liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (4)

Kolorowy zawrót głowy

  

Zostawmy dzisiaj na boku konflikty i niesnaski. Zostawmy awantury i afery, aby nie sugerować, że świat sprzed stu lat był bardzo podobny do dzisiejszego (wszyscy przecież wiemy, że był stokroć lepszy, milszy i bardziej kolorowy).

Dzisiejszy krótki wpis poświęcimy czemuś, po czym zarówno w świadomości mieszkańców, jak i w krajobrazie miasta nie pozostał nawet ślad. I nie mówię tu tylko o śladach natury bardzo ulotnej i nietrzymającej się ludzkiej pamięci, ale także o tej twardej, kamienno-drewnianej rzeczywistości.

Bielsko i Biała zazwyczaj stereotypowo postrzegane są jako ośrodki tkactwa i włókiennictwa. Poniekąd słusznie. Zazwyczaj jednak, mówiąc i pisząc o tych miastach, zapominamy o pozostałych, równie prężnych gałęziach przemysłu, często ściśle związanych z tkactwem, ale pozostających w jego cieniu. Jedną z takich dziedzin jest farbiarstwo. Fach, który od początku istnienia branży tekstylnej towarzyszył jej i wspomagał ją wydatnie.

I dlatego nasze wirtualne kroki skierujemy ku nieistniejącym już dziś w przestrzeni miasta zabudowaniom pewnej starej farbiarni.

Kiedy spogląda się na dobrze miłośnikom miasta znane fotografie przedstawiające gęsto zabudowaną przestrzeń tuż przy moście na Białej, trudno oprzeć się wrażeniu, że był to kiedyś pełen życia kwartał, rojny i gwarny ponad miarę. Istotnie, na przełomie XIX i XX wieku tutaj biło serce dwumiasta, tutaj skupiał się wielki handel, drobny handelek i przemysł (o rzut beretem znajduje się przecież plac Giełdowy).

Widoczny po lewej stronie budynek to budowla, o której istnieniu z wiadomych powodów dziś już nie pamiętamy.

To kamienica niejakiego Roberta Kergera. Na parterze mieszczą się sklepy dzierżawione przez Chane Loingera, sprzedawcę towarów manufakturowych i modnych oraz Antoniego Nowosada, handlarza mąką. Jednak sam budynek pochodzi z końca XVIII wieku i prawie od samego początku swego istnienia był ściśle związany z farbiarstwem.

W roku 1806 na zapleczu tego budynku, pierwszy właściciel nieruchomości, niejaki Christian Züchardt wybudował pierwszy, parterowy budynek farbiarni. Była to budowla niewielka, jednak stopniowo, w miarę upływu czasu, zabudowania rozrastały się i ulegały modyfikacji.

Projekt farbiarni autorstwa starszego z Rostów. Budynek o prostej konstrukcji z dwuspadowym dachem, pełnym systemem wentylacji dachowej i ciągiem kadzi farbiarskich połączonych ze sklepionym kanałem, mającym połączenie z rzeką.

Największy rozwój farbiarni nad Białą przypadł na dość istotny w całym farbiarstwie okres. W 1856 roku William Henry Perkin (całkiem przypadkiem, bo poszukując lekarstwa na malarię) wysyntetyzowal pierwszy sztuczny barwnik azynowy - czerwonofioletową moweinę. Od tej pory farbiarstwo nabrało rozpędu, a Karl Schirn, który już w roku 1836 został właścicielem bialskiego zakładu, prosperował coraz lepiej. W 1869 roku powstał wzdłuż rzeki nowy budynek farbiarni (zaprojektowany przez Emanuela Rosta) wraz z kotłownią, a niedługo potem, w 1871, według planów autorstwa Walczoka - pralnia i suszarnia wełny.

Robert Kerger stał się właścicielem farbiarni w roku 1885. Czternaście lat później rozpoczął ostatnią, najbardziej nowoczesną rozbudowę zakładu. Posiłkując się projektami Thiena i Korna, wymurował kilka nowych budynków, a jego zakład stał się jedną z największych farbiarni w Białej.

Cały kompleks funkcjonował nieprzerwanie prawie półtora wieku. Na jednej z nielicznych fotografii tego miejsca widzimy zabudowania farbiarni w roku 1915. Swoją drogą to zastanawiające, że tak ruchliwy fragment miasta, ścisłe centrum, najbardziej zatłoczony środek osady, jest tak słabo "zarchiwizowany". Posiadamy naprawdę niewiele fotografii prawego brzegu Białej tuż przy moście.

Wytłumaczeniem tego może być fakt, że farbiarstwo - wbrew pozorom i mimo swej niezwykle użytecznej funkcji - nie było fachem o zbyt dobrym odbiorze społecznym. Związana z procesem technologicznym emisja do Białej poprodukcyjnych zanieczyszczeń - mydlin, barwników, resztek substancji utrwalających i zapraw farbiarskich, wiązała się nie tylko z zabrudzeniem wód (wówczas, to znaczy w XIX wieku, niezbyt przejmowano się tego typu ekologicznymi aspektami, poza tym nie całkiem kojarzono jeszcze negatywny wpływ na rzeczną faunę wodorotlenku ołowiu używanego do sporządzania zaprawy dla kwaśnych farb), ale przede wszystkim ze szczególnie uciążliwym smrodem utrudniającym życie w centrum miasta.


Prawda jest taka, że w okresie największego wzmożenia prac farbiarskich, rzeka przypominała kolorowy cuchnący rynsztok. I chociaż pięknie barwione tkaniny były zawsze bardzo pożądane, ich proces produkcyjny wiązał się z wieloma uciążliwościami. Fetor octu, tanin i garbników używanych do komponowania bejc farbiarskich niósł się daleko. Dzień i noc.

No dobra, trochę przesadziłem. Nie było aż tak źle.

W jednym z dawnych wpisów o rzece napisałem, że w ciągu całej historii obu miast, Białka była dla nich zaledwie instrumentem pracy i przetrwania. Źródłem wody, rezerwuarem docelowym dla ścieków i zanieczyszczeń. Jednak nie tylko. Trzeba bowiem uczciwie stwierdzić, że już na przełomie wieku XIX i XX coś w tej materii zaczęło się zmieniać. W rzece powoli zaczynano dostrzegać również inne, prócz przemysłowych, walory. Nie trzeba szukać daleko: w domu Haberfeldów, sąsiadującym z kamienicą Kergera przez ulicę, mieściła się zaopatrzona w niewielki ogródek letni kawiarnia, której właścicielem był Henryk Kaufmann. Jeżeli więc w letniej porze dało się choć na chwilę przysiąść przy stoliczku, na zewnątrz "Café Central" i nie doznać poparzenia górnych dróg oddechowych, czy choćby toksycznych bólów głowy, to oznacza, że nie było to znów aż takie odpychające miejsce. No, chyba, że mieszkańcy zdążyli już do fetorów przywyknąć.

Smutny koniec dla całego kompleksu przyszedł w 1945 roku. Wycofujące się wojska niemieckie, wysadzając most na Białej, tak dotkliwie uszkodziły zabudowania farbiarni, że trzeba było je rozebrać. Zresztą nie tylko farbiarnię. Wkrótce przestało istnieć niemal całe otoczenie mostu oraz - rzecz jasna- on sam.

Dziś nic już nie przypomina o farbiarni Kergera. Nie został po niej kamień na kamieniu. Nawet ślad. Nie ma zakładu, nie ma pięknej kamienicy przy niegdysiejszej ulicy Głównej. Nie ma nic. Pozostała tylko rzeka.

I tylko czasem - jakby echo sprzed wieku - ponad zmarszczoną taflę wody poniesie się w dal nie całkiem przyjemny zapach.

2015-12-08 | Dodaj komentarz
gjp
2015-12-08 22:50:38
nie wiem, czy już o tym pisałem, ale czasem brakuje mi jakiejś współczesnej mapy, na którą naniósłby Pan opisywane miejsca. dla osób z Bielska czasem nie do końca jest to pewnie łatwe do uchwycenia, dla osób z zewnątrz, lub z małym kontaktem z miastem (orientacją) zupełnie uniemożliwia umiejscowienie opisywanych budynków, ulic, etc.
Angus
2015-12-09 08:29:10
Piękny jest ten elegancki tłum w letni, pewnie upalny dzień na pierwszym zdjęciu. Kojarzyć się może z dzisiejszymi tłumami w Sferze. Bo przecież taką samą rolę pełniła wówczas Kaizer Franz Josef Strasse ;-)
Maciej P.
2015-12-10 10:31:10
@gjp Zdaję sobie sprawę, że niektóre notki - jeśli chodzi o umiejscowienie ich bohaterów i tematów - mogą być niezbyt precyzyjne. Nie chciałbym, aby teksty na tym blogu były adresowane tylko do wąskiego grona znawców, zatem obiecuję, że wkrótce wyedytuję wpis, nieco go rozbudowując. Inna sprawa, że od jakiegoś czasu, przygotowując wpisy, muszę bardzo uważać na ich objętość w warstwie ikonograficznej. Pojemność mojego konta na serwerze jest bardzo ograniczona i właśnie zbliżam się do jej kresu. A przecież nie wyobrażam sobie, aby pisać o naszym mieście, nie ilustrując tekstu fotografiami. Grozi mi to, jesśli zbytnio będę szafował ilością obrazów. Niemniej jeszcze w piątek, najdalej w sobotę zamieszczę rozszerzoną, pełną wersję wpisu o farbiarni Kergera z uwzględnieniem Pana cennej uwagi, z kilkoma dodatkowymi ilustracjami. Z ostatniej chwili: kilka godzin temu prośba o powiększenie pojemności konta powędrowała do administratora, a na pozytywną odpowiedź z zapewnieniem powiększenia konta nie trzeba było długo czekać. Bardzo mnie to cieszy. Pozdrawiam.
Maciej P.
2015-12-10 10:32:09
@Angus. Tak, to prawda. Jest w tym zdjęciu jakiś nieodparty urok, klimat świątecznego, niedzielnego przedpołudnia, którego dziś nie da się już odtworzyć. Choć czasem miałbym na to wielka ochotę. Nie będę ukrywał, że właśnie takie zdjęcia jak to, z mostem i spacerowiczami kilka lat temu zainspirowały mnie do utworzenia "Liceum mundi". No proszę, to już ponad trzy lata!
Komentarzy (8)

Pierwszy gargamel Monarchii

  

czyli

Foch stulecia

W jednym z poprzednich wpisów swoją uwagę poświęciłem szczególnym losom kochanki cesarza Franciszka Józefa. Dziś przyjrzymy się samej rodzinie Nahowskich. A właściwie dwóm jej przedstawicielom.

Historia Anny Nahowskiej nie potoczyła się szczęśliwie. Kiedy syn cesarza Franciszka Józefa popełnił samobójstwo, władca odwrócił się od świata. Również Anna musiała borykać się z rodzinnymi kłopotami. Jej córka Helena wyszła za mąż za Albana Berga, wschodzącą gwiazdę muzyki wiedeńskiej, artystę nowoczesnego i kontrowersyjnego. Nie akceptowała tego związku, przeciwstawiała się mu ze wszystkich sił. Czy powodem takiej postawy była niezrozumiała, pełna dodekafonicznych brzmień muzyka zięcia, czy może homoseksualizm siostry Berga, Smaragdy?


Tego już raczej nie rozstrzygniemy. Faktem jest natomiast niechęć, jaką Anna odczuwała do Albana.

Rodzina jej męża, Franciszka Nahowskiego, to zupełnie osobny temat. Kto wie, czy (w wymiarze lokalnym) nie ciekawszy od romansu z cesarzem?

Franciszek Nahowski, mąż Anny, był potomkiem jednego z najbardziej wpływowych ludzi ówczesnej doby. Przynajmniej tu, na północnych rubieżach C.K. Monarchii. Franz Nahowski senior, od 1867 roku, członek rady miasta, a od 1874 r. wiceburmistrz Białej, pnie się po szczeblach kariery nie zapominając o dobrobycie swojej rodziny, buduje swój wizerunek człowieka zapobiegliwego i jednocześnie godnego zaufania.
W listopadzie 1881 roku zostaje burmistrzem Białej i piastuje ten urząd przez osiem lat.

Kim był Franciszek Nahowski? Niestety odpowiedź nie jest prosta. Chciałoby się, aby obdarzony tak wielkim zaufaniem, niespożytą energią i olbrzymią charyzmą mąż opatrznościowy miasta był człowiekiem bez skazy i zmazy. Niestety w realu tak się chyba nie da. Przy całej swej zapobiegliwości, przy umiejętnościach organizacyjnych i świetnym wyczuciu potrzeb mieszkańców, Franz Nahowski był jednym z najzagorzalszych okolicznych nacjonalistów niemieckich. Przez mieszkających w Białej Polaków nazywany był "Germanizatorem". Nie bez powodu. W 1884 r. Nahowski ogłasza słynną (w kontekście bialskiej historii wręcz karygodną i absurdalną) deklarację o "niemieckim charakterze miasta". Ściąga tym samym na siebie gniew polskich środowisk, z którego, oczywiście, nic sobie nie robi.

Jednak Franz zraża do siebie nie tylko mniejszości narodowe.

W 1860 roku, przy Starym Rynku, późniejszym Placu Józefa, na realności należącej do Franciszka Nahowskiego, na rogu ulicy Targowej, powstaje winiarnia. Generalnie rzecz biorąc sprawa jest oczywista. Prawo propinacji Franciszek pozyskał dziesięć lat wcześniej, nic więc nie stało na przeszkodzie, aby na swoim terenie, w obrębie swojej realności zbudować przybytek Bachusa. Na czymś przecież rodzinną fortunę budować trzeba.

Pierwotnie winiarnia mieściła się w niewielkim, parterowym domu z dwuspadowy dachem. Typowym dla dziewiętnastowiecznej zabudowy Białej. Na fotografii z 1898 roku widać niezbyt okazałą budowlę, która w porównaniu z sąsiednimi kamieniczkami (te z prawej również należą do rodziny Nahowskich) nie prezentuje się zbyt okazale. Ta sytuacja miała się już niebawem zmienić

Już 19.12.1888 r. formalnie budowla w narożniku Rynku i ul. Targowej stała się placem budowy. W 1892 kamienica przeszła na własność syna Franciszka, Rudolfa Nahowskiego. To on postanowił rozbudować otrzymaną nieruchomość. W 1903 roku w miejscu starego, niepozornego domu stanęła budowla, która swoim kształtem nie tylko zdeklasowała pozostałe budowle przy rynku, ale nawet wszystkie inne budynki tak w Białej, jak i w Bielsku.

Początkowo kamienica wzbudzała niedowierzanie, a nawet była obiektem kpin. Nic dziwnego. Czegoś takiego jeszcze nie widziano. Wybudowana w duchu secesyjnej swobody kamienica prezentowała się na tle szarych i bezbarwnych sąsiadek, jak wyjęta z bajki księżniczka, albo raczej - jak częściej twierdzono - niepoważny klaun z cyrku.


Rzeczywiście... Jeśli spojrzymy obiektywnie, trudno zrozumieć, co kierowało młodym Nahowskim i projektantem, Emanuelem Rostem juniorem, że zdecydowali się na tak oryginalny, by nie rzec niedorzeczny - pomysł.

Zrozumieć można jeszcze samą secesyjną stylistykę - wszak Fin de siecle trwał w najlepsze, zrozumieć można uszczypliwość w architektonicznych cytatach, bo te z założenia wymierzone były w bezgustowny z punktu widzenia secesji historyzm. Ale ta inwazja fauny?! Chrabąszcze i żaby! Wszędzie żaby! Dlaczego właśnie one?

Budynek w warstwie architektonicznej aż kipi od symboli i znaczeń. Czasem są to znaczenia a rebours. Na przykład przedziwny, festonowo zdobiony walcowaty kształt wtopiony w narożnik budowli nie jest niczym innym, jak rodzajem kpiny z historyzujących form architektonicznych, które rozpleniły się w całym mieście. Same żaby zaś... No właśnie.

Skąd te żaby? Sprawa nie wydaje się prosta.

W okresie, w którym powstawała kamienica tryumfy święciła poezja i proza niezwykle popularnego niemieckiego autora i ilustratora, Wilhelma Buscha. Postaci zwierzęce, które stworzył, były wówczas tak samo popularne jak wiek później myszka Miki czy kaczor Donald. Pośród dość sporej menażerii, jaką powołał do życia, jednym z najbardziej ulubionych bohaterów była chodząca na dwóch nogach, nosząca się po ludzku, elegancka żaba.

Podobne, także lubiane żaby tworzyli również inni artyści, po których pozycje równie chętnie sięgano na początku XX wieku:
Peter Newell, czy Randolf Caldecott.


Mam wrażenie, że żaby z kamienicy Nahowskiego w szczególny sposób przypominają kreatury właśnie tego ostatniego. Proszę spojrzeć.

Szeroki kark, długie, tyczkowate nogi, elegancki strój i ta sama hrabiowsko-dziadowska dezynwoltura. Czy To właśnie Randolph Caldecott był ojcem chrzestnym naszych bialskich płazów? Dużo na to wskazuje. Zresztą nie jest to aż tak istotne, ważne, że rozparte na nadprożu kamienicy żabki są czymś w rodzaju odprysku kultury masowej przełomu wieków. Pierwszym znakiem i pierwszym objawem tryumfu kultury niskiej.

W literaturze przedmiotu tego typu fatalne pomysły architektoniczne dziś nazywa się "gargamelami" (i mniejsza z tym, że ze swoją pseudowieżyczką cała budowla trochę nawet przypomina dom czarownika z kreskówki). Że Kamienica pod Żabami była uznawana za fatalny pomysł, można się dowiedzieć, czytając opinie z epoki. Opinie dawno zapomniane i przykryte późniejszymi zachwytami nad oryginalnością konceptu. Ciekawe jak dziś odnieślibyśmy się do pomysłu umieszczenia na frontonie współczesnych postaci z kreskówek, albo komiksów. Czy potrafimy sobie wyobrazić reprezentacyjny budynek w samym centrum miasta z siedzącym na gzymsie psem Pluto, czy z machającym nogami Batmanem? Albo - żeby zachować
jakieś sensowne proporcje - Asterixa z Obeliksem, czy niejakiego H. Pottera?

Szczerze mówiąc, jakoś tego nie widzę. Jeszcze dzisiaj byłby to strzał w kolano inwestora, fatalna pomyłka właściciela i totalne nieporozumienie. Słowem: żenada. A cóż dopiero ponad sto lat temu?

Dlaczego więc w ogóle Nahowski wpadł na taki szalony (w całym tego słowa znaczeniu) pomysł? Skąd wzięła się ta jego bezprzykładna - dziś powiedzielibyśmy eufemistycznie: odważna - decyzja? Cierpliwości.

Dziś na żabki nie patrzymy już tak zasadniczo. Dziś stanowią one miły, barwny element pejzażu Białej i wtopiły się na stałe w wizerunek miasta. I choć kiedyś były cierniem i uwierały bardziej niż dzisiaj zrewitalizowany rynek w Bielsku, teraz są już tylko czymś w rodzaju kolorytu lokalnego.
Być może sprawił to fakt, że żaby tak bezkompromisową szarżą wskoczyły na nadproże kamienicy budząc zachwyt i konsternację jednocześnie; być może uczyniła to absolutnie bezprecedensowa, szokująca wręcz nowoczesność pomysłu. Fakt pozostaje faktem - żaby stały się w końcu pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym miasta, nie tylko punktem charakterystycznym na mapie Białej, ale wręcz jej wizytówką. I to do tego stopnia, że w pewnym okresie Bielsko-Biała najszerzej znana była w kraju nie z zamku i starego miasta, nie z kolejki linowej na Szyndzielnię, nie z najnowocześniejszego naonczas domu towarowego, ale właśnie z żab merdających nogami na kamiennym gzymsie. I wiem, co mówię, bo pierwszy raz w życiu zobaczyłem żaby z odległej perspektywy, czyli z takiej, z jakiej na kamienicę Nahowskiego patrzyła cała Polska - z perspektywy telewizyjnego widza. Jako ciekawostkę, jako turystyczną atrakcję i to w latach siedemdziesiątych, a więc wówczas, kiedy jeszcze nawet nie marzyłem o tym, że będę mieszkał w tym pięknym mieście.
Proszę mi wierzyć, że z takiej perspektywy żaby fascynowały, ale w żaden sposób nie budziły złych skojarzeń.

A powinny? - spyta ktoś... No właśnie!

W 2009 roku bialskie żabki ponownie stały się bohaterkami niezwykle gorącego sporu. Oto bielska rzeźbiarka, Lidia Sztwiertnia wpadła na pomysł, aby z bialskich płazów uczynić produkt eksportowy. Pani Lidia postanowiła wykonać kilkanaście żabich figur, które - odlane w spiżu - w przeróżnych pozach i sytuacjach rozmieściłaby w strategicznych turystycznie punktach miasta.

- Jestem rodowitą bielszczanką - mówiła - a żaby są dla mnie kopalnią pomysłów i inspiracji. Jako plastyczny, dający się w różny sposób animować detal są świetnym obiektem do pokazywania ich w różnych kontekstach. Bielsko-Biała szczyci się wspaniałą, XIX i XX-wieczną architekturą. Naturalne wydaje mi się skorzystanie z jednego z jej elementów architektonicznych.

Pani Lidia przystąpiła nawet do pracy, jednak realizacja pomysłu - co mieszkańcy dwumiasta przyjęli z wielkim zdziwieniem - nie doszła do skutku.

Zanim zapadła decyzja w sprawie żab, na biurku prezydenta Krywulta wylądowała koperta z listem od dr. Polaka. W liście tym, jeden z najlepszych bielsko-bialskich znawców tematu dowodził, że wykorzystanie żab jako motywu przewodniego i wizytówki miasta jest z moralnego punktu widzenia cokolwiek wątpliwe. Dlaczego?

Gdyby dzisiaj ktoś zadał sobie pytanie, dlaczego na nowym, pięknym, reprezentacyjnym budynku, na jego frontonie pojawiły się chrząszcze, a od strony ul. Targowej żaby, odpowiedź byłaby prosta: fantazja inwestora, dobry gust, zamiłowanie do literatury, i takie tam... Pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z sytuacją sprzed ponad stu lat. Że mówimy o czymś, co pojawiło się w mieście w epoce, która ciągle jeszcze była epoką zapatrywań konserwatywnych. I fakt wkraczającej na arenę dziejów, burzącej dawny porządek secesji nie ma tu nic do rzeczy. Bo oto Nahowski zrobił coś, czego przed nim nie zrobił nikt: zaklął w kamieniu, a więc na zawsze, po wieczne czasy, opowiastkę rodem z bajki. Uwiecznił postaci, które mogły bawić w lekkich książeczkach dla dzieci i we frywolnych pozycjach dla dorosłych, ale przecież ciągle stanowiły tylko pewien rodzaj rozrywki niższych lotów, zjawisko pseudoliterackie. A Nahowski umieścił to zjawisko na nadprożu reprezentacyjnej kamienicy! Uczynił z tych "niskich lotów" kanon. Można powiedzieć: wystawił im pomnik. Co go podkusiło?

Ano podkusił go Bies. Bielszczanie znający topografię miasta wiedzą doskonale, z jakąż to zacną budowlą sąsiadował budynek winiarni pana Rudolfa. Tak, właśnie. Z kościołem ewangelickim. Połączenie winiarni i świątyni nigdy (nie tylko w epoce ojca Rydzyka) nie było połączeniem zgodnym. Pastor bialski, rzecz jasna, patrzył na swawole i brewerie wyczyniane w winiarni krzywym okiem. I nic dziwnego. Musiało go, jako dobrego pasterza, boleć, że kiedy on z ambony głosi Słowo Boże, przez otwarte drzwi kościoła dobiegają gorszące odgłosy libacji. Że teren przykościelny - i to też trzeba sobie powiedzieć otwarcie - sukcesywnie zanieczyszczany był przez tych libacji uczestników. Konflikt, jaki zapłonął już w latach sześćdziesiątych, narastał nieustannie, aż przerodził się w otwartą wojnę i przybrał niepokojące formy.

Trzeba wiedzieć, że Nahowscy byli katolikami, a ten stan rzeczy nie pomagał sprawie. Można sądzić, że gdyby przyszło im spierać się z parafią katolicką, spór prawdopodobnie nie osiągnąłby takiego pułapu. Pech jednak chciał, że los wyznaczył im na sąsiedztwo kościół ewangelicki. I to w czasie, gdy parafią zarządzał sprawny organizator, ale niezwykle surowy nauczyciel, superintendent Zachodniej Galicji - pastor Herman Fritsche.

Spotkanie dwóch mocnych charakterów: jednego z najbogatszych, najbardziej wpływowych mieszczan oraz bezkompromisowego przywódcy duchowego (w 1903 roku, wtedy, gdy powstawała kamienica, Fritsche był już pastorem o prawie dwudziestoletnim stażu w Białej) musiało skutkować ostrym konfliktem. I poskutkowało.

Rozpoczęła się prawdziwa wojna. Fritsche z ambony rzucał na Nahowskiego gromy, mieszczanin zaś kpił z księdza w żywe oczy i demoralizował wiernych. A punktem kulminacyjnym tej wojny stała się kamienica z dwiema zaklętymi w kamieniu, rozwalonymi jak na tureckim kazaniu żabami, z których jedna kopci fajkę i pociąga z kielicha, a druga brzdąka na mandolinie. Przy czym obie zwrócone są ku kościołowi i wymownym spojrzeniem zdają się prowokować pastora. "I co nam zrobisz?"


Smaczku całej sprawie dodaje jeszcze jeden fakt. Otóż pastor Fritsche, wbrew pozorom, nie był wcale aż takim zajadłym germanizatorem. Więcej! W odróżnieniu od swego poprzednika, pastora Hönela, który w 1870 r. pogrzebał szansę na odprawianie nabożeństw w kościele ewangelickim również w języku polskim, Fritsche sprawiał wrażenie zwolennika bardziej koncyliacyjnych rozwiązań. To dodatkowo musiało mierzić Nahowskiego. Oj, musiało.

Ta reklamowa pocztówka jest swego rodzaju dowodem na gorący konflikt, jaki zapłonął pomiędzy duchownym a "prywaciarzem". Wyretuszowano na niej skrzętnie wizerunek świątyni. Czy dlatego, aby w żaden sposób nie "psuła" ogólnego oglądu reklamowego akcydensu? Z całą pewnością. Był to także prztyczek w nos wymierzony pastorowi, znak, że w istocie medialnie kościół może nagle zniknąć, rozpłynąć się. Wielki foch Nahowskiego? Tak to wygląda.

Czyż to nie irytujące? Rudolf Nahowski - i trzeba to sobie powiedzieć jasno - wykazał się daleko idącą małostkowością. Swoje prywatne urazy i animozje wpisał na stałe w murowaną budowlę, zachowując tym samym dla potomnych swoją małość i nikczemność. I tak właśnie trzeba to widzieć. Żaby nie są nieszkodliwym, architektonicznym żartem. Nie są tylko kolorytem lokalnym, ani turystyczną ciekawostką. Nie są też tylko - jak chcą niektórzy - przykładem barwnej, tutejszej secesji. Są zapisem nietolerancji i pogardy. Są przypieczętowaniem konfliktu natury społecznej, religijnej i, zapewne, narodowościowej.


To właśnie dlatego pomysł "ożywienia" żab z bialskiej kamienicy i próba rozlokowania ich spiżowych postaci w przeróżnych miejscach miasta wydają się tak bardzo nie na miejscu. A raczej powinny się wydawać.

Dziś patrzę na kamienicę Nahowskiego odmiennie niż kiedyś. Ma dla mnie dość szczególne znaczenie. Jest niemym świadkiem konfliktu i kroniką ludzkiej małości. Wiem, wiem. Traktuję to może zbyt poważnie. Ale z drugiej strony... Czy takie sprawy da się traktować inaczej?

2015-11-29 | Dodaj komentarz
MarianS.
2015-11-30 10:25:21
Diabeł dlatego tkwi w szczegółach bo te są bardzo mało znane. Dzięki Panu coraz więcej szczegółów znamy. I diabeł mniej wówczas straszny. Dziękuję i pozdrawiam.
andrzej
2015-11-30 13:29:47
Po przeczytaniu tekstu nasuwają mi się następujące refleksje. Zabrzmi to może nieco zuchwalę, ale podejrzewam, iż autor po raz pierwszy z popkulturową wizytówką medialną Bielska-Białej miał okazję się zetknąć przy nieco innych okolicznościach a mianowicie oglądając Bolka i Lolka choć może nie był tego całkiem świadomy? Dla mnie w tamtym czasie, był to niewątpliwie powód do dumy a dopiero nieco później zacząłem doceniać poważniejsze aspekty naszego miasta. Piszę o tym także w innym kontekście. Cóż, bowiem należałoby myśleć o hipotetycznej budowli współczesnej z zakomponowanymi elementami w architekturze, postaci rodem ze SFR w B-B ( oczywiście abstrahując od praw autorskich i temu podobnych kwestii). Czy to nie byłby przejaw postawy już bardziej akceptowalnej i wręcz wyrażającej tzw. „patriotyzm lokalny” ? Pamiętajmy, że w tamtym czasie w Białej, jakby na to nie patrzeć, tzw. kultura niemiecka była jednak czymś swojskim, przynajmniej dla elit. Tak, mam świadomość, że analogia ta jest mocno naciągana. Oczywiście zgadzam się z interpretacją intencji pomysłodawcy tej menażerii na kamienicy i uważam, iż należy to traktować, jako policzek dla ewangelickiej, skrępowanej regułami skromności i powściągliwości części bialskiej społeczności. Można to odebrać, jako negatywny przejaw wielokulturowości naszego miasta, którą tak lubimy się chwalić. Przy okazji spraw konfesyjnych, nasuwa mi się taka mała uwaga, ( za którą z góry przepraszam, bo moją rolą nie jest pouczanie kogokolwiek, a już najmniej autora), że w kościele ewangelickim nie ma Mszy, a jedynie nabożeństwo. Msza to chyba wyłączność katolicka. I ostatnia uwaga. Myliłby się ten, kto sądzi, że po wspomnianej dyskusji na temat uczynienia wzmiankowanych żab, symbolem współczesnego Bielska-Białej sprawa się skończyła i nie pozostał po niej ślad. Pozostał i to w samym centrum administracyjnym miasta. Proszę wejść do Ratusza, gdzie bodajże na parterze w szklanej gablocie paradują dwa rzeczone płazy, buńczucznie w górze trzymające tarcze herbowe Bielska i Białej. Mają się dobrze, choć to tylko miniaturki. Gdybym był równie złośliwy jak Nahowski, to mógłbym coś zasugerować pod adresem włodarzy tego przybytku. Dziękując za kolejny inspirujący do refleksji wpis, pozdrawiam.
Maciej P.
2015-11-30 18:24:39
@MarianS. Diabeł (a w tym wypadku nawet Żabeł) tkwi faktycznie w szczegółach. Czasem zawoalowanych, czasem przysłoniętych uparcie powtarzaną półprawdą. Tak już jest. Warto więc czasem przyjrzeć się faktom znanym od lat i popróbować, czy aby na pewno są faktami. Pozdrawiam.
Maciej P.
2015-11-30 18:39:16
@Andrzej. Istotnie, palnąłem głupstwo. Nie msza, a nabożeństwo. Dzięki za korektę, a właściwie za redakcję merytoryczną tekstu. Już poprawione. Odnośnie zaś współczesności, to Bolka i Lolka znałem, rzecz jasna dużo wcześniej, ale ich przecież zawsze kojarzyłem z Bielskiem. Tu nie ma nic szczególnego i nie w tym rzecz. Mnie bardziej chodziło o fakt, że już w 1903 roku, w działaniach pana Rudolfa po raz pierwszy "zadziała się" charakterystyczna raczej dla naszych czasów, a nie dla przełomu wieków infantylizacja przestrzeni publicznej. Nie ma znaczenia, czy na kamienicy dyndają nogi żab, czy naszych rodowitych ziomali Bolesława i Lolesława. W tym i w tamtym przypadku mielibyśmy chyba jednak do czynienia z solidnym zgrzytem poznawczo-estetycznym (no dobra, dziś trochę mniejszym - chyba przywykliśmy). Bo przecież nie o pochodzenie bohatera kultury niskiej idzie, ale o sam fakt jego pojawienia się na murze kamienicy. Zresztą ja nigdy nie ukrywałem swego ambiwalentnego stosunku do tego typu pomysłów. Ot, choćby do "pomnika Reksia". Rozumiem, że jest, rozumiem, że jest bardzo nasz (i powinien mieć w mieście swoje miejsce) ale trochę trudno nazwać mi to pomnikiem. Szczególnie, gdy w mieście na cokole stoi taki choćby Luter/Wagner, a w najbliższej przyszłości stanie - miejmy nadzieję - Podhalańczyk. W takim świetle kamienne żabki, smerfy i krasnale to trochę jakby nie ta bajka. Ale zastrzegam, że to tylko moje zdanie - człowieka do szpiku zasadniczego i pozbawionego poczucia humoru. :-) Pozdrawiam.
Paweł
2015-11-30 20:18:02
Tak, niezaprzeczalnie te żaby to symbol walki religijno-antyalkoholowej. Wygranej przez Nahowskiego. Nie łudźmy się, Biała wtedy była dość zróżnicowana i politycznie, i religijnie. Jakby to dziś określić, w Białej działała mocno "polska opcja" związana z Kościołem Katolickim. Odwrotnie, niż w Bielsku. Związki narodowo-polityczno-wyznaniowe z Galicją są aż nadto widoczne. Każdy, nawet drobny psikus zrobiony "Niemcom" był odbierany "ku chwale Pana i Ojczyzny". Nie demonizuję jednak tej sytuacji i nie postrzegam jej jako wojny religijnej. Z opowieści starszych ludzi, wynika, że w Bielsku, Białej i okolicach był pewien rodzaj konkurencji religijno-narodowościowej. Skończył się chyba wraz z epoką dobrobytu dla naszych miast. Po wojnie nastał inny świat. Z innej beczki, mała zagadka, proszę zwrócić uwagę na pierwsze zdjęcie. Coś z nim chyba jest nie tak? :) P.S. Poza dość częstym określeniem nabożeństwa protestanckiego mszą, mam jeszcze uwagę dotyczącą tytułowania ewangelickich (i nie tylko kapłanów). Mnie kiedyś to wytłumaczył pewien starszy człowiek: "każdy pastor, to ksiądz, ale nie każdy ksiądz, to pastor". To nie błąd merytoryczny, raczej polska maniera nazewnictwa, można stosować naprzemiennie. Pozdrawiam, Paweł
andrzej
2015-11-30 22:11:38
Wg mojej wiedzy, kościół ewangelicko-augsburski w Polsce już jakiś czas temu, oficjalnie przyjął nazewnictwo "ksiądz" i "biskup" w określaniu funkcji kapłanów .Potwierdzenie na stronę parafii. Odnośnie figurek postaci bajkowych na ulicach, zgadzam się ,że trudno to nazwać sztuką. Ja jednak widzę w nich duży atut, nie tyle artystyczny co turystyczny. W ramach tego rodzaju infrastruktury robią tzw. dobrą robotę. Inwestycja w młodego turystę może się opłacić w perspektywie wielu lat. Ale to już kosmiczne peryferia głównego wątku.
Pojęcie ,,gargamela''...
2015-12-14 21:58:22
...dziś chyba trochę się już zmieniło. Nie zaprzeczam, często nowy styl w architekturze był różnie przyjmowany przez oglądających, tak więc i secesja mogła wydawać się szokująca dla oczu osób przyzwyczajonych do dystyngowanego i przewidywalnego historyzmu. Kamienica pod żabami - i widać to doskonale na tle współczesnych gargameli, to różnica kosmiczna, wręcz nie do przeszkoczenia dla współczesnych wyrobników - nie tylko udane proporcje ale i jakość detalu jest raczej niepodważalna. Trudno mi sobie niestety wyobrazić jakby mogła wyglądać podobna inicjatywa dzisiaj bez popadania w śmieszność :) Dziękuję za kolejny interesujący wpis. Krzysztof Czyż PS. Jeśli nie FB to może jakaś mała książka? ;)
Maciej P.
2015-12-15 17:37:14
Panie Krzysztofie ! Bezsprzecznie Nahowski przecierał nowe, dotąd nieprzetarte szlaki. Był odważny - to nie ulega wątpliwości. I w jakiś sposób nowatorski. Wprawdzie nie spotkał za życia zbyt wielu naśladowców (jedną z nich była Bianka Jakobowicz, dla której powstała równie ciekawa, choć mniej słynna kamienica w Bielsku, przy ul. Kolejowej/Barlickiego - ta z ważkami i trzcinami zdobiącymi okazałe wykusze), a wynikało to chyba właśnie z obaw przed śmiesznością. To jest też poniekąd sens powyższej notki. Ciekawiło mnie po prostu, jak dalece Nahowski ryzykował w o wiele bardziej niż dziś konserwatywnej i nieskorej do eksperymentów społeczności. Jak dalece wypróbowywał tolerancję środowiska na architektoniczne "performance". Jak wiele kładł na szali. A jeśli to wszystko dobijemy jeszcze z wierzchu jawną kpiną z kościoła, wiernych i w ogóle z wiary, to mamy obraz człowieka albo szalonego, albo niezwykle zadufanego w swoją pozycję i wpływy, albo wreszcie prawdziwego artystę-wizjonera. Nie wiem co gorsze :-) Książka? Tego akurat nie wykluczam, choć szczerze mówiąc rynek księgarski jest dziś mocno rozczarowujący - bardzo nastawiony na zyski. Aktualnie szukam wydawcy dla swojej drugiej powieści. Zatem ewentualne "Liceum mundi" drukiem to raczej pieśń przyszłości. I raczej nie w formie popularyzatorskiej, bo od tego są prawdziwi specjaliści, a nie tacy pasjonaci jak ja. Pozdrawiam serdecznie.
Komentarzy (11)

Cui bono?

  

czyli

O mieście, co nie chciało Wandy


Był rok 1962. Pewnego zimnego styczniowego dnia, do zamkniętego już od jakiegoś czasu budynku kinoteatru "Wanda" weszła ekipa remontowa. Remont, jaki zobowiązana była wykonać miał obejmować jedynie wymianę instalacji elektrycznej i centralnego ogrzewania, a jednak modernizacja, obliczona w czasie na kilka ledwie tygodni, przedłużała się. Kina, mimo zapewnień, nie otwarto ani wiosną, ani latem, ani nawet na jesieni tego roku. Drzwi "pod czerwonym daszkiem" były zamknięte na głucho. I stan ten trwał długo. Bardzo długo. Siedem lat.

Cała sprawa - jakże charakterystyczna dla ówczesnych realiów, jakże częsta w tamtych latach - spotkała się jednak ze szczególnym zainteresowaniem regionalnej prasy, która na własną rękę przeprowadziła małe śledztwo dziennikarskie. W rok po zamknięciu placówki, ustalono, że wokół remontu nawarstwiło się wiele niedociągnięć i uchybień zatrącających o celowe działanie. Słowem remont "Wandy" okazał się grubą aferą.

Wspomniana brygada remontowa weszła do budynku z poruczenia inżyniera Maśki z Wojewódzkiego Zarządu Kin w Katowicach. Stało się to jednak bez informowania o tym władz naszego miasta. Sytuacja była delikatna. Kierownik Wydziału Budownictwa Miejskiej Rady Narodowej w Bielsku-Białej, inżynier Niemkiewicz natychmiast, jeszcze w styczniu 1962 r. zażądał wstrzymania prac i dostarczenia planów remontu.

Prace wstrzymano, plany dostarczono. I wtedy dopiero zaczęła się niezła polka. Plany okazały się wykonane wadliwie, obliczenia wytrzymałości poszczególnych fragmentów budynku (szczególnie dachu) wzięte z kapelusza, a ekipa zatrudniona przez WZK nie posiadała właściwych uprawnień do wykonywania podobnych robót. Czy to ją powstrzymało? Skąd!

Wizja lokalna przeprowadzona wewnątrz obiektu wykazała, że ekipa w ciągu rekordowo krótkiego czasu dwóch dni(!) zdążyła już zryć od środka cały obiekt. Zerwano podłogi, zburzono liczne ściany działowe (do dziś nie wiadomo po co) i wypruto instalacje. Zdemontowano nawet część sufitu!

Zarządzona przez Niemkiewicza ekspertyza techniczna wykazała, że stan budowli, a w szczególności więźby dachowej grozi katastrofą budowlaną.
Sprawa była poważna o tyle, że w niedługim czasie miano zacząć montować nowy podwieszany sufit akustyczny, którego instalacja w tym stanie rzeczy mogła (jakie tam "mogła" - musiała!) spowodować tragedię.


Sprawa oparła się o katowickie władze. Dyrektor techniczny Wojewódzkiego Zarządu Kin, Józef Pająk został zobowiązany do przedstawienia jeszcze w marcu nowej dokumentacji technicznej remontu, wykonanej (za kwotę 1,5 mln złotych) przez Katowickie Biuro Projektów.
Jeszcze wiosną 1963 roku wydawało się, że kino da się uratować, że na jesieni, podczas obchodów 700-lecia miasta, kino zostanie otwarte.

A jednak...

Cała tajemnicza i mocno zagmatwana sprawa kinoteatru miała swój późniejszy, drugoplanowy, ukryty bieg gabinetowy. Bieg, który sugeruje zupełnie inny powód zburzenia "Wandy".

Rozpędzona, upartyjniona machina administracyjna skutecznie zablokowała działania Miejskiej Rady Narodowej. Upór Wojewódzkiego Zarządu Kin okazał się mocniejszy niż upór władz miasta. Nie pomogła nawet interwencja Prokuratury Powiatowej w Bielsku.

W lutym 1963 r. prokurator bielski wystosował do dyrektora Wojewódzkiego Zarządu Kin pismo z żądaniem jak najszybszego ustalenia winnych zaniedbań i wyciągnięcia w stosunku do nich konsekwencji. Grzeczną odpowiedź o planowanym na wrzesień zakończeniu prac nad dokumentacją dyrektor Witold Burkacki przesłał prokuraturze łaskawie... po siedmiu miesiącach, końcem sierpnia. Pan Burkacki pisał: "Z naszej strony czynione są usilne starania w kierunku przyspieszenia terminu opracowania dokumentacji wykonywanej przez Sp. Pracy "Technoplan", oddział w Gliwicach."

Jak łatwo przewidzieć, winnych nie ukarano, konsekwencji nie wyciągnięto. Dokumentacja? Rzecz jasna nie była gotowa, jak obiecano, we wrześniu. We wrześniu następnego roku także nie. Ba! Nawet nie zaczęła powstawać!

I to jest zastanawiające.
Upór w powstrzymywaniu się od prac zmierzających do naprawy sytuacji dziwi, ale i jest pewną wskazówką co do intencji.
Zresztą nic dziwnego - podsycany wizją tajemniczych zysków zarząd kin już kilka lat wcześniej rozpoczął proces wygaszania działalności wielu kin województwa (często był to proces przekazywania innym instytucjom kulturalnym, przykładem jest choćby kino "Capitol"/"Słońce" w Katowicach). Być może właśnie tutaj trzeba upatrywać przyczyny całego zjawiska.

W tym kontekście dziwne, uprzedzające, zakulisowe decyzje dyrektorów Burkackiego i Pająka w 1962 roku dotyczące najpierw zamknięcia, a potem chaotycznego, fatalnego w skutkach remontu budynku oraz późniejsza realizacja planu destrukcji metodą faktów dokonanych, przeciąganie sprawy i granie na zwłokę, stają się odrobinę bardziej zrozumiałe.

Czy jednak można przypuszczać, że budynek kinoteatru - mimo całkiem dobrego pierwotnego stanu technicznego (w grudniu 1961 roku z powodzeniem wyświetlano w kinie komedię kryminalną z Alekiem Guinnessem "Szlachectwo zobowiązuje") - został spisany na straty? Czy można sądzić, że decyzja o likwidacji kinoteatru "Wanda" zapadła nie w bielskim Ratuszu, ale w gabinetach województwa z powodów absolutnie nietechnicznych? Nie zdziwiłbym się wcale. A tajemnicze wydarzenia stycznia 1962 roku i wszystkie następujące w latach późniejszych wypadki, hipotezę tę czynią bardzo wiarygodną.

Jesienią 1965 roku kierownictwo Bielskiej Delegatury Centrali Hurtu Spożywczego wystąpiło do Prezydium MRN z wnioskiem o przekazanie budynku na... interwencyjny magazyn cukru. Najwyraźniej nikt już nie robił sobie nadziei na pomyślny powrót filmu w mury kinoteatru. Odpowiedź była negatywna - budowla była już w tak złym stanie, że nie nadawała się nawet na magazyn.

Ta pozornie groteskowa sytuacja była jednak jak najbardziej prawdziwa. Choć w trakcie przewlekłego remontu nie raz i nie dwa żartowano sobie z sytuacji, w której żadna siła administracyjno-polityczna nie była w stanie zapanować nad trwającym bałaganem.

W primaaprilisowym numerze Kroniki Beskidzkiej z kwietnia 1966 roku pojawił się nawet zilustrowany fotomontażem gorzki żart na temat kina.

"Długo czekaliśmy na ten moment. Nareszcie wczoraj otwarły się podwoje kina "Wanda". Wznowienie jego działalności uświetniono premierą nowego polskiego "antysuperfilmu" - "Faraona". Nie trzeba chyba dodawać, że ten piramidalny sukces zawdzięczamy wieloletnim, usilnym staraniom Wojewódzkiego Zarządu Kin, który pracom remontowym nadał iście zawrotne tempo. Rozentuzjazmowana publiczność tak szczelnie wypełniła salę, że pękła ona w szwach, co, niestety, spowoduje konieczność ponownej renowacji. Na szczęście WZK zapewnia, że remont ten będzie przeprowadzony jeszcze sprawniej niż poprzedni."

Jednak sprawa "Wandy" nie była, niestety, żartem.

Budowla niszczała coraz bardziej. W ówczesnej prasie próżno szukać repertuaru kina. Próżno dobijać się do drzwi zrujnowanego przybytku dziesiątej muzy. Poczynione przez dyrektora Burkackiego i inżyniera Maśkę samowolne zniszczenia, zwielokrotnione celowymi - nie ma co do tego żadnych wątpliwości - zaniechaniami, okazały się tak poważne, że kina nie udało się odratować.

Światełko nadziei zatliło się jeszcze we wrześniu 1967 roku (przynajmniej dla tych wszystkich naiwnych, którzy myśleli, że chodzi o uratowanie kina). Do budynku weszła wówczas ekipa remontowa (Kółka Rolniczego z Kóz!), której zadaniem było rozebranie budowli do fundamentów. Następnie projekt zakładał zaizolowanie fundamentów, a potem wybudowanie kina od nowa. Miało się tym zająć Bielskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego. Nie zajęło się. Brygada remontowa z Kóz przystąpiła do działania z żarliwym wręcz zapałem. Dach i ściany rozmontowano dość sprawnie, ale - wbrew zapewnieniom inwestora - nigdy już nie zostały wzniesione na powrót. W roku 1968 (a nie jak mylnie podaje się w wielu źródłach - w 1972) kinoteatr przestał istnieć.

Mówi się, że podczas prac remontowych natrafiono na szczególne kłopoty natury technicznej, które sprawiły, że "Wandę" zamiast wyremontować, zwyczajnie... rozmontowano. Budynek podobno "należało" wyburzyć, ponieważ zbudowany był z karygodnym pogwałceniem wszelkich zasad budowlanych. Rzekomo nie posiadał fundamentów! Jest to ewidentna bzdura. Być może w plotkach tych pobrzmiewało echo fatalnego remontu sprzed lat, być może miały one na celu wybielić WZK a z Ratusza zdjąć odium niepopularnej decyzji... Jaka była prawda?

Nie trzeba zbytniej dociekliwości, aby stwierdzić, że w plotkach tych nie może być ani krzty sensu. Wprawdzie plany budowy z 1913 roku rzeczywiście zakładały ograniczenia w tej materii, ale dotyczyły one rezygnacji z podpiwniczenia sceny (rezygnacji wywołanej kłopotami natury finansowej) a nie braku fundamentów! Dokumentacja techniczna była przedmiotem wielokrotnych analiz i brak fundamentów na pewno rzuciłby się w oczy specjalistom jeszcze przed remontem.

Dopiero na tym ciekawym zdjęciu z lat trzydziestych wyraźnie widać jak sporym obiektem było kino Wanda. I jak wielką pustkę pozostawiło po sobie.

Faktycznych intencji głównych winowajców nie odgadniemy już dzisiaj. Sprawę rozjaśnia nieco kilka inwestycji, które nastąpiły natychmiast po rozbiórce kina, zupełnie tak, jakby niecierpliwie czekano z ich podjęciem, aż znienawidzona "Wanda" zniknie z pejzażu miasta.

Na początku lipca roku 1969, kiedy to postanowiono przenieść pomnik wdzięczności ku chwale żołnierzy radzieckich na skwer obok Ratusza, po kinie "Wanda" nie było już nawet śladu.

Zapis ostatnich dni kinoteatru "Wanda" jest zapisem bezprecedensowej celowej destrukcji, przykrytej zasłoną milczenia, rozmywania odpowiedzialności, fałszywej troski i przede wszystkim ukrytych, nieczystych interesów. Tak czy siak, destrukcja - kolejna zresztą w naszym mieście - stała się faktem, a jej winni nigdy nie zostali ukarani.

2015-11-21 | Dodaj komentarz
Marek
2015-11-22 16:13:57
Może nie do końca w temacie powyższego wpisu ale może jednak troszeczkę? Czy dałby Pan się namówić do spreparowania listy ...Siedmiu cudów Bielska-Białej? Co by się na niej znalazło? Czym możemy się pochwalić, z czego możemy być dumni? I może analogicznie "Siedem cudów starożytnych ;)" czyli takich, których już nie ma? I właśnie na tej liście byłoby miejsce dla Kina Wanda. Co jeszcze mogłoby się na niej znaleźć? Może ogród zamkowy? Synagoga w Bielsku oraz w Białej? A może zaginiony akt lokacji Białej? Alpinarium E. Schnacka przy ul. Listopadowej? Na której liście znalazłby się Fiat 126p? I czy w ogóle byłoby dla niego miejsce? Pozdrawiam i mam nadzieję, że na kolejne wpisy na Pańskim blogu będziemy krócej czekali.
andrzej1
2015-11-22 20:44:21
W moim przekonaniu kluczowe jest to, iż w ówczesnych realiach ( mam na myśli epokę słusznie minioną) miasto, to nie byli mieszkańcy ani samorząd. Był to tylko przyczółek różnych agend władzy (partyjnej). Mam pewność, że ani mieszkańcy (a może i lokalni włodarze) nie chcieli zniknięcia z przestrzeni miejskiej Wandy, czy choćby tramwajów albo wysokiego trotuaru. To były decyzje w dużej mierze odgórne, którym nikt nie chciał, a pewnie i nie mógł się przeciwstawić. Z tego punktu widzenia to smutny okres dla BB. Zastanawiam się tylko, czy ta destrukcja to już historia? ps. Źródłem problemy był chyba fakt, iż wystawione w końcu przez miast Białą kino, przeszło pod zarząd WZK w Katowicach?
Maciej P.
2015-11-23 08:31:59
@Marek. Proszę mi wierzyć, że staram się jak mogę, aby wpisy pojawiały się z większą częstotliwością. Przede wszystkim jednak zależy mi na tym, żeby były one tematycznie niebanalne, opisane w miarę kompetentnie i uczciwie. A to znacznie wydłuża cykl publikacji postów. Przed przystąpieniem do wpisu o kinie "Wanda" przeprowadziłem kwerendę archiwalno-prasową, która trwała półtora tygodnia. Wysyłanie w świat notek niekompletnych, informacji nie do końca sprawdzonych - mija sie z celem. Co do bielsko-bialskich cudów, to pomysł sam w sobie nie jest zły. Właściwie realizuję go już od dłuższego czasu. Stali czytelnicy blogu znają moje preferencje i wiedzą, że dla mnie absolutnym numerem jeden jest fenomenalne w skali całego kraju bielskie założenie staromiejskie. I do niego odnoszę się bardzo często. Nienaruszone wojnami, niebędące atrapą, ani oszukańczą wydmuszką, stanowi ewenement. Choć miejscami brudny i zapuszczony. Fiat 126p być może także znalazłby się na mojej liście. Kto wie? Dla mnie jest wiecznie żywy i ciągle obecny. Ale myślę, że już prędzej tramwaj. Tego nieistniejącego już zabytku, również będącego niegdyś bielską dumą, brakuje mi bardzo. No i oczywiście najstarszej śląskiej biblioteki Frolicha. Być może pokuszę się o wpis i na ten temat. Tymczasem jednak proszę o cierpliwość i pozdrawiam ciepło.
Maciej P.
2015-11-23 08:32:46
@Andrzej1. Coś w tym jest. Odgórne decyzje partyjne były czasem idiotyczne i absolutnie niezgodne z interesem lokalnym. Jednak w przypadku "Wandy" mamy chyba sytuację szczególną. Ingerencja była nie tylko bezwzględnie arbitralna, ale w dodatku skandalicznie partacka. Nawet jak na owe czasy. Śmiem jednak uważać, że ta partanina i bezwzględność, z jaką tę destrukcję już od samego początku przeprowadzono, świadczy o zimnej i wyrachowanej celowości. Innymi słowy fatalny remont wcale nie był pomyłką, ani wypadkiem przy pracy. I choć nie ma na to twardych dowodów, a ledwie przesłanki, sądzę, że likwidacja kina "Wanda" była od początku do końca ściśle zaplanowanym i realizowanym projektem. Natomiast budowa - niejako "w zamian" - kina "Złote Łany", jako żywo przywodzi mi na myśl historię z pewnego, niewielkiego miasta w północnej Wielkopolsce, w którym partyjne władze obiecały diecezji (czytaj: postawiły ultimatum) nowy kościół na peryferiach miasta, pod warunkiem, że zniszczona zostanie, stojąca w centrum i kłująca partyjnych aparatczyków w oczy zabytkowa świątynia o sześćsetletnim rodowodzie. Najstarszy zabytek w mieście! I tak się stało. Nie, naprawdę nie tęsknię za tamtą epoką... Pozdrawiam ciepło.
Paweł
2015-11-28 10:54:16
Witam Panie Macieju. Dziękuję za kolejny świetny artykuł. Nie byłem świadomy tej wersji historii kina. Dodam jedynie, jak wspomina mój ojciec, który bywał w kinie wiele razy, przed "remontem" widać było popękane ściany w środku. Popularnym żartem, podobno, było powiedzenie, że do kina idzie się na własne ryzyko. Ciekawy jest wątek "spisku" zawiązanego w celu zniszczenia kina. Jednak wątpię, żeby specjalnie wyburzono, aby postawić pomnik "wyzwolicieli". Choć i tak podobno ludzie szeptali. Może to był początek większej akcji destrukcyjnej, aby zmienić oblicze miasta? Przecież, podobno, był plan skasowania zabudowy od ulicy Piastowskiej po Wzgórze i postawienie wielkiego blokowiska w stylu gomułkowsko-gierkowskim. Jego motorem, jak i likwidacji tramwajów, wyburzenia Wysokiego Chodnika, był "Antek Burzyciel" czyli Antoni Kobiela. Dodam jeszcze, że ów Kobiela był człowiekiem stąd, nie jakimś nasłanym "w teczce" aparatczykiem, tylko tutejszym, rodem z Jaworza. Więc teoria, że "nasi" nie chcieli, jest lekko chybiona. To właśnie, zdaje się, reakcja władzy odgórnej zastopowała zamiary przerobienia Bielska i Białej w miasto socjalistycznego przemysłu z betonową zabudową. A co do kina, nie mam pojęcia. Jednak, może niewłaściwie kojarzę, ale nazwisko Maśka (z Zarządu Kin w Katowicach) jest tutejsze, więc może on miał coś do sprawy. Może go jakaś nieprzyjemność ze strony, może go nie wpuszczali i zemścił się w sposób radykalny? (żart) Pozdrawiam i czekam niecierpliwie na następne wpisy. Paweł
Maciej P.
2015-11-28 15:11:51
Panie Pawle, kłaniam się nisko i dziękuję za dobre słowo. Cały wpis o "Wandzie" to tak naprawdę masa otwartych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Przynajmniej moja praca ich nie dała. Ale przecież najważniejsze jest, że w ogóle zadajemy te pytania, że konstruujemy jakąś sferę niewiadomą, przestrzeń domagającą się odpowiedzi, bo być może gdzieś, w przepaścistych archiwach miasta czy też województwa, istnieją dokumenty, które pomogą nam kiedyś znaleźć na te pytania odpowiedź. Dla mnie osobiście największym sukcesem pracy kwerendalnej, którą uczyniłem przygotowując ten wpis, jest odkrycie, że kinoteatr "Wanda" w istocie zniknął z pejzażu miasta dużo wcześniej, niż się dotąd sądziło. We wszystkich źródłach podaje się rok 1972, podczas gdy faktycznie i z całą pewnością kina nie było już w lipcu 1969, a może i pod koniec 1968! Co do tego nie ma wątpliwości. Żadnej. Panie Pawle, proszę o cierpliwość, następne wpisy pojawią się na pewno. Mogę zdradzić, że zostaniemy w Białej. Wrócimy na Plac Józefa i prześwietlimy pewnego wkurzającego delikwenta. Pozdrawiam!
Paweł
2015-11-28 18:10:31
Słowo daję, doceniam ogrom pracy i dziękuję. Taka kwerenda, mimo, że dotyczy czasów nie tak odległych, to chyba dość trudna. Ta ilość wdychanego kurzu z dokumentów... Chapeau bas! A pomyśleć, ile takich spraw jeszcze czeka na wyjaśnienie w naszym mieście.
Sceptyk
2015-11-30 14:08:36
Informacja, iż Kino Wanda istniało do 1967 r pojawiała się w literaturze już wcześniej. M.in. zostało to również odnotowane w przewodniku Miejskiego Systemu Informacji s. 64. Co nie umniejsza faktom, że Pańskie wpisy są arcyciekawe. Pozdrawiam i trzymam kciuki za następne.
Maciej P.
2015-11-30 18:40:14
@Sceptyk. No masz! Już myślałem, że odkryłem Troję, a to było tylko wyważanie otwartych drzwi. Sprawdziłem - to prawda. W przewodniku MSI rzeczywiście podana została data1967. No i cały mój wysiłek jak krew w piach! Chyba dam sobie spokój z pisaniem... :-) Pozdrawiam ciepło.
Sceptyk
2015-11-30 20:27:35
Ależ proszę się nie obrażać;) I nie zniechęcać. Tylko dalej pisać, pisać i pisać. Bo czytać się chce. I nic na to nie poradzę. I pewnie jeszcze kilkadziesiąt innych osób tak ma. I obiecuję, nie będę już robił takich uwag. Serdecznie pozdrawiam :)
2016-08-28 21:13:24
I was suggested this blog by my cousin. I'm not sure whether this post is written by him as no one else know such detailed about my difficulty. You are wonderful! Thanks! efdcfkdbadddfebf
Komentarzy (11)

Azyl

  

czyli

ucieczka od Belle époque

Nad Lipnikiem niepodzielnie panowała noc. Ciepły powiew czerwcowego wiatru wybrzuszył firanę w oknie zachodniego skrzydła dworu. Z ogrodu wpadła do pokoju woń jaśminu i szałwii. Anna nie spała. Siedziała pochylona nad blatem orzechowego biurka i z napięciem kreśliła coś na gładkiej kartce w grubym brulionie. Jej długie włosy opadały puklami na ramiona i falowały w rytm poruszeń dłoni i kolejnych liter stawianych na papierze.

"Dobry Boże, ile bezsennych nocy, ile nerwów straciłam przez niego! Ileż emocji kosztowały mnie te wszystkie lata!"

W ogrodzie szczeknął pies, zaskrzypiało okno a do pokoju wpadł świeży powiew, niosąc intensywną woń ziół.
Anna wstała od biurka i podeszła do okna. Była prawie północ, nad lipową aleją prowadzącą od lipnickiego traktu panowała smolista czerń nocy. Pod zaciśnięte powieki uporczywie wciskał się jeden, wytęskniony, opłakany, ukochany obraz. Po gładkim policzku spłynęła łza. Kobieta potrząsnęła głową ze zniecierpliwieniem próbując odegnać uporczywe obrazy podsuwane przez wyobraźnię. Bezskutecznie. Tęskniła.

Z sąsiedniego pokoju dobiegł ją dziecięcy płacz. Ostrożnie uchyliła drzwi i na palcach podeszła do łóżeczka Helenki.
- Coś ci się przyśniło, skarbie - pochyliła się nad dzieckiem wsłuchując w jego równomierny oddech. Poprawiła kołdrę i już miała wrócić do swojego pokoju, ale coś ją powstrzymało. Spojrzała na gładką twarz śpiącej spokojnie córki, a przed oczami stanął jej obraz droższy od wszystkich innych.
- Jakaż ty jesteś do niego podobna, córeczko... - westchnęła siadając na stołku obok łóżka. - Tylko ty mi zostałaś z tego wszystkiego... Tylko ty.
Pochyliła się nad etażerką i podkręciła nieco knot lampy a w pokoju natychmiast zrobiło się trochę jaśniej. Sięgnęła do szyi i wydobyła zawieszony na łańcuszku srebrny medalion. Drżącymi dłońmi otworzyła go. Z owalnego, poszarzałego już nieco z upływu czasu konterfektu spoglądały na nią spokojne, mądre i dobre oczy brodatego mężczyzny. Niemłodego, ale ciągle na swój sposób przystojnego. Fotografia nie była wyszukana, właściwie był to wizerunek powszechnie znany, odbijany w setkach tysięcy egzemplarzy w całej monarchii i poza jej granicami.
Z medalionu spoglądał na Annę cesarz Austrii, apostolski król Węgier, Franciszek Józef.

*

Anna Nowak, była wiedenką polskiego pochodzenia (jeśli wierzyć miejskiemu spisowi Wiednia z 1875 roku, połowa mieszkańców tego miasta miała korzenie słowiańskie). Bardzo wcześnie, bo w wieku 15 lat wyszła za mąż, za utracjusza i hazardzistę o nazwisku Hejduk. Mieszkała w Wiedniu, stolicy przepychu, dobrego gustu, balu i muzyki... Blisko parku Schönbrunn. To tam właśnie pewnego majowego dnia doszło do niecodziennego spotkania.
Wiosną 1875 roku, na jednej z parkowych alejek spotkała samego cesarza Franciszka Józefa. Natknęła się na niego zupełnie przypadkiem, ale - jak się później okazało - był to przypadek bardzo znamienny w skutki.

Anna Nahowska z domu Nowak

Anna była kobietą interesującą. Jej zachowane do dziś fotografie ukazują kobietę o kształtach wprawdzie lekko obfitych i pełnej twarzy, ale o niezwykle intrygującym, pełnym zadumy spojrzeniu. Nic dziwnego, że wpadła w oko osamotnionemu nieco przez śliczną księżnę Sissi Franciszkowi.

Według skrupulatnie prowadzonego przez Annę pamiętnika pierwsze słowa, jakie w parku wypowiedział do niej władca brzmiały "Pani bardzo pracowicie spaceruje!" Trzeba przyznać, że jak na cesarza to raczej kiepski podryw. W tym jednak przypadku okazał się niezwykle skuteczny i chociaż, jak pisała w swoim zeszycie sama Anna, na początku w ogóle nie wiedziała, z kim ma do czynienia (tożsamość napotkanego spacerowicza odkryła przed nią dopiero jej pokojówka!), to jednak niemal natychmiast ten postawny oficer o marsowej twarzy podbił jej serce. Zażyłość między młodą wiedenką, a władcą jednego z największych państw Europy zaczęła nabierać rozpędu, mimo, że sytuacja wcale nie była prosta. Z jednej strony książę, żonaty od dwóch dekad z cesarzową Elżbietą, z drugiej młoda nieszczęśliwa mężatka dramatycznie zaniedbywana przez męża... Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego.

Znajomość, która niebawem przerodziła się w zażyłość, trwała wiele lat. Anna rozwiodła się z mężem już trzy lata po zapoznaniu cesarza. Odtąd całe niemal swoje życie poświęciła temu romansowi. Spotykała się z cesarzem niezliczoną ilość razy, nie tylko na spacerach w parku, rzecz jasna. Spotykali się na oficjalnych przyjęciach, bywało, że wspólnie podróżowali, co było - trzeba przyznać - bardzo odważnym jak na owe czasy posunięciem ze strony żonatego władcy. Ten ostatni zachował jednak sporo zdrowego rozsądku. Romans z młodą i niebrzydką rozwódką mógł zaszkodzić najpotężniejszemu nawet władcy (szczególnie, jeśli ten tytułował się królem apostolskim). Poszedł więc po rozum do głowy i zaangażował w sprawę łebskich doradców. Okazja do wytworzenia całkiem zgrabnej zasłony dymnej nadarzyła się zupełnie przypadkiem.

W roku 1880 Anna poznała Franciszka Nahowskiego, młodego pracownika Kolei Wiedeńskiej. Była przystojnym i czarującym mężczyzną zachwycona, ale jednocześnie cały czas myślała o Franciszku Józefie. Uległa jednak namowom cesarza i w 1884 roku poślubiła Nahowskiego, dzięki czemu oddaliła od monarchy widmo skandalu i mezaliansu, którego nagłośnienie mogłoby go drogo kosztować.

Dzięki temu na poły ustawianemu małżeństwu romans mógł trwać dalej, nawet wówczas, gdy w 1885 roku Anna urodziła córkę. Więcej. Ten moment stał się przełomowym w całej historii. Ojcem dziecka był najprawdopodobniej cesarz, ale małżeństwo z Nahowskim doskonale spełniało swoją rolę: chociaż środowisko bliskie cesarzowi aż huczało od plotek, nikt nie miał pewności co do ojcostwa małej Helenki. Nawet sam Nahowski. Cesarz odsuwał od siebie podejrzenia, rozpoczynając romans z Katarzyną Schratt, a Anna - mimo, że ciągle zakochana we władcy - powoli wycofywała się na drugi plan. Sporą w tym zasługę miała prośba samego cesarza o zakończenie wieloletniego związku, poparta potężną sumą 200 000 guldenów, którą przekazał Annie.

Nahowska z bólem i nie bez oporów przystała na propozycję. 50 000 guldenów zostawiła sobie, pozostałe sto pięćdziesiąt tysięcy przekazała mężowi, który przyjął to bez słowa. Czy oznacza to, że wiedział o romansie? Oczywiście. Daleki jestem od tego, żeby uznać męża Anny za wyrachowanego gracza, który tylko czekał na sowite wynagrodzenie. Nie. Ludzie tamtych czasów byli skonstruowani nieco inaczej.

Czasem trzeba było pozwolić na coś, czego nie można było uniknąć, i co zdarzyć się musiało. Jestem przekonany, że w tym szczególnym przypadku tak właśnie było. Wszak po drugiej stronie grał jednak Cesarz...


Franciszek Nahowski miał dużą rodzinę, często więc zabierał Annę na prowincję. Jego ojciec, również Franciszek, burmistrz niewielkiej miejscowości - Białej, gdzieś, na północnych rubieżach Przedlitawii, był od 1886 roku właścicielem posiadłości ziemskiej. Jego dworek stał się dla Anny azylem. Franz Nahowski przywoził ją tu czasem, aby mogła odpocząć od wiedeńskiego gwaru, od wielkomiejskiego hałasu. I zapomnieć o ukochanym.
Ale nie zapomniała.
Nawet tutaj, na "dalekiej północy", na sielskiej prowincji myślała tylko o nim.

*

Ten szalony romans powrócił na łamy gazet i na usta mieszkańców Wiednia w roku 1976, kiedy zmarła Helena Nahowska. W jej rzeczach prywatnych znaleziono wówczas sekretny pamiętnik pisany przez wiele lat przez jej matkę. To właśnie w nim odnaleziono niezbite dowody na to, że Franciszek Józef jest ojcem Heleny.

Helena Berg z Nahowskich

Ta niecodzienna historia związana też była ściśle z Białą, a raczej z Lipnikiem. To właśnie tutaj, w posiadłości burmistrza Nahowskiego Anna próbowała dojść do równowagi emocjonalnej, to tutaj koiła skołatane nerwy.

I chyba tylko niecodziennemu splotowi wypadków zawdzięczać możemy fakt, że ten stary, historyzujący dwór jeszcze stoi. Że nie rozsypał się w zapomnieniu, ale służy do dziś. Wprawdzie nie prawowitym spadkobiercom, bo tych już chyba nie ma, ale miastu.
Jest to jedna z kilku, pobudowanych w XIX stuleciu w Lipniku, pozamiejskich rezydencji mieszczańskich. Z wszystkich największych, należących między innymi do Homów, Niessenów, Zipserów i Nahowskich, tylko te dwie ostatnie przetrwały do dziś.

Posiadłość, którą w 1886 roku zakupił burmistrz Nahowski (myślę, że rok 1886 to nie tylko rok zakupu, ale i budowy realności), otoczona była sporym areałem ziemi. Parterowy dwór o neobarokowych i klasycystycznych cechach, leżał w pewnym oddaleniu od traktu wiodącego z Białej do Lipnika, schowany w zacisznym dębowym gaju. Od strony głównej szosy prowadziła doń aleja wysadzana lipami i topolami. Od wschodu i południa dom otoczony był sadem i ogrodem. Dziś ten budynek, odnowiony i odrestaurowany zgodnie z dziewiętnastowiecznymi standardami architektonicznymi i według technicznych standardów dwudziestego pierwszego wieku, nadal zachwyca.

Aleja dojazdowa do dworu. Nie trzeba wprawnego oka, aby dostrzec pozostałości po dawnej świetności dóbr pana Franciszka. Ceglane kolumny flankujące wjazd w aleję (ul. Lipnicka 72) widoczne są z daleka. I swą obecnością, a przede wszystkim formą dają do myślenia. Dobrze, że te dwa filary zachowały się i trwają pośród małomiasteczkowej, miejscami wiejskiej, a miejscami popegeerowskiej zabudowy. Są jak drogowskaz.

Z kolumnami przy ulicy Lipnickiej korespondują kolumny dworskiego podjazdu schowane w głębi parku. Właściwie ostała się tylko jedna i jest w opłakanym stanie. Ale przecież ona także swoją obecnością przywołuje tamte, odległe o ponad sto lat czasy.

Od wschodu zabudowaniom dworu towarzyszy ogród i gęsty, dziś nieco zdziczały sad. Czy jedno z tych okien należało niegdyś do Anny Nahowskiej? Czy w jednym z tych pokoi tęskniła za ukochanym?


Dzisiaj charakter tego miejsca w zdumiewający sposób przywodzi na myśl tamte spokojne, nienacechowane jeszcze doświadczeniem dwóch wojen światowych chwile. Cicho tu i sielsko. Mimo, że na ulicy Lipnickiej już od dawna trwa komunikacyjna godzina szczytu, pomiędzy dęby i topole starego dworskiego założenia nie dociera żaden hałas. Spokój. Jesienna aura nadaje temu zakątkowi dodatkowego uroku. Jeśli mam być szczery, nie dziwię się, że zarówno Franz Nahowski junior, jak i jego nieszczęśliwa żona lubili tu przyjeżdżać.

To miejsce jest naprawdę niesamowite. Nie trzeba wiele, aby poczuć się tu jak przed stu laty. Nie trzeba wiele, aby usłyszeć te głosy, poczuć zapachy, zagłębić się w aurę tamtych nieznających powojennego chaosu chwil, w klimat powolnych czynności, niezobowiązujących rozmów, prostych rozrywek, flirtów, salonowych gier, przesiąkniętych - mimo odległości - rytmem wiedeńskiego walca i lekkim humorem operetek Straussa i Suppe'go.

I jeśli jest to dostrzegalne również i dziś, to jakże mocno musiało być odczuwalne wówczas, gdy nad lipnickim dworem drzemała cisza niezindustrializowanej wsi, gdy szosą lipnicką przemykały niespiesznie - i to tylko za dnia - chłopskie wozy i mieszczańskie zaprzęgi; kiedy to miejsce było po prostu zabitą dechami, głęboką i głuchą prowincją... Prowincją, która nader często jednak bywała azylem dla ludzkich dramatów.

Brakuje mi tego spokoju. Brakuje chwili odpoczynku od zgiełku, brakuje wytchnienia. O tyle bogatsi byli nasi starsi o sto lat przodkowie. O tyle szczęśliwsi. Zazdroszczę im tego. Z całego serca. Mimo tych ich wszystkich życiowych garbów i potarganych losów...

Bo jeszcze mieli dokąd uciekać...

2015-11-06 | Dodaj komentarz
Rafał
2016-03-13 22:46:40
Witam, gratuluje bloga, przyjemnie poczytać na temat historii naszego miasta i jego mieszkańców. Czy ma Pan dostep do jakichkolwiek źródeł na temat budynkow przy ulicy Lipnickiej 69 (ewentualnie 116 lub 118)? Przeszukuję internet juz od jakiegoś czasu ale nie mogę nic na ich temat znaleźć. Obecnie nie mieszkam w Bielsku ale przymierzam się do powrotu. Byłbym wdzięczny za podpowiedź. Pozdrawiam, Rafal
Maciej P.
2016-03-14 19:07:35
Kłaniam się pięknie. Niestety, nie wiem nic ponad to, że część z budynków w tym rejonie ulicy Lipnickiej, szczególnie właśnie 69, czy 118 to zabudowa dość leciwa. Budynek nr 69 w literaturze opisany jest jako dom bogatego chłopa z XIX wieku. Jednak prawdę mówiąc najciekawszym w tym rejonie, bo bardzo oryginalnym, jest budynek Lipnicka róg Złote Łany, który charakterystycznymi zamykanymi na żelazne sztaby, drewnianymi okiennicami i specyficznym, osobnym wejściem narożnikowym, przypomina dawne sklepy kolonialne z początku wieku XX. I zapewne był to sklep. Pozdrawiam serdecznie.
Rafał
2016-03-14 20:22:39
Dziękuję za szybkà odpowiedź i uchylenie rąbka tajemnicy. Szkoda, że tak niewiele informacji i zdjęć na temat lipnika przetrwało z tamtych wydawałoby się nieodległych czasòw. Pozdrawiam
Dawid Gerlach
2016-05-19 08:49:25
Gerlach ostani z rodu nahowski to rodzina Gerlach dziadek tam mieszkal z siostrom i mamom musial uciekac w wieku 8lat jako dziecko przed rosjanami .Panstwo nam to zabralo
Dawid Gerlach
2016-05-19 08:52:44
Gerlachowie to ostatni z rodu ktorzy tam mieszkali z rodu nahowskich jestesmy ostatnimi spadkobiercami okradzionymi przez system niestety
Maciej P.
2016-05-19 11:11:44
@DawidGerlach. I to jest, niestety, ten słynny chichot losu, albo - jak kto woli - kaprys fortuny: najpierw Nahowscy uciekali od świata do lipnickiego azylu, a niedługo potem zmuszeni byli uciekać z Lipnika w świat.
Dawid Gerlach
2016-05-20 16:12:50
Mam jedno pytanie jeszcze.. Skad macie tyle informacji szczegolow na temat nahowskich, ja wiedzialem tylko ze moja pra babcia panieskie miala Nahowska i tyle nagrobowcu sami nahowscy sa .Pozatym ze byli dworzaninami to nie wiedzialem nic, dzieki temu blogowi sie dowiaduje wszystkiego heh szook ;-)
Maciej P.
2016-05-21 13:58:12
Informacje o Nahowskich - rzeczywiście bardzo szczegółowe - dostępne są z wielu źródeł. Pamiętajmy, że w tym konkretnym przypadku kochanki Franciszka Józefa, mamy do czynienia z dość głośną, dobrze udokumentowaną przez postronnych aferą. Nic dziwnego, że źródła są obfite. Niestety są to źródła niejednorodne, rozsiane po literaturze, bibliotekach, stronach w sieci, przez co składanie ich w jedno jest czasem mozolne. Dodatkowym problemem jest fakt, że ród Nahowskich był bardzo rozległy, czasem jeden Nahowski nie miał z drugim wiele wspólnego i ten fakt także trzeba brać pod uwagę. Pozdrawiam.
Dg
2017-03-07 15:00:57
A kim byla ta druga Anna nahowska?? ktora umarl dosc szypko bo. na grobowcu sa dwie ?Tam ich lezy z siedmiu z tego radu wlasnie
Dg
2017-03-07 15:00:57
A kim byla ta druga Anna nahowska?? ktora umarl dosc szypko bo. na grobowcu sa dwie ?Tam ich lezy z siedmiu z tego radu wlasnie
2017-03-07 15:10:36
Szybko zmarla Dziwne jest to ze wszyscy pochowani zostali tutaj w bialej zaraz kolo grobowca Emanulela Rosta
Komentarzy (3)

Tożsamość

  

czyli głosowanie.

Uparcie powtarzam, że miasto to coś więcej niż tylko miejsce do mieszkania i pracy. Że miasto (a nasze miasto w sposób szczególny, bo to jedno z najpiękniejszych miast w naszym kraju) jest zjawiskiem dużo bardziej pojemnym niż można by sądzić biorąc pod uwagę tylko granice administracyjne, czy siatkę ulic.
Miasto jest więc przede wszystkim zwornikiem łączącym pokolenia je zamieszkujące. Ale trzeba pamiętać, że odpowiedzialność za kształt miasta i za przestrzeń, która w jego murach się zawiera spoczywa przede wszystkim na pokoleniach, które je zamieszkują aktualnie. I to nie tylko odpowiedzialność za przekazanie dzieciom i wnukom przestrzeni pięknej i funkcjonalnej, ale i za przechowanie znaków otrzymanych od pokoleń, które już odeszły. Znaków, które w swej sumie są tego miasta duszą.

Jednym z takich znaków jest nieistniejący już dziś pomnik Gabriela Narutowicza. Jego pojawienie się w naszym mieście, pod koniec lat dwudziestych XX wieku stało się dla polskiej jego części wielkim świętem. I znakiem. Że Bielsko jest, mimo wszystko miastem, w którym mieszka olbrzymi odsetek ludności polskiej, której prawa powinny być respektowane.

Wrzesień 1939 roku i okupacja hitlerowska, a wraz z nią totalna destrukcja wszystkiego co polskie, nie oszczędziły również i tego pomnika. Został zniszczony, a pamięć o polskim prezydencie miała się nigdy w tym miejscu nie odrodzić. Wydawało się, że po kilku latach wojny nie będzie żadnego problemu z odbudowaniem pamięci miejsca. Prawda okazała się jednak bardzo bolesna.

Jakiś niesamowity, diabelski splot wypadków sprawił, że aż do dzisiaj, do czasów, kiedy gros bielszczan to Polacy, pomnik pierwszego prezydenta II RP ciągle nie jest odbudowany. Oczywiście po wojnie był inny klimat - komuniści zazwyczaj całkiem skutecznie zakłamywali rzeczywistość próbując ją nagiąć do swojej chorej ideologii. Trudno jednak zrozumieć, jak to się stało, że przez tyle lat, przez ponad ćwierć wieku wolności, nie powróciła na były dawny Plac Blichowy jakakolwiek, choćby najmniejsza, najpodlejsza wzmianka o tym, że kiedyś był to plac Narutowicza i że w jego centralnej części stał pomnik prezydenta?

Możemy to naprawić. Możemy dzisiaj odwrócić ten rozpoczęty w 1939 r. bieg wypadków, możemy przywrócić pamięć o Gabrielu Narutowiczu.
Jeszcze nie pomnik, ale na razie skromną prostą tablicę upamiętniającą obecność w tej na wskroś dziś polskiej przestrzeni dawnego, jakże wymownego akcentu.


W tegorocznej, trzeciej edycji budżetu obywatelskiego można zagłosować na projekt, który ten właśnie cel ma na uwadze.

Projekt zakłada wmurowanie na cokole pomnika Adama Mickiewicza tablicy upamiętniającej istniejący w tym miejscu w latach II RP pomnik Gabriela Narutowicza. Winno się na niej znaleźć przedstawienie w formie płaskorzeźby wizerunku historycznego pomnika oraz tekst o zbliżonej treści: "W tym miejscu w okresie od X.1928 r. do IX.1939 r. stał pomnik pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej - Gabriela Narutowicza. Na pamiątkę - mieszkańcy Bielska-Białej. 2016 rok".

Autor projektu, Andrzej Czauderna zakłada, że szacunkowy koszt przedsięwzięcia powinien wynieść 12 000 zł. Koszty wykonania tablicy powinny zamknąć się w kwocie 11.000 zł. Pozostałe 1.000 zł przeznaczone zostanie na pokrycie pozostałych kosztów organizacyjnych i przygotowawczych.

Projekt jest tani i dlatego ma szansę zostać zrealizowany bez "wchodzenia w paradę" pozostałym, równie ważnym i ciekawym projektom. Nie potrzeba więc wiele.


Głosowanie nad Budżetem Obywatelskim będzie miało miejsce w dniach 5 - 13 listopada.

Projekt z puli o charakterze ogólnomiejskim nosi nr OBB033.

2015-11-02 | Dodaj komentarz
g...
2015-11-19 12:37:53
sam "zmusiłem" do głosowania na ten projekt 7 osób z mego otoczenia. To duży wstyd dla włodarzy naszego grodu, że sami na ten pomysł do tej pory nie wpadli. Zobaczymy 5.grudnia czy pomysł zyskał aprobatę mieszkańców. Przy okazji - podziwiam Pana za dogłębność merytoryczną tekstów! pozdrawim g...
Maciej P.
2015-11-21 12:05:58
@ g... Tak trzymać. Budżet obywatelski to dobre narzędzie i warto z niego korzystać. Zresztą mam wrażenie, że mimo mniejszego niż poprzednio nagłośnienia, sprawa budżetu jest w naszym mieście coraz bardziej popularna. Jeśli zaś chodzi o efekt - poczekamy, zobaczymy. Dziękuję też za miłe słowa. Dla takich Czytelników warto pracować. Pozdrawiam ciepło.
Grzegorz /g.../
2017-03-27 13:19:23
No i "słowo stało się materią" !! 2.marca 2017r tablica upamiętniająca 1. prezydenta II RP została zamocowana na północnej ścianie cokołu pomnika. Twierdzę, że gdyby nie upór Andrzeja i nie namówienie przez Niego władz miasta do zafundowania potomnym tej tablicy, nie byłoby jej jeszcze długo. I jeszcze szczegół : tablica NIE JEST metalowa, lecz jest imitacją mosiądzu ze sztucznego tworzywa. Złomiarzy zniechęci a w przypadku wandali łatwo i tanio będzie ją można odtworzyć ps. super blog panie Macieju !

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» kwiecień (1)
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[jacekproszyk]
mimo pięknej analizy i skrupulatności której chylę czoła obawiam się, że to nie jest dobry...
[Mst]
Szanowny Autorze Przede wszystkim wielkie uznanie za ten i pozostałe teksty. Czyta się je niezmiennie z...
[jamida]
Mieszkałem przy ul: Nad Niprem (d. Leona Laski). Była tam m.in baza transportowa PSS (?) Traktory (tak,...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 262001
Newsów: 91
Komentarzy: 331
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała