liceummundi.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
liceummundi.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - liceummundi.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Pomostowanie miast

  

Dziś znów króciutko.

Oto znaleziona w jednym z archiwalnych numerów Kroniki Beskidzkiej z 1971 roku fotografia przedstawiająca budowę mostu na rzece Białej.

Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, ale ponieważ jest dość oryginalne i ukazuje jeden z etapów umacniania brzegów Białki z ciekawej perspektywy, bo od strony Białej, z osi dzisiejszej ulicy Stojałowskiego, zamieszczam je na blogu. Ot tak, z kronikarskiego obowiązku.

Warto tu zauważyć dość radykalne zmiany w krajobrazie. Znikła spora, bardzo stara część zabudowy miasta. Zrównano z ziemią całą północną pierzeję ulicy Ku Kładce, znikła ortodoksyjna synagoga Nweh Shalom, znikł budynek dawnej centrali telefoncznej i strażnicy. Nic tutaj już nie wygląda tak jak przed kilkoma laty...

A przy okazji jeszcze jedna mała perełeczka także z roku 1971 (o ile pamiętam).

Grafika tuszem ukazująca pieszą kładkę na Białce na tle zabudowań bielskiego brzegu (z dachami biurowca fabryki Jankowskiego między innymi), zanim jeszcze rozpoczęto tu jakiekolwiek prace spinające dwa brzegi Białki. Choć przecież - oddajmy sprawiedliwość - przykrycie Niwki i poprowadzenie drogi łączącej Bielsko i Białą właśnie w tym miejscu, postulował już Max Fabiani. Nie tylko postulował zresztą, ale wykonał nawet szczegółowy projekt tego przedsięwzięcia. Niewielką część projektu wiedeńczyka ze Słowenii wykonano po 1916 roku, przykrywając potok od ujścia do Rathausgasse. I wówczas na tym stanęło.

A potem przyszła gospodarka centralnie planowana...

2015-10-22 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

C'est la vie

  

czyli

Nie tylko Zabłocki

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, jak mocno historia naszego miasta osadzona jest w dziejach powszechnych. Wydaje nam się, że pograniczna osada o tyle widziała świata, o ile ten świat zechciał doń zawitać. Poniekąd tak było. Wielkie osobistości naszej rzeczywistości (z drobnymi wyjątkami) omijały ten fragment przestrzeni, ale przecież historia nie zamierzała pozostawiać Bielitz na uboczu. Ani ta wielka, ani ta niepozorna.

Jest rok 1790. Na północnych przedmieściach Paryża, w dzielnicy zwanej Saint-Denis, chemik i chirurg, Nicolas Leblanc,osobisty lekarz księcia Ludwika Burbona-Orleańskiego, opracowuje innowacyjną metodę produkcji sody kalcynowanej z soli kuchennej. Oto powstaje nowy, doskonalszy od dotychczasowego sposób wyrobu mydła. Swoje życie rozpoczyna nowa, nieznana dotąd dziedzina - mydlarstwo przemysłowe.

W całej Europie zaczynają powstawać mydlarnie. Rosną jak grzyby po deszczu. Również i w Bielsku. Szczególnie potok Niper przyciąga inwestorów, czy to z powodu położenia (blisko miasta, z dala od głównych arterii komunikacyjnych), czy to przez wzgląd na właściwości wód okolicznych potoków. Mydlarzy przybywa. Jest nim właściciel łąk i pastwisk na wzgórzach ponad bielskim Syjonem - Gottlieb Klimke, mydlarzem i producentem gliceryny jest Carl Fiber, mydlarstwem zajmuje się rodzina Wilke. Wreszcie mieszkający w przepięknej willi przy ul. Cesarskiej, mydlarski "baron" Juliusz Roth, który zajmuje się nie tylko produkcją mydła - w kilku swoich zakładach wytwarza także stearynę, świece i perfumy. Handluje też naftą.

Jedną z mydlarni (wcale nie największą) była mydlarnia Fibera, założona w drugiej połowie XIX wieku przy ulicy Parkowej (dziś Listopadowa). Już na planie katastralnym z 1836 roku widać dwa pierwsze budynki przy Parkstrasse, nie ma jednak pewności, że już wówczas pełniły funkcję mydlarni. Fiber prowadził swój zakład na pewno od około 1870 roku. I prowadził naprawdę nieźle. Z dwóch niepozornych budynków widocznych jeszcze na planie z 1836, wytwórnia rozrosła się do całkiem sporych rozmiarów. O wyglądzie tej fabryki w okresie największej prosperity wiemy dzięki grafice autorskiego duetu Eckert und Pflug z Lipska.


Wykorzystywany jako biriefkopf wizerunek zakładu datowany na 1908 r., zaczerpnięty z "Gross-Industrie Osterreichs" zniekształca nieco rzeczywistość (podobnie jak omawiany już wcześniej papier firmowy
gorzelni Fränkla, czy wizerunek fabryki spółki Sternickel und Gülcher). Widzimy oto dość rozległy, mimo, że złożony z niewielu budynków zakład, położony na sporym terenie, sąsiadujący z dziwnie szeroką, ruchliwą ulicą. Dzisiejsza Listopadowa nie jest i nigdy nie była tak szeroka, a samo wyobrażenie jest, rzecz jasna, mocno naciągane, spreparowane dla "mediów" i kontrahentów. Jednak w ogólnym założeniu dość wierne. Na pierwszym planie widnieje główna hala produkcyjna z kotłownią i wysokim kominem. Tuż obok, nieco cofnięta od pierzei ulicy, stoi druga niska budowla - magazyn. W głębi natomiast widoczne są jeszcze trzy budynki.
Do dziś, spośród wszystkich tych budowli nie przetrwały właściwie tylko dwie.



Główna, najbardziej reprezentacyjna hala zachowała się w stanie omalże niezmienionym, jeśli - rzecz jasna - wierzyć grafice.
Wydaje się, że uległa tylko nieznacznemu skróceniu od południa, choć to rzecz dyskusyjna. W ogólnym zarysie nie ma jednak pomiędzy stanem dzisiejszym, a wizerunkiem sprzed ponad stu lat większych różnic. Nadal istnieje dawny, równomierny układ okien, po części również w ścianach szczytowych, dach nadal jest dwuspadowy o zachowanym kącie pochylenia połaci i z daszkiem kalenicowym nad środkową częścią hali. Wciąż stoi przytulona do głównego budynku kotłownia z kominem.

Żeby było ciekawiej, z kompleksu mydlarni zachował się także najmniejszy widoczny na papierze firmowym budynek.

I to w całkiem niezłym stanie. Posiada nawet - co jest naprawdę czymś szczególnym - ten sam (albo raczej taki sam) finezyjny, kalenicowy daszek wywietrznika. Czy była to krajalnia - o czym świadczyć może komin sugerujący istnienie wewnątrz osobnego napędu, czy osobna, wolno stojąca kotłownia - trudno rozstrzygnąć. Zachwycające jest jednak to, że budowla od ponad wieku, w formie nieco przebudowanej, stoi i nadal służy. Jest wprawdzie w fatalnym stanie, z dziwaczną dobudówką doklejoną do wschodniej ściany, ale stoi.

Podupada, a jednak istnieje. Wprawdzie mydlarnią przestała być już w latach czterdziestych (wówczas właścicielem już od dawna był Viktor Wilke - przejął zakład i unowocześnił), kiedy to przeszła na własność państwa, ale być może właśnie dzięki temu nie podzieliła losów wielu innych zakładów zniszczonych przez komunistyczne praktyki rynkowe.

Viktor Wilke jeszcze przez kilka lat patrzył na dewastację własnego mienia - kiedy po 1945 roku znacjonalizowano zakład i urządzono tam warsztaty szkolne, Wilke jeszcze żył. Musiał bezradnie przyglądać się - choć z daleka - podupadającemu majątkowi, któremu oddał połowę swego życia.

Tak sobie myślę, że ten mydlarski fach to jednak niefartowny był bardzo. Nie tylko handlarz Zabłocki kiepsko na mydle wyszedł. Wilke, jak się okazuje, także nie utrafił w koniunkturę. Zarówno gospodarczą (w 1916 r. wynaleziono pierwszy syntetyczny detergent, który stał się poważnym konkurentem dla mydła) jak i polityczną...


Zresztą co tam Wilke... Nawet sam Nicolas Leblanc, twórca przemysłowego mydlarstwa - zapomniany, upokorzony, pozbawiony wszystkiego, nawet prawa do swojego patentu - osaczony przez rewolucyjny rząd francuski - w 1806 roku w końcu palnął sobie w łeb.

Historia pełna jest takich smutnych finałów. I nie jest ważne, czy to Paryż, Berlin, czy Wiedeń północy - Bielsko... Kapryśna Fortuna wszędzie wtrąci swoje trzy grosze. I wszędzie narozrabia.
C'est la vie - chciałoby się powiedzieć.


2015-10-18 | Dodaj komentarz
Bogusław
2015-12-26 13:10:13
czy w latach 1963- 1968 były tam warsztaty szkolne TME ?
Komentarzy (6)

Hej tam, na fabrycznej hali!

  

czyli

znów narzekam

Pierwszy październikowy weekend i ostatnie - jak sądzę - słoneczne dni skłoniły mnie do małej ucieczki z miasta. Wzorem prekursorów turystyki sprzed stu lat ruszyłem na górski szlak, próbując wykorzystać ostatnie ciepłe chwile. Jesień to moja ulubiona pora roku i choć na przełęczy Przegibek aż roiło się od turystów, a na parkingu nie dało się wcisnąć nawet szpilki, to udało mi się wydostać na zupełnie bezludny grzbiet i zapaść ponad dachy Mikuszowic nie niepokojony przez nikogo.

Siedząc na nagrzanej trawie, chłonąc ciepło słonecznych promieni i aromat świeżo zaparzonej kawy, patrzyłem na otwartą, osłonecznioną panoramę miasta. Rozległą, jasną, z tak charakterystycznymi dla niej punktami, jak stromy dach kościoła w Aleksandrowicach, wieża katedralna, kominy elektrociepłowni, czy korona stadionu. I kiedy tak siedziałem do głowy przyszła mi dość szczególna myśl, że tak naprawdę dziś nie rozumiemy już chyba tego miasta. Nie znamy go, nie potrafimy go czytać. Ono wciąż mówi do nas, alby my już go nie słuchamy... A chyba powinniśmy.

fot. - archiwum

Ta niewesoła myśl wróciła przykrym echem kilka godzin później, kiedy wracałem z tego krótkiego wypadu w góry. Moja droga wypadła obok ratusza. Akurat wybiła dwunasta. Po elektronicznym gongu (brzmiącym jak dźwięk z gry na Atari) rozbrzmiał hejnał... Słyszałem go wielokroć, ale za każdym razem - proszę mi wierzyć - krzywię się z niesmakiem na odgłos syntezatorowej trąbki. I nie o brzmienie mi chodzi, ale raczej o sam hejnał. Dlaczego?


Oto w skomponowanym w latach sześćdziesiątych XX wieku sygnale hejnałowym nie słychać bowiem pradawnych czasów, nie słychać ani historii, ani przemysłowego gwaru, ani hałasu warsztatów. Ani selfaktorów, ani krosien, ani nawet kołowrotków. W hejnale słychać właściwie tylko jedno: pieśń gór, góralską nutę, pasterską halę, oscypkowy bit, szałas, ciupagę i baranicę.

I to ma być Bielsko-Biała?! Z jej nieprzebranie bogatą, wielokierunkową, przepiękną historią i tradycją?


Powiedzieć, że nasze miasto leży w górach, czy raczej wśród gór, to truizm. Rzecz oczywista i bezdyskusyjna. Czerpiemy z tego faktu swoiste korzyści. Przede wszystkim turystyczne i sportowe. Kiedy jednak zastanowimy się głębiej, dojdziemy do szczególnej i dość ciekawej konkluzji.
Bielsko-Biała, a raczej Bielitz i Biała nigdy (powtórzę to raz jeszcze i bardzo dobitnie NIGDY), aż do końca XIX wieku, nie były kojarzone z górami i z górami się nie utożsamiały. Owszem, zawsze leżały u stóp Beskidu, owszem, ich losy zawsze w jakiś sposób łączyły się z góralskim folklorem. Ale ta łączność była wówczas zupełnie inna niż dziś. Była rodzajem trudnej symbiozy. Współistnieniem traktowanym czasem jako zło konieczne. Górale z beskidzkich wiosek przez mieszkańców miasta traktowani byli zawsze jako "ludzie z lasu", "ci obcy". Wszystko było dobrze, jeśli dostarczali sery, ryby, drewno, fajki, gonty i kożuchy. Kiedy jednak pojawiali się w mieście, zawsze odcinali się od miejskiego pospólstwa. Bo byli z gór. I ich asymilacja następowała bardzo powoli, w miarę postępującego w środowiskach mieszczańskich zainteresowania folklorem jako takim. Ale to zainteresowanie to przecież zjawisko stosunkowo młode.

Bo góry były obce, budziły lęk, a przynajmniej rezerwę. Były innym światem. Od zawsze.

W średniowieczu i w epoce nowożytnej góry i trakty wiodące przez dziką krainę, otoczone były złą sławą. To na stokach Beskidu Małego i Śląskiego czaili się zbójnicy i zwykli podli rzezimieszkowie; knieje obfitowały w dziką zwierzynę, a zapuszczanie się w mroczne ostępy zimą groziło czymś poważniejszym niż tylko odmrożenia.


Lokalizacja osady pośród grzbietów górskich (choć w wielu kronikach i lustracjach zauważana i zaznaczana jako topograficzna wskazówka) nie była atutem, tak jak dziś, ale wręcz balastem, również i z powodu niezbyt urodzajnych trudnych w uprawie gleb, również i z powodu surowszego niż na wyżynnych równinach klimatu. Zresztą nie jest prawdą, że góry dla miastowych oswoili prekursorzy turystyki górskiej w końcu XIX wieku. W istocie przetarli oni szlaki, ale początkowo wędrowanie górskimi ścieżkami nie tylko przez mieszczuchów, ale i samych górali traktowane było jak jakaś szalona fanaberia. Jej adepci postrzegani byli gorzej niż cykliści. Jeszcze w pierwszej połowie dwudziestego wieku mieszkańcy dolin górskich nie tolerowali obcych wędrowców (sam Władysław Midowicz wspominał, że jeszcze w 1926 r. górale żegnali się widząc go biegającego po halach na nartach, a nawet sugerowali, że skoro łazi po chaszczach dla przyjemności, to jest chyba stuknięty).

Tymczasem hejnał miasta - jakby zupełnie wbrew historii i tradycji - "opiewa" swą nutą tylko tę górską i góralską stronę naszej rzeczywistości. Owszem - rzeczywistości dzisiaj z górami związanej dużo mocniej niż kiedykolwiek na przestrzeni wieków, ale przecież Bielsko nie istnieje od osiemdziesięciu lat! Wsłuchajcie się. Tam pobrzmiewa jedynie pasterski charakter. I chociaż góralską muzykę można wywodzić z wołoskiego rdzenia, a nawet z przyśpiewek wojska austriackiego (i w ten niezwykle karkołomny sposób próbować sklasyfikować tę nutę na poziomie rdzennie bielskich wartości), to jednak ciągle jest to tylko muzyka pasterskiego szałasu i górskiej hali. A gdzie hala fabryczna?

Chciałbym być dobrze zrozumiany, nie mam zastrzeżeń do warstwy artystyczno-technicznej utworu. Melodia skomponowana przez Piotra Stachurę charakteryzuje się przecież wszelkimi koniecznymi dla tego typu kompozycji elementami. Jest też dość chwytliwa. Mimo to sądzę, że swym charakterem za bardzo ciąży ku marginalnemu aspektowi naszej bielsko-bialskiej rzeczywistości - ku górom, a zbyt pobieżnie, lub właściwie wcale nie mówi o pozostałych jej stronach - historii, różnorodności wieloetnicznej i wielojęzykowej kulturze. A powinna. Bez dwóch zdań.

Podobnego posunięcia dokonano stosunkowo niedawno, w 2013 roku, kiedy postanowiono zaprojektować "logo" miasta. Pomijając fakt, że nie bardzo wiem po co w ogóle konstruować nowy - w moim odczuciu absolutnie niepotrzebny - "emblemat", warto przypomnieć sobie, że miasto nasze ma już herb i przez całe stulecia był to wystarczający własnościowy znak graficzny określający jego charakter. I nie przemawia do mnie tłumaczenie, że logotyp powstał aby zastąpić chroniony prawem herb. A nawet jeśli rzeczywiście powstał niejako w zastępstwie, do wykorzystania w sytuacjach mniej reprezentacyjnych, to znów - podobnie jak hejnał - oparł się tylko o jeden jedyny miejski atut: śródgórski charakter. Co jest, jak pragnę zdrowia!?

Graficznie jest to nawet mały majstersztyk. Mamy dwa pasma górskie w kształcie dwóch literek "B" przedzielone doliną rzeki Białej, mamy pomarańczowy punkt symbolizujący miasto, mamy wreszcie wpisaną w to wszystko postać ludzką w pełnej ekspresji pozie. Podziw. I mała konsternacja jednocześnie, bo okazuje się, że na tym logo miasto jest tylko dodatkiem do gór i rzeki, że zielone zbocza i pomarańczowe kręte koryto stanowią istotę miasta, a Bielsko-Biała, choć jest głową, jest również tylko i zaledwie kropką nad "i".

Przecież na przestrzeni wieków, przez całą heraldyczną historię herb nie posiadał nigdy odniesienia do gór! Orzeł piastowski? Jak najbardziej. Lilie herbu biskupów wrocławskich? A jakże! Róże pochodzące z herbu dzierżawcy Białej, starosty Rybińskiego? Proszę bardzo. Św. Mikołaj? Tak (przecież święty patron pojawiał się na herbie sporadycznie aż do połowy XIX w.). Większość tych elementów heraldycznych istnieje na prawdziwym, oficjalnym herbie do dziś. Ale góry? Ki czort?

Być może jest to jeszcze jeden dowód na to, że począwszy od lat pięćdziesiątych aż do dziś mamy do czynienie z bardziej lub mniej zawoalowaną próbą zamazania z jakiegoś powodu niewygodnej historii miasta. Bo była również czesko- a potem przede wszystkim niemieckojęzyczna? Bo nie polska? Bo związana z traktowaną mocno ambiwalentnie C.K. Monarchią?

Wiem, wiem. Chcielibyśmy przygarnąć to nasze miasteczko bezwarunkowo, przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale jednocześnie podświadomie odczarować ten "obcy" charakter. Nadać mu rys swojskości (tak jakby prawda nie była swojska), obedrzeć z "nienaszej" a nadać "swoją" legendę... Ale chyba nie potrafimy. I albo nas ta "kajzerowatość" tak mocno boli i drażni, albo tak bardzo boimy się niepolskiego (na przestrzeni wielu wieków) charakteru osady, albo wreszcie - i to jest chyba najtrafniejsza diagnoza - my zwyczajnie nie znamy tej historii i dlatego jesteśmy jej tak niechętni... A przecież właśnie tutaj, w ciągu wielu stuleci współżyli ludzie różnych narodowości, różnych wyznań, mówiący różnymi językami, wyznający czasem bardzo odmienne ideologie, to tutaj przez lata mieli swój dom. I jakoś im się udawało żyć we względnej zgodzie, traktując miasto jako swoje. I budując swoją rzeczywistość nie burząc przy tym dokonań poprzedników. Czy my już nie potrafimy?

Kiedy patrzę, jak odcinamy się od tego, co tworzyło nasze miasto, od całej bazy, z której wyrośliśmy; kiedy słucham hejnału i oglądam nowy "znak graficzny" mam prawie pewność że tak jest. Chcemy zbudować zupełnie nowe miasto. Bez tradycji i historii, bez starych kamienic zastępowanych sukcesywnie przez nowoczesny design, bez refleksji nad korzeniami. Przytulamy się bezkrytycznie do tych gór i w nich odnajdujemy jedyny sens.

Wiem, znów marudzę. Ale szczerze mówiąc bardzo mnie to wszystko męczy i nurtuje. Lubię góry, zawsze lubiłem. Bywało, że na szczytach, grzbietach i zboczach spędzałem wiele dni i nocy nie schodząc w doliny. Zżyłem się z nimi. Ale to miasto kocham. Po prostu.
I dlatego muszę ponarzekać.

____________________________


Przepraszam za długą przerwę we wpisach, ale od rana do nocy miałem huk roboty. Przez kilka tygodni zajęty byłem promocją swojej książki. Premiera była wprawdzie w maju ubiegłego roku, ale każdy kto zna realia rynku księgarskiego wie, że promocja takiego "towaru" musi toczyć się nieustannie, tym bardziej, że pozycja tak niszowa jak powieść historyczna musi mocno "pracować", aby zaistnieć w świadomości czytelników.

Korzystam więc i z tej okazji, żeby zareklamować powieść.


Nie ma ona wiele wspólnego z naszym miastem, ale ponieważ jest powieścią historyczną, adresowaną w dodatku do młodego czytelnika, istnieje prawdopodobieństwo, że zainteresuje być może również i czytelników tego bloga.


Tak więc jeśli macie ochotę zagłębić się w atmosferę niespokojnych czasów roku 1863, przeżyć przygodę, oderwać od szarości dnia - gorąco zapraszam do lektury.

Pozycję "Zamek i skała", wydaną nakładem wydawnictwa Bernardinum, nabyć można w Matrasie i Empiku. Osobiście polecam księgarnię Staromiejską przy Rynku. Książka dostępna jest również i tam.

2015-10-10 | Dodaj komentarz
Paweł
2015-10-10 21:25:54
Witam Pana i dziękuję. Dziękuję za wpis i za cały blog. Rodzinnie związany raczej z okolicami, niż z samym miastem doceniam dotknięcie tego tematu. Ta zmiana postrzegania naszego miasta (miast) jest często dyskutowane w gronie prywatnym, na imprezach czy wśród starszych ludzi. Ale to margines, to tylko rozmowy ludzi, którzy pamiętają "tamte czasy" i którzy mają korzenie głęboko w historii miasta i okolic. Mnie samemu nie jest to obojętne. Część mojej rodziny "plącze się" po okolicy od jakiś 160 lat, inna jeszcze dłużej. Więc mam własne poglądy na tą sprawę i mogę powiedzieć, że "jestem stela". Niestety, ta obca charakterystyka Bielska i Białej jest spowodowana pierwszym napływem ludności po wojnie. Rodzima ludność rozpłynęła się po 1945 roku. Bielszczan zastąpili ludzie z gór (tubylcy nazywali ich "gorolami"). Oni zajęli miejsce w domach i fabrykach po tamtych. Identyfikując się z miastem, nie zapomnieli skąd pochodzą. Po prostu przenieśli się fizycznie, mentalnie pozostając w swoich rodzinnych wioskach, w niedalekich górach. Wraz z nimi przyjechali inni, najczęściej zza Buga. Oni nie identyfikowali się w ogóle. Też widząc przez okno góry, uznali, że mieszkają w górach. Trudno się dziwić. Trzeci akt exodusu, to ludzie, którzy przyjechali do pracy w FSM-ie. Co znów mogli w skrócie napisać do rodziny we wiosce pod Radomiem, czy Sieradzem? Że mieszkają w górach. Nikogo przez dziesięciolecia nie interesowało, kto tu dawniej mieszkał, kto pracował. Dlaczego takie bogate budynki tutaj stoją. Nie ma się co dziwić, nie było komu im o tym powiedzieć. Autochtoni zrobili się szybko bardzo hermetyczni, bo traktowano ich jako obywateli drugiej kategorii. Oficjalnie nie wolno było o tym mówić, kto, co i dlaczego. W tą próżnię wszedł najbliższy folklor, góralski. I tak wszyscy zaczęli Bielsko i Białą traktować jako górskie miasto, stolicę Podbeskidzia (sic!). I tak się przyjęło. Niestety. Kto z dzisiejszych Bielszczan wie, że częstym gościem w naszym mieście był Tomasz Mann? Kto wie, że każda z sąsiednich wiosek miała nieco inny strój, innym językiem mówili ludzie? Kto wie, że w Bielsku była używana specyficzna odmiana języka niemieckiego? Dziś już mało kto... Mało kto, z tych spoza miasta, to wszystko zauważa. Pan to widzi, więc i Pan jest stąd. A ja rozumiem to narzekanie. Pozdrawiam.
gjp
2015-10-11 09:56:43
Mam trochę ambiwalentny stosunek do tego tematu. Przede wszystkim, generalnie jestem przeciwny wszelkim formom usilnego forsowania własnych oznaczeń, "marek", różnej maści znaków, czy nawet czcionek, wymyślanych przez wszelkiej maści włodarzy, czy to miast, czy ministerstw, czy Bóg wie czego jeszcze. To zjawisko tzw. logozy, jak ja trafnie krytykuje od długiego czasu m.in. Piotr Waglowski (http://www.prawo.vagla.pl/symbole_narodowe) jest generalnie szkodliwe i niepotrzebne. Z drugiej strony, wszystkie (słuszne!) uwagi w tekście odnoszą się do herbu Bielska, a nie wspominają o Białej. A przecież ten ostatni, choć też ma długą tradycję, jest przykładem herbu nowożytnego, ahistorycznego, oderwanego od symboliki stosowanej przez lata, a odwzorowującej stosunki właścicielskie, patronaty, etc. Patrząc na logo Bielska-Białej i herb Białej są one tak samo uzasadnione (lub nieuzasadnione), żeby nie powiedzieć, że ten nowszy może właśnie trochę bardziej, bo pasuje do dzisiejszych czasów, przyzwyczajeń, postrzegania miasta w szerokim znaczeniu, etc. Co nie zmienia faktu, że przydałoby się więcej odwołań i powiązań z tradycją Bielitz jako takiego.
Maciej P.
2015-10-12 17:20:41
@Paweł Witam ciepło i dziękuję za komentarz. Czasem się zastanawiam, czy napływowość to faktycznie główna przyczyna takiego wyobcowania i niechęci. Być może w dużym stopniu tak. Jednak przecież nie jedyna. Proszę zauważyć, że w latach sześćdziesiątych XIX wieku, a więc w okresie, który my teraz postrzegamy jako okres powstawania i krzepnięcia, nazwijmy to: "bielskości", większość mieszkańców miasta... była właśnie napływowa! Taki stan rzeczy utrzymywał się aż do pierwszej dekady XX wieku. Struktura demograficzna miasta przez wiele najważniejszych dla jego rozwoju dekad ciągle była strukturą na niekorzyść autochtonów. Oznacza to, że napływowość sama w sobie nie była raczej elementem degradującym. Cóż więc? Kilka tropów wiedzie ku pewnym trudnym sprawom międzynarodowym. Można rzec politycznym. Kiedy bowiem mówi się o historii tych terenów, trudno nie przywoływać niezwykle bolesnych stosunków polsko-austriackich na przestrzeni długich dekad. Przykładem bodaj najlepszym może tu być sposób traktowania polskich robotników przez ich pracodawców. Tutaj "polakożerczy" prym wiedli właśnie tacy potentaci jak Josephy czy Jankowski. Dostrzegali w żywiole polskim jakieś zagrożenie? Zapewne. Być może dzisiejszy pejoratywny stosunek do tamtych czasów to nic innego jak generalizowana na całą epokę i cały bielski obszar niechęć do tej wszechobecnej wówczas antypolskości przemysłowców i patrycjuszy. Nie wiem. Tylko gdybam. W każdym razie ostrożnie podchodzę do "teorii napływowej", może dlatego, że przecież sam jestem elementem napływowym.
Maciej P.
2015-10-12 17:21:40
@gjp Słuszne uwagi. Istotnie. We wpisie odnoszę się przede wszystkim do herbu Bielska. Czynię to z jednego tylko powodu - ten herb jest starszy, a więc wymowa mojej notki jest bardziej dobitna w oparciu o ten właśnie znak graficzny. Istniał on - podlegając niewielkim zmianom - przez wiele stuleci, dzięki czemu dokładniej oddaje sens mojego oburzenia. Herb Białej - mimo, że heraldycznie raczej poprawny - to już faktycznie inna para kaloszy. Ale mimo to także i on był na przestrzeni lat niezmienny. A to również doskonała ilustracja złego kierunku, jaki niebacznie obraliśmy. Czego dowodem jest to "przeciekawe" logo.
Tomasz K.
2015-10-24 12:15:04
Panie Macieju, chapeau bas! Jest Pan pierwszą znaną mi osobą, która zwróciła uwagę na powiązanie herbu starosty Rybińskiego z herbem Białej Krakowskiej. Sam odkryłem to zaledwie parę miesięcy temu (drogą dość żmudnej dedukcji) i chciałem nawet podesłać Panu swoje spostrzeżenie, ale wypadki ostatnich miesięcy zmusiły mnie do skupienia się na priorytetach i ostatecznie o tym zapomniałem. Od małego kwestia pochodzenia tego herbu spędzała mi sen z powiek, a niestety odpowiedzi wypytywanych przeze mnie dorosłych nie były satysfakcjonujące; rodzice i dziadkowie są z grona tych "napływowych" Bielszczan (dziadek w dodatku był dyrektorem bielskiego, a potem tyskiego FSM-u!), inni natomiast albo twierdzili, że "to róże i basta" (odpowiedź znacznej części moich nauczycieli!), albo snuli pozbawione sensu domysły na temat rzekomych aluzji do męki Chrystusa (sic!), a jeszcze inni uważali, że kolor czerwony jest błędem i że w rzeczywistości to kwiaty lnu, nawiązujące do włókienniczych tradycji miasta (w XVIII wieku?!). Dopiero lakoniczna wzmianka na Wikipedii (o ironio!) o Rybińskim pomogła mi rozwiązać zagadkę.
Maciej P.
2015-10-24 14:06:46
Panie Tomaszu, witam ciepło. Informacja o nawiązaniu herbowym do klejnotu Rybińskiego pojawiła się już wcześniej, w opracowaniu pana Jerzego Polaka. I to chyba nie jest nowość, w każdym razie nie przypisuję sobie zasług. Natomiast jeśli chodzi o przedstawione przez Pana różnorakie tłumaczenia dotyczące znaczenia herbu Białej, to - w świetle heraldyki - wcale nie są takie niedorzeczne. W heraldycznych odniesieniach chrześcijańskich róża pięciopłatkowa jest traktowana właśnie jako symbol pięciu ran Chrystusa, a kolor czerwony na zielonym tle - zgodnie z zasadami heraldycznymi - nie powinien się pojawić (zasada niekładzenia barwy na barwę). Poniekąd więc rację mieli ci, którzy chcieli być w zgodzie z zasadami heraldyki i odrzucali czerwień róż. Jednak w tym jednym konkretnym przypadku barwa została wymuszona, bo jest naturalną barwą tych kwiatów. Stanowi więc tutaj drastyczny wyjątek od reguły tzw. alternacji heraldycznej. Pozdrawiam.
Komentarzy (0)

Zaplecze miasta

  

albo

o pożytkach z wojny.

Przyznam się, że są w naszym mieście takie miejsca, które odwiedzam niezwykle rzadko. A są i takie, w których nie byłem bodaj nigdy. Z różnych powodów. Albo nie było okazji, albo nie po drodze, albo wolałem skróty. Albo wreszcie - i to wystawia mi kiepskie raczej świadectwo - bo już sama myśl o tych fragmentach miasta napawa mnie jakąś trudną do zdefiniowania niechęcią. Tak, przyznaję ze wstydem: są takie miejsca. I wbrew pozorom wcale nie tak nieliczne, jak mogłoby się wydawać.

Co w nich odrzucającego? Czasem po prostu ich ogólny, nieciekawy klimat. Bezduszny, bezwyrazowy charakter tchnący jakąś odczłowieczoną beznadziejnością.

Jednym z obszarów, który zazwyczaj staram się (czasem już zupełnie automatycznie i bezwiednie) w swoich wędrówkach po mieście omijać, jest położony na wschód od torów, wciśnięty pomiędzy torowiska, gazownię a ulicę Wałową kwartał przemysłowy. Te obszary zawsze, odkąd tylko zawitałem do miasta, budziły we mnie złe skojarzenia. I choć doskonale znam ich historię, ich aura w jakiś niepiękny sposób kontrastowała z zamkniętą, zwartą zabudową mieszkalną centrum, czy gęsto zaludnionych przedmieść. Zwyczajna sprawa.

Dlatego też wczoraj, kiedy niespodziewanie i zupełnie przypadkiem trafiłem w ten rzadko przeze mnie odwiedzany fyrtel, doznałem naprawdę zaskakującego wrażenia. Oto wąska, zaniedbana, wyludniona ulica Podwale, zagubiona gdzieś na zapleczu miasta - pełna odrapanych murów, starych, całkiem się sypiących, lub cudem odratowanych i zaadaptowanych na nowe cele fabryk, pełna szarości, kurzu i beznadziei zapomnianego końca świata - nagle w moich oczach dziwnie wypiękniała. Nabrała barw, życia i mimo wczesnej pory, natchnęła niezrozumiałą radością.

Być może powodem takiego szoku był fakt, że na ulicy Podwale znalazłem się po raz pierwszy od jakichś dwudziestu lat? A może fakt, że ta ulica, kojarząca mi się dotąd podświadomie z paskudną przemysłową architekturą industrial-modern okazała się jednak zabudowana (jakże mogłem tego nie pamiętać!) całkiem przyzwoitym budownictwem?

Przecież taka - dajmy na to - dawna fabryka śrub i nitów Bartelmussa i Suchego to (pomijając stan techniczny) jedna z ciekawszych budowli w tej części miasta. Mam na myśli pierwszy budynek, ten, w którym zaczęła się historia fabryki.

Jest niepozorny i wygląda dziś jak zwykła kamienica, pierwotnie jednak był prostą, parterową halą, którą dopiero po latach, a dokładnie po pożarze w 1902 roku nadbudowano o piętra i wzbogacono o surowy, ale wysmakowany detal.

Firma powstała około 1880 roku, pierwotnie jako zakład włókienniczy Moritza Bartelmussa, budynek stojący w głębi realności to dawna tkalnia. Dopiero później budynki fabryki przystosowano do zupełnie innej branży. W latach dwudziestych firma Bartelmuss i Suchy to już bardzo znana w tej części Europy Fabryka śrub nitów i mutr (muter? - obie formy poprawne). Zresztą branża metalowa miała tutaj szczególne wzięcie.


Bartelmuss i Suchy to także Fabryka wyrobów Emaliowanych i Metalowych, mająca swoją siedzibę również przy ul. Podwale (wówczas Johannystrasse).

Briefkopf z wizerunkiem firmy w okresie największej prosperity. A zarazem całkiem ciekawa autoreklama. Potężne hale, eksport w każdy zakątek świata, pięciuset pracowników - wszystko to musiało imponować. Przecież jeszcze dziś budzi podziw. Większość budynków istnieje i funkcjonuje do dziś. A na horyzoncie dworzec...

Ocalała, mocno zdegradowana, ale jeszcze stojąca, parterowa hala kryta niegdyś powszednim, dziś bardzo rzadkim dachem szedowym. Nowa stolarka (biorąc pod uwagę stalowe drzwi i kraty raczej ślusarka) drzwiowa i okienna nie przydają budowli uroku. Ta część ulicy nie czaruje.

Choć przecież dyskretnie ujawnia dawny swój wystrój - spod odpadającego tynku ukazują się zapomniane, zaślepione otwory okienne z dawnymi, ceglanymi nadokiennikami w formie łuków odcinkowych z kluczami. I to właśnie zastanawia. Hale funkcjonowały w czasach, gdy można już było zastosować betonowe nadproża. Tanie i proste w użyciu. A jednak zdecydowano się na rozwiązanie bardziej finezyjne. Przypadek? Nie sądzę.

Odremontowane budynki o ponad stuletniej proweniencji służą do dziś. Tutaj znów ciekawa architektura i znów zaskoczenie. Na tle zaniedbanych hal ta budowla odcina się w sposób imponujący. Wprawdzie dzisiejszy wolny rynek i konkurencja potężnych monopolistów nie pozwalają na powrót do starych metod produkcji, jednak na tej zapomnianej ulicy oddech wieków czuć wyraźnie. Nadal hulają tutaj dawne przeciągi.

Inna sprawa, że tego typu wielkie fabryki wyrosłe z pierwszych manufaktur nigdy już się nie odrodzą. Nie czas po temu.

A przecież początki działalności manufaktur to także czasy bardzo burzliwe. Przemysł tego typu, a raczej wyjęte spod kontroli cechowej, wolne sposoby produkcji, napotykały na samym początku wielkie problemy. Cechy rzemiosł kurczowo trzymały się swych przywilejów i kontrolowały wszelkie sfery działalności produkcyjnej. Całe szczęście okres rządów Marii Teresy był okresem bardzo sprzyjającym przedsiębiorczości.

Druga wojna śląska zakończona w 1745 roku upokarzającym dla Austrii pokojem drezdeńskim mocno nadwyrężyła (nadwerężyła? - obie formy poprawne) zaufanie obywateli do władzy. Aby je odbudować, oraz aby wzmocnić państwo, jego gospodarkę, a co za tym idzie również i jego zdolności militarne - odzyskanie Śląska było dla Marii Teresy absolutnym priorytetem - władze państwa austriackiego rozpoczęły zakrojoną na szeroką skalę akcję koncesyjną mającą na celu uniezależnianie małych przedsiębiorców od hegemonii cechów, co miało doprowadzić do prawdziwego boomu gospodarczego. Rozpoczęto wydawanie specjalnych przywilejów i listów ochronnych zabezpieczających działalność poza cechami. Niosło to przy okazji również i inną korzyść. W wyniku wojen podniesione zostały cła przewozowe, co znacznie podniosło ceny obsługi zbytu. Wytwórcy pozostający poza cechami, a więc nieponoszący dodatkowych cechowych obciążeń, mieli zatem w tej kwestii dodatkową przewagę.

W Bielsku już w 1750 roku z podobnych patentów ochronnych skorzystali bracia Bartelmuss, zakładając fabrykę ceraty, której produkcja odbywała się z wykorzystaniem tkanego w mieście lnu. Była to pierwsza tego typu działalność w Bielitz. Pierwsza "fabryka" z prawdziwego zdarzenia. Na kolejne nie trzeba było długo czekać. Powoli do ogólnej liczby manufaktur zaczęły dołączać rozbudowane tkalnie, które wyewoluowały ze zwykłych warsztatów tkackich (choć przecież - tu ciekawostka - wiele z nich prowadzonych było przez właścicieli ciągle pozostających oficjalnie w cechu!). Maria Teresa i tu miała swój wielki wkład: nieżyciowy już wówczas patent Karola VI wraz z wieloma innymi regulującymi pracę rzemieślników regulaminami (a w szczególności tym zakazującym pracy na więcej niż jednym krośnie tkackim) zostały zniesione. Rozpoczęło to zupełnie nową epokę przemysłu i otworzyło drogę dla powstania wielu, bardzo wielu zakładów.

Rosły jak szczypior na wiosnę. Rozbudowywały się, łączyły, dzieliły, pączkowały, klonowały. Na ponad 150 lat krajobraz pocięty kominami, wyściełany zębatymi dachami hal zdominował Bielsko. Manufaktury i fabryki opanowały miasto i stały się dlań zbawieniem i udręką. Dostarczały wełny, tkanin, filcu, cegieł, śrub, maszyn, słowem wszystkiego, czego potrzebowało rosnące w siłę państwo. Tysiące niewykwalifikowanych robotników znajdowały w nich zatrudnienie, nierzadko uwłaczające warunki pracy, ale również i zarobek.

Dziś trudno już sobie nawet wyobrazić, że sto lat temu ta ulica tętniła życiem bardziej niż dzisiejsza malownicza 11 Listopada. Że od surowych ścian hal odbijały się odgłosy pokrzykujących majstrów, turkot wozów załadowanych beczkami i skrzyniami pełnymi produktów, kwik świń przepędzanych z dworca na świński rynek. W mokrej od deszczu nawierzchni odbijały się światła rzadkich latarń gazowych i światła z okien fabrycznych.
Tymczasem dziś...

Kiedy patrzy się na pozostałości niegdyś prężnych i dynamicznych zakładów, trudno oprzeć się wrażeniu, że te podupadające, najczęściej zwyczajnie zrujnowane budynki są jedyną już dzisiaj pamiątką po jednym z największych wyzwań cywilizacyjnych - po dziele industrializacji, bez którego świat dziś wyglądałby zupełnie inaczej. Te sypiące się hale szedowe, zapadłe dachy fabryk i pokruszone mury ścian są dziś już jedynym reliktem tamtej przeciekawej epoki. Epoki, dla której fundamentem i bodźcem dla rozwoju była... wojna.

2015-09-19 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

C. K. Hollywood

  

albo

Poltergeist z Dolnego Przedmieścia

Wracamy dziś na plac Smolki. Dosłownie na chwilę. Tropem pewnej sensacji, która jakiś czas temu zelektryzowała opinię publiczną naszego miasta.


Przekopując stare roczniki Kroniki Beskidzkiej natrafiłem na krótki artykuł dotyczący pewnego niespodziewanego znaleziska w północnej pierzei placu (wówczas Dzierżyńskiego). Oto w grudniu 1956 roku, podczas prac ziemnych, natrafiono na ludzkie szczątki. Dość szybko zweryfikowano je jako pozostałości po nowożytnych pochówkach, jakie miały tu miejsce jeszcze w XVIII wieku.

Według notki prasowej znalezione kości i szczątki trumien to pozostałości po cmentarzu, który przez kilka wieków funkcjonował przy mieszczącym się w północnej części placu niewielkim kościele.

Kościółek ten został zbudowany w pierwszej połowie szesnastego wieku. Była to właściwie kaplica, która niedługo potem została przejęta przez ewangelików stanowiących w latach osiemdziesiątych szesnastego stulecia przeważającą większość wśród mieszkańców miasta. Nic więc dziwnego, że w tym właśnie okresie, z fundacji barona Karola Promnitza wybudowano przy kaplicy szpital. Świątynię wzniesiono pod wezwaniem św. Krzyża, później przemianowano na św. Anny. Ta zmiana wezwania jest dość ciekawa, a wynikła zapewne z faktu, że to właśnie szpital wybudowano pod takim wyzwaniem. Ponieważ św. Anna jest patronką małżeństw, wdów i matek, można uznać, że pensjonariuszami przytułku były pierwotnie osoby samotne, bezdomne i wdowy. 14 lipca 1753 kościół i szpital spłonęły, ale odbudowano je w dawnym kształcie i funkcjonowały aż do 1808 roku, kiedy ostatecznie zniszczały w kolejnym katastrofalnym pożarze. Kościół był prostą parterową budowlą, krytą stromym, czterospadowym dachem. Zwieńczoną hełmem wieżyczkę dobudowano 1781 roku z poruczenia proboszcza Stefana Szczyrby.


Po roku 1808, dokładnie w 1814 w miejscu spalonego kościółka i szpitala stanął Dom Cechowy sukienników, który przez prawie sto lat, do chwili wzniesienia gmachu nowego teatru, pełnił rolę największego w mieście ośrodka kulturalnego. Dziś w tym miejscu wznosi się spora, pozbawiona pierwotnego detalu, przebudowana w duchu funkcjonalizmu kamienica.

Oparta na drzeworycie Samuela Johanny'ego grafika Gottfrieda Konecnego ukazująca dzisiejszy plac Smolki w pierwszej dekadzie XIX wieku. Północna pierzeja zajęta jest przez kościół św. Anny i szpital. Proszę zwrócić uwagę na gęste zadrzewienie wewnątrz kwartału, którego kościółek jest pierzeją. To dziedziniec wewnętrzny szpitala. Czy to tam znajdował się cmentarz? Zapewne tak. Sądzę jednak, że nie tylko tam. Dawnymi czasy powszechną praktyką było lokowanie nekropolii wokół świątyń. Istnieje więc podejrzenie, że pochówki uskuteczniano również i na południe od kościoła św. Anny. Wprawdzie w czasach funkcjonowania kościoła i szpitala przez plac, dosłownie pod oknami kaplicy, przepływał Niper, sądzę jednak, że dla pochówków nie było to żadną przeszkodą.

Dowodem na to jest owa prasowa wzmianka. Oraz wcześniejsze o sześćdziesiąt sześć lat, bardzo podobne zdarzenie, które przy okazji opisanych powyżej wydarzeń relacjonował niejaki Rychter. W 1890 roku, podczas kopania fundamentów pod jeden z budynków na placu, również odkryto trumny ze szczątkami. I również wtedy wzbudziło to niemałą sensację.

Dziś też nieco zdumiewa. Wydawać by się mogło, że likwidacja cmentarza bez ekshumacji to raczej domena holywoodzkich scenarzystów, a nie hiperskrupulatnych C. K. urzędników. Jednak jak się okazuje rzeczywistość - i to w dodatku rzeczywistość bardzo nam bliska - zbytnio nie odbiega od realiów "Poltergeista".

W całej tej, było nie było, błahej sprawie jest jednak pewien niepokojący szczegół. Odkąd przeczytałem tę archiwalną, prasową notkę sprzed sześćdziesięciu bez mała lat, nie mogę pozbyć się dręczącej myśli: "A co, jeśli tam pod ziemią ciągle jeszcze coś jest"?

2015-09-12 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Maciej P., czyli...
przybysz z daleka, do tego stopnia zakochany w dwumieście, że uczynił je swoim własnym. I swoich dzieci.
Niedokształcony podróżnik po miejscach, epokach, marzeniach i złudzeniach...
Zapatrzony w to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, oddany bez reszty przywoływaniu form minionych...

Archiwum:


2018
» marzec (3)
» luty (1)

2017
» maj (2)
» luty (1)

2016
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (2)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (3)
» kwiecień (1)
» marzec (2)
» luty (2)
» styczeń (4)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (4)
» wrzesień (2)
» sierpień (3)
» czerwiec (1)
» maj (4)
» kwiecień (2)
» marzec (1)
» luty (3)

2014
» grudzień (1)
» listopad (1)
» październik (2)
» wrzesień (1)
» czerwiec (1)
» kwiecień (2)
» marzec (2)
» luty (2)

2013
» lipiec (2)
» czerwiec (2)
» maj (1)
» kwiecień (2)
» marzec (4)
» luty (1)
» styczeń (1)

2012
» grudzień (2)
» listopad (4)

Ostatnie komentarze


[andrzej]
Połowę swojego życia mieszkałem w tym rejonie, zatem nie dziwi fakt, że odbieram tą dzielnicę...
[Mada L]
Wspaniała opowieść
[Angus]
Pozwolę sobie powtórzyć kluczowe dla mnie zdanie tego tekstu: "Bo może wtedy jeszcze komuś zależało...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 224859
Newsów: 90
Komentarzy: 325
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Liceum mundi, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała