudowy samego koryta, potok Niper na całej prawie długości tak właśnie wyglądał.

A więc jednak się snuł?

Ależ tak. Plany miasta Bielska pokazują, że dopiero od drewnianego mostu na Syjonie Niper jest uregulowany i ujarzmiony. Powyżej, ponad ulicą Strzelniczą (dzisiaj Listopadowa) ciągle płynął "pradawnym", dzikim, nieuregulowanym korytem. Źródło wysączało się na tyłach nieistniejącego już dziś domu o numerze konskrypcyjnym 158. Obecnie w tym miejscu stoją trzy bloki osiedla SM "Strzecha". Dalej potok spływał łagodnie ku wschodowi, zbierając wody pomniejszych cieków (największy z dopływów łączył się z Niprem w miejscu gdzie dzisiaj stoi nowy gmach szkoły muzycznej).

Dzisiejszą ulicę Wyspiańskiego przecinał skosem nieco na północ od murów Zespołu Szkół Gastronomicznych i Handlowych i spływał dość gwałtowną kaskadą ku polom i dzisiejszej ulicy Listopadowej, gdzie znów uspokajał się i aż do mostku na Syjonie płynął łagodnie klucząc pośród wysokich traw u stóp północnej skarpy cmentarza kościoła Trójcy Przenajświętszej.

Na tyłach starej, osiemnastowiecznej zabudowy, w szczerym polu brał swój początek potok Niper. Jego kolebką były ogrody domu nr 158, późniejszej realności przy Sobieskiego 44. Stąd zaczynał swoją krótką podróż, leniwie ciecząc przez puste przestrzenie przedmieścia.

Oto i niespodziewanie nazwa Snóska nabiera sensu.

Potok faktycznie snuje się i ciurka. A właściwie: snuł i ciurkał. Dziś - wskutek całkowitej zmiany stosunków wodnych panujących na Górnym Przedmieściu - zanikł niemal zupełnie (woda w kanale odprowadzającym pojawia się tylko w okresie intensywnych i długotrwałych deszczy).

Dobrze. A teraz, na zakończenie, małe sprostowanie. Napisałem na wstępie, że nazwa Snóska jest nazwą prawdziwą. Można by sądzić, że uznałem, iż nazwa Niper prawdziwą nie jest. To nie tak. Bielsko jest miastem specyficznym. To rzeczywiście stara, niegdyś niemieckojęzyczna wyspa wśród żywiołu polskiego. To specyficzny obszar, którego mieszkańcy od wieków posługiwali się niemczyzną i to ona stanowiła najistotniejszy element budujący językową tożsamość tych okolic. Stwierdzenie, że Niper nie jest prawdziwą nazwą, byłoby horrendalnym nieporozumieniem. Przekłamaniem i bzdurą.

Można więc założyć, że obie nazwy - ponieważ są różnojęzycznymi odpowiednikami, mającymi ten sam sens i znaczenie - są jednakowo uzasadnione. I chociaż wokół Bielska na przestrzeni wieków pełno było Snósek, ta jedna, płynąca podziemnym kanałem w samym środku miasta, jest prócz tego Niprem. I tak niech zostanie.


___________

Ponieważ wpis powyższy jest ostatnim nie tylko przed świętami, ale i w tym roku (ma nadzieję, że nie w ogóle - pojemność mojego konta użytkownika ciągle jednak pozostaje na poziomie praktycznie zerowym, nie wiem więc, czy od Nowego Roku ruszę z wpisami), spieszę więc Czytelnikom Liceum mundi złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrowych, ciepłych, radosnych i błogosławionych Świąt Narodzenia Pańskiego, a w Nowym Roku dużo miłości, szczęścia, uśmiechu i spełnienia wszystkich planów!

2015-12-22 | Dodaj komentarz
gjp
2015-12-22 13:10:03
Najlepsze Życzenia również dla Pana. I proszę nie przestawać!
MarianS.
2015-12-22 20:41:01
Poza Spokojnymi Świętami i Nowym Dobrym 2016-tym życzę zapełnienia konta :-) i powrotu do pisania.
MieszKomLi
2015-12-23 13:56:49
Panie Macieju, nie wiem jak najskuteczniej Pana zmotywować do dalszego publikowania na blogu (mam wrażenie że pod pretekstami "hostingowymi" oswaja nas Pan od jakiegoś czasu z możliwym zawieszeniem wpisów..?), więc pozwoli Pan, że na koniec AD 2015 po prostu Panu od serca podziękuję za fascynującą lekturę. Nie znam innego lokalnego bloga, który tak pięknie przeplatałby opis tkanki i duszy naszego Miasta. Na nowe wpisy wyczekuję jak kania dżdżu i najwyższy czas, żeby Pan o tym wiedział. Dobrych Świąt i Wszystkiego Dobrego w 2016r.!
andrzej
2015-12-23 15:28:24
Ja także życzę spokojnych i rodzinnych Świąt. A na Nowy Rok równie dużo, co dotąd: pasji , dociekliwości w analizowaniu źródeł, zaskakujących wniosków, ciekawych rozmówców, weny twórczej i tej niezwykłej umiejętności czytania między wierszami. Ja nie wierzę, a na pewno nie dopuszczam możliwości zaprzestania wpisów przez Autora. To nie wchodzi w rachubę.
Komentarzy (0)

Fujarka

  

Czyli

A nagroda powędruje do...!

Przeglądając archiwalne dokumenty i stare numery regionalnej prasy (ostatnio jest to moje ulubione zajęcie), zupełnie niespodziewanie natrafiłem na materiały, które w dość szczególny sposób wieńczą jeden z poprzednich wpisów. W notce "Hej tam, na fabrycznej hali" wyraziłem pogląd, że komponowany od podstaw bielsko-bialski hejnał zbyt daleko odchodzi od tradycji i historii miasta, a zbyt mocno nawiązuje do beskidzkiej "geografii miejsca". Przypuściłem wówczas, że pierwsze skrzypce w wyborze takiego, a nie innego sygnału miasta grała nie do końca wyartykułowana niechęć miejskich władz do nie w pełni polskiego dziedzictwa bielskiego.

Myliłem się. Ta niechęć była jak najbardziej wyartykułowana! Dobitnie klarowna i bardzo ściśle i czytelnie skodyfikowana w regulaminie konkursu.
Jego organizatorzy, po dość burzliwym sporze uznali, że hejnał naszego grodu "nie może ograniczyć się wyłącznie do uwypuklenia włókienniczej specyfiki miasta, ale obejmować powinien bardziej trwały i mocniej z naszym terenem związany element (!), jakim jest folklor, czyli motywy ludowej muzyki regionu beskidzkiego".


Sprawa więc już na samym wstępie postawiona została koślawo, ale niewątpliwie bardzo jasno. Na tyle jasno, że w eliminacjach, z powodów zupełnie niemuzycznych, odpadły dwie propozycje.

Takie podejście musiało skutkować zwycięstwem jedynie słusznego projektu. Choć w samym konkursie startowało aż dziesięć prac, ostatecznie w finale znalazły się trzy, które najściślej odpowiadały wizji konkursowego jury pod przewodnictwem prof. Dunikowskiego. Spośród trzech propozycji, opatrzonych godłami "Polak", "Korab" i "Fujarka" wybrano tę trzecią, jako najbardziej zbliżoną do odgórnych założeń konkursu (w prasie zaznaczano później bardzo dobitnie, że na ostatnim etapie decyzję podjęto jednomyślnie. Taaa, jasne...).

Zwyciężyła melodia, która "ściśle związana ze specyfiką regionu, oddaje cału urok podbeskidzia: rytm maszyn i szum lasu łączy się tutaj w pieśń optymistyczną, w pieśń zwycięską!" tryumfalnie ogłaszała Kronika Beskidzka w lipcu 1964 roku.

Warto dodać, że finał konkursu okraszony był małą wpadką. Po otwarciu koperty z danymi laureata "Fujarki" okazało się, że prócz adresu i imienia, brak wewnątrz nazwiska. Zanim więc udało się dotrzeć do zwycięzcy - Piotra Stachury - minęło nieco czasu.

Pierwsze, oficjalne wykonanie hejnału miało miejsce latem 1964 r. z wieży zamkowej. Wykonawcą był uczeń szkoły muzycznej, wilkowiczanin Józef Polak.

Tak, wtedy jeszcze hejnały grano na trąbce...

2015-12-15 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

Farbujemy dalej

  

czyli

Kolorowy zawrót głowy - refill pack

Ponieważ poprzedni wpis okazał się mało precyzyjny, postanowiłem go nieco uaktualnić. W trakcie uaktualniania jednak (z powodu ilości materiału) postanowiłem dokonać uzupełnienia w postaci osobnej notki będącej kontynuacją i, mam nadzieję, rzetelnym aneksem do "Kolorowego zawrotu głowy".

Z obiektami od dawna już nieistniejącymi jest taki problem, że trudno je osadzić w dzisiejszej rzeczywistości. Bardzo często jest tak, że pamięć (całkiem nieźle, jeśli w pamięci jakiś ślad, znak lub trop w ogóle pozostał) jest bardzo zawodna i płata nam figle. Jeszcze gorzej jest z tymi obiektami na planie miasta, których pamiętać już raczej nie możemy.

Tak właśnie jest z farbiarnią Kergera. Koleje losu zdmuchnęły ją z powierzchni ziemi i z ludzkiej świadomości. Dobrze, że możemy podeprzeć się tą protezą pamięci, jaką jest archiwalna fotografia, dobrze, że możemy posłużyć się wyobraźnią i starymi planami, aby choć prowizorycznie poukładać te wybrakowane puzzle przeszłości.

Położenie farbiarni zostało wymuszone przez charakter produkcji - zabudowa budynków fabrycznych ciągnęła się wzdłuż bialskiego brzegu rzeki. Najstarsze zabudowania (czerwone) położone były na tyłach kamienicy przy ul. Głównej, młodsze (żółte i zielone) dobudowywano postępując na północ. Najpierw dwie hale równolegle do rzeki, później prostopadła do całego kompleksu wraz z wysokim kominem i późniejszymi, wciśniętymi w już istniejącą zabudowę budynkami technicznymi (proszę wybaczyć jakość powyższej ilustracji, Gimpem posługuję się równie sprawnie jak pięciolatek zagęszczarką do żwiru). Jako uzupełnienie warto dodać, że farbiarnia Kergera w Białej, w latach trzydziestych XX wieku należała do bielskiej spółki Büttnerów, właścicieli fabryki sukna na Żywieckim Przedmieściu (dzisiejsze Muzeum Techniki "Stara Fabryka"). Ich wspólnikiem był krewny Roberta, Erwin Kerger. Büttnerowie nie posiadali swej farbiarni, toteż przez długie lata korzystali z manufaktury pana Erwina w Białej.

Powstała w 1869 roku hala położona była tuż nad brzegiem Białej i doskonale spełniała swą funkcję przez następne trzydzieści lat, aż do kolejnej rozbudowy. System kadzi farbiarskich, połączony z nurtem Białki, pozostawał jednak od niej w dużym stopniu niezależny przez zespół prostych urządzeń odcinających i wyrównujących poziom wody.


Na wykreślonym w 1901 roku planie Roberta Friedla widać te zabudowania doskonale. Od samego początku kompleks budowany był według odmiennych niż zazwyczaj zasad. Jak dotąd zakłady przemysłowe grupowane były wokół wewnętrznego dziedzińca i przez długie dekady był to bardzo często spotykany sposób zabudowy (w Bielsku chociażby fabryki Scholza, Brülla czy spółki Popper & Latzko). W przypadku bialskiej farbiarni już sam charakter rzemiosła, ale i warunki terenowe, tudzież istniejąca zabudowa, wymusiły taki, a nie inny kształt parceli. Kolorem czerwonym zaznaczono zabudowania farbiarni jeszcze w fazie sprzed ostatniej rozbudowy. Niebieskim kolorem obwiedziono kamienicę mieszkalno-handlową przy ulicy Głównej.

Z tą ostatnią mam mały problem. Na żadnym znanym mi zdjęciu nie widać tej prostej i skromnej, ale jakże charakterystycznej dla epoki józefińskiej kamienicy w całości. Wszystkie dostępne mi ujęcia pokazują ją z perspektywy ulicy, a więc pod ostrym kątem. To jest właściwie zrozumiałe - aby sfotografować ją z przodu w całości, należałoby wyburzyć kamienicę Haberfeldów, bo dom Kergera zwyczajnie nie wszedłby w całości w kadr. Wszystkie też ujęcia ordynarnie ucinają tylną część domu mieszkalnego pana Roberta (mimo, że w sezonie letnim, prócz bujnych kasztanowców, nic nie przysłaniało pełnego widoku na prawy brzeg Białki). Ale to też można zrozumieć - zaplecze kamienicy nie było zbyt estetyczne. Tuż za domem zaczynał się mało fotogeniczny mur, przechodzący w jeszcze mniej medialne zabudowania farbiarni. Był to ten fragment miasta, którego fasada głównych ulic przyciągała i mamiła "światowością", ale już zaplecza, oficyny, warsztaty i komórki odpychały surową, dziewiętnastowieczną, industrialną przaśnością (gdzie słowo "przaśność" to piękny eufemizm, w dodatku na wyrost). Mówiąc krótko żaden fotograf zdejmujący słynne bialskie "Corso" z pięknymi damami i eleganckimi jegomościami przechadzającymi się dostojnie w całkiem zgrabnych okolicznościach architektury, nie był zainteresowany uwiecznianiem na swoich "folderach" tej parszywej, brudnej i odstręczającej strony ówczesnej egzystencji.

I ja to rozumiem.

A mimo to nieistniejąca już kamienica Kergera, prosta i - jak się rzekło - na tle sąsiadek raczej niepozorna, budzi moje szczególne zainteresowanie. Być może sprawia to fakt, że nie pamiętam jej wcale (bo nie mogę) i tym bardziej rozpala to moją wyobraźnię; być może jest w jej prostej sylwetce jakaś szczególna harmonia epoki józefińskiej. W każdym razie mam wrażenie, że domu tego, podobnie jak sąsiednich kamienic Kruppy i Körbela, w perspektywie ulicy bardzo brakuje. Idealnie wtapiał się w jej pierzeję, będąc doskonałym dopełnieniem i jedyną sensowną architektoniczną kontynuacją wschodniego przyczółka Białki.

Czyż nie?

Zabudowania Kergera są jednym z tych fragmentów miasta, które budzą szczególny sentyment. Odeszły bezpowrotnie i szans na ich wskrzeszenie nie ma. Biorąc jednak pod uwagę sposób i "klasę" z jakimi wskrzesza się dziś podobne budynki - może to i dobrze.

2015-12-12 | Dodaj komentarz
gjp
2015-12-13 21:15:03
Dziękuję, o to właśnie chodziło ;)
Komentarzy (4)

Kolorowy zawrót głowy

  

Zostawmy dzisiaj na boku konflikty i niesnaski. Zostawmy awantury i afery, aby nie sugerować, że świat sprzed stu lat był bardzo podobny do dzisiejszego (wszyscy przecież wiemy, że był stokroć lepszy, milszy i bardziej kolorowy).

Dzisiejszy krótki wpis poświęcimy czemuś, po czym zarówno w świadomości mieszkańców, jak i w krajobrazie miasta nie pozostał nawet ślad. I nie mówię tu tylko o śladach natury bardzo ulotnej i nietrzymającej się ludzkiej pamięci, ale także o tej twardej, kamienno-drewnianej rzeczywistości.

Bielsko i Biała zazwyczaj stereotypowo postrzegane są jako ośrodki tkactwa i włókiennictwa. Poniekąd słusznie. Zazwyczaj jednak, mówiąc i pisząc o tych miastach, zapominamy o pozostałych, równie prężnych gałęziach przemysłu, często ściśle związanych z tkactwem, ale pozostających w jego cieniu. Jedną z takich dziedzin jest farbiarstwo. Fach, który od początku istnienia branży tekstylnej towarzyszył jej i wspomagał ją wydatnie.

I dlatego nasze wirtualne kroki skierujemy ku nieistniejącym już dziś w przestrzeni miasta zabudowaniom pewnej starej farbiarni.

Kiedy spogląda się na dobrze miłośnikom miasta znane fotografie przedstawiające gęsto zabudowaną przestrzeń tuż przy moście na Białej, trudno oprzeć się wrażeniu, że był to kiedyś pełen życia kwartał, rojny i gwarny ponad miarę. Istotnie, na przełomie XIX i XX wieku tutaj biło serce dwumiasta, tutaj skupiał się wielki handel, drobny handelek i przemysł (o rzut beretem znajduje się przecież plac Giełdowy).

Widoczny po lewej stronie budynek to budowla, o której istnieniu z wiadomych powodów dziś już nie pamiętamy.

To kamienica niejakiego Roberta Kergera. Na parterze mieszczą się sklepy dzierżawione przez Chane Loingera, sprzedawcę towarów manufakturowych i modnych oraz Antoniego Nowosada, handlarza mąką. Jednak sam budynek pochodzi z końca XVIII wieku i prawie od samego początku swego istnienia był ściśle związany z farbiarstwem.

W roku 1806 na zapleczu tego budynku, pierwszy właściciel nieruchomości, niejaki Christian Züchardt wybudował pierwszy, parterowy budynek farbiarni. Była to budowla niewielka, jednak stopniowo, w miarę upływu czasu, zabudowania rozrastały się i ulegały modyfikacji.

Projekt farbiarni autorstwa starszego z Rostów. Budynek o prostej konstrukcji z dwuspadowym dachem, pełnym systemem wentylacji dachowej i ciągiem kadzi farbiarskich połączonych ze sklepionym kanałem, mającym połączenie z rzeką.

Największy rozwój farbiarni nad Białą przypadł na dość istotny w całym farbiarstwie okres. W 1856 roku William Henry Perkin (całkiem przypadkiem, bo poszukując lekarstwa na malarię) wysyntetyzowal pierwszy sztuczny barwnik azynowy - czerwonofioletową moweinę. Od tej pory farbiarstwo nabrało rozpędu, a Karl Schirn, który już w roku 1836 został właścicielem bialskiego zakładu, prosperował coraz lepiej. W 1869 roku powstał wzdłuż rzeki nowy budynek farbiarni (zaprojektowany przez Emanuela Rosta) wraz z kotłownią, a niedługo potem, w 1871, według planów autorstwa Walczoka - pralnia i suszarnia wełny.

Robert Kerger stał się właścicielem farbiarni w roku 1885. Czternaście lat później rozpoczął ostatnią, najbardziej nowoczesną rozbudowę zakładu. Posiłkując się projektami Thiena i Korna, wymurował kilka nowych budynków, a jego zakład stał się jedną z największych farbiarni w Białej.

Cały kompleks funkcjonował nieprzerwanie prawie półtora wieku. Na jednej z nielicznych fotografii tego miejsca widzimy zabudowania farbiarni w roku 1915. Swoją drogą to zastanawiające, że tak ruchliwy fragment miasta, ścisłe centrum, najbardziej zatłoczony środek osady, jest tak słabo "zarchiwizowany". Posiadamy naprawdę niewiele fotografii prawego brzegu Białej tuż przy moście.

Wytłumaczeniem tego może być fakt, że farbiarstwo - wbrew pozorom i mimo swej niezwykle użytecznej funkcji - nie było fachem o zbyt dobrym odbiorze społecznym. Związana z procesem technologicznym emisja do Białej poprodukcyjnych zanieczyszczeń - mydlin, barwników, resztek substancji utrwalających i zapraw farbiarskich, wiązała się nie tylko z zabrudzeniem wód (wówczas, to znaczy w XIX wieku, niezbyt przejmowano się tego typu ekologicznymi aspektami, poza tym nie całkiem kojarzono jeszcze negatywny wpływ na rzeczną faunę wodorotlenku ołowiu używanego do sporządzania zaprawy dla kwaśnych farb), ale przede wszystkim ze szczególnie uciążliwym smrodem utrudniającym życie w centrum miasta.


Prawda jest taka, że w okresie największego wzmożenia prac farbiarskich, rzeka przypominała kolorowy cuchnący rynsztok. I chociaż pięknie barwione tkaniny były zawsze bardzo pożądane, ich proces produkcyjny wiązał się z wieloma uciążliwościami. Fetor octu, tanin i garbników używanych do komponowania bejc farbiarskich niósł się daleko. Dzień i noc.

No dobra, trochę przesadziłem. Nie było aż tak źle.

W jednym z dawnych wpisów o rzece napisałem, że w ciągu całej historii obu miast, Białka była dla nich zaledwie instrumentem pracy i przetrwania. Źródłem wody, rezerwuarem docelowym dla ścieków i zanieczyszczeń. Jednak nie tylko. Trzeba bowiem uczciwie stwierdzić, że już na przełomie wieku XIX i XX coś w tej materii zaczęło się zmieniać. W rzece powoli zaczynano dostrzegać również inne, prócz przemysłowych, walory. Nie trzeba szukać daleko: w domu Haberfeldów, sąsiadującym z kamienicą Kergera przez ulicę, mieściła się zaopatrzona w niewielki ogródek letni kawiarnia, której właścicielem był Henryk Kaufmann. Jeżeli więc w letniej porze dało się choć na chwilę przysiąść przy stoliczku, na zewnątrz "Café Central" i nie doznać poparzenia górnych dróg oddechowych, czy choćby toksycznych bólów głowy, to oznacza, że nie było to znów aż takie odpychające miejsce. No, chyba, że mieszkańcy zdążyli już do fetorów przywyknąć.

Smutny koniec dla całego kompleksu przyszedł w 1945 roku. Wycofujące się wojska niemieckie, wysadzając most na Białej, tak dotkliwie uszkodziły zabudowania farbiarni, że trzeba było je rozebrać. Zresztą nie tylko farbiarnię. Wkrótce przestało istnieć niemal całe otoczenie mostu oraz - rzecz jasna- on sam.

Dziś nic już nie przypomina o farbiarni Kergera. Nie został po niej kamień na kamieniu. Nawet ślad. Nie ma zakładu, nie ma pięknej kamienicy przy niegdysiejszej ulicy Głównej. Nie ma nic. Pozostała tylko rzeka.

I tylko czasem - jakby echo sprzed wieku - ponad zmarszczoną taflę wody poniesie się w dal nie całkiem przyjemny zapach.

2015-12-08 | Dodaj komentarz
gjp
2015-12-08 22:50:38
nie wiem, czy już o tym pisałem, ale czasem brakuje mi jakiejś współczesnej mapy, na którą naniósłby Pan opisywane miejsca. dla osób z Bielska czasem nie do końca jest to pewnie łatwe do uchwycenia, dla osób z zewnątrz, lub z małym kontaktem z miastem (orientacją) zupełnie uniemożliwia umiejscowienie opisywanych budynków, ulic, etc.
Angus
2015-12-09 08:29:10
Piękny jest ten elegancki tłum w letni, pewnie upalny dzień na pierwszym zdjęciu. Kojarzyć się może z dzisiejszymi tłumami w Sferze. Bo przecież taką samą rolę pełniła wówczas Kaizer Franz Josef Strasse ;-)
Maciej P.
2015-12-10 10:31:10
@gjp Zdaję sobie sprawę, że niektóre notki - jeśli chodzi o umiejscowienie ich bohaterów i tematów - mogą być niezbyt precyzyjne. Nie chciałbym, aby teksty na tym blogu były adresowane tylko do wąskiego grona znawców, zatem obiecuję, że wkrótce wyedytuję wpis, nieco go rozbudowując. Inna sprawa, że od jakiegoś czasu, przygotowując wpisy, muszę bardzo uważać na ich objętość w warstwie ikonograficznej. Pojemność mojego konta na serwerze jest bardzo ograniczona i właśnie zbliżam się do jej kresu. A przecież nie wyobrażam sobie, aby pisać o naszym mieście, nie ilustrując tekstu fotografiami. Grozi mi to, jesśli zbytnio będę szafował ilością obrazów. Niemniej jeszcze w piątek, najdalej w sobotę zamieszczę rozszerzoną, pełną wersję wpisu o farbiarni Kergera z uwzględnieniem Pana cennej uwagi, z kilkoma dodatkowymi ilustracjami. Z ostatniej chwili: kilka godzin temu prośba o powiększenie pojemności konta powędrowała do administratora, a na pozytywną odpowiedź z zapewnieniem powiększenia konta nie trzeba było długo czekać. Bardzo mnie to cieszy. Pozdrawiam.
Maciej P.
2015-12-10 10:32:09
@Angus. Tak, to prawda. Jest w tym zdjęciu jakiś nieodparty urok, klimat świątecznego, niedzielnego przedpołudnia, którego dziś nie da się już odtworzyć. Choć czasem miałbym na to wielka ochotę. Nie będę ukrywał, że właśnie takie zdjęcia jak to, z mostem i spacerowiczami kilka lat temu zainspirowały mnie do utworzenia "Liceum mundi". No proszę, to już ponad trzy lata!

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[andrzej]
Połowę swojego życia mieszkałem w tym rejonie, zatem nie dziwi fakt, że odbieram tą dzielnicę...
[Mada L]
Wspaniała opowieść
[Angus]
Pozwolę sobie powtórzyć kluczowe dla mnie zdanie tego tekstu: "Bo może wtedy jeszcze komuś zależało...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 224861
Newsów: 90
Komentarzy: 325
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała